Wzgórza Hollywood

Wzgórza Hollywood (fot. Thomas Wolf/ wikimedia.org/CC BY-SA 3.0)

wywiad Gazeta.pl

Polak gotował dla gwiazd Hollywood. Zdradza kulisy

Gdy zaczynałem jako kucharz, kiwali głowami i mówili: "Polak? A co też Polak może ugotować..." - wspomina Nestor Grojewski.

Jak zostałeś osobistym kucharzem Martina Scorsese?

- Pracowałem wtedy w Hiltonie w Rzymie, a nocami uczyłem się, jak robić steki w miejscowym Steak House. Ponieważ ciągle chciałem się doskonalić, poprosiłem agencję, z którą współpracowałem na Sardynii, żeby wystawiła mi rekomendację. To było w 2001 roku. Wystawiła i parę dni później dostałem telefon, że Martin Scorsese będzie kręcił we Włoszech "Gangi Nowego Jorku" i że szuka dla siebie dobrego kucharza. Od razu się zgodziłem. I umówiono mnie z nim na spotkanie.

Z samym Scorsese?

- Tak. Pogadaliśmy sobie z pół godzinki o tym, co lubi, a czego nie lubi. Powiedział, że za tydzień przyjeżdża do niego żona z osiemnastomiesięczną córką. "Będziesz gotował u mnie w domu" - zaproponował.

Nie mogłeś się nie zgodzić.

- Od razu się do niego przeniosłem. Dziwne rzeczy się w tym jego domu działy. W nocy co chwilę włączał się alarm, nagle wybuchała kanalizacja albo basen sam się opróżniał. Po miesiącu więc Scorsese zdecydował, że musi się przeprowadzić, a ja razem z nim. Pewnego wieczoru Martin mówi, że jedzie do Hiltona, gdzie odbędzie się uroczystość, podczas której dostanie honorowe obywatelstwo Rzymu. Myślę sobie: "Super, jeden wieczór będę miał wolny".


Leonardo DiCaprio i Daniel Day-Lewis podarowali Nestorowi zdjęcia z autografami (fot. arch. prywatne)

Bo zje w hotelu?

- No właśnie. Ale radość była krótka, bo zaraz dopowiedział: "Ale na kolację wrócę do domu". Najwyraźniej wolał moje dania. Po kolacji mówi: "Rano jedź na plan i szykuj sobie kuchnię, bo jak zacznę zdjęcia, to chcę, żebyś i tam mi gotował". 

Co jadał?

- Wyłącznie potrawy bezmączne i bez cukru. Pilnował diety, bo jego praca na planie polegała głównie na siedzeniu i wpatrywaniu się w duże monitory. Były nawet plotki, że Scorsese chowa się przed ludźmi, bo w Rzymie w ogóle go nie widać. A on po prostu ciężko pracował. Siedział w tym namiocie bez promienia słońca i analizował nakręcone już sceny.

Na planie sprawiał wrażenie szalenie wymagającego - zdjęcia miały trwać sześć miesięcy, a trwały dziewięć, bo Martin maniakalnie wszystko poprawiał. Za to w kuchni nie miał nadzwyczajnych życzeń. Proponowałem: "To dziś zaserwuję dorsza z patelni, z czerwoną cebulą, rodzynkami i pinią",  a on na to: "Dobrze". Martin uwielbiał moje ryby przyrządzane na setki sposobów i krewetki.


Danie autorstwa Nestora Grojewskiego (fot. arch. prywatne)

Naprawdę nie grymasił?

- Nasza relacja układała się jak po maśle. Raz tylko wybuchła awantura, ale to przez nieporozumienie. Komuś z planu Martin przekazał, że ma ochotę na arancini, czyli słynne sycylijskie ryżowe kule faszerowane mięsem i smażone na głębokim tłuszczu. Ta osoba zrozumiała jednak, że reżyser chce oranginę, czyli oranżadę. Dostałem w tej sprawie dziesięć pilnych telefonów, a po godzinie przywieziono trzy duże butelki. "Zamówimy całą paletę" - rzucił ktoś. Mówię: "Uspokójcie się" i poszedłem do Martina z jedną oranginą. Wręczyłem ją sekretarce ze słowami: "Masz, ja nie chcę o niczym wiedzieć". Sekretarka weszła do środka, a ja usłyszałem jego krzyk: "Co to do diabła jest?".

Gdy później przyniosłem Martinowi obiad, zapytał: "Wiesz, jak zrobić arancini?". Oczywiście wiedziałem. "Jutro?" - zaproponowałem. "OK" - odparł. Potem poprosił mnie nawet o przepis, który zabrał ze sobą do Nowego Jorku. 

Jadał o stałej porze?

- To było nieprzewidywalne. Dzwonił i mówił: "Nestor, obiad za 15 minut". Albo: "Nestor, teraz nie ma przerwy. Najbliższa za godzinę". Dlatego musiałem być na planie non stop. Zawsze miałem wcześniej przygotowane bazy posiłków, tylko czekałem na sygnał, kiedy je dokończyć i podać. Wszystko zakrywałem kloszami.


Danie autorstwa Nestora Grojewskiego (fot. arch. prywatne)

Żeby było ciepłe?

- I żeby nikt nie widział, co robię. Byłem skrępowany, bo w tej samej kuchni pracował kucharz Leonardo Di Caprio. To był Filipińczyk, który serwował głównie dania amerykańskie, np. befsztyki czy burgery. Di Caprio czasem zaglądał do Scorsese i patrzył, co ja mu podaję. Pewnego razu zajrzał, a tam pusto. "Hmm, nothing..." - mruknął. Zrozumiał, że nie powinien tego robić. Przez pewien czas gotowałem też dla Cameron Diaz, bo gdy była na planie, jadała z Martinem. Potrafiła zjeść dwa duże talerze makaronu. Ale żeby to spalić, codziennie ćwiczyła ze swoim trenerem.

Z kolei Daniel Day-Lewis prosił o omlety. Robiłem mu je codziennie. Z serem, z warzywami, każdego dnia starałem się przyrządzić omlet z innymi dodatkami.

Desery dla gwiazd też robiłeś?

- Bardzo rzadko. Przerwy w zdjęciach trwały 15-20 minut, nie więcej. Scorsese od razu po obiedzie gonił wszystkich z powrotem na plan.

On wracał na plan, a ty do gotowania u niego w domu...

- Jakie miałem problemy z jego sekretarkami i nianią dziecka! Wszystko mi wyjadały. Wracam z planu, otwieram lodówkę, a tam prawie pusto. Choć dzień wcześniej kupiłem produkty potrzebne do kolejnych dań. Pytam: "Kto otwierał moją lodówkę?!". Zakazałem jej dotykania.

Scorsese jakoś zareagował na wieść, że jesteś Polakiem?

- To było dla niego bez znaczenia. Inaczej zachowywali się miejscowi. Gdy zaczynałem jako kucharz, kiwali głowami i mówili: "Polak? A co też Polak może ugotować...". Nie podejmowałem dyskusji, tylko wychodziłem. A co to, ja jestem gorszy? Skończyłem szkołę hotelarską w Rzymie z maksymalnymi ocenami. Potem zdobyłem kilka nagród na renomowanych konkursach kulinarnych, a moja restauracja Cru.Dop została uznana przez portal Puntarellarossa za najlepszą restaurację rybną w Rzymie. I utrzymuje tę pozycję od dwóch lat.

Co jest twoją specjalnością?

- Surowe ryby, czasem wędzone w dymie. Mój tatar z tuńczyka z podsmażonym podgardlem zdobył w 2016 roku trzecie miejsce na międzynarodowym festiwalu na Sardynii. To moja specjalność. Serwuję też świeże trufle morskie, ostrygi najwyższej jakości...

Zawsze wiedziałeś, że zostaniesz kucharzem?

- Moja babcia prowadziła dwie restauracje w Bolesławcu. To były ogromne lokale, zawsze pełne ludzi, więc i kuchnie były niemałe. A w nich ogromne kotły, w których parowało jedzenie. Do biura babci można było wejść albo od ulicy, albo od kuchni. Ja zawsze wchodziłem przez kuchnię, żeby chłonąć zapachy jedzenia. Fascynowały mnie. Już wtedy, choć gotowanie było zajęciem kobiecym, marzyłem, by zostać kucharzem.

Nie marzysz o powrocie do Polski?

- Właśnie się poważnie nad tym zastanawiam. We Włoszech kryzys ekonomiczny jest ostatnio dość mocno odczuwany. Kiedyś stały gość wydawał u mnie raz w tygodniu co najmniej 200 euro. Lekką ręką. Teraz zostawia 80 euro i liczy się z każdym centem. Jest dużo trudniej niż jeszcze parę lat temu.


Nestor Grojewski i jego dania (fot. arch. prywatne)

Wracając do zamożnych. Czy zanim się zacznie gotować dla znanych ludzi, trzeba podpisać umowę o dyskrecji?

- Wiem, że kucharz Di Caprio musiał podpisać zobowiązanie, że nie zdradzi, co aktor jadał. Ja nie musiałem. Ale jak robiłem cateringi dla Berlusconiego, doradzono mi dyskrecję. Mogę tylko powiedzieć, że były to przyjęcia na 180 osób, każdy dostawał przystawkę, makaron i deser. No, ale sama rozumiesz, że o szczegółach menu mówić nie mogę.

A możesz powiedzieć, jak gwiazdy dziękują ci, gdy im smakuje?

- Od Martina dostałem kaszmirowy szalik i książkę z autografem, którą ktoś mi ukradł jeszcze na planie filmowym.

Nestor Grojewski. Urodził się w Warszawie. Gdy skończył 12 lat, wyjechał z mamą do Włoch. Skończył szkołę hotelarską w Rzymie o profilu kucharskim. Uczył się w najlepszych restauracjach z gwiazdkami Michelina.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (8)
Zaloguj się
  • Janusz Cichalewski

    0

    Komentarze pisane przez smarkaczy, którzy nie potrafią zrozumieć tekstu! Ale, że w ogóle czytają, to duży postęp w stosunku do innch.

  • wiktor_jerofiejew

    Oceniono 11 razy -3

    A co w tym dziwnego ze sie dziwili...
    Kiedy dorastal , to w Polsce byla jedynie kaszanka , kielbasa zwyczajna i bigos na winie " co sie nawinie"
    Czyz nie tak?
    A nauczyl sie byc kucharzem dobiero w USA , napewno polowy produktow nawet nie widzial na oczy i dopiero w USA je poznal i zarobil uczciwe dolary
    W USA jest tyle kuchni ile jest narodow na swiecie w takim Nowym Jorku ponad 200

  • gryfny

    Oceniono 6 razy -4

    Niezle "dupki" pytaly tego pana gdy zaczynał jako kucharz,to pewne a cala reszta tych zwierzen do pudelka sie nadaje.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX