Fragment projektu ''Minus the Mother''

Fragment projektu ''Minus the Mother'' (fot. Michał Iwanowski)

wywiad Gazeta.pl

''Ruszam pieszo z Cardiff do Wrocławia w odpowiedzi na hasło 'Go Home, Polish'''

Fotograf Michał Iwanowski przeszedł ponad 2 tysiące kilometrów z Kaługi w Rosji do Wrocławia drogą, którą w 1945 roku pokonał jego dziadek z bratem, uciekając z sowieckiego obozu. Wystawa oparta na rodzinnej opowieści objechała kawał świata, od Mińska, przez Tbilisi, Barcelonę, po Dublin, na jej kanwie powstała też książka fotograficzna "Clear of People" (Z dala od ludzi). Artysta przed kolejną wyprawą opowiada nam o urokach emigracji i poszukiwaniu domu w czasach brexitu.

W 2013 roku wyruszyłeś z aparatem fotograficznym na piechotę z Kaługi - średniej wielkości miasta ok. 150 km od Moskwy, w stronę Wrocławia, w którym się wychowałeś. Ale tak naprawdę ta historia zaczęła się 70 lat wcześniej. Od czego?

- Jeśli miałbym dotrzeć do punktu startowego, to muszę zacząć tak: moja babcia Małgorzata pochodziła z wileńskiej rodziny z zakusami na wyższe sfery - jej ojciec był dyrektorem gimnazjum w Wilnie, wicemarszałkiem Sejmu Wileńskiego w okresie Litwy Środkowej (istniała w latach 1920 - 1922 - przyp. red.) i delegatem polskiego rządu na Wileńszczyźnie podczas wojny. Natomiast mąż babci - dziadek Tolek, był synem kolejarza. Mezalians jak się patrzy. Poznali się w czasie wojny, kiedy ona pracowała na zamku w Zatroczu jako pomoc kuchenna i dokarmiała partyzantów, w tym dziadka, zanim ruszyli do lasu. Gotowała mizernie i kiedyś dziadek zastał ją przed piecem chlebowym płaczącą nad zakalcami, które wypiekła. I jak ten rycerz, wrzucił je do worka obciążonego kamieniami i utopił w pobliskim jeziorze. W tym momencie babcia zrozumiała, że kocha tego człowieka (śmiech). W 1944 roku został aresztowany i wywieziony do Rosji, a babcia z falą przesiedleńców trafiła na Ziemie Odzyskane. Dziadek z bratem w 1945 roku, po 3 miesiącach wędrówki, wrócili z obozu do rodzinnej miejscowości Ponary. O 4 nad ranem weszli do chaty i zobaczyli kobietę, która rozpalała w piecu. Kiedy się odwróciła, zobaczyli, że wygląda jakoś inaczej niż babcia. - A wy kto? - zapytała. Oni: - To my, Wicik i Tolek. - Waszych już tu nie ma, my tu teraz mieszkamy - odpowiedziała. Ruszyli więc dalej, do Wrocławia i tam już się z rodziną odnaleźli.

Fragment projektu ''Minus the Mother'' (fot. Michał Iwanowski)Fragment projektu ''Minus the Mother'' (fot. Michał Iwanowski)

Tę historię znasz bezpośrednio od dziadka?

- Niestety nie, jego brat napisał książkę, którą zatytułował "Wilno, Ojczyzno moja". I tam zawarł m.in. opis ich dramatycznych przygód podczas ucieczki z obozu. Wręczył mi ją krótko przed śmiercią, mówiąc - teraz ta historia należy do ciebie. Wziąłem to na poważnie.

Ponad 2 tysiące kilometrów, 3 miesiące wędrówki. Oni musieli, ale po co uznany fotograf z ustabilizowaną pozycją, wygodnym życiem rusza w taką drogę?

- Myślę, że po części miałem do siebie żal, że nigdy nie porozmawiałem o tym z dziadkiem. U nas nie był to temat, o którym się gada przy niedzielnym obiedzie. Kiedy umarł, zdałem sobie sprawę, że to, co przeżył, to kawał ciężkiej historii dla człowieka i pomyślałem, że jestem coś winny jemu i innym, którzy, tak jak on, musieli przez to przejść. Albo właśnie teraz przechodzą - w Aleppo czy uciekając łódkami przez Morze Śródziemne. A ja wiodę to swoje, jak mówisz, wygodne życie i bajam, jaki tu teraz projekt zrobić. I jest mi wstyd, bo nie wiem, czym jest prawdziwy ludzki strach, serwowany dziś tysiącom podobnych uciekinierów. Pomyślałem, że jedynym sposobem, żeby choć odrobinę się do tego zbliżyć, jest samemu ruszyć w drogę. Powstała z tego wystawa i książka - zbiorowy pomnik tych, którzy musieli, muszą i będą musieli uciekać przed głodem, przemocą, wojną. Kto wie, czy to nie będziesz ty, albo ja, za te 5 czy 10 lat, bo historia właśnie brzydko się zazębia i powraca kołem przynosząc nowe wersje konfliktów i wojen. Nie mam pewności, że to już jest przeszłość, a nie teraźniejszość.

Fragment projektu 'Clear of People' (fot. Michał Iwanowski)Fragment projektu 'Clear of People' (fot. Michał Iwanowski)

Nazwałeś projekt "Clear of people" (Z dala od ludzi), bo twój dziadek z bratem musieli się ukrywać właśnie przed ludźmi. Szli lasami, bezdrożami, nocując kątem, zdobywając wszystko: ubrania, jedzenie. A co ty zabrałeś ze sobą w tę podróż? Jakie sobie wyznaczyłeś reguły wędrówki?

- Pierwsza wytyczna była taka, że pokonam dokładnie tę samą trasę, którą stryj wyrysował na mapie. Moi celem było zobaczyć wszystko, co oni mogli wówczas widzieć. Wędrowali i spali w lesie. Szli tylko nocą, odsypiali w dzień. Na początku było ich czterech, dwóch stało, dwóch spało, albo pilnowało ognia. Potem ich kolegów zastrzelono, zostali tylko dziadek i stryj. Mieli małe racje żywnościowe. Dziadek przez rok w Kałudze ze starych puszek robił pudełka na tytoń, które więźniowie kupowali od niego np. za sucharki. Ale wszystko stracili po zatrzymaniu w Kozielsku i od tej pory mieli już tylko tytoń. Jedli co złapali, zebrali lub znaleźli. Ja, w trakcie wędrówki ich śladami, czasami nocowałem w tanim hostelu, czasami u napotkanych ludzi. Zdarzyło się, że znajoma kuratorka dała mi namiar na swoją babcię, która mieszkała w wiosce na szlaku. Ale trasę zaplanowałem rzetelnie, siedziałem z mapą Google'a i centymetr po centymetrze sprawdzałem, przez który las uda mi się przejść. Czasami potrafiłem pokonać 30 km, a czasami 5 km dziennie, bo niespodziewane bagno i błoto mnie spowolniały. Miałem ze sobą aparat fotograficzny, telefon z nawigacją, 2 pary butów i kilka koszulek.

I pieniądze! To jest coś, czego oni na pewno nie mieli.

- Mieli jedną monetę. Kiedy dotarli w okolice Briańska (miasto w zachodniej Rosji - przyp. red.), natknęli się na ziemiankę w lesie i byli już tak wygłodniali, że zaryzykowali i zapukali. Mieszkała tam starsza kobieta z córką i wnukiem. Ojciec dziecka zginął i te dwie kobiety zbudowały tę lepiankę. Przyjęły uciekinierów, dając im kilka ostatnich ziemniaków. Dziadek zaproponował za to monetę, ale nie przyjęły. Był to moment poruszającej ludzkiej integracji. Matka, która straciła syna, przyjmuje do domu obcych chłopaków i ich karmi. Mimo że sama nie ma nic.

A co ciebie spotkało w drodze? Samotna wędrówka po zimowych bezdrożach Rosji, Białorusi, Litwy i Polski może kryć w sobie różne, niekoniecznie przyjemne niespodzianki. Pamiętam, jak inna artystka - Honorata Martin, która ruszyła piechotą z Gdańska na Śląsk w projekcie "Wyjście w Polskę", mówiła, że najbardziej bała się ludzi. Nie zwierząt czy natury, ale ludzi.

- W pewien sposób było to przepiękne doświadczenie, bo natura w tamtych rejonach jest imponująca - dziki sosnowy las, który nie ma końca. A ludzie generalnie byli przyjaźni. Myślę, że bardziej rozumieli zagrożenie płynące z samotnej wędrówki niż ja. Trafiałem na "babuszki", które mi matkowały. W Lidzie (miasto na Białorusi - przyp. red.) jedna pani prowadziła mnie za rękę. Musieliśmy zabawnie wyglądać: ja długi, ona malutka z typową fryzurą: na krótko i w odcieniu burgund. Całą drogę mnie strofowała: - Jezus Maria, ty durak! Jakbym była twoją matką, tobym cię w życiu nie puściła! (śmiech). Czasami nie trzeba było nawet specjalnie gadać. Ot, spotkałem kogoś przy wiejskim sklepie, on pyta dokąd idę, ja mówię o dziadku i zaraz mu się szklą oczy, mnie też, milczymy razem. Było w tym jakieś głębsze zrozumienie, żal do historii za to, co się przytrafiło i przytrafia ludziom. Nie miało znaczenia, czy to Rosjanie, Polacy, czy Białorusini, bo historyczno-wojenna trauma wychłostała nas wszystkich po równo. Wiemy, jaki to rodzaj bólu. Okazało się też, że po rosyjsku mówię lepiej niż myślałem, raz w Briańsku zostałem nawet wzięty za Rosjanina! Trudniej było na Białorusi, która jest państwem bardziej policyjnym i choć ludzie byli przyjemni, to miałem kilka pyskówek z mundurowymi. Parę razy wpadłem też w jakieś bagna, ale nigdy nie było tak, żebym czuł zagrożenie życia. Może zimą pojawiał się niepokój. Jest coś dziwnego w tym chłodzie i lodzie po horyzont. Wcześnie zapada zmrok, kończy się świat widzialny i zaczyna się świat dźwięku, trzeszczenia i chrupania pod stopami. Dopada cię taka straszna samotność, że zaczynasz się prawie bać.

Na zdjęciach, zgodnie z tytułem projektu, jest głównie krajobraz bez ludzi. Uderza uroda natury, ale też to, jak jest ona zdegradowana, "upokorzona" przez człowieka.

- Tak, widać szramy, które człowiek zostawił w pejzażu. Ale ja nie mam potrzeby szukania uwodzicielsko pięknego krajobrazu do zdjęć. Podczas wędrówki bardziej interesowały mnie rzeczy niosące symboliczne znaczenia. Na przykład mur, na którym ludzie wydrapywali swoje imiona i ktoś napisał po litewsku: "drzewo zna odpowiedź". Po tygodniu, dwóch, jak już się nachapiesz jodu, słońca i drzew, robi się zwyczajnie nudno, pejzaż jest monotonny. Zaczynasz wtedy dostrzegać wszystko, co jest inne. Czaszkę krowy wbitą w drzewo, kamień o specyficznym kształcie.

Fragment projektu ''Minus the Mother'' (fot. Michał Iwanowski)Fragment projektu ''Minus the Mother'' (fot. Michał Iwanowski)

Twoim fotografiom zawsze towarzyszy słowo - opowieść. Samo zdjęcie nie wystarcza?

- Fotografia jest wspaniałym, ale bardzo otwartym językiem, podatnym na manipulacje. A ja mam rozbudowaną chęć bycia jasno zrozumianym. Z połączenia obrazu i słowa może powstać coś tak pięknego, a jednocześnie dostępnego i zrozumiałego, że nie potrafię się temu oprzeć. Mój ukochany artysta - Duane Michals, posiadł tę sztukę. Pisze prosto, robi proste zdjęcia, ale z tego mariażu wychodzi coś tak głębokiego i kompletnego, że doprowadza mnie to do łez, albo śmiechu. Za każdym razem.

Po co jest fotografia dziś, kiedy każdy ma ze sobą telefon z aparatem?

- To jak z pisaniem - każdy ma długopis, którym może pisać, ale są osoby, które robią to dobrze i tym samym wyznaczają jakiś pułap. Fotografia nas otacza, więc wydaje mi się, że promowanie ambitnych projektów jest po to, żeby jakoś te zdjęcia uporządkować, oddzielić ziarna od plew. I żebyśmy lepiej rozumieli język, którego na co dzień używamy, pstrykając telefonem fotki. Jeśli masz do powiedzenia coś, co może przyczynić się do polepszenia stanu innych, wtedy zawracanie głowy odbiorcom uważam za usprawiedliwione. Ale milionowe zdjęcie kotleta z sałatą, które zaśmieca przestrzeń publiczną, to jest dno. Apeluję: nie fotografujmy kotletów! (śmiech).

Nie jesteś reporterem, tworzysz autorskie cykle dokumentalne. Nikt dziś za to nie zapłaci w gazecie. Z czego żyjesz w Wielkiej Brytanii?

- Życie artysty - poza nielicznymi wyjątkami, to życie biedaka. Ale nie narzekam, przyzwyczaiłem się. Uczę w Cardiff fotografii, mam więc bazę, dzięki której czasem stać mnie na czynsz. A czasem nie. Jako artysta rezydent pracuję z organizacjami charytatywnymi, np. z osobami z demencją, prowadzę warsztaty. A co jakieś pięć lat przychodzi mi do głowy większy projekt, na który muszę zdobyć pieniądze z innych źródeł - z grantów czy od tutejszego odpowiednika Ministerstwa Kultury. Nie wiem, jak to się dzieje, że tyle podróżuję, jestem na kilku festiwalach fotograficznych w roku. A to organizator zapłaci za bilet, a to koleżanka pozwoli się przespać u siebie na kanapie i nagle jestem wśród tych wszystkich cudownych fotografów we Francji albo Gruzji, gadając z nimi o świecie, o zdjęciach, o życiu. Kocham to.

Fragment projektu 'Clear of People' (fot. Michał Iwanowski)Fragment projektu 'Clear of People' (fot. Michał Iwanowski)

W Walii zamieszkałeś 17 lat temu. Czemu tam zostałeś?

- Jak tylko opuścisz dom i zaczniesz wić gniazdo gdzieś indziej, to już na zawsze jesteś w tym bolesnym rozkroku. Nie planowałem tego, byłem w Polsce "nieświadomie szczęśliwy". Miałem studia, przyjaciół, uczyłem angielskiego. Ale na ostatnim roku otrzymałem propozycję wyjazdu na Erasmusa do Walii. Pojechałem, zrobiłem jeden semestr fotografii w Cardiff i wsiąkłem. Zdałem sobie sprawę, że jest mi tu wygodnie, bo nie muszę się z niczego tłumaczyć, a w Polsce zawsze z czegoś musiałem. Wracam do rodziców, do przyjaciół, do brzóz, ale na co dzień jest mi tu bardziej "w domu" niż tam.

Ale teraz ktoś cię chce z tego domu wyrzucić i mówi: Go home, Polish. Co to zdanie dla ciebie znaczy? Jest chyba ważne, bo wokół niego powstaje twój kolejny fotograficzno-wędrowny projekt.

- Nastroje nacjonalistyczne w dzisiejszej Europie szpetnie przypominają lata 30. XX wieku, a "Go Home, Polish" to napis na murze, który się w Cardiff pojawił wraz z kryzysem ekonomicznym i wzrastającymi napięciami. Polacy to największa grupa imigrantów na Wyspach i tutejsi ludzie, którzy są w ciężkiej sytuacji ekonomicznej, piszą takie rzeczy. Ciekawe, że z drugiej strony jest Polska, która nie chce przyjąć uchodźców z objętej wojną Syrii. Polska, która mówi: "Ukraińcy do domu". Polska, która jest strasznie rasistowska, ksenofobiczna i zamknięta na innych, a jednocześnie chętnie korzysta z tego, że Europa się otworzyła i miliony Polaków wyjechały za granicę do pracy. Tak jak ja. Mam obywatelstwo polskie i brytyjskie, w pewnym sensie jestem po obu stronach barykady.

Fragment projektu ''Minus the Mother'' (fot. Michał Iwanowski)Fragment projektu ''Minus the Mother'' (fot. Michał Iwanowski)

Prawda jest taka, że nie wszyscy Polacy są w Wielkiej Brytanii niemile widziani,  wielu jest też docenianych, może nawet większość! Nie mogę patrzeć, jak używamy języka, który jest taki. nieprecyzyjny. Pisząc: Polacy do domu, mówimy o wyimaginowanym koncepcie narodu. Chciałbym, żeby ten napis zmienił się na bardziej precyzyjny, np. ludzie, którzy biorą zasiłki - do domu! (śmiech). Idąc z Cardiff przez Europę do Polski, chcę się dowiedzieć: co masz na myśli, mówiąc takie rzeczy? Gdzie ten dom jest dla ciebie? Co to oznacza - iść do domu? Bo ja jestem tu w domu! Mimo że mam inne pochodzenie i akcent niż rdzenni mieszkańcy Wysp. Dom to pojęcie bardziej skomplikowane i pojemne niż tylko to, że skoro urodziłeś się w Polsce, to jesteś Polakiem i masz tu mieszkać do śmierci.

Znowu będziesz szedł, tym razem w odwrotnym kierunku, z zachodu na wschód. Kiedy ruszasz?

- Jeżeli się wszystko ułoży, to w kwietniu. Będzie to portret osobisty - oto ja, ten Polak, który ma właśnie iść do domu. Wydaje mi się, że sprowadzenie tak ogólnego konceptu, jak "polskość", do jednej osoby pozwoli ludziom wejść ze mną w dialog. Łatwiej się rozmawia z Iwanowskim niż z wyimaginowanym kolektywem, który ma negatywne zabarwienie. Stwierdziłem, że użycie ciała jako politycznego narzędzia jest w tym momencie ważne. I robiąc to, będę reprezentował nie tylko Polaków, ale w ogóle osoby, które się nie urodziły w Wielkiej Brytanii. To będzie portret imigranta, który bierze hasło z muru dosłownie i rusza, żeby się dowiedzieć: gdzie jest ten dom? Mam nadzieję, że uda mi się w to wciągnąć po drodze innych ludzi.

Michał Iwanowski (fot.Dragana Jurisic)Michał Iwanowski (fot.Dragana Jurisic)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Michał Iwanowski.
Fotograf urodzony w 1977 roku w Świebodzicach. Mieszka i pracuje w walijskim Cardiff. W swoich pracach porusza tematykę pamięci oraz jej relacji z obrazem fotograficznym, a fotografie łączy zawsze ze słowem. W roku 2009 otrzymał nagrodę "Emerging Photographer" przyznawaną przez kanadyjską Magenta Foundation. Autor następujących cykli: "Minus The Mother", "Fairy Forts", "NE" oraz "Clear of People", którego książkowa wersja trafiła do wielu zestawień najlepszych photobooków 2017 roku oraz na osobistą listę pięciu najciekawszych wydarzeń fotograficznych roku Seana O'Hagana, krytyka brytyjskiego "Guardiana".

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "Kultura do kwadratu" na antenie Polsat News 2. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (10)
Zaloguj się
  • nietyp

    Oceniono 4 razy 2

    "Chciałbym, żeby ten napis zmienił się na bardziej precyzyjny, np. ludzie, którzy biorą zasiłki - do domu! (śmiech)."

    "Nygusy-wypier..dalać!!! Można jeszcze bardziej precyzyjnie??? Nie sądzę...

  • white_lake

    Oceniono 1 raz 1

    ciekawy wywiad, ciekawy człowiek, spróbuję znaleźć więcej jego prac

  • bluetaxi

    Oceniono 7 razy -5

    Historia dziadka poruszyła mnie bardzo głęboko... Wiem, że tego nie widać na forum ale z oczu płyną mi łzy wprost na policzki.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX