Basia Wrońska

Basia Wrońska (fot. Zosia Zija i Jacek Pióro dla Zwierciadła)

wywiad Gazeta.pl

Barbara Wrońska: "Gdy próbuję napisać coś optymistycznego, wychodzi grafomania"

- Kiedyś piosenki miały melodie, a teraz zapamiętujesz tylko, że w refrenie coś kwiczy - mówi Barbara Wrońska. Znana z zespołów Pustki oraz Ballady i Romanse wokalistka i kompozytorka debiutuje solową, pięknie niedzisiejszą płytą "Dom z ognia", a my pytamy ją, dlaczego dopiero teraz i co musiało się zmienić, żeby mogła się odważyć.

Wrażenie po pierwszym przesłuchaniu twojego solowego debiutu - w ogóle nie pasujesz do tego świata.

- Tak się czuję. Tworzenie muzyki, czy sztuki jakiejkolwiek, pogłębia to poczucie. Trudno jest mi się wpasować. Jedyne założenie, jakiego trzymam się w życiu, to żeby starać się postępować w zgodzie ze sobą. I pewnie dlatego masz wrażenie, że jestem odklejona od rzeczywistości. Z drugiej strony na "Domu z ognia" mówię o rzeczach przyziemnych. W zasadzie tylko "Abstrakcja" jest piosenką, która opowiada o odklejeniu i satysfakcji z tego odklejenia. Reszta to przeżycia i doświadczenia, które pewnie podziela większość dorosłych ludzi.

Bardziej miałam na myśli formę. Mało kto tak czuje muzykę i pisze ją z takim szacunkiem do piosenki.

- Uwielbiam dobre piosenki, nawet jeśli jest to kawałek Rihanny. Odnoszę się z szacunkiem do kompozycji i to mi czasem przeszkadza. Jestem wyczulona na tandetę, na mizerność, przez co jestem bardzo kapryśna i wymagająca. Głównie oczywiście wymagam od siebie. Szacunek do piosenki to spadek po klasycznym wykształceniu muzycznym. Człowiek uczy się fachu, poznaje zasady - które dziś staram się łamać - i nabiera przekonania, że do muzyki trzeba podchodzić z estymą. Tak mam.

Za co tak lubisz starą muzykę? Bo słychać w niej szacunek do warsztatu?

- Podoba mi się, że piosenki miały kiedyś melodie. Zadziwiający rozwój produkcji muzycznej sprawił, że punkt ciężkości się przesunął. Dziś produkcją jesteś w stanie załatwić wszystko. Najważniejsze, żeby mieć jakiś patent na nagranie. Tylko że potem jedyne, co jesteś w stanie zapamiętać to to, że w refrenie coś kwiczy albo dziwny akord powtórzony jest pięć razy. A ja zatrzymałam się na etapie, że piosenka musi mieć melodię i refren. Nie potrafię przekazywać emocji inaczej niż melodią i harmonią. Stąd wynikała chęć samodzielnego wyprodukowania płyty. Nie chciałam pracować w układzie "ja komponuję - ktoś produkuje". Chciałam o wszystkim sama zadecydować.

Trochę to trwało, zanim odważyłaś się sama o wszystkim decydować.

- Początkowo planowałam nagrać płytę elektroniczną. Ale o ile miałam zaufanie do siebie jako kompozytorki, nie ufałam sobie w zakresie produkcji płyty elektronicznej i skutecznie podkopywałam swoją pewność siebie. Po drodze uświadomiłam sobie, że ta elektronika to jednak kiepski pomysł. Nie to chcę powiedzieć, nie tak, nie na takim etapie życia jestem. Ruszyłam z miejsca, gdy odłożyłam na bok dumę i wszystkie opinie na swój temat, które wyrobiłam sobie przez lata pracy w branży. Nic nie ma, niczego nie wiem, więc nagram płytę intuicyjnie.

Schemat jest zazwyczaj odwrotny. Człowiek, który gra całe życie w zespołach, nagrywa solową płytę, bo mu rośnie ego. A ty mogłaś ją nagrać dopiero, kiedy wyłączyłaś ambicję?

- Zawsze miałam ogromną potrzebę samodzielnej wypowiedzi, ale byłam bardzo niepewną osobą, bardzo krytyczną wobec siebie. Nikt mnie nie blokował. Nikt mi nie bronił. Sama to sobie uniemożliwiałam. Do tego doszło życie. Pustki nagrywały płyty, a jak nie Pustki, to Ballady i Romanse. W międzyczasie urodziłam dziecko. Trudno było mi znaleźć czas, żeby się całkowicie wyłączyć i zrobić własny album. Zmiana w myśleniu przyszła chyba z wiekiem.

Ta płyta nie jest wielką zmianą zawodową - a przynajmniej za wcześnie, żeby tak powiedzieć - ale wymagała przemiany emocjonalnej i jest dowodem na to, że ta przemiana się wydarzyła. To jest mój debiut w byciu sobą. Płyta brzmi tak, jak chciałam, żeby brzmiała. Piosenki są o tym, o czym chciałam, żeby były. Nikogo nie udaję. I jeszcze okazało się, że mam odwagę poruszać się na scenie. Wychodzę i tańczę! Oczywiście, wszystko jest bardzo subtelne, bez przesady.

Ale teraz cała odpowiedzialność spada na ciebie. Nie jak w zespole, gdzie zawsze można obwinić któregoś z kolegów.

- Gdy zespół dostanie niepochlebną recenzję, odpowiedzialność rozkłada się na tyle osób, że w ogóle nie przejmujesz się krytyką, a jak się przejmiesz, to koledzy z zespołu cię pocieszą. Na szczęście coraz mniej przeżywam krytykę. To też przychodzi z wiekiem. A jak urodzisz dziecko, to już w ogóle się nie martwisz takimi błahymi sprawami.

A poza tym na płycie masz wystarczająco dużo dramatu. Podoba mi się, że wszystko w twoich tekstach jest takie wyolbrzymione. Masz tendencję do przesadzania?

- W życiu nie bardzo, ale na płycie tego potrzebowałam. Zdaję sobie sprawę, że nagrałam rzecz intensywną emocjonalnie i liczę się z tym, że nie każdemu będzie to odpowiadać. Niektórych wciągnie, innych będzie drażnić. Zrobiłam to, bo sama chciałam coś poczuć. I chciałam inaczej zabrzmieć. Obudzić w sobie żar. I tak powstała piosenka "Dom z ognia i lodu". Miałam takie pragnienie, żeby zaśpiewać jak dojrzała kobieta, bo przecież nią jestem.

Dojrzała kobieta w histerii.

- Bo to jest piosenka o obłędzie z powodu rozstania. Nie w stylu "wyrzucę twoje zdjęcia, pójdę na dyskotekę i znajdę sobie nowego chłopaka". "Dom z ognia i lodu" jest o kobiecie, która nie może uwolnić się od miłości. Dręczy się.

Ale ten album to nie tylko mrok. W zestawie znalazła się również "Prosta droga", piosenka o beztroskiej wolności. Nie chciałaś ludzi za bardzo dobijać?

- Brakowało mi piosenki o tym, że nie ma sensu się przejmować, bo jakoś to będzie, damy radę. To jedyna piosenka na płycie, do której nie napisałam tekstu. Autorem jest Marcin Staniszewski (Beneficjenci Splendoru, Pustki - przyp. red.).

Sama nie umiałaś napisać optymistycznego tekstu?

- Nie. Za każdym razem, gdy próbuję, wychodzi grafomania.

Kto będzie słuchał twojej płyty? Masz w głowie obraz potencjalnego odbiorcy?

- Żyjemy w świecie totalnych uproszczeń, ale wierzę, że jest jakiś procent ludzi, którzy są głodni głębszych przeżyć. Na tym np. polega fenomen Korteza. To jest gość, który opowiada historie z życia, w bardzo prosty sposób. Tak jak wychodzi po bułki, tak wychodzi na scenę. Muzycznie jest nam daleko do siebie, ale wydaje mi się, że to samo chcemy przekazać. Ludzie są zmęczeni tym, że każdy musi być przebrany, a muzyka - opakowana. Doceniają to, że ktoś wychodzi na scenę i szczerze śpiewa o tym, co przeżył. I taką publiczność chciałabym podbić.

Cała płyta jest ultrakobieca. I to tak prawdziwie kobieca, bo jest i o sile, i o słabości.

- I bywa szorstka, dobitna. Mało jest we mnie takiej onirycznej kobiecości. Może dlatego, że wchodziłam w dorosłość w zespole, w którym grali sami faceci i dobrze się w ich towarzystwie odnalazłam. Z kolei wychowałam się w bardzo kobiecym domu, gdzie obowiązywały autorytety prababci, babci i mamy, a do tego mam siostrę. Tylko że nie było w nim takiego stereotypowego modelu kobiecości. Mama śpiewała i grała w zespole dancingowym. Malowała się tylko na scenę, więc widywałam ją głównie bez makijażu.

Ja poczułam satysfakcję z kobiecości dopiero, gdy urodziłam syna. Do tamtego momentu byłam potwornie zakompleksiona. Niewiele mi się w sobie podobało. Nie rozumiałam, jak to w ogóle możliwe, że mój chłopak się we mnie zakochał. Byłam jednym wielkim strzępkiem nerwów. Tylko muzyka dawała mi paszport do bycia fajną.

Teraz gdy oglądam swoje zdjęcia z tamtych czasów, to widzę na nich śliczną, wesołą, mądrą dziewczynę i nie rozumiem, jak mogłam się tak zamęczać. Lata udręki. A to byłam za gruba, a to miałam złą fryzurę, a to jakiś chłopak powiedział mi coś przykrego. Kiedy urodziłam Bronka, coś się samo przestawiło. Zaczęłam podkreślać swoją kobiecość. Używać szminki. Chodzić do fryzjera. Teraz jestem w drugiej ciąży i czuję, że to eskaluje. Coś jest z tym stanem, że ci podnosi samoocenę.

Macierzyństwo cię kręci?

- Bardzo. Chociaż łatwo nie było. Od początku bardzo kochałam swoje dziecko, ale nie potrafiłam odnaleźć się w roli mamy. Nie wiedziałam, czy jestem fajną mamą, czy niefajną, czy już sprzedaję dziecku jakąś traumę, czy jeszcze nie. Dodatkowo dziś, w czasach psychologów, świadomego rodzicielstwa i tak dalej, robisz się podwójnie wyczulona i zaczynasz myśleć, że może w ogóle nie powinnaś mieć dziecka, bo to na pewno będzie katastrofa. Nie jest też tak, że rodzisz dziecko i od razu wiesz, jak być rodzicem. Nie uczysz się tego w szkole. Nikt ci nie powie, jak dobrze wychować dziecko. To trzeba ogarnąć samemu, dojrzewać do tego. Ja z tego dojrzewania mam ogromną satysfakcję. Widzę, jak mój syn fajnie się rozwija. Jakim jest ciekawym, bardzo wrażliwym dzieckiem. Kiedy się urodził, byłam sparaliżowana. Bo co będzie z koncertami? Jak to pogodzić? Na rok odmówiłam współpracy. A teraz będę rodzić w apogeum promocyjnym płyty i w ogóle się tego nie boję. Jakoś to będzie. Wiem, że dam radę. Po latach satysfakcja wynika też z tego, że możesz liczyć na siebie. Wiem, że nie będzie źle.

Basia Wrońska (fot. Zosia Zija i Jacek Pióro dla Zwierciadła)Basia Wrońska (fot. Zosia Zija i Jacek Pióro dla Zwierciadła)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Barbara Wrońska.
Wokalistka, kompozytorka, instrumentalistka, autorka tekstów. Dziewczyna orkiestra. Związana z zespołami Pustki i Ballady i Romanse. Ten drugi założyła wspólnie z siostrą, Zuzanną Wrońską. "Dom z ognia" to jej pierwszy autorski album.

Angelika Kucińska. Dziennikarka muzyczna. Publikowała m.in. w "Przekroju" i "Machinie". Jedna czwarta warszawskiego kolektywu didżejskiego Piosenka Jest Dobra Na Wszystko.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (42)
Zaloguj się
  • drakaina

    Oceniono 15 razy 11

    Przeczytałam wywiad, zaintrygował mnie podejściem do muzyki (bardziej niż tekstu), pomyślałam, że może warto posłuchać - mimo że pierwszy raz usłyszałam o wokalistce i zespołach, z którymi grała. Przesłuchałam tę solową piosenkę na początku - i czar mi prysł, bo nie słyszę w niej nic z tego, o czym jest mowa w wywiadzie - melodii, harmonii itd. Słyszę głównie mocno zarysowany beat i monotonię. To nie tak, że z tymi elementami nie da się zrobić piosenki o zapamiętywalnej, mocnej melodii - pod tym względem zachwyciło mnie kilka (ale też tylko kilka) piosenek Indili (zwłaszcza Derniere danse i Tourner dans le vide, które można cudownie nucić, słysząc w myślach aranżację), ale tu zabrakło właśnie dobrze napisanej melodii, która potrafiłaby się przebić przez beat. Skądinąd troszkę ta piosenka z początku wywiadu pobrzmiewa właśnie Indilą.

    Oczywiście, na tle bełkotu muzycznego, jaki zalewa radia i internety (ostatnio zrobiłyśmy z koleżanką youtubową przebieżkę po najmodniejszych wykonawcach i żałość nas przejęła), to jest coś innego, ale niestety nie aż tak ciekawszego, żeby porywało... A co do tekstów - może gdyby było w nich mniej szumnego myślenia o tym, o czym to ma być (to mi najbardziej zgrzytnęło w wywiadzie), też byłyby lepsze. Osiecka była mistrzynią, a wątpię, żeby siadała do pisania z zamiarem napisania "o kobiecie, która bla bla bla". To powinni mówić krytycy, a nie autor...

  • janjan101

    Oceniono 13 razy 11

    Nie znam jej piosenek (może czas poznać) ale ma racje, teraz przeważającej większości piosenek nie da się zaśpiewać, zanucić, jakby melodia przestała mieć znaczenie, jakieś to miałkie takie bez duszy, usłyszysz i już zaraz nie pamiętasz co to tam było, nie wspominając o dykcji wykonawców czy artykulacji, to już po prostu tragedia.

  • rozterka47

    Oceniono 12 razy 8

    Fajny reportaż , fajna kobieta.

  • dobrylos

    Oceniono 13 razy 7

    Motłoch woli muzykę prostą, przaśną ,z seksistowskimi tekstami a czesto wręcz prostackimi ...a wiec Disco-Polo. Na szczescie dla naszej kultury są jeszcze tacy twórcy jak pani Wrońska.

  • nautike

    Oceniono 10 razy 6

    Brawo

  • hankam

    Oceniono 9 razy 5

    Ale to marne jest.
    Kompozycja się rwie, jest jak posklejana z różnych kawałków, aranżacyjnie też niespójne, melodii nie jestem w stanie zapamiętać (chociaż też mam wykształcenie muzyczne), pani ma bardzo przeciętny głos i czasem kiksuje.
    Ogólnie słabizna, szkoda.

  • taadasku

    Oceniono 9 razy 5

    Bardzo ludzka i sympatyczna muzyka. Dzięki!

  • dashka

    Oceniono 7 razy 3

    To, że kiedyś piosenki były lepsze, miały melodię itd, mówili moi rodzice 30 lat temu, a przedtem mówili ich rodzice 50 lat temu, a przedtem ich rodzice...

  • ninananu

    Oceniono 5 razy 3

    takie se. Stylizacja na Ewę Bem nie dodaje +100 do sztuki. Melodia to jedno, ale tekst powinien też się bronić.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX