Poszukiwania Białego Miasta

Poszukiwania Białego Miasta (fot. materiały prasowe)

Zaginione Miasto Boga Małp. Nieodkryte tajemnice dżungli honduraskiej

Lasy Mosquitii w Hondurasie to najgęstsza i najtrudniej dostępna dżungla świata, pełna jadowitych węży i jaguarów. Właśnie tam miało istnieć legendarne Miasto Boga Małp, bogate i nagle opuszczone jeszcze przed przybyciem konkwistadorów, wedle legendy przeklęte. O kulisach poszukiwania tej krainy pisze Douglas Preston w książce "Zaginione Miasto Boga Małp", która właśnie ukazała się w języku polskim.

Legendę o Białym Mieście, znanym także jako Zaginione Miasto Małpiego Boga, usłyszałem w 1996 roku, gdy na zlecenie czasopisma "National Geographic" pisałem tekst o starożytnych świątyniach Kambodży. Było to wkrótce po tym, jak NASA wykonała przelot wyposażonym w nowoczesny system radarowy samolotem DC-10 nad różnymi fragmentami tamtejszej dżungli, by sprawdzić, czy można w ten sposób zajrzeć pod szatę roślinności. W należącym do NASA Laboratorium Napędu Odrzutowego (Jet Propulsion Laboratory, JPL) w Pasadenie w stanie Kalifornia zebrane materiały przeanalizował zespół specjalistów w dziedzinie "odległej detekcji", czyli odczytywania obrazów powierzchni Ziemi wykonanych z przestrzeni kosmicznej. Wśród uzyskanych danych eksperci odnaleźli ruiny nieznanej, ukrytej w kambodżańskiej dżungli świątyni z XII wieku*. (...)

Jeden z obszarów dżungli, w którym poszukiwano Białego Miasta (fot. materiały prasowe)Jeden z obszarów dżungli, w którym poszukiwano Białego Miasta (fot. materiały prasowe)

Rozpalony ciekawością postanowiłem zidentyfikować to "zaginione miasto" - zadzwoniłem do kilku znanych mi archeologów zajmujących się Ameryką Środkową, a oni podzielili się ze mną swoimi domysłami. David Stuart, badacz starożytnego hieroglificznego pisma Majów z Peabody Museum przy Uniwersytecie Harvarda, który odegrał znaczącą rolę w sukcesie tego projektu, powiedział mi: - Znam te tereny całkiem nieźle. Niektórych tamtejszych obszarów archeolodzy w ogóle nie badali. Miejscowi często opowiadali mi o różnych miejscach, które widzieli podczas polowania w lesie - wielkich ruinach i posągach. Większość tych historii jest prawdziwa. Ci ludzie nie mają powodu, by kłamać.

Dodał, że w  samych tekstach majańskich znajdują się tajemnicze uwagi na temat miast i świątyń, których nie sposób odnieść do żadnych znanych stanowisk archeologicznych. Ten teren to ostatnie miejsce na Ziemi, gdzie mogłoby się znajdować nieodkryte od stuleci prekolumbijskie miasto. (...)

List do cesarza**

Najjaśniejszy Panie,

[...] Otrzymałem wiarygodne wieści o istnieniu ogromnych, bogatych krain, którymi rządzą potężni władcy. [...] Ustaliłem, że jedna znajduje się dziesięć dni marszu z miasta Trujillo, czyli w odległości od 50 do 60 mil angielskich. Doniesienia na jej temat są tak cudowne, że nawet biorąc poprawkę na przesadę, jest ona bogatsza od Meksyku, ma równie wiele miast i osad oraz podobną gęstość populacji, a także ustrój. 

Głowa węża przywiązana do drzewa (fot. materiały prasowe)Głowa węża przywiązana do drzewa (fot. materiały prasowe)

W 1526 roku Hernán Cortés napisał słynny piąty list do cesarza Karola V, przebywając na pokładzie swojego statku zacumowanego w zatoce Trujillo u  wybrzeży Hondurasu. Historycy i antropolodzy uważają, że raport ten, napisany sześć lat po podboju Meksyku, zasiał ziarno mitu o Ciudad Blanca - Mieście Małpiego Boga. Zważywszy że "Meksyk", czyli Imperium Azteków, posiadał oszałamiające bogactwa oraz stolicę liczącą co najmniej trzysta tysięcy mieszkańców, zapewnienia Cortésa, iż nowa kraina jest jeszcze wspanialsza, zasługują na uwagę. Pisał, że Indianie nazywają ją "Prastarą Krainą Czerwonej Ziemi", i podawał niejasne wskazówki umiejscawiające ją gdzieś w górach Mosquitii.

Jednak wtedy wśród ludzi Cortésa wybuchł bunt, który trzeba było stłumić, toteż ostatecznie nie wyruszono na poszukiwanie Prastarej Krainy Czerwonej Ziemi. Patrząc na poszarpane szczyty gór, dobrze widoczne z zatoki, Hiszpan musiał rozumieć, że taka wyprawa byłaby wielkim wyzwaniem. Legenda zaczęła jednak żyć własnym życiem, tak jak opowieści o El Dorado powtarzane od wieków w Ameryce Południowej. Dwadzieścia lat po powstaniu piątego listu Cortésa misjonarz Cristóbal de Pedraza, który miał później zostać pierwszym biskupem Hondurasu, twierdził, że podczas jednej ze swych trudnych podróży misjonarskich zapuścił się głęboko w góry Mosquitii i ujrzał niezwykły widok: ze stromego klifu oglądał położone w dolinie rzeki wielkie bogate miasto. Indiański przewodnik powiedział mu, że możni tej krainy jedzą i piją ze złotych naczyń. Pedrazy nie interesowało jednak złoto - ruszył dalej, omijając dolinę. (...)


Przez kolejne trzysta lat geografowie i podróżnicy opowiadali różne historie o ruinach miast w Ameryce Środkowej. W latach 30. XIX wieku nowojorczyka Johna Lloyda Stephensa ogarnęła obsesja na punkcie zaginionych miast w środkowoamerykańskich lasach deszczowych - postanowił je odkryć, jeśli rzeczywiście istnieją. Udało mu się zdobyć posadę ambasadora w efemerycznym państwie, jakim były Zjednoczone Prowincje Ameryki Środkowej. Przybył do Hondurasu w 1839 roku, w czasie gdy ZPAŚ rozpadały się wśród brutalnych wstrząsów wojny domowej. W panującym chaosie dostrzegł szansę - choć niebezpieczną - by samodzielnie ruszyć na poszukiwania tajemniczych ruin. Zabrał ze sobą znakomitego brytyjskiego artystę Fredericka Catherwooda, który zaopatrzył się w urządzenie zwane camera lucida, aby móc wyświetlić na kartonie i odrysować nawet najmniejsze detale napotkanych znalezisk.

We dwóch, w towarzystwie miejscowych przewodników, przemierzali Honduras tropem pogłosek o wspaniałym mieście. Zapuściwszy się w głąb lądu, trafili w końcu do nędznej, nieprzyjaznej, dręczonej plagą komarów wioski Copán, leżącej na brzegu rzeki opodal granicy z Gwatemalą. Dowiedzieli się od tubylców, że na drugim brzegu rzeczywiście znajdują się starodawne świątynie zamieszkiwane wyłącznie przez małpy. Stojąc na plaży, zobaczyli po przeciwnej stronie rzeki mury z ociosanego kamienia. Przebyli nurt na mułach, wspięli się po schodach i wkroczyli do miasta. "Weszliśmy po szerokich kamiennych stopniach - pisał później Stephens - które w pewnych miejscach zachowane były w doskonałym stanie, a w innych zniszczone przez wyrastające ze szczelin drzewa, po czym dotarliśmy do tarasu, którego formy nie sposób byłoby dostrzec wśród roślinności. Przewodnik torował nam drogę maczetą [...] przez gęste zarośla i  raptem trafiliśmy na kamienną kolumnę o kwadratowej podstawie. [...] Od frontu widniała na niej postać osobliwie i bogato ubranego mężczyzny o twarzy poważnej, surowej i budzącej grozę - był to bez wątpienia czyjś rzeźbiarski portret. Z tyłu zobaczyliśmy wzór, który z niczym nam się nie kojarzył, zaś boki pokrywały hieroglify".

Obóz ekspedycji poszukiwawczej w regionie Mosquitii (fot. materiały prasowe)Obóz ekspedycji poszukiwawczej w regionie Mosquitii (fot. materiały prasowe)

Obraz Indian, jaki do tego momentu posiadała większość mieszkańców Ameryki Północnej, opierał się na lekturach i spotkaniach z łowiecko-zbierackimi plemionami żyjącymi wzdłuż granicy. Rdzennych mieszkańców Nowego Świata postrzegano jako "półnagich dzikich Indian", którzy nigdy nie wypracowali nic, co można by określić mianem "cywilizacji". Wyprawy Stephensa zmieniły ten obraz. Był to ważny moment dziejowy - świat przekonał się, że w Amerykach istniały odrębne zdumiewające cywilizacje. Stephens pisał: "Nieoczekiwany widok tej kolumny w jednej chwili na zawsze rozwiał wszelkie nasze wątpliwości odnośnie dziejów Ameryki [...], dowodząc z pełną mocą nowo odkrytych dowodów historycznych, że ludzie zamieszkujący niegdyś kontynent amerykański nie byli dzicy".

Zaginione miasto zaginionego ludu

Nazywany Majami lud, który zbudował rozległe miasto pełne piramid i świątyń, pokrywając gmachy pismem hieroglificznym, utworzył cywilizację równie zaawansowaną jak starożytne kultury Europy. Stephens, jak na rzutkiego przedsiębiorczego Amerykanina przystało, bezzwłocznie nabył ruiny Copán za pięćdziesiąt dolarów od właściciela tych ziem i stworzył plan (później zarzucony), by wszystkie budynki rozebrać, załadować na barki, przewieźć do Stanów i tam zrekonstruować jako atrakcje turystyczne. Przez kilka kolejnych lat Stephens i Catherwood badali starożytne miasta Majów od Meksyku po Honduras, tworząc ich mapy i wszystko rejestrując. Nigdy jednak nie zapuścili się do Mosquitii - być może odstraszyły ich góry i dżungle znacznie trudniejsze do pokonania niż wszelkie inne przeszkody, na jakie natrafili dotąd na terytoriach Majów. (...)

Niebawem cywilizacja Majów stała się najintensywniej badaną dawną kulturą Nowego Świata. Zajmowali się tym nie tylko naukowcy. Kościół Świętych w Dniach Ostatnich dopatrzył się w Majach jednego z zaginionych plemion Izraela - Lamanitów - o których opowiada wydana w 1830 roku Księga Mormona. Według niej Lamanici opuścili Izrael i około 600 roku przed naszą erą pożeglowali do Ameryki. Ich potomkom w Nowym Świecie objawił się Jezus i nawrócił ich na chrześcijaństwo. Księga opisuje także wiele innych wydarzeń sprzed przybycia Europejczyków.

Lot nad rzeką Pao (fot. materiały prasowe)Lot nad rzeką Pao. Zaginione miasto leży przy jej nienazwanym dopływie (fot. materiały prasowe)

W  XX wieku Kościół Mormoński wysłał wielu hojnie finansowanych archeologów do Meksyku i Ameryki Środkowej, by potwierdzili te opowieści za pomocą wykopalisk. Choć ich prace zaowocowały wieloma wartościowymi odkryciami, badania okazały się dla nich wyjątkowo trudne - stojąc przed jednoznacznymi dowodami, że mormońska wizja historii jest błędna, część z nich utraciła wiarę, zaś kilkoro z grona tych, którzy głośno wyrażali swoje wątpliwości, zostało ekskomunikowanych.

Wyglądało na to, że terytoria majańskie rozciągające się od południowego Meksyku po Honduras kończą się na Copán. Rozległe, zalesione góry na wschód od tego miasta, zwłaszcza te w Mosquitii, były tak niebezpieczne, że prawie ich nie eksplorowano i przeprowadzono tam bardzo niewiele badań archeologicznych. Na wschód od Copán odkrywano pozostałości innych prekolumbijskich kultur spoza kręgu majańskiego, ale te przeszłe społeczności pozostawały nieuchwytne i słabo zbadane. Trudno było określić, jak daleko na wschód i południe sięgały wpływy Majów. Wobec braku wiedzy krzewiły się sensacyjne pogłoski o coraz większych i bogatszych miastach - może majańskich, a może nie - ukrytych w niedostępnej puszczy. Historie te fascynowały nie tylko archeologów, ale także poszukiwaczy skarbów.

Miejsce przeklęte

Na początku XX wieku liczne opowieści i plotki zlały się w legendę o świętym, zakazanym Ciudad Blanca - mieście będącym prawdziwym kulturowym skarbem, które wciąż czeka na odkrycie. Tę nazwę nadali mu zapewne Indianie Pech (znani też jako Paya) z Mosquitii. Antropolodzy usłyszeli od nich relacje o "Kaha Kamasa", czyli Białym Domu, leżącym ponoć za górską przełęczą u zbiegu dwóch rzek. Niektórzy Indianie twierdzili, że miejsce to było azylem, do którego szamani ich ludu uciekli przed nacierającymi Hiszpanami, by już nigdy nie powrócić. Inni uważali z kolei, że Hiszpanie wkroczyli w mury Białego Miasta, lecz zostali przeklęci przez bogów i zginęli lub zostali na zawsze pochłonięci przez las. Jeszcze inne indiańskie historie opisują miasto tragiczne, dotknięte licznymi kataklizmami, którego mieszkańcy odeszli, uświadomiwszy sobie, że bogowie się na nich gniewają. Z biegiem wieków stało się miejscem przeklętym, w którym każdy przybysz umierał na jakąś chorobę lub ginął z rąk diabła. Istniały także amerykańskie wersje tej legendy: badacze, poszukiwacze złota oraz pierwsi lotnicy opowiadali o połyskujących wapiennych ruinach murów obronnych wyrastających ponad roślinność gdzieś w środkowej części Mosquitii.

Pierwsze strony honduraskiego dziennika Williama Duncana Stronga z 1933 roku. Strong był jednym z pierwszych archeologów, którzy badali ten region (fot. materiały prasowe)Pierwsze strony honduraskiego dziennika Williama Duncana Stronga z 1933 roku. Strong był jednym z pierwszych archeologów, którzy badali ten region (fot. materiały prasowe)

Wydaje się prawdopodobne, że wszystkie te historie - tubylcze, hiszpańskie i amerykańskie - połączyły się, tworząc podstawę legendy o Białym Mieście albo Małpim Bogu. Chociaż wielu podróżników pojechało śladami odkryć Stephensa do lasów deszczowych Ameryki Środkowej, niemal żaden z nich nie zapuścił się na odstraszające tereny Mosquitii. W latach 20. XX wieku luksemburski etnolog Edouard Conzemius badał je jako jeden z pierwszych Europejczyków, pływając dłubanką po rzece Plátano. Podczas wyprawy doszły go słuchy o "ważnych ruinach, które dwadzieścia lub dwadzieścia pięć lat temu odkrył pewien poszukiwacz kauczuku po tym, jak zgubił się w puszczy między rzekami Plátano i Paulaya". Raportował dalej: "Człowiek ten opisywał fantastyczne widoki. Mówił o ruinach ważnego miasta z budynkami z białego, podobnego do marmuru kamienia. Otaczały je wysokie mury z tego samego materiału". Wkrótce po zrelacjonowaniu swojego odkrycia zbieracz kauczuku zniknął. "Zabił go diabeł, bo ośmielił się spojrzeć na to zakazane miejsce" - powiedział Conzemiusowi pewien Indianin. Gdy etnolog próbował wynająć przewodnika do Białego Miasta, Indianie udawali, że nie znają drogi. Bali się, jak mu powiedziano, że jeśli je przed nim odkryją, zginą.

Przed rokiem 1930 rozpowszechniająca się legenda przykuła uwagę amerykańskich archeologów i dużych instytucji, które uważały nie tylko za możliwe, lecz wręcz prawdopodobne, że w niezbadanych górskich dżunglach na skraju obszaru Majów kryje się zrujnowane miasto, a może nawet zaginiona cywilizacja. Być może chodzi o jedną z kultur majańskich, a może jakąś inną, zupełnie nieznaną.

Na początku lat 30. Biuro Etnologii Ameryki przy Instytucie Smithsona wysłało archeologa na wschód od Copán, by określił, czy cywilizacja Majów istniała w dzikich dżunglach Mosquitii. Naukowiec ten, William Duncan Strong, był człowiekiem wyprzedzającym swoje czasy: spokojnym, starannym, rzetelnym w badaniach, stroniącym od sensacji i rozgłosu. Jako jeden z pierwszych badaczy stwierdził, że Mosquitię zamieszkiwał jakiś starożytny lud i nie byli to Majowie. Spędził pięć miesięcy 1933 roku na podróżach po Hondurasie - dłubanką przemierzał Rio Patuca i niektóre jej dopływy. Prowadził ilustrowany dziennik, który obecnie przechowuje Instytut Smithsona. Wypełniają go szczegółowe opisy oraz detaliczne rysunki ptaków, zabytków i krajobrazów.


Kto, jeśli nie Majowie?

Strong odkrył ważne stanowiska archeologiczne, które starannie opisał i naszkicował, a ponadto przeprowadził kilka próbnych wykopalisk. Odkrył między innymi kopce stanowiska La Floresta, starożytne osady Wankibila i Dos Quebradas oraz Brown Site. Podróż upływała mu burzliwie - na pewnym jej etapie odstrzelono mu nawet palec. (Nie ma pewności, co się dokładnie stało - niewykluczone, że przypadkowo sam go sobie odstrzelił). Zmagał się z deszczem, owadami, jadowitymi wężami i gąszczem dżungli.

Strong natychmiast zdał sobie sprawę, że miast, które odkrywa, nie założyli Majowie. Lud ten budował z kamienia, podczas gdy w badanym regionie rozwijała się odrębna wyrafinowana kultura tworząca ogromne nasypy. Jednak choć badania Stronga wykazały niezbicie, że Mosquitia nie należała do obszaru majańskiego, nasunęły więcej pytań niż odpowiedzi. Kim byli ci ludzie, skąd przywędrowali i dlaczego dopiero teraz natknięto się na pierwsze ślady po nich? Jakim cudem żyli i uprawiali ziemię w tak trudnym, pokrytym dżunglą  terenie? Jakie relacje łączyły ich z  potężnymi majańskimi sąsiadami? Kopce i kurhany stanowiły kolejną tajemnicę: czy kryły się w nich zagrzebane budynki lub grobowce, czy też wznoszono je w jakichś innych celach?

Strong, odkrywając kolejne starożytne cuda, wciąż słyszał opowieści o najwspanialszej z wszystkich ruin - Białym Mieście - które jednak lekceważył, nazywając je "milutką legendą". Gdy siedział na brzegu Rio Tinto w głębi Mosquitii, miejscowy informator opowiedział mu następującą historię, którą badacz zanotował w notesie pod nagłówkiem "Zakazane Miasto". To zaginione miasto, pisał, znajduje się na brzegu jeziora położonego w  głębi gór na północy, a wokół jego białych murów rozciągają się zagajniki drzew pomarańczowych, cytrynowców i palm bananowych. Lecz jeśli kogoś skusi zakazany owoc, zagubi się wśród tych wzgórz na zawsze. "Tak mówi legenda - pisał Strong - ale lepiej byłoby postąpić jak ojciec jednego z informatorów, który szedł wzdłuż biegu rzeki, aż zamieniła się w wąski strumyk szemrzący wśród ciemnych skał i drzew, a potem, nie mając innego wyjścia, zawrócił. Dzięki temu miasto wciąż tam pozostanie. Zakazany owoc> - Ciudad Blanca> - zapewne jeszcze długo będzie kusił ciekawskich".

Książka 'Zaginione Miasto Boga Małp' w polskim przekładzie Dariusza Żukowskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. materiały prasowe)Książka 'Zaginione Miasto Boga Małp' w polskim przekładzie Dariusza Żukowskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. materiały prasowe)

Zdaniem współczesnych naukowców Białe Miasto znajduje się w regionie Mosquitia na wschodzie Hondurasu. Jak dotąd nie potwierdzono jednak ostatecznie kto i w jakim okresie je zamieszkiwał. Nie wiadomo też co stało się z ludem, który je wybudował. 

*Fragment książki "Zaginione Miasto Boga Małp" w polskim przekładzie Dariusza Żukowskiego, którą w promocyjnych cenach można kupić w Kulturalnym Sklepie, Empiku oraz w Publio.pl>>>

**Wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Douglas Preston.
Amerykański pisarz, autor technothrillerów i horrorów, m.in. bestsellerowej serii pisanej z Lincolnem Childem o agencie FBI Pendergaście. Karierę zaczynał, pracując dla Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej w NY, uczył pisania na Uniwersytecie w Princeton. Autor kilku uznanych książek z literatury faktu m.in. "Cities of Gold"  i "The Monster of Florence". Jego artykuły ukazały się m.in. w "New Yorkerze", "Natural History", "National Geographic", "Harper's", "Smithsonian" i "The Atlantic Monthly".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (11)
Zaloguj się
  • joasia33

    Oceniono 1 raz 1

    On to już opisał w powieści "Testament". Maszerują w niej przez tę dżunglę i maszerują i człowiek czuje, jakby tam był :)

  • kieszonkowiec12

    Oceniono 1 raz 1

    Kupię tę książkę.

  • vperjed

    0

    Jet Propulsion Laboratory tłumaczy się: samolot - laboratorium (dosł.: laboratorium o napędzie odrzutowym) a nie "laboratorium napędu odrzutowego". Przecież to nawet wynika z kontekstu.

  • shtalman

    Oceniono 2 razy 0

    A my mamy całkiem realny złoty pociąg gdzieś na Śląsku, niech Preston ze swoim Małpim Miastem spada na drzewo

  • Oceniono 1 raz -1

    Ale w Hondurasie nie ma dżunglii, tak jak nie ma selvy w Indiach czy Malezji...

  • rave8

    Oceniono 7 razy -1

    Dno i metr mułu. Jakieś wróżbiarstwo a nie konkretne merytoryczne badanie historii regionu.
    NIE POLECAM!

  • igor.bilyj

    Oceniono 15 razy -9

    Ludzie, litości, czy wy tam na tej Czerskiej już nie macie czego promować? Przecież to jest sensacyjna kupa w stylu Indiany Jonesa a nie książka dla inteligentnych czytelników.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX