'Korona królów' - serial TVP

'Korona królów' - serial TVP (fot. Marcin Makowski mat. prasowe TVP)

zjawisko

Nie tylko ''Korona królów''. Najgorsze polskie filmy historyczne ostatniej dekady

"Korona królów", serial opowiadający o średniowiecznych władcach Polski, to ostatnio jeden z najpopularniejszych tematów internetowych debat i prywatnych rozmów. I choć jako produkcja TVP może korzystać z taryfy ulgowej, zwraca uwagę na pewien większy kłopot: często, gdy chcemy filmem opowiedzieć o naszej przeszłości, wychodzi z tego coś niezamierzenie śmiesznego, a bywa, że i niestrawnego.

"Korona królów" jest stosunkowo łatwym celem. Kostiumy żywcem wyjęte ze szkolnego teatrzyku, nienaturalne dialogi (mój osobisty faworyt to: - Jakiś dziwny człowiek. - Właśnie widzę.) i idealizowanie krakowskich dworzan (czternastowieczni Polacy są eleganccy, szlachetni i "światowi" - w przeciwieństwie do nieokrzesanych Litwinów) sprawiły, że trudno podejść do serialu w reżyserii Wojciecha Pacyny inaczej niż z delikatnym uśmiechem i odrobiną politowania.

O mankamentach tej produkcji napisano i powiedziano już wiele. Pisarz i dziennikarz Ziemowit Szczerek, autor książek "Przyjdzie Mordor i nas zje" i "Tatuażu z tryzubem", nominowanych do Nagrody Nike, podsumowuje: - Ten serial chce udowodnić naszą wielkość, ale robi to równie nieudolnie jak architektura macedońskiego Skopje, która w pokraczny sposób nawiązuje do starożytności i momentów chwały. Trudno Szczerkowi odmówić i finezji, i trafności skojarzeń - w stolicy Macedonii na porządku dziennym jest przebudowywanie socmodernistycznych i brutalistycznych obiektów na pseudoantyczną modłę, co ma z założenia odsyłać do starożytnych korzeni narodu.

"Korona królów" jest produkcją telewizyjną, może więc liczyć na taryfę ulgową. Ale w polskim kinie ostatnich lat nie brakuje jednostronnych, mało realistycznych portretów naszych dziejów, które w dodatku warsztatowo bardzo kuleją. Oto kilka przykładów, które wybrałem w oparciu o sugestie specjalistów, m.in. krytyków filmowych.

Korona królówKadr z serialu "Korona królów" (fot. Marcin Makowski | TVP)

"1920 Bitwa warszawska" (reż. Jerzy Hoffman, 2011)

"1920 Bitwę warszawską" śmiało możemy traktować jako symboliczny koniec pewnej epoki. Oto "stary mistrz", odpowiedzialny za - niepozbawioną wad, ale jednak kultową - filmową trylogię na podstawie powieści Sienkiewicza, tworzy obraz niemiłosiernie kiczowaty i jednostronny.

Polacy to w filmie Hoffmana naród inteligentów, dzielnych oficerów, którzy z wojennych popiołów wyławiają w mig nadpalone książki Lermontowa (to jedna ze scen), a którym przychodzi konfrontować się ze zdehumanizowaną Armią Czerwoną. W filmowej Warszawie próżno szukać ludzi ubogich i nieeleganckich - przemykają w ledwie kilku ujęciach, co najwyraźniej załatwia sprawę.

Ta opowieść o dobrych i złych jest przerywana ujęciami z klubu "Oasis", w którym występuje grana przez Nataszę Urbańską Aleksandra. Pomysł, aby tło historyczne było komentowane przez występy sceniczne, wydawał się całkiem odważny i zachęcający. Cóż z tego jednak, skoro główna postać kobieca bez przerwy raczy widza manieryczną, pełną przesady grą rodem z kina niemego. Do tego dochodzi niezborność dźwięku i obrazu w scenach kabaretowych oraz niezrozumiałe zabiegi operatorskie. Kto widział film w kinie, ten wie, jak wielki, choć przecież niezamierzony, jest potencjał komediowy sceny, w której Natasza Urbańska oddaje salwę z karabinu maszynowego, a widz wszystko to ogląda w zwolnionym tempie. Naprawdę, aż trudno uwierzyć, że za zdjęcia odpowiedzialny jest tu Sławomir Idziak.

Warto zaznaczyć, że "1920 Bitwa warszawska" to pierwszy polski film pełnometrażowy zrealizowany w całości w formacie 3D. Jak stwierdził jednak Lech Kurpiewski z "Newsweeka", trójwymiarowość "jest w stanie nadać obrazowi pozór głębi, ale treści już nie. A w filmie Hoffmana fabuła jest płaska niczym kartka papieru ze szkolnej czytanki".

"Bitwa pod Wiedniem" (reż. Renzo Martinelli, 2012)

Jak to ujął jeden z internautów: "Bez przesady! Gdyby nie montaż, scenariusz, dialogi, reżyseria, ścieżka dźwiękowa, scenografia i aktorstwo, film nie byłby zły". W tym rzecz: w polsko-włoskiej koprodukcji, obliczonej na bycie wielkim kinowym hitem, szwankuje niemal wszystko.

Konieczność nadania całości rozmachu połączona z brakami budżetowymi skutkuje feerią pokracznych efektów specjalnych przeplatanych jałowym aktorstwem i patetycznymi dialogami. Błogosławiony Marek z Aviano (w tej roli F. Murray Abraham znany choćby z "Amadeusza" Formana), kapucyn, który rzeczywiście towarzyszył austriackiemu cesarzowi Leopoldowi podczas wielkiej bitwy, jest tu pełnokrwistym protagonistą. Za pomocą nadprzyrodzonych mocy wpływa na losy świata i wlewa w serca żołnierzy nadzieję, co prowadzi do ostatecznego zwycięstwa. A wspiera go w tym - to nie żart! - jego dziadek, który ukazuje się mnichowi pod postacią fatalnie zanimowanego wilka!

Wraz z zakonnikiem podróżujemy po wygenerowanych komputerowo plenerach Wiednia i Istambułu, aby przekonać się, że jedynym motywem, który doprowadził do bitwy z 1683 roku, były niezgodności religijne. Na szczęście z pomocą przybywa grany przez Jerzego Skolimowskiego Jan III Sobieski i dzięki geniuszowi taktycznemu broni honoru chrześcijańskiej Europy.

Trudno nie odbierać filmu Martinellego jako agitującego komentarza do aktualnych wydarzeń - wszak w 2011 roku temat imigrantów z Bliskiego Wschodu był już bardzo żywy. Jedyny "dobry muzułmanin" w "Bitwie..." z czasem i tak okazuje się fanatykiem religijnym... Szkoda jedynie Piotra Adamczyka, który gra tu wymuskanego, safandułowatego cesarza Austrii. Jego rola to dowód na to, że gdyby z dzieła ująć nieco patosu, wszystkim wyszłoby to na dobre.

"Tajemnica Westerplatte" (reż. Paweł Chochlew, 2013)

Prace nad tym filmem przedłużały się znacznie ze względu na rzekome kontrowersje wokół scenariusza. W jego pierwotnej wersji pojawiła się podobno scena, w której pijany żołnierz oddaje mocz prosto na portret marszałka Rydza-Śmigłego. Miał to być główny powód, dla którego kancelaria premiera Donalda Tuska odmówiła w 2008 roku objęcia filmu patronatem.

Nie wiem, ile z oryginalnego scenopisu zostało w finalnej wersji, ale na pewno nie pozbawiono go krępująco sztucznych dialogów i nie wycięto zbędnych scen. Paweł Chochlew skupia się głównie na relacjach między polskimi żołnierzami, ale i tak "wielka historia" upomina się o swoje - tragicznej walce o nadmorski posterunek towarzyszą tandetne makiety budynków i niemieckie samoloty rodem z gry komputerowej sprzed dwóch dekad, że o fatalnie wyglądającym pancerniku "Schleswig-Holstein" nie wspomnę.

A gdyby tego było mało, Robert Żołędziewski, odtwórca roli kapitana Franciszka Dąbrowskiego, jest tu naprawdę fatalny. Jak ujął to Grzegorz Fortuna z serwisu film.org.pl: Żołędziewski miota się na ekranie jak fretka w klatce - chodzi po bunkrach z przyklejoną do twarzy zawziętą miną i romantycznie rozwianą czupryną, łypie wilkiem na Żebrowskiego i wypowiada dialogi w taki sposób, jakby na zajęciach z dykcji regularnie wagarował.

"Był sobie dzieciak" (reż. Leszek Wosiewicz, 2013)

Polscy widzowie już od kilku dekad czekają na dobry film o powstaniu warszawskim. Próżno jednak wypatrywać na kinowym horyzoncie godnego następcy "Kanału". O próbę znalezienia nowego sposobu opowiadania o wydarzeniach z 1944 roku pokusił się Leszek Wosiewicz. Jego "Był sobie dzieciak" miał zapewne ukazywać nierealność doświadczeń wojennych - być nieco surrealistyczną, niepokojącą impresją na temat powstania zogniskowaną wokół losów młodego chłopca, który stara się przedrzeć przez gruzy Warszawy do ojca. W efekcie jednak otrzymaliśmy dźwiękowo-wizualny bełkot: rwany montaż, szybkie cięcia, krótkie, niespodziewane ujęcia oraz zgrzytliwą muzykę. Podczas seansu mamy wrażenie, że Wosiewicz kompletnie nie panuje nad medium, którym się posługuje.

Sprawę pogarszają niezrozumiałe pod względem historycznym zabiegi - np. uzbrojona tylko w trzymane w zębach noże trójka dirlewangerowców [jednostka SS rekrutująca się z kryminalistów - przyp. red.] snujących się po gruzach. Na nic Magdalena Cielecka, gdy nie ma czego grać.

"Hiszpanka" (reż. Łukasz Barczyk, 2014)

Obraz powstał w wyniku konkursu zorganizowanego przez marszałka województwa wielkopolskiego i miał uświetnić 96. rocznicę wiadomego powstania. Można było się spodziewać dzieła posągowo poważnego i przesyconego martyrologią. Powstał film, w którym polska historia miesza się z fantazją, a losy narodowego zrywu przeplata walka dwóch telepatów. Jeden z nich - działając w interesie Rzeszy Niemieckiej - ma za zadanie wywołać w umyśle Ignacego Paderewskiego urojoną chorobę.

Mamy tu kampowy przepych i świadomie przerysowane kostiumy. Roi się od tropów stylistycznych i nawiązań. Całość ma zapewne spowijać duch rodem z twórczości Witkacego. Pojawiają się również aluzje do twórczości Kubricka - sceny narad niemieckich dowódców budzą nieodparte skojarzenie z "Doktorem Strangelove". Jednak stężenie groteski i szaleństwa oraz luki narracyjne sprawiają, że "Hiszpanka" pozostaje dziełem nie tyle trudnym, co bełkotliwym i pretensjonalnym. A szkoda. Tym bardziej że niewykluczone, iż Barczyk zamknął swoim filmem drzwi tym wszystkim twórcom, którzy chcą do opowiadania o naszej historii podejść z eksperymentalno-autorskim zacięciem i szukają ku temu środków finansowych.

"Historia Roja" (reż. Jerzy Zalewski, 2016)

W ogniu debaty na temat żołnierzy wyklętych i rzeczywistego charakteru tej partyzanckiej formacji pojawił się pomysł ekranizacji losów żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, Mieczysława Dziemieszkiewicza (pseudonim "Rój"). Prace nad obrazem rozpoczęły się w 2009 roku, "Historia Roja" miała jednak swoją premierę dopiero dwa lata temu.

Czy długi czas oczekiwania skutkuje dziełem wnikliwym, wyważonym i wielowarstwowym? Przeciwnie. Film Zalewskiego to tak naprawdę western osadzony w realiach wczesnego PRL-u. Jedyne, co po seansie wiemy na temat "wyklętych", to to, że jeździli po Polsce i rozstrzeliwali ubeków - tego typu streszczenie fabuły "Historii..." nie będzie wcale nadużyciem.

"Rój" Zalewskiego to połączenie Janosika i Robin Hooda. Zawadiacki żołnierz wraz ze swoją dzielną drużyną dokonuje kolejnych "likwidacji", by na świecie znów zapanowała sprawiedliwość. Brak tu refleksji na temat skomplikowanego charakteru powojennych konfliktów, nie znajdziemy żadnych odniesień do wątpliwych działań żołnierzy wyklętych oraz zbrodni i pacyfikacji dokonywanych przez NZW na ludności ukraińskiej i białoruskiej. Świat z "Historii Roja" jest czarno-biały i prosty, o czym informuje się nas w sposób skrajnie łopatologiczny: komuniści są wzorcowo kaprawi i zepsuci do szpiku kości, skrojeni przez reżysera i scenarzystów tak, abyśmy nie mieli co do tego żadnych wątpliwości (patrz: scena, w której grany przez Marcina Trońskiego sekretarz Nasierowski strzela na oczach ludu do figury Matki Boskiej).

Sytuacji nie ratuje obsadzenie w roli tytułowej Krzysztofa Zalewskiego, wokalisty, który wydawał się postacią z nieco innej "bajki", a którego gra aktorska najzwyczajniej w świecie trąci amatorszczyzną. Użyłem słowa "bajka" nieprzypadkowo - twórcy "Historii Roja" ani myślą o zmierzeniu się z tłem historycznym i fundują nam opowieść o smagłych herosach ratujących świat, która nie stawia nam żadnych pytań, daje natomiast gotowe odpowiedzi.

"Zerwany kłos" (reż. Witold Ludwig, 2017)

Biografia błogosławionej Karoliny Kózkówny, Polki zamordowanej w 1914 roku przez rosyjskiego żołnierza, nie jest filmem przeznaczonym dla dzieci. Dlatego też zupełnie niezrozumiałe wydają się nachalny i bezrefleksyjny dydaktyzm produkcji. Abstrahując już od faktu, że przed tego typu "pedagogiką" należałoby najmłodszych raczej bronić.

Grana przez Aleksandrę Hejdę Kózkówna ani przez chwilę nie sprawia wrażenia postaci z krwi i kości. O ból głowy przyprawiają też dialogi. I nie chodzi tu nawet o to, że twórcy nie pokusili się choćby o próbę stylizacji językowej (rzecz dzieje się wszakże ponad sto lat temu). Bohaterowie nie rozmawiają, tylko recytują kwestie, w czym przodują ksiądz Władysław Mendrala (Witold Bieliński) i zgwałcona przez rosyjskiego żołnierza Teresa (Magdalena Michalik). Sama Kózkówna jest natomiast boleśnie kartonowa i pozbawiona cech innych niż szlachetność i bogobojność.

Razi też brak jakiejkolwiek dbałości o detale. Domostwo Kózkówny jest całkiem bogato wyposażone, jak na małopolską wieś z początku wieku, choć polska błogosławiona pochodziła podobno z ubogiej rodziny. To, w połączeniu z nachalnym dydaktyzmem dzieła i skansenową scenografią, skutkuje filmem zupełnie niestrawnym. Plusy? Należałoby wyróżnić Dariusza Kowalskiego (czyli słynnego Tracza z "Plebanii") grającego ojca błogosławionej.

Dlaczego mamy z filmem historycznym taki kłopot?

Przyczyn jest kilka. Na pierwszy rzut oka bolą ograniczenia techniczne. - Oczywistym jest, że nie możemy liczyć na hollywoodzkie budżety. Nasze superprodukcje, takie chociażby jak niesławna "1920 Bitwa warszawska", wyglądają przy tych amerykańskich biednie, smutno i śmiesznie - twierdzi Jakub Socha, krytyk filmowy związany z portalem Dwutygodnik.com.

Aby robić dobre polskie kino historyczne, nie wystarczy jednak tylko mierzyć sił na zamiary i zrezygnować z udawania, że tworzymy hollywoodzkie produkcje. Zdaniem dr. hab. Lecha M. Nijakowskiego z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego jest to trudne, gdy społeczeństwo dzieli się na skonfliktowane segmenty, radykalnie odmiennie postrzegające przeszłość. - W takiej sytuacji istnieje niebezpieczeństwo uprawiania publicystyki historycznej udającej sztukę, co polskim twórcom się zdarzało i zdarza - mówi dr Nijakowski.

Jakub Majmurek, filmoznawca i publicysta, zwraca jednak uwagę, że nawet najbardziej tendencyjne kino w rodzaju "Historii Roja" mogłoby się jakoś obronić, gdyby twórcy nie zaniedbywali kwestii warsztatowych. - To oczywiście film prezentujący bardzo jednostronną wizję, ale nie to jest w tego typu kinie największym problemem - jest nim natomiast zazwyczaj nieudolny scenariusz i rozmaite formalne niedostatki. Gdyby tak uproszczoną historię opowiedzieć w sprawniejszy pod względem realizacyjnym sposób, byłaby bardziej znośna - mówi.  

.Kadr z serialu "Korona królów" (fot. Marcin Makowski | TVP)

Lech M. Nijakowski zgadza się, że dzieł kultury popularnej nie można oceniać tak, jak traktatów historycznych. Rządzą się one innymi prawami - mają zapewniać rozrywkę w czasie wolnym, dostosowują się do reguł poszczególnych gatunków, dramatyzują wydarzenia. - Bardzo źle się jednak dzieje, gdy słabe filmy i seriale - wymieniłbym tu popularny serial "Czas honoru" - zastępują źródła wiedzy o przeszłości - zwraca uwagę. Socjolog przywołuje przeprowadzone przez CBOS w 2014 roku badania, które wykazały, że aż 41 proc. pytanych czerpie swoją wiedzę na temat drugiej wojny światowej z filmów i seriali. Można się jedynie domyślać, że w wypadku innych epok historycznych sprawa wyglądałaby podobnie.

Recepta na udaną produkcję historyczną? O gotową trudno. Ale na pewno dobrze zrobi mniej zadęcia, więcej dbałości o historyczną prawdę i pilnowanie warsztatu. Jakub Majmurek wskazuje, że są tacy, którym się to udaje. - W polskim kinie ostatnich lat znalazło się również miejsce na pomysłowe i niełatwe kino historyczne - wyróżnię choćby "Daas" Adriana Panka czy "Letnie przesilenie" Michała Rogalskiego.

Jakub Socha przywołuje natomiast jako pozytywny przykład Stanisława Różewicza, reżysera takich filmów, jak "Westerplatte" z 1967 roku: - Jego dzieła nigdy nie były bombastyczne, bo w kinie historycznym przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, co zwykle - o dobrze poprowadzoną opowieść, dzięki której chce się nam przekazać coś więcej niż to, że byliśmy wielcy - takie rozpoznanie jest bowiem zwyczajnie infantylne.

Takiego kina historycznego sobie życzmy.

.Kadr z serialu "Korona królów" (fot. Marcin Makowski | TVP)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, Wirtualnej Polski i miesięcznika "Teraz Rock". Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage Niedziele Polskie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (97)
Zaloguj się
  • kaktus118

    Oceniono 25 razy 19

    Pomijając braki techniczne i aktorskie, to po prostu kolejny gniot Ilony Łepkowskiej. Jej scenariusze to klony, w których zmienia się tylko tło.

  • rw1270

    Oceniono 29 razy 19

    Problem z polskimi produkcjami historycznymi jest taki, ze o Polsce i jej bohaterach to tylko wolno na kleczkach, bo inaczej to hanba, antypolski spisek zydowski. Polska i Polacy to tylko albo absolutni bohaterowie bez skazy, albo ofiary, a przeciwnicy z danej epoki to musza byc nie tylko absolutni zloczyncy, ale tez debile, obwiesie i chamy. Zero niuansow. Nie ma zadnych szans na nawet najdrobniejsze sugestie, ze dany konflikt moze miec bardziej skomplikowane podloze, a polskie pretensje do czegos moznaby zestawic z obcymi pretensjami do Polski i je jakos zwazyc.

  • Antoni Walendzik

    Oceniono 21 razy 13

    A Katyń Wajdy z pachnącymi świeżością mundurkami polskich oficerów? Ponadto z filmu Katyń wynika, że zginęli tam Polacy, co jest absolutnie nieprawdą, wystarczy poczytać listę katyńską i od razu widać, że zginęli tam również Żydzi (m.in. Naczelny Rabin WP), Ukraińcy, Gruzini i in. Ponadto sztuczne i drewniane dialogi oraz marny scenariusz.

  • naz_niepoprawna

    Oceniono 18 razy 10

    90% polskich filmów współcześnie produkowanych nadaje się do śmietnika.

  • roza14

    Oceniono 11 razy 9

    Największą bolączką tych filmów jest jedno - fatalna gra aktorów - ich umiejętności gry są żadne. Może być kiepska scenografia i kostiumy - ale dobrego warsztatu aktorskiego nie kupi się za żaden hollywoodzki budżet.

  • citisus

    Oceniono 18 razy 8

    Kurcze, film Korona królów NIE jest filmem HISTORYCZNYM !!!!
    To fabuła tocząca się w minionych czasach. Luźno powiązana z historią.
    Doszukiwanie się w telenoweli 100% realizmu to jakaś bzdura.

  • lady_ela

    Oceniono 10 razy 8

    A Smoleńsk to gdzie? W końcu film historyczny bo nawiązuje do Katynia.

  • antrop

    Oceniono 7 razy 7

    Na szczęści żadnego z wymienionych filmów nie oglądałem i jak widzę dobrze się stało. No teraz sobie przypomniałem że oglądałem Tajemnicę Westerplatte i dlatego powiem że NIGDY WIĘCEJ a jeśli to zdecydowanie stary, czarno biały film, dobrze że prywatne stacje nadają komunistyczną propagandę bo by nie było już co oglądać

  • xerathus

    Oceniono 19 razy 7

    Nie wiem ile kosztowali "Wikingowie", ale przynajmniej pierwsze sezony tego serialu były wspaniałe. Oszczędne w formie, skoncentrowana na konflikcie bohaterów, pokazujące ich bogate wnętrze.
    Tyle, że w Polsce taj klasy serial nigdy nie powstanie, bo trzeba mieć dystans do siebie, historii i ludzi. Zamiast tworzyć hagiografie postaci z kartonu, trzeba pokazać bohaterów ze skazą.
    Kiedyś polskie kino to znakomicie potrafiło, kiedyś sztuka filmowa, nawet ta telewizyjna, to było coś, a właściwie COŚ.
    Dziś jest to guano dla prostaków. I jeszcze ten nieznośny dydaktyzm. Katastrofa.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX