Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r.

Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)

społeczeństwo

Za granicą bibliobusy promują czytelnictwo. U nas ceniono je tylko przez chwilę, w PRL-u

"Bibliobus posiał dobre ziarno, książka stała się czymś potrzebnym" - napisało pół wieku temu o pierwszej polskiej bibliotece na kółkach "Życie Warszawy". Pojazd, który sprawdza się na całym świecie, u nas się nie przyjął. A szkoda, bo w kraju, w którym większość mieszkańców nie czyta wcale, potrzebny jest jak mało gdzie.

W latach 90. w kolumbijskiej La Glorii strach było wyjść z domu. Do walki między siłami rządowymi a rebeliantami dołączyli zwykli bandyci, którzy rabowali co i kogo tylko się dało. - Jeśli przyniosę ludziom książkę, ich życie będzie lepsze - pomyślał nauczyciel Luis Soriano, pakując do torby "Anakondę" Horacio Quirogi, słownik języka hiszpańskiego, album ze zdjęciami Japonii oraz kilkadziesiąt innych publikacji. Ładunkiem objuczył dwa osły, a następnie, nie zważając na ryzyko, wyruszył w trasę po zamieszkanych przez biedotę bagnisto-górzystych okolicach miasta.

Kolumbijskie biblioburro to oczywiście jedna z najbardziej egzotycznych bibliotek ruchomych na świecie. W mniej ekstremalnych warunkach do transportu księgozbioru wystarczają bibliobusy - obwoźne biblioteki, za które najczęściej służą przerobione autobusy lub samochody ciężarowe. My także je mieliśmy. Mieliśmy, bo już nie mamy.

Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Po lewej kierowniczka Barbara Stępniewska we wnętrzu bibliobusu. Po prawej czytelniczka wysiada z bibliobusu - autobusu San H100 (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Po lewej kierowniczka Barbara Stępniewska we wnętrzu bibliobusu. Po prawej czytelniczka wysiada z bibliobusu - autobusu San H100 (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)

Impreza dla marzycieli

Gdy zielony chausson [marka autobusów produkowanych we Francji - przyp. red.] z firankami w słonecznym kolorze w oknach po raz pierwszy parkował pod sklepami GS-u, aptekami lub szkołami podstawowymi podwarszawskich miejscowości, ludzie patrzyli na niego jak na zjawisko. Był czerwiec 1956 roku i nikt wcześniej o bibliobusie w Polsce nie słyszał. Pojazd należał do warszawskiej Biblioteki Publicznej [dziś Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy - Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego - przyp. red.], której pracownicy kierowali się identycznym przekonaniem jak dosiadający osłów Luis Soriano - jeśli zawiozą książkę do miejscowości, w których nie ma bibliotek, życie ludzie będzie lepsze. Kupili więc autobus i ogołocili jego wnętrze z foteli, a w ich miejsce zamontowali regały. Z zasobów placówki wydzielili 12 tys. książek: 3 tys. tomów dla dzieci, 6 tys. dla dorosłych i 3 tys. publikacji popularnonaukowych z dziedziny geografii, historii, techniki i przyrody. Znalazło się też miejsce na poradniki medyczne i dla gospodyń domowych. Następnie wytyczyli trasy: bibliobus dwa razy w tygodniu odwiedzał m.in. miejscowości Las, Zbytki i Międzylesie, a raz w tygodniu zajeżdżał do Powsina, Krasnowoli czy Jelonek.

Ucieszył przede wszystkim dzieci, które machały do kierowcy z daleka, a po zatrzymaniu niecierpliwie kłębiły się przy drzwiach. Nic dziwnego - zauważyło "Życie Warszawy" - w mieścinach, w których życie toczyło się leniwie i rutynowo, przyjazd bibliobusu był atrakcją, często jedyną. Radość dzieci udzieliła się starszym. Coraz śmielej do bibliobusu zaglądały kobiety z siatkami pełnymi zakupów oraz mężczyźni w roboczych ubraniach. W dwa tygodnie ruchoma biblioteka zdobyła pół tysiąca czytelników. Po dwóch latach było ich 2300, znacznie więcej niż w 10 stałych punktach bibliotecznych na peryferiach stolicy.

"A więc pionierska impreza, 'impreza tylko dla marzycieli' - jak ją ironicznie nazywali sceptycy - zdała w pełni egzamin" - donosił z dumą stołeczny dziennik. "Jej znaczenie wybiegało zresztą daleko poza sam fakt, iż mieszkańcy kresów Warszawy uzyskali możność wypożyczania książek. Bibliobus posiał dobre ziarno: książka stała się czymś potrzebnym, bez czego nie można się było już obejść".

Kolega raczy zauważyć

Zielony chausson podsycił entuzjazm i rozpalił emocje tych bibliotekarzy, którzy z podziwem i nutką zazdrości spoglądali na dokonania zachodnich kolegów po fachu. Tam ruchome biblioteki działały od dawna. W tej dziedzinie brylowali Anglicy, którzy pierwsze książki transportowali wozami konnymi już w połowie XIX wieku. Ruchome biblioteki zadomowiły się także u Francuzów, Austriaków, Belgów, Holendrów czy Skandynawów.

Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Po prawej czytelnik korzysta z katalogu we wnętrzu bibliobusu (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Po prawej czytelnik korzysta z katalogu we wnętrzu bibliobusu (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)

Kiedy więc w Polsce pojawiły się pierwsze wypożyczalnie na kółkach, tutejsza literatura fachowa puchnąć zaczęła od rozpraw wychwalających ich zalety oraz publikowanych w następnym numerze sceptycznych ripost. Przykładową wymianę zdań na łamach "Bibliotekarza" można by streścić tak:   

Bibliotekarz X: - Zagraniczne przykłady dobitnie pokazują, że bibliobusy są przyszłością czytelnictwa w mniejszych miejscowościach, zwłaszcza na obszarach wiejskich.

Bibliotekarka Y: - Kolega raczy zauważyć, że zagranica to zagranica, a my jesteśmy w Polsce. Trzymajmy się naszych warunków. Bibliobus sprawdza się w krajach, w których odległości do miejscowości pozbawionych książek są bardzo duże, a my mamy dość gęstą zabudowę.

X: - Chciałbym, szanowna koleżanko, podkreślić, że bibliobus sprawdza się przede wszystkim tam, gdzie ludzie nie mają dostępu do książek, a przyzna koleżanka, że takich miejsc, nawet w naszym gęsto zabudowanym kraju, jest bardzo dużo.

Y: - I dlatego należy w nich zakładać stałe punkty biblioteczne, szanowny kolego.

X: - Owszem, ale zważmy koszty, utrzymywanie stałego punktu może okazać się droższe.

Y: - A czy kolega bierze pod uwagę jakość obsługi w bibliobusie? O, dajmy na to ograniczony księgozbiór?

X: - Ograniczony jest lepszy niż żaden, koleżanko.

Y: - A co kolega powie na to, że taki bibliobus przyjeżdża na chwilę, więc z zasady obsługa zajmuje się czytelnikami po łebkach?

X: - Po łebkach to lepiej niż w ogóle.

Y: - A widział kolega polskie drogi na wsi? Wąskie, gruntowe, po deszczach błotniste.

X: - Nie przesadzajmy, koleżanko, aż tak źle nie jest. Poza tym, czyżby koleżanka nie wierzyła w dynamiczny rozwój naszej ojczyzny ludowej?

Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Po lewej kierowca bibliobusu, po prawej kierowniczka Barbara Stępniewska i czytelnik we wnętrzu bibliobusu(fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Po lewej kierowca bibliobusu, po prawej kierowniczka Barbara Stępniewska i czytelnik we wnętrzu bibliobusu(fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)

Więcej niż zero

Być może właśnie na fali dbałości o "dynamiczny rozwój" Ministerstwo Kultury i Sztuki kupiło używanego jelcza i zleciło stolarzowi przygotowanie ośmiu regałów na książki. Gotowy bibliobus podstawiło pod gmach Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krośnie. - Macie, używajcie - powiedzieli urzędnicy.

- W połowie lat 80. kilkanaście bibliotek wojewódzkich w Polsce otrzymało bibliobusy - wspomina Marian Terlecki, były dyrektor krośnieńskiej placówki. - Mieliśmy jeździć do wsi, w których mieszkało mniej niż tysiąc osób, bo tam, zgodnie z przepisami, nie można było zakładać bibliotek. Uzbierało nam się 30 miejscowości w powiecie krośnieńskim i jasielskim, głównie w strefie przy granicy z Czechosłowacją. Książki do księgozbioru pochodziły na początku z zasobów naszej biblioteki oraz ich filii, a potem stopniowo go rozbudowywaliśmy. Na koniec było ich ponad 5 tys.

Obecnie w placówce mało kto pamięta bibliobus. W okolicznościowej publikacji zanotowano jedynie, że ostatni kurs odbył się w 1991 roku. Na dalszą jazdę nie było pieniędzy. - Szkoda - ubolewa Terlecki. - Autobus zepsuł się i nie mieliśmy środków na jego naprawę. Pisałem prośby do urzędów, bo zależało nam, żeby dalej działał, ale ostatecznie sprzedaliśmy go za niewielką sumę.

Jeśli sukces mierzyć wyłącznie w cyfrach, to krośnieński bibliobus oszałamiającej furory nie zrobił. Ze sprawozdań wynika, że w szczytowym okresie popularności liczba czytelników oscylowała w granicach 800, czyli niecałych 6 proc. wszystkich zarejestrowanych w placówce głównej oraz ośmiu jej filiach, a odsetek wypożyczonych książek był jeszcze mniejszy. Marian Terlecki należy jednak do grupy bibliotekarzy X i zawsze będzie powtarzał, że 800 to więcej niż 0. O całe 800.

Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Po lewej dzieci wysiadają z bibliobusu - autobusu San H100, po prawej kierowniczka Barbara Stępniewska we wnętrzu bibliobusu (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Po lewej dzieci wysiadają z bibliobusu - autobusu San H100, po prawej kierowniczka Barbara Stępniewska we wnętrzu bibliobusu (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)

- Ludzie naprawdę na nas czekali, potrzebowali nas - wtóruje mu Janusz Rolek, kierowca tarnobrzeskiego bibliobusu i bibliotekarz w jednej osobie. Pracę w ruchomej bibliotece dostał przypadkiem. - Byłem kierowcą autobusu, ale chciałem zmienić robotę. Poszedłem do Wydziału Zatrudnienia, czy jak on tam się nazywał, i powiedziałem, że szukam zajęcia. Usłyszała to pani z biblioteki, gdzie właśnie dostali bibliobus i szukali kierowcy. Powiedziała, że jak chcę, to chętnie mnie przyjmą. Przez pierwsze trzy miesiące jeździłem jako kierowca i pomocnik bibliotekarza, ale potem przejąłem także i jego obowiązki. Mieliśmy 20 miejscowości, najdalsza położona 60 km od Tarnobrzega. Odwiedzaliśmy je co dwa tygodnie, każdego dnia zatrzymywaliśmy się na 1,5-2 godziny w trzech z nich. Przez pierwsze lata mieliśmy 850-900 czytelników. Pożyczałem do 200 książek dziennie - sporo, prawda? Ludzie mogli zamawiać to, co ich interesowało, a ja przywoziłem im to przy kolejnej wizycie. Po 1993 roku trochę się jednak pogorszyło, ale do końca, do 1997 roku, miałem 650 osób. Niestety, potem zabrakło funduszy, także na mój etat. 

Tylko wy i Węgrzy

- U nas bibliobusy wciąż mają się nieźle, choć, przyznaję, ich liczba trochę się zmniejszyła w ostatnich latach i na koniec 2015 roku mieliśmy ich już tylko 647 - mówi Ann Plazek, przewodnicząca Association of Bookmobile & Outreach Services, amerykańskiego związku bibliotek ruchomych. Co ma jej odpowiedzieć mieszkaniec kraju, w którym bibliobusy wyginęły całkowicie?

Ann bezpośrednio nadzoruje pracę bibliobusu w teksańskim hrabstwie Medina. - Oczywiście, że liczymy koszty i nie szastamy pieniędzmi, ale za naszą misję uznaliśmy wyrównywanie dostępu do czytelnictwa dla wszystkich mieszkańców. Bibliobus przyczynia się do tego i to nam w zupełności wystarczy jako argument, aby go utrzymywać. Według mnie bibliobus trzeba także umieć wykorzystać. Gdy wyjeżdżamy w teren, rozmawiamy z czytelnikami, czego naprawdę potrzebują, co ich interesuje. Można powiedzieć, że to oni współtworzą księgozbiór. No i jeszcze promocja! Nasz bibliobus jest specjalnie oklejony, zwraca uwagę. Gdy w okolicach odbywają się jakieś imprezy, festiwale czy festyny, nie może nas na nich zabraknąć. Ludzie z ciekawości do nas zaglądają, w ten sposób zdobywamy nowych czytelników. To żywa reklama biblioteki! 

Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Kierowniczka Barbara Stępniewska i czytelnicy we wnętrzu bibliobusu (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Kierowniczka Barbara Stępniewska i czytelnicy we wnętrzu bibliobusu (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)

Bibliobus z Teksasu załadowany jest nie tylko 4 tys. książek dla dzieci i dorosłych, dla laików i fachowców, ale także magazynami, audiobookami, nośnikami muzyki i filmów. Są w nim także komputery z dostępem do internetu. - Tak właśnie wyglądają współczesne biblioteki ruchome, idą z postępem - mówi Brytyjczyk Ian Stringer, który przez wiele lat szefował grupie roboczej bibliotek ruchomych przy Międzynarodowym Stowarzyszeniu Bibliotekarzy. Pod jego okiem specjaliści z kilku krajów spisali na 70 stronach wytyczne, jak powinien wyglądać i działać dzisiejszy bibliobus: niskopodłogowiec z wi-fi, hybrydowym napędem czy panelami słonecznymi do zasilania. W jego zespole nie było nikogo z Polski. - Z jakiegoś powodu u was bibliobusy się nie przyjęły. U was i na Węgrzech, no może jeszcze w południowej części byłej Jugosławii. Poza wami mają je chyba wszyscy w Europie - dziwi się.

W Radoszkach wciąż czekają

Powody są dwa, uważa Joanna Pasztaleniec-Jarzyńska, przewodnicząca Zarządu Głównego Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich: mamy gęstą sieć bibliotek i stosunkowo niedaleko do nich z tych miejscowości, w których ich nie ma: - Gdyby było więcej pieniędzy, moglibyśmy spróbować do bibliobusów powrócić, pod warunkiem,  że naprawdę dobrze pomyślimy, jak ich użyć. Musielibyśmy opracować raport, w jakich warunkach mogłyby się przyczynić do podniesienia kultury czytelniczej w naszym kraju. Ale absolutnie nie uważam, że bibliobusy są passé.

Kilka lat temu próbę reaktywacji bibliobusu podjęła Chełmska Biblioteka Publiczna. Ze środków unijnych zakupiła dostawczaka, który działał dokładnie jak bibliobus. - Jeździł 5 lat, potem skończyła się trwałość projektu i poprzednia pani dyrektor sprzedała go - mówi Robert Chełmicki, obecny szef placówki. - Zostawiliśmy "usługę". Polega na tym, że raz w miesiącu zawozimy zamówione książki prywatnym samochodem do osób niepełnosprawnych. Żałuję, że już nie mamy bibliobusu, to była fajna rzecz. Nie oszukujmy się, trzeba by do niej dokładać, ale do kultury w Polsce się przecież dokłada, a czytelniczo, a przede wszystkim wizerunkowo, bardzo byśmy zyskali.

Z danych Międzynarodowego Stowarzyszenia Bibliotekarzy wynika, że Polska w 2015 roku miała jeden z najwyższych w Europie wskaźników liczby bibliotek publicznych przypadających na milion mieszkańców. U nas, było to 208,5 placówki, podczas gdy w Niemczech - 62,2, w Szwecji - 115,8, a w Hiszpanii - 110,6. Gęstszą sieć miały tylko Francja (250), Czechy (592,3), Bułgaria
(391,9), Litwa (465,9), Łotwa (406) oraz Estonia (408,4). Niestety, w Polsce duża liczba bibliotek nie przełożyła się na wskaźniki czytelnictwa. Według opublikowanego w 2014 roku przez Biuro Analiz Sejmowych raportu pt. "Czytelnictwo w Polsce i innych krajach Unii Europejskiej" zajmowaliśmy jedno z ostatnich miejsc, z 44 proc. obywateli, którzy nie przeczytali ani jednej książki. Niemal wszystkie kraje z gęstszą siecią bibliotek wypadły o wiele lepiej niż Polska - we Francji odsetek osób nieczytających wyniósł 27 proc., w Czechach - 28 proc., na Litwie - 33 proc., w Łotwie - 27 proc., a w Estonii - 22 proc. Tylko Bułgarzy mieli taką samą jak my liczbę osób nieczytających w ogóle. Dla porównania: w Szwecji ani jednej książki nie przeczytało zaledwie 9 proc. obywateli, w Niemczech - 21 proc., a w Hiszpanii - 39 proc. Przez trzy lata sytuacja w Polsce znacznie się pogorszyła. W 2016 roku odsetek osób nieczytających książek sięgnął aż 63 proc.

Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Kierowniczka Barbara Stępniewska i czytelnicy we wnętrzu bibliobusu (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)Bibliobus Biblioteki Publicznej w Warszawie, 1973 r. Kierowniczka Barbara Stępniewska i czytelnicy we wnętrzu bibliobusu (fot. Archiwum Grażyny Rutowskiej / NAC)

30 lat temu Ryszard Romański, młody rolnik ze wsi Radoszki pod Sandomierzem, ustawił się w kolejce do wypchanego książkami jelcza, kierowanego przez Janusza Rolka. Okazało się, że wraz z nim w bibliotekarski objazd ruszył dziennikarz "Tygodnika Nadwiślańskiego". Romański, który specjalnie przerwał pracę w polu, przyszedł po świeży zapas książek historyczno-przygodowych. Lubił czytać o II wojnie światowej. "Przedkładam dobrą lekturę nad program telewizyjny" - zanotował jego słowa reporter.

- No tak powiedziałem, bo to prawda, lubiłem czytać, a poza tym w telewizji nie było nic ciekawego - uśmiecha się mieszkaniec Radoszek, które od tamtego czasu niewiele się zmieniły. No może poza domami, wtedy mieli tu więcej drewnianych chałup. Ale ubyło też ludzi - z 600 do trochę ponad 400. - Dawniej to jeszcze na mecze LZS-u chodziłem, a tak to żadnych rozrywek nie było, dlatego czekało się na bibliobus - mówi Romański. - Dzisiaj też by się przydał. Przed świętami pojechaliśmy na większe zakupy do supermarketu w Sandomierzu i przy okazji kupiliśmy jakieś książki za 9,99 za sztukę. Gdyby nie to, to co byśmy robili? W telewizji dalej nic ciekawego nie ma.

Od autora: Za pomoc w pracy nad tekstem dziękuję dyrekcji i pracownikom Krośnieńskiej Biblioteki Publicznej, w szczególności pani Joannie Łach.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Dawid Iwaniec.
Dziennikarz portalu www.Krosno24.pl. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Krośnieński korespondent projektu Miasto Archipelag - Polska mniejszych miast, realizowanego przez Wydawnictwo Karakter.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (59)
Zaloguj się
  • naz_niepoprawna

    Oceniono 24 razy 24

    63% nie przeczytało ŻĄDNEJ książki. Zatrważające. No tak, bo po dwóch stronach beletrystyki w głowie się kręci. Od biedy można spróbować z książką telefoniczną, ale w tym przypadku w połowie strony zaczynają się mylić bohaterowie.

  • fordson

    Oceniono 15 razy 15

    Witam
    Jak widać po powyższym reportażu wspomnieniowym , czasem warto tu wpaść by przeczytać "coś" z sensem.
    Brawo autor.
    Mieszkam na wsi ,takiej prawdziwej , gdzie przerwy w dostawie prądu to codzienność, gdzie ostatni punkt dystrybucji alkoholu , pardon sklep , padł kilka lat temu , a do przystanku PKS-u jest 4 km z buta.
    Jak opuściła mnie dobra passa i do drzwi zapukało ubóstwo , to po zmianie sposobu nadawania programów telewizyjnych,przez kilka lat nie mogłem sobie pozwolić na zakup dekodera do odbiornika TV.Zainteresowałem się biblioteką. Biblioteka gminna mieściła się wówczas w dość ciasnych pomieszczeniach, ale zawsze jak tam byłem był ruch i miała taką przyjazno-przytulną atmosferę. Książki wprost kipiały na półkach, półeczkach , stołach , stolikach.
    Później gmina zbudowała nowy gmach , a tam gmach , gmaszysko.Na parterze jest biblioteka, ogromna.Tak duża że są nawet dwa wejścia ! Na środku Pani bibliotekarka za biurkiem , pod ścianą kilkanaście regałów z książkami.Ale na półkach pustawo , nowości jak na lekarstwo. Najgorsze że uleciała ta swoista atmosfera , która sprawiała że każda wizyta w bibliotece była sympatycznym przeżyciem.
    Proszę zwrócić uwagę na wypowiedź mieszkańca Radoszek "W telewizji dalej nic ciekawego nie ma.", bo jakże jest prawdziwa.

  • szmondak

    Oceniono 13 razy 9

    W PRLu po erze autobusów wybudowano biblioteki i czytelnie. Dziś pozamiatano po nich.

  • amirez

    Oceniono 18 razy 8

    A po h.... jakieś książki? Czytającym wykształciuchom Antoni nie wmówi helowej mgły i pękających parówek. A przecież nie o to chodzi w dobrej zmianie!

  • jakobhorner

    Oceniono 8 razy 8

    Taki autobus obsługiwała piękna Joanna Sienkiewicz w "Siekierezadzie" Leszczyńskiego.

  • botnet

    Oceniono 9 razy 7

    Może i mamy gęstą siatkę bibliotek gminnych, niestety często księgozbiory w nich, są ubogie w nowości.

  • natemat22

    Oceniono 10 razy 6

    Dlatego przeczytanej gazety , tygodnika czy kwartalnika nie odkładam na makulaturę tylko w ramach mojej akcji promującej czytelnictwo pt "podaj dalej" puszczam je w dalszy obieg czytelniczy . Zostawiam je w mojej kamienicy na parapecie w klatce schodowej , zostawiam na przystanku , w pociągu , na ławce itd.
    Może redakcje i dziennikarze rozpropagują wśród swoich czytelników moją akcję ?

  • tinorossi

    Oceniono 7 razy 5

    Serce rosnie jak się widzi czytelnikow w roznym wieku korzystających z bibliobusa. Z książka życie jest o wiele ciekawsze i lepsze.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX