Irena Jarocka

Irena Jarocka (fot. Marek Zarzecki)

wywiad Gazeta.pl

Mąż Jarockiej: Do dziś dostaję maile z pytaniami o koncert. Odpowiadam, że Irena nie żyje od sześciu lat

Po operacji dowiedzieliśmy się, że to najgorszy rodzaj glejaka i że może to potrwać miesiąc, góra trzy - wspomina Michał Sobolewski, który był mężem Ireny Jarockiej przez ponad 30 lat.

Mija właśnie sześć lat od śmierci pańskiej żony, Ireny Jarockiej. 

- Mieliśmy bardzo szczęśliwe życie, ale gdy ono się urwało, pozostał ogromny żal: "Dlaczego już? Dlaczego tak się stało?". Wydaje się nam, że mamy jeszcze tyle czasu, że tyle jeszcze możemy zrobić. Aż tu nagle przychodzi śmierć. Ta myśl wciąż do mnie powraca.

Zwłaszcza że w domu wszędzie jest Irena. Jej płyty, nagrody muzyczne, pamiątki, które przywoziliśmy ze wspólnych podróży. Wszystkie te przedmioty kojarzą mi się z nią i potęgują jej brak. Psycholog powiedział mi, że gdy jest się z drugą sobą tak blisko, to żal po jej stracie pozostaje co najmniej przez pięć lat. Tyle czasu potrzeba, by się z tym pogodzić.

Irena Jarocka podczas koncertu w Gorzowie Wielkopolskim, maj 1979 r. (fot. Bogusława Lis)Irena Jarocka podczas koncertu w Gorzowie Wielkopolskim, maj 1979 r. (fot. Bogusława Lis)

Pan potrzebował właśnie tyle?

- Przez ostatnie lata, ze względu na pracę, mieszkałem w hotelu. Do domu w Teksasie jeździłem tylko na jeden weekend w miesiącu. Przyznam pani, że po takim weekendzie zawsze z chęcią wracałem do hotelu. Dopiero jakiś miesiąc temu po raz pierwszy wróciłem do domu i poczułem się tam dobrze. Wszystkie przedmioty związane z Ireną zaczęły we mnie budzić dobre wspomnienia. Dopiero po sześciu latach pogodziłem się wewnętrznie z tym, co się stało. Choć o Irenie nie zapomniałem.

To zrozumiałe.

- Czasami do niej mówię. Pytam: "Kochane, co zjemy?". (kochane, nie kochanie - tak Jarocka zwracała się do męża i on do niej - przyp. red.). Tak jakby ona była obok. Rozglądam się po lodówce, wyjmuję jedzenie. Siadam do stołu i zaczynam posiłek. Właściwie ona cały czas jest ze mną. Z tą iluzją łatwiej mi żyć. Irena miała wyrzuty sumienia, że odchodzi, martwiła się, że ja, gdy byliśmy małżeństwem, nie miałem czasu na swoje prace naukowo-badawcze. Bo wciąż absorbowała mnie swoją karierą, osobowością. Powiedziała: "Odejdę, ale będę ci pomagała z góry. Będę cię wspierała". Zastanawiałem się wtedy, na czym to może polegać.

No właśnie, na czym?

- Muszę pani powiedzieć, że odkąd zmarła, tempo moich badań przyspieszyło co najmniej dziesięciokrotnie. Ile potrafię teraz zrobić! Pracuję po 14-16 godzin i nie czuję się zmęczony. Jest we mnie jakaś nadzwyczajna energia i gdy zastanawiam się, skąd się ona bierze, przypominam sobie słowa Ireny: "Słuchaj, ja ci pomogę. Ty to wszystko odrobisz".

Za życia też się o pana troszczyła.

- Nawet mama nie troszczyła się o mnie tak, jak ona. Piekła mi chleb i ciastka, które zawsze musiałem mieć do herbaty. Robiła mi śniadania. Była moim aniołem stróżem. Problem jednak tkwił w tym, że jej pasją było śpiewanie. A to śpiewanie zawsze było poza domem i na dłużej.

Z podróży pisała do pana piękne, czułe listy.

- Tęskniła i miała wyrzuty sumienia, że zostawiała mnie z córką. Pytała, jak sobie radzę, czy dziecko nakarmione. Gdy mieszkaliśmy w Polsce, to ona zarabiała na rodzinę. Ja byłem pracownikiem Polskiej Akademii Nauk z niewielką pensją. Ona popularną piosenkarką, która za koncerty dostawała krocie.

Więc kiedy w latach 80. wykańczaliśmy w Polsce dom, wykonywałem wszystkie prace fizyczne, ciągnąłem instalacje. Niewiele można było w tamtych czasach dostać, więc Irena używała swojego uroku, by wyszarpać jakieś materiały na zasłony, lampy czy klepkę na podłogę. Potem robiła mi wyrzuty, że musiała załatwiać coś "na małpę". Że musiała się pouśmiechać, pomachać rękami. Nie przypuszczałem, że po dziesięciu latach zostawię ten dom i wyjadę do Stanów.

A ona z panem.

- Irena przyznała później, że Ameryka nauczyła ją pokory. W Polsce wszyscy jej się kłaniali, uśmiechali na ulicy. Była wielką gwiazdą. Kiedyś mój kolega, który spotkał ją w sklepie w Warszawie, powiedział mi, że całą noc nie spał z wrażenia. A w Ameryce Irena była zwykłym przechodniem, nikt jej nie znał. To ją sprowadziło na ziemię. 

Irena Jarocka i Michał Sobolewski, Lubbock, grudzień 2008 r. (fot. Monika Sobolewska)Irena Jarocka i Michał Sobolewski, Lubbock, grudzień 2008 r. (fot. Monika Sobolewska)

Czasem zarzucał jej pan, że jest "sobkiem".

- Jest druga w nocy, ja śpię. Nagle drzwi się otwierają, a Irena krzyczy od progu: "Michaś, jestem! Jaki to był wspaniały koncert!". I zaczyna opowiadać. Mówię: "Słuchaj, jest późno, Monika (córka - przyp. red.) śpi, a ja rano muszę wstać do pracy. Kochanie, może opowiesz mi jutro".

Raz się za to obraziła na mnie i skwitowała: "Dlaczego ty mnie tak nienawidzisz? I nie uśmiechaj się tak, bo to mnie jeszcze bardziej denerwuje". Odpowiedziałem: "Wiem, że żyjesz koncertami. Ale nie rozumiesz, jak ja się w tej sytuacji czuję". Potem wypracowaliśmy sobie zasadę: "Zanim mi coś powiesz, pomyśl, jak byś się czuła na moim miejscu". I staraliśmy się jej przestrzegać. Byliśmy razem przez 35 lat. To był piękny czas.

Piękna jest też historia tego, jak się poznaliście. To było w 1967 roku, w Leningradzie.

- Irena była na tournée, a ja na zagranicznym stypendium Politechniki Gdańskiej. A ponieważ w Leningradzie nie było polskiego konsulatu, ambasada prosiła mnie czasem o opiekę nad Polakami. Nazwisko Jarocka nic mi nie mówiło. Z całą grupą Polaków umówiłem się w Ermitażu i tak ją poznałem. Była młodą, ciepłą dziewczyną, która zapytała, czy mają tu impresjonizm, więc następnego dnia pokazałem jej obrazy impresjonistów. Taka była pogodna, jakby właśnie zeszła z obrazów Renoira.

Zaiskrzyło.

- Podobała mi się. Gdy wróciłem ze stypendium, ilekroć byłem w Warszawie, spotykaliśmy się. Ale potem nasza relacja wygasła. Irena wyjechała na stypendium do Paryża, wyszła za mąż, a ja poznałem wspaniałą dziewczynę i się z nią ożeniłem. 

Los jednak znów was zetknął.

- Siostra mojej żony miała pokaz w Pałacu Kultury. To był 1976 rok. Zawiozłem ją, a gdy czekałem w holu, przechodziła Irena. Krzyknąłem: "Irena!", a ona "Michał!", i wpadliśmy sobie w ramiona. Irena zawsze mawiała, że byliśmy sobie przeznaczeni. Po tym spotkaniu zaprosiła mnie na koncert, a po występie poprosiła, bym odwiózł ją do domu. Tam czekał już jej mąż, mieliśmy razem obejrzeć jakiś film.

Ale po drodze czołowo wjechał na nas inny samochód. Obydwoje wylądowaliśmy w szpitalu. Całe szczęście, że w szpitalu Wolskim miał dyżur doktor Zbigniew Religa. Irena uderzyła głową w przód mojego malucha i miała lewą brew na wierzchołku czoła. Religa zszywał ją przez kilka godzin, ale zrobił to tak precyzyjnie, że nie trzeba było już robić operacji plastycznej.

Po tym wypadku miałem potworne wyrzuty sumienia. Odwiedzałem Irenę w szpitalu. Przynosiłem jej wszystko, czego potrzebowała. Pewnego dnia poprosiła, żebym przyniósł listy, jakie do mnie pisała.  

Miał je pan?

- Miałem. Irena kupiła mi cepeliowską skrzyneczkę i poleciła: "Listy ode mnie zbieraj wszystkie". Więc zbierałem. I od tego wypadku byliśmy już razem. Rozstaliśmy się ze swoimi partnerami, ale przez długie lata nie mieliśmy potrzeby, by brać ślub. Uważaliśmy, że skoro się kochamy i dbamy o siebie, to jest najważniejsze. Cyrograf nie był nam do niczego potrzebny. Urodziła nam się córka i dopiero gdy Irena miała przyjechać do mnie do Stanów, gdzie dostałem stypendium, zdecydowaliśmy, że się pobierzemy. Ślub jednak nie zmienił tego, że wzajemnie się o siebie staraliśmy.

Początkowo w Stanach pan musiał się starać bardziej.

- Irena popadła w depresję, bo nie występowała na scenie. Przez pierwsze pół roku było dobrze, bo razem z córką szlifowały angielski, ale potem zaczęła tęsknić za występami, publicznością. Zrobiły jej się guzki na strunach głosowych i lekarz powiedział, że przyczyną jest brak śpiewania, do którego gardło się przyzwyczaiło. Poradził, żeby wznowiła koncerty. I tak też zrobiła. Jeździła do Polski sześć razy w roku.

Irena Jarocka, październik 2010 r. (fot. archiwum prywatne)Irena Jarocka, październik 2010 r. (fot. archiwum prywatne)

Wie pani, że do dziś dostaję z Polski maile z pytaniami, czy Irena nie mogłaby dać koncertu? Odpowiadam, że bardzo mi przykro, ale Irena nie żyje od sześciu lat.

Choroba pojawiła się niespodziewanie.

- To był sierpień 2011 roku. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie, przepraszając, że spóźni się na rozmowę na Skypie, bo zgubiła się w parku. Gdy poradziłem, żeby zapytała kogoś o drogę, odparła, że nie pamięta, jak się nazywa uzdrowisko, w którym się zatrzymała. To był dla mnie szok. Zawsze była świetnie zorientowana w terenie, latami chodziliśmy po górach i nigdy się nie gubiła.

Spakowałem się i przyleciałem do Polski. Umówiłem neurologa, bo miałem podejrzenie, że to może być coś z pamięcią. Jednak specjalista to wykluczył i poradził rezonans magnetyczny mózgu. To był czwartek. W weekend Irena dała jeszcze koncert. Jednak parę razy pomyliła się w tekstach piosenek, więc następny jej występ odwołałem. W poniedziałek mieliśmy wizytę w szpitalu MSWiA w Warszawie.

I wtedy okazało się, że to nowotwór mózgu.

- Pokazują nam rezonans i pytają Irenę, czy dobrze widzi, czy nie boli ją czasem głowa i czy się nie potyka. Na każde pytanie odpowiadała przecząco. Jednak lekarze powiedzieli, że nie mogą zagwarantować, że Irena dożyje rana. Nowotwór był już rozsiany po lewej półkuli mózgu i powodował zmiany pamięciowe. Ale nic więcej.

Irena nie chciała się zgodzić na operację. Tak jakby wiedziała, że to już jest koniec. W końcu ją przekonałem do operacji, prosząc, żeby nie zostawiała mnie samego. Później przyznała, że się zgodziła tylko po to, by mieć więcej czasu na pożegnanie. Po operacji dowiedzieliśmy się, że to najgorszy rodzaj glejaka i że może to potrwać miesiąc, góra trzy.

Niewiele czasu zostało na pożegnanie.

- Po operacji Irena przestała mówić. Kupiłem więc odpowiednie książki do nauki i przerobiliśmy dwie z nich. Po dwóch miesiącach Irena znowu mówiła, powtórzyła nawet wszystkie teksty piosenek. Rozważaliśmy wręcz wznowienie koncertów. To był zarazem najsmutniejszy i najsłodszy czas w naszym wspólnym życiu.

Zrezygnowałem z pracy i przez 24 godziny na dobę byliśmy razem. "A teraz mnie przytul, a teraz daj buzi". Biegaliśmy do lasu, gotowaliśmy, powtarzaliśmy słowa, których się nauczyła. Irena była szalenie uparta i bardzo pracowita. Co dwa tygodnie robiliśmy badania. Po ponad dwóch miesiącach neurolog powiedział: "Panie Michale, nie ma nadziei. Irena jest umierająca".

Irena żyła ponad pięć miesięcy po operacji, która odbyła się w dniu jej urodzin. Przez ten czas nie było żadnego narzekania. Była bardzo dzielna. I jak zawsze wspaniała.

Książkę "Irena Jarocka. Nie wrócą te lata. Autobiografia i listy do męża" w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

Książka 'Irena Jarocka. Nie wrócą te lata. Autobiografia i listy do męża' ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka (fot. archiwum prywatne / materiały prasowe)Książka 'Irena Jarocka. Nie wrócą te lata. Autobiografia i listy do męża' ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka (fot. archiwum prywatne / materiały prasowe)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU 


Michał Sobolewski.
Profesor Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, znakomity informatyk pracujący w USA i Polsce. Od 1976 do 2012 roku był związany z Ireną Jarocką. Mają córkę Monikę. 

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (72)
Zaloguj się
  • elenem

    Oceniono 23 razy 23

    Piękna historia.... Prawdziwej Miłości. Bo właśnie o to w niej chodzi.... o bycie z kimś w radości i smutku, w zdrowiu i w chorobie...az do śmierci. To powinna być lekcja dla młodych, na tym polega Małżeństwo.

  • kac

    Oceniono 39 razy 23

    Glejak wielopostaciowy (glioblastoma), bo o nim tu mowa nie daje w zasadzie szans. Z leczeniem od diagnozy żyje się przeciętnie od 6 do 18 miesięcy, czasem nieco krócej lub dłużej ale jest to choroba traktowana jako nieuleczalna i śmiertelna. Nie należy za wszelką siłę zmuszać chorych do operacji, mają prawo zmierzyć się z tą chorobą na swoich zasadach. Tak w pewnej chwili postąpiła bliska mi osoba i rozumiem ją.
    Najbardziej jednak wkurzają mnie ludzie 'od konopi', którzy z tych ludzi i ich rodzin jak hieny wyciągają dziesiątki tysięcy na 'leczenie', które i tak kończy się pogrzebem.
    To, że pojedyncze przypadki osób 'leczonych' zielonym paskudztwem przeżywają, to fakt, tak samo jak faktem jest, że przeżywają również pojedyncze osoby leczone tylko standardową metodą - Temozolomidem. Przeżywają pojedyncze osoby, po części dlatego, że choroba ta jest ogromnie polimorficzna i każdy przypadek jest inny a po drugie dlatego, że czasami jest nieprawidłowe rozpoznanie histopatologiczne i mamy do czynienia z glejakiem anaplastycznym, który daje nieco lepsze rokowania. Współczuję rodzinom chorych osób, wiem przez co przechodzą...

  • KRECIK424

    Oceniono 21 razy 21

    Nie dziwię się ludziom proszącym o koncerty. Ja też nie przyswoiłem sobie sytuacji że Pani Irena odeszła...

  • edi54

    Oceniono 17 razy 17

    Była wspaniała.Jest wciąż wspaniała w swych piosenkach.Panie Profesorze , miał Pan Szczęscie w zyciu...

  • zerozer52

    Oceniono 21 razy 17

    Pięknie śpiewała.

  • ?????? ????????

    Oceniono 10 razy 10

    Mr, M. Sobolevsky studied in LETY University in Leningrad , Russia when i studied there the same time,Am so sorry for that gloomy dasteney.

  • Dorota Sobolewska

    Oceniono 6 razy 6

    Mialam zaszczyt ja poznac i widywac bardzo czesto. Bywala w domu mojej siostry byly przyjaciolkami. Czesto o niej mysle i wspominam nasza ostatnia rozmowe ,gdzie namawiala mnie do bliskosci z rodzina.To bylo chodzace dobro i serdecznosc.Nigdy nie poznalam pana p.Michale ale pozdrawiam serdecznie i wspolczuje bo pustki po Irence nikt i nic nie jest w stanie zastapic.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX