Warszawa Centralna

Warszawa Centralna (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

W PRL-u towary z pociągów kradli sami kolejarze. Ginęły buty za setki tysięcy złotych, meble i wino

Owoce południowe i sprzęty domowe jechały pociągami do uspołecznionych sklepów. W wagonach piętrzyły się pudełka z butami i skrzynki z alkoholem. W ostatnich latach PRL-u nieuczciwi kolejarze grabili te dobra tak intensywnie, że sokista zastanawiał się, kiedy również jego ktoś ukradnie.

Towar, który teraz jeździ tirami, w socjalistycznej gospodarce planowej podróżował torami. W pociągach przewożono więc pożądane artykuły: mąkę, cukier, konserwy rybne i wieprzowe, spirytus, telewizory, meble z Wałbrzycha, buty z nowotarskiego kombinatu obuwniczego - fabryki kultowych relaksów do chodzenia po śniegu.

Gdy w spółdzielczych domach handlowych było pusto, obywatelki i obywatele szukali konsumpcyjnego szczęścia na węzłowych stacjach PKP. - Część owoców południowych - pomarańczy, cytryn, bananów - trafiała do wagonów lodówek, reszta jechała w zwykłych, w których drzwi zabezpieczano siatką. Nie był to żaden problem, żeby rozedrzeć takie zabezpieczenie. Wystarczyło uderzyć metalową płozą hamulcową - wspomina Władysław Knapik, emerytowany funkcjonariusz Służby Ochrony Kolei.

PKP Warszawa-Ochota, 1974 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)PKP Warszawa-Ochota, 1974 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jak nie mieć przyjaciół

Już na stronie internetowej SOK-u (obecnie skrót ten oznacza Straż Ochrony Kolei) można przeczytać, że w ostatnich latach PRL-u formacja miała problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa ładunków. Dyscyplina wśród personelu przewoźnika uległa rozluźnieniu

- W Krakowie Płaszowie miałem pod ochroną rozbity wagon z konserwami. Spadły drzwi, przesyłka się wywaliła. Może nawet specjalnie ktoś tym wagonem tak prasnął, gdy dowiedział się o zawartości. Na miejscu byli pracownicy PKP, ale jakoś nikt nie spieszył się powiadamiać, że trzeba konserwy zabezpieczyć. Ustawiacz [kolejarz odpowiedzialny za m.in. łączenie i rozłączanie wagonów - przyp. red.] poszedł to załatwiać dopiero wtedy, gdy zażądałem od niego legitymacji - opowiada Knapik. - Nie mieliśmy wtedy zbyt wielu przyjaciół - dodaje.

"Powszechnym zjawiskiem stały się kradzieże mienia kolejowego oraz powierzonego kolei do przewozu" - czytamy o latach 80. w zakładce "Historia" na www.kgsok.pl. Na wesoło pokazał to Stanisław Bareja w serialu komediowym "Zmiennicy", w którym dróżnik wyjaśnia pochodzenie kartonów marlboro słowami: "Biorę jak leci po szynach". Knapikowi nie było jednak do śmiechu. - W latach osiemdziesiątych mawiałem, że chcą nas ukraść razem z tymi wagonami. Złodziejstwa było mnóstwo - wspomina.

Kiedy na krakowskiej stacji Prokocim odbywał się rozrząd, czyli rozdzielanie składów, wagony toczyły się i lżej lub mocniej uderzały jeden o drugi. Czasem grzmotnęły potężnie. Sypał się wtedy węgiel, a niekiedy z popękanych butelek lała się wódka. - Gdy wagon był rozbity, łatwiej było z niego coś zabrać. Bardzo często zdarzały się kradzieże przewożonego obuwia. Buty to drobna rzecz. Można wsadzić parę do teczki, można włożyć - opowiada emerytowany sokista. 

Dworzec Główny PKP w Kielcach, 1975 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Dworzec Główny PKP w Kielcach, 1975 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W pobliżu Krakowa są położone dwie obuwnicze stolice Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej - Chełmek i Nowy Targ. Jeżeli w dokumentach przewozowych wpisano którąś z tych stacji, złodziej mógł zakładać, że w wagonie znajduje się skórzany przedmiot powszechnego pożądania. Nawet mundurowi konwojenci mieli wtedy problemy z dopilnowaniem, żeby taki skarb nie przepadł w podróży. "Fachowcy" potrafili bowiem buchnąć buty niemal na oczach sokistów i tylko zbieg okoliczności pozwalał przyłapać gagatków na gorącym uczynku.

- Raz na elektrowozie było dwóch naszych ludzi, a także maszynista i pomocnik. Zatrzymali się przed semaforem w okolicy Tarnowa, skład stał dłuższą chwilę. Pomocnik gdzieś poszedł. Jeden ze strażników zaczął się rozglądać, wyszedł z lokomotywy. Zobaczył pomocnika, który ładował buty do worka - relacjonuje Knapik.

Polskie koleje państwa podupadłego

Złodziejskie zapędy były podsycane przez solidarnościowe wezwania do oporu przeciw czerwonej władzy. Bibuła związkowa zalecała bowiem, żeby w zakładzie "być na nie" w stosunku do machiny realnego socjalizmu. Ten sprzeciw niekoniecznie polegał na dyskutowaniu w bufecie na temat krytyki stalinizmu w prozie Sołżenicyna. Wielu kolejarzy śmiało zabierało się za grabież. Patriotycznie, wolnościowo, przeciw komunie. 

Spirytusu do ognia dolała jeszcze nowa ustawa o wychowaniu w trzeźwości, przez którą notoryczni pijacy wylatywali z PKP. Alkoholowi wygnańcy szybko odnajdywali się w półświatku złodziejskim. Znali zabezpieczenia i procedury, a do tego mieli przyjaciół wśród personelu kolei.

Pracownice PKP na pochodzie pierwszomajowym, 1973 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Pracownice PKP na pochodzie pierwszomajowym, 1973 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

- Dużo wagonów z obuwiem szło z fabryk do krakowskiej Bonarki. Tu był magazyn centralny, z niego towar rozsyłali już samochodami do sklepów w województwie i dalej. Gdy zastępowałem komendanta rejonowego, dostałem telegram: "Brak butów na 400 tysięcy złotych". Mówię do sekretarki: "Pani Alu, tego nikt nie wyniósł w teczce. Po to musiał przyjechać samochód. Jak to możliwe, skoro wszystkie wagony wartościowe na stacji przed Bonarką były cały czas pilnowane na dwóch wyznaczonych torach?" -  opowiada emeryt. Po kilku dniach przyszedł kolejny telegram, tym razem zaginęły buty za 300 tysięcy złotych.

W PRL-u to jednak nie polski złoty, ale wódka i dolary stanowiły najpewniejsze waluty. Jeżeli przeliczymy straty według ówczesnego kursu wódczanego, okazuje się, że PKP zgubiły buty o wartości ok. 12 tys. półlitrówek. Taka liczba oznacza niemały ból głowy, pełniący obowiązki komendanta pojechał więc badać sprawę na miejscu.

- Pierwszy tor przebiegał obok drogi. Pomyślałem, że do kradzieży musiało dojść w tym miejscu. I rzeczywiście. Stał tam nawet kolejny wagon do Bonarki, choć powinien być w lepiej chronionym miejscu. W pobliżu leżały dwie ucięte śruby [element zamknięcia wagonu - przyp. red.]. Zostały po poprzednich kradzieżach - opowiada emerytowany sokista.

Żałuje do dziś, że zrobił od razu szum. - Mogłem przygotować zasadzkę, a poszedłem do naczelnika stacji. On do mnie: "Wy jesteście od pilnowania!". I mówi, że  nie będzie zmieniał regulaminu stacji, komplikował organizacji pracy. Że z tego toru najprościej przestawić wagony do Bonarki.

Dopiero kiedy sokista poszedł do regionalnych szefów PKP, a potem przyjechał na miejsce kontroler, naczelnik rozmawiał inaczej. Ale wciąż przekonywał, że z zamieszaniem z wagonami nie miał nic wspólnego. - Mogłem już tylko na własny użytek myśleć, że drań musi być w zmowie z całą bandą - mówi Knapik.

Władysław Knapik, emerytowany funkcjonariusz Służby Ochrony Kolei (fot. archiwum prywatne)Władysław Knapik, emerytowany funkcjonariusz Służby Ochrony Kolei (fot. archiwum prywatne)

Winny w sprawie kradzieży wina

Skradziony towar dyskretnie wędrował do spragnionych konsumentów przez nieformalne sieci dystrybucji, jakie funkcjonowały obok oficjalnego handlu uspołecznionego. Sokista nie przypomina sobie, aby w czasie jego kariery udało się odzyskać większą ilość utraconego mienia. Czasem sprawca kradzieży niszczył wszystko, gdy czuł na plecach oddech pościgu. - W małopolskiej wsi Wielkie Drogi okradziony został wagon z meblościankami. Obserwowaliśmy pobliski dom. Jednak nie mogliśmy po prostu wejść na posesję z milicją, bo po godzinie 22.00 nie robiło się takich rzeczy. Czekaliśmy do szóstej rano. Do tego czasu meble zostały porąbane i spalone. Całą noc widzieliśmy dym z komina - relacjonuje Władysław Knapik.

Niekiedy doświadczony przestępca wychowywał sobie wspólnika z kolejnego pokolenia pracowników. Tak było w sprawie ukradzionych z transportu win. Ludzie Knapika odnaleźli część łupu w Skawcach. Był spakowany w worek, zamaskowany w zaroślach. Urządzono zasadzkę. Ale jednego dnia po wina nie przyszedł nikt, noc minęła spokojnie, na drugi dzień też nikogo. Knapik opowiada, że jego zwierzchnicy zaczęli narzekać: - "Tyle poważnych kradzieży w Prokocimiu, a ty paru butelek pilnujesz" - mówili. Następnej nocy w zasadzkę wpadł chłopak po szkole kolejowej. Pracował z maszynistą, który wcześniej dostał wyrok. Matka młodego pomocnika płakała, że jej syna zamknęli. Prawdopodobnie prawdziwym winowajcą był ten drugi. Ale po wino nie poszedł.

Czarna owca na górskiej stacji

Czujny obywatel, który współpracował z władzami w dziedzinie przeciwdziałania zaborowi mienia społecznego, mógł liczyć na nagrodę. Czy zasłużoną? Z tym różnie bywało.

W podkrakowskiej Skawinie z pociągu towarowego wyleciały nożyce do cięcia metalowych zabezpieczeń. Po chwili ze składu wyskoczył człowiek. Władysław Knapik streszcza historię: - Spisaliśmy go, nożyce z notatką trafiły na komisariat. Za parę dni jadę do służby, a ten szuka mnie w wagonie. Mówi: "Dam listę tych, co kradną na kolei". Zapisałem, wystąpiłem do dyrektora o nagrodę dla faceta. Czekała w kasie, ale nikt się nie zgłaszał. Zapytałem milicjanta z miejscowego komisariatu, a on mi na to: "Ty, jak on miał przyjść? Przecież siedzi. Był z tej samej grupy złodziejskiej. Innych sypnął, bo pominęli go przy podziale łupu".

Bocznica kolejowa Kraków-Płaszów (fot. Grażyna Makara / Agencja Gazeta)Bocznica kolejowa Kraków-Płaszów (fot. Grażyna Makara / Agencja Gazeta)

W samej Służbie Ochrony Kolei też nie wszyscy byli święci. Milicjanci ustalili, że pieniądze z górskiej stacji Sucha Beskidzka ukradła "czarna owca" - były funkcjonariusz SOK. Zginęła wtedy kaseta na gotówkę, czyli tzw. ambulans. - Był w zamkniętym pomieszczeniu kasowym, przytwierdzono go łańcuchem, w dodatku tuż obok była  jednostka milicji. Jednak łańcuch urżnięto piłką, a pojemnik zniknął. Odnaleziono go na śmietniku. Złodziej rozbił ambulans i wziął pieniądze - snuje opowieść Knapik. - Sprawa wyjaśniła się za około pół roku. Wyszło, że ukradł były sokista. Gdy pełnił służbę, skopiował klucze do kasy.

Złodziej wpadł, bo wygadał się w restauracji w Rabce-Zaborni. Nie wiedział, że ludzie, z którymi biesiadował, byli milicjantami.

Dalekobieżni chuligani

Knapik w kolejowych strażach służył od lat 50. do 90. Podkreśla, że kradzieże nie były jedynym problemem na kolejowych szlakach socjalistycznej Polski. Nie można przecież nie wspomnieć choćby o burdach w przedziałach. Emerytowany sokista poznał różne pomysły szefów na zaprowadzenie porządku na stacjach i w składach.

- Dyrektorzy odwiedzali Niemcy. Chyba wschodnie. Tam zauważyli, że konduktorzy są uzbrojeni. Pojawił się wniosek o przydział broni dla takich pracowników także i w Polsce. Nie przeszło. Zresztą człowiek, który nosi broń, powinien być nieskazitelny, tymczasem w drużynach konduktorskich bywało różnie - wspomina.

Nie było też dość etatów w SOK-u, by w zagrożonych chuligaństwem pociągach nocnych jeździły pełne patrole. Wybrano więc kompromis - konduktorowi miał towarzyszyć jeden sokista i swoją "uzbrojoną" obecnością łagodzić obyczaje. Knapik wspomina, że pracował w takiej roli. Nigdy nie musiał jednak użyć broni.

Stacja Kraków-Płaszów (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)W Płaszowie nie sypią się już konserwy. Teraz jest to węzeł dla pasażerskiej komunikacji aglomeracyjnej (na archiwalnym zdjęciu budowa estakady tramwajowej nad peronami / fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Dziś z pobłażaniem patrzy na nieuzbrojony personel firm ochroniarskich, który pilnuje dworców w odblaskowych kamizelkach. Wokół torów nie tylko to się zmieniło. Prokocim już nie jest ważnym węzłem w sieci przewozu drobnicy. Prawie nie transportuje się jej teraz pociągami. Dobra konsumpcyjne pędzą w ciężarówkach po asfalcie, aby w kapitalizmie sklepy nigdy nie straszyły pustymi półkami. Placówki handlowe są dobrze zaopatrzone, dzięki czemu pomarańcze czy wino możemy teraz kupić - lub ukraść - w hipermarkecie.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Łukasz Grzymalski.
Dziennikarz z Krakowa, współpracownik dawnego "Przekroju" i mediów regionalnych.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (52)
Zaloguj się
  • y0rg

    Oceniono 14 razy 12

    Największymi złodziejami byli sokiści. Czuli sie bezkarnie i ochraniali kolegów złodziei oraz pilnowali towaru zamelinowanego po krzakach. Skąd to wiem - otóż byłem w delegacji w Krakowie Płaszów i robiliśmy badania nasypów pod torowiskiem . Nagle z pistoletem w reku wyskoczył pijany sokista i chciał nas przegonić pomimo okazanego zezwolenia na przebywanie na pasie torowym. Okazało sie że pilnował lodówek , kartonów i wszelkiego innego dobra. Potem jakoś zmiękł i na pojednanie przyniósł nam po kartonie Pliski i szampana bułgarskiego. Sokiści też pracują w PKP , ale zwalanie całego złodziejstwa na kolegów i próby wybielania się są śmieszne, bo w/w incydent odbył się ze 100m od wartowni SOK-u .

  • gosia721

    Oceniono 15 razy 9

    Jak pracował w sok na głównym w Krakowie to czemu nie wspomni co się działo w latach 90 i później kiedy kieszonkowcy rządzili na dworcu a sok udawał że tego nie widzi za odpowiednią działkę

  • diver77

    Oceniono 7 razy 7

    Dzisiaj powszechnym zjawiskiem jest zdaje się kradzież paczek pocztowych w WER-ach czyli w sortowniach !
    Złodziejami są oczywiście pracownicy Poczty bo nie ma innej opcji... w zeszłym tygodniu miałem w monitoringu paczkę która ważyła 6kg, została zeskanowana przy dostarczeniu do sortowni i nigdy z niej już nie wyszła do końcowej dystrybucji!
    Więc niech mi ktoś nie mówi że się coś diametralnie zmieniło... PRL wiecznie żywy ! ...tylko że dzisiaj mamy mobilne kamery monitoringu ale i tak niczego to nie zmienia !

  • slawnw

    Oceniono 13 razy 7

    "Dobra konsumpcyjne pędzą w ciężarówkach po asfalcie, aby w kapitalizmie sklepy nigdy nie straszyły pustymi półkami. Placówki handlowe są dobrze zaopatrzone, dzięki czemu pomarańcze czy wino możemy teraz kupić - lub ukraść - w hipermarkecie".
    Szanowny panie redaktorze. Myślę, że czasy słusznie minione są panu znane tak jak mi lot na Księżyc...
    Za PRL-u drobnicę również transportowano ciężarówkami (z których również kierowcy kradli towar). Pomimo nawoływań "tiry na tory" jest to najefektywniejszy środek transportu drobnicy na lądzie na krótkie i średnie dystanse. W dzisiejszych czasach są kradzieże z tak zwanych tirów (lub wręcz całych tirów) - z "firany" nie jest to większym problemem nawet po zaplombowaniu zestawu. Wszyscy kradli w czasach słusznie minionych. Wszyscy, którzy mieli dojście do towaru. Była to jak najzupełniej normalna sytuacja w czasach, jakie mieliśmy.

  • felicjan.dulski

    Oceniono 7 razy 5

    Na poczcie też kradli i kradną do tej pory, niestety.

  • sselrats

    Oceniono 7 razy 5

    A jak?! Krasc bo to przeciwko systemowi. Azjatom Europy sie kvrwa zachciewa?

  • hipis3308

    Oceniono 3 razy 3

    Jeszcze ciekawiej, jak to się kradło na kolei, od sokisty emeryta opowiadał by marszałek Joachim.

  • dungala

    Oceniono 5 razy 1

    Grzymalski a ty co ? Do WOT się wybierasz? Ch... nas obchodzą historię Sokistow i tym podobnej menażerii. Jeszcze żeby chociaż ziarno prawdy w tym było. SOK i ORMO to byli wtedy najwierniejszy z wiernych .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX