Ściana w restauracji z podpisami i fotografiami osób, które tworzyły Wspólny Stół

Ściana w restauracji z podpisami i fotografiami osób, które tworzyły Wspólny Stół (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

reportaż

Żeby znaleźć miejsce przy Wspólnym Stole, trzeba zaryzykować. Zacisnąć zęby. Czasem upaść

W karcie restauracji Wspólny Stół są falowane czipsy z ziemniaka. Przygotował je Roland, który trafił tu z Powiatowego Urzędu Pracy. Wątróbkę na czerwonym winie flambirowała* Dorota, która jeszcze niedawno myliła miętę z bazylią albo piekła sernik czekoladowy bez czekolady. Kiedy się siedzi we Wspólnym Stole i pije herbatę z imbirem, trudno uwierzyć, że kiedyś był tu piasek zamiast podłogi.

W gruncie rzeczy zawsze chodziło o stół. Żeby usiąść. Żeby ktoś usiadł obok. Żeby nóż stuknął o talerz.

I jest. Dębowy, długi na pięć metrów. Kilkanaście osób może tu wygodnie jeść, rozmawiać, śmiać się i wzdychać.

Przy stole siada Tamara Tobijańska, tymczasowo z ręką w ortezie (złamanie z przemieszczeniem).

Siada też Jacek Ferenc. Skupiony, konkretny, przejęty. Przyjechał do Poznania z Zaniemyśla, na studia, i robił to, co się na pierwszym roku studiów robi, czyli nie był grzecznym chłopcem. Planował, że - jak to po politologii z administracją - będzie pracował w urzędzie. Stół mu się nawet wtedy nie śnił.

Restauracja 'Wspólny stół' (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)Ściana w restauracji z podpisami i fotografiami osób, które tworzyły Wspólny Stół (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Dorota Hinc ma jeszcze cztery lata do "emy", czyli emerytury. Trochę blada, ostatnio dokucza jej serce. Była w "Chwili Dla Ciebie", w TVN24, całą ścianę ma w wycinkach z gazet. Z tą ścianą jest problem, ale o tym zaraz. 

Trochę później przyjdzie Michał. Mówi, że nic o sobie nie powie, ale minuta po minucie, gest po geście, zacznie opowiadać.

Agnieszka ma dwadzieścia dziewięć lat, gotuje od sześciu. Jako szefowa kuchni dużo rozumie i wiele wybacza - takiej osoby tu zresztą szukali. Rozmawia, zagaduje, wypyta, co się dzieje u każdego w domu. Ma cierpliwość. Kilka razy pokaże, jak doprawić mięso, jak udekorować talerz. Ale wie też, że w pracy nie może być za luźno. Dlatego czasem krzyknie. Patelniami nie rzuca, rzuca raczej mięsem. 

Jest jeszcze Łukasz. Z pasji didżej, ma swój sprzęt, który udało mu się kupić za pierwsze wypłaty. Trochę podejrzliwy, ale dusza towarzystwa.

Jest Roland, do którego uśmiechnęło się szczęście, może dlatego teraz tak często się i on uśmiecha.

Jest Danka, studentka pracy socjalnej, która znalazła dorywcze zajęcie w restauracji. Ktoś może pomyśleć, że kelnerka głównie biega z tacą, a Dance ta taca pomaga praktykować resocjalizację.

Tu zresztą prawie wszyscy kelnerzy są na resocjalizacji albo pracy socjalnej. Weryfikują teorię ze studiów z praktyką. Kilka osób w ten sposób odkryło, że pracowników socjalnych z nich nie będzie.

Restauracja 'Wspólny stół'. Na zdjęciu pomoce kuchenne panie Beata i Dorota (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)Restauracja 'Wspólny stół'. Na zdjęciu pomoce kuchenne panie Beata i Dorota (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Parę krzeseł przy stole jest pustych. Nie ma już mamy Łukasza. Nie ma Hani, która zachorowała na raka, ale chemia działa, więc może wróci. Nie ma jeszcze paru osób, które się wystraszyły stołu. Bo żeby przy stole usiąść, najpierw trzeba zaryzykować. Zacisnąć zęby. Postawić wszystko na jedną kartę. A czasem trzeba upaść, odbić się od dna i coś zrozumieć.

***

Stół był dosyć medialny przeszło dwa lata temu. "Bezrobotni z Poznania założyli spółdzielnię socjalną i otworzyli restaurację" - jakoś tak brzmiały nagłówki i  przywodziły na myśl ceratę w kratkę i pierogi.

- Jeden prezenter powiedział w Polsacie...  Jak on nas nazwał?. Jadłodajnią. A proszę, to nasza zupa: kwiatki, krem, mus z koziego sera. To jest jadłodajnia? - Agnieszka, wyciera ręce i pokazuje zdjęcia w komórce.

Żadna jadłodajnia, żadnej ceraty. Kuchnia jest nowoczesna, znajduje się poziom pod restauracją. W restauracji beże, szarości, drewno. Surowy bar, obok baru ciemna ściana, a na niej wypisane kredą menu: krem z buraków, sandacz w migdałach i dacquoise** z daktylami.

Swoją ścianę ma też Dorota, tę z wycinkami. Dorocie grozi eksmisja. - I to jest też nasz problem. Bo to nie jest tak, że my dajemy Dorocie pracę i koniec - mówi Jacek Ferenc, który Wspólny Stół stworzył, a teraz jest jego menadżerem. Nie właścicielem. Jeszcze co najmniej cztery razy powtórzy, że restauracja Wspólny Stół nie ma właściciela.

Wspólny Stół jest spółdzielnią socjalną. Został założony przez dwa stowarzyszenia - sportowe i wydawnicze - wywodzące się z Fundacji Pomocy Wzajemnej "Barka" z Poznania. ''Barka'' wspiera osoby wykluczone: niezamożne, schorowane, bez pracy, na zakręcie. Prowadzi Centrum Integracji Społecznej - miejsce, w którym ludzie długotrwale niepracujący mogą się przekwalifikować albo zdobyć zawód.

Pierwsze urodziny 'Wspólnego stołu', sierpień 2016 r. (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)Pierwsze urodziny 'Wspólnego stołu', sierpień 2016 r. (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Do CIS-u przychodzi najczęściej ten, kto od wielu lat nie pracował i nie wierzy już w pracę. Bezdomny, osoba uzależniona, bez kwalifikacji, po wyroku. W CIS-ie spotyka się z pracownikiem socjalnym. Potem zdobywa doświadczenie pod okiem instruktora. Uczy się na nowo funkcjonować na rynku pracy, co miesiąc dostaje wynagrodzenie, ma opłacone składki. Tu stają na nogi ludzie, których nikt nie chciał zatrudnić. Albo, jak to było z Łukaszem, ktoś chciał dać pracę, ale wyłącznie na czarno.

Łukasz ma swoje zmory. Rodził się z trudem, poza tym jest po wypadku. Ma problemy z chodzeniem, o niektórych rzeczach zapomina. To go dyskwalifikowało u innych pracodawców na tyle, żeby mu nie dać umowy. Ale nie na tyle, by nie dać mu pracy.  - Łukasz odpowiada za lżejszy serwis. Przychodzi rano, pierwszy, ma opracowany schemat pracy, gotuje jajka, robi jajecznicę - wylicza Agnieszka.  

Tamarę do CIS-u sprowadziło długotrwałe bezrobocie. Między innymi. Bo długotrwałe bezrobocie często jest między innymi. - Od '74 byłam zatrudniona, od razu po podstawówce poszłam do przyzakładowej szkoły zawodowej. Ale na łączności, gdzie pracowałam, teraz trzeba mieć wyższe wykształcenie, a ja mam zasadnicze, więc przeszłam na doręczanie, jako listonosz. Była redukcja etatów, zostawiali tylko kobiety, którym niewiele brakowało do emerytury. A resztę. - robi szeroki gest zdrową ręką. - Lata pracy bym miała, ale wieku nie mam. I to się tak wszystko popieprzyło.

Tamara zarejestrowała się w urzędzie pracy, ale do CIS-u trafiła z opieki społecznej. - Tam mi dopiero powiedzieli, że może jakieś przekwalifikowanie byłoby dobre. A w PUP-ie? Potrzebni sami mężczyźni. A jak kobiety, to albo z grupą, albo do 35. roku życia. Ten przedział między czterdziestką a pięćdziesiątką to jest, ale jakby go nie było. Takich nikt nie szuka. A w CIS-ie od razu nas na kuchnię skierowali z tą tu koleżanką - zerka na Dorotę.

Restauracja 'Wspólny stół' (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta) Kuchnia poziom pod restauracją, od lewej stoją: Michał (z deską i selerem), Agnieszka trzyma talerz z burgerem, obok Roland, Dorota i wolontariuszka Wanda (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Dorota mówi: Ja wcześniej pracowałam dwadzieścia lat w gastronomii. Potem zachorowałam i niestety... Trzy czy cztery razy w szpitalu byłam, trzy operacje, rehabilitacja. Wracam. Ja im daję zaświadczenie o zdolności do pracy, a oni mi wypowiedzenie - opowiada myjąc jarmuż. - No i wiadomo, zasiłek z bezrobocia to tylko rok. A co dalej? Chodziłam, pytałam, szukałam, ale wszędzie teraz wypatrują młodych. Poszłam do opieki. Mówię: coś robić muszę. I  dali mi skierowanie do CIS-u. 

W CIS-ie Dorota i Tamara spotkały Jacka Ferenca, który już wtedy nie był niegrzecznym chłopcem. Jego akurat zmieniła Barka. (- Tam przeszedłem swoją małą resocjalizację  - śmieje się). Był odpowiedzialny za warsztat gastronomiczny i razem z córką założycieli fundacji Barka, Marią Sadowską, oraz Bartoszem Pawlakiem, aktualnym kierownikiem jednego z CIS-ów, tworzył dział przedsiębiorczości. To tej trójce przyszło do głowy, żeby otworzyć restaurację, która da pracę osobom po warsztatach w CIS-ie.

- Zorientowaliśmy się, że oni boją, że znów wylądują na bezrobociu, że po CIS-ie i tak nikt nie będzie ich chciał przyjąć.- wspomina Ferenc. - Chcieliśmy robić gastronomię, która odbiegnie od stereotypów. Bo spółdzielnie socjalne w Polsce są kojarzone jednak z poprzednim ustrojem. I pomyśleliśmy, że stworzymy miejsce na ciut wyższym poziomie. Nie chcieliśmy, żeby klienci przychodzili do nas litości.

***

Wielu gości nie wie, że Wspólny Stół nie jest typową restauracją. Na pierwszej stronie menu można znaleźć informację, że to innowacyjna spółdzielnia socjalna, że działa zgodnie z ideą włączenia społecznego. Ale nawet jeśli się przeczyta tę pierwszą stronę, patrząc na pozycje w karcie i potem na talerz, trudno uwierzyć, że gotują tu osoby z długą historią bezrobocia i wykluczenia z rynku pracy. Że falowane czipsy z ziemniaka przygotował Roland, który do Wspólnego Stołu trafił z Powiatowego Urzędu Pracy, sprawdził się i już został. Że wątróbkę na czerwonym winie flambirowała Dorota, która jeszcze niedawno myliła miętę z bazylią albo piekła sernik czekoladowy bez czekolady.

Restauracja 'Wspólny stół' (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)W restauracyjnym menu są tradycyjne polskie dania, jak czernina czy rosół, ale podane w mniej standardowy sposób, np. z dodatkiem jadalnych kwiatów (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Patrząc na te dania, widzi się raczej kuchnię z wyższej półki, lampy naświetlające jedzenie, kilku kucharzy i szefa kuchni , którzy pracują nad talerzem.

Ale we Wspólnym Stole tak nie jest.

- Wypracowaliśmy inny model - opowiada Jacek Ferenc. - Wiedzieliśmy, że budowanie spółdzielni Wspólny Stół wyłącznie przez osoby bez większego doświadczenia to będzie klapa, bo wpakujemy kupę pieniędzy i nie przetrwamy dwóch miesięcy. Postanowiliśmy zaryzykować, zatrudnić profesjonalnych kucharzy, którzy nauczą fachu osoby bez doświadczenia zawodowego. Będą windować ich umiejętności w górę, ciągnąć serwis, wymyślać kartę.

Dlatego do Wspólnego Stołu trafiła Agnieszka - jak sama mówi, "z normalnej gastronomii". Ściągnął ją poprzedni szef kuchni. Znali się, zapytał, czy nie chciałaby zmienić pracy. Chciała. Pracowała w lokalu ze sporą renomą, ale miała już dość pensji wiecznie nie na czas albo w nie takiej wysokości, w jakiej powinna być. 

Agnieszka lubi powtarzać, że u niej z pracą jak z małżeństwem - wolałaby na zawsze, ale wie z doświadczenia, że w kuchni czasem po prostu nie da się na zawsze. - Źle się traktuje kobiety w gastronomii. Ja trafiałam do dobrych szefów, wszystko pokazywali, uczyli. Ale też znosiłam mega dużo, różne odzywki i takie "przynieś-wynieś-pozamiataj". Wytrzymałam z jednym, był nerwus, z drugim, trzecim. No to, myślę, pora spróbować czegoś innego - mówi.

Kiedy się siedzi we Wspólnym Stole i pije herbatę z imbirem, trudno uwierzyć, że kiedyś był tu piasek zamiast podłogi. Że cała kamienica była zdemolowana, zawilgocona, szyby powybijane. - Mieliśmy sto tysięcy dofinansowania - wspomina Jacek Ferenc. - Myśleliśmy, że to nam wystarczy, że stworzymy surowe wnętrza, modny minimalizm. Ale jak zaczęliśmy te pieniądze wydawać... - zaczyna się śmiać i opowiada o wolontariuszach z Kompanii Piwowarskiej, którzy wsparli powstanie Wspólnego Stołu, o przyjaciołach i bliskich, którzy po godzinach pomagali w najcięższych pracach, malowali, zakładali instalacje, odnawiali krzesła, przykręcali dekoracje.

Restauracja 'Wspólny stół' (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)Charakterystyczne dla Wspólnego Stołu talerze z ringiem: na białym rancie motyw z musem z groszku, kiełki, jadalne kwiaty, czarnuszka (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Teoretycznie w gastronomii trzeba mieć minimum sześć miesięcy zaplecza finansowego, żeby przetrwać. I chociaż swoje cegiełki do powstania restauracji dołożyło kilku sponsorów, oni nie mieli rezerwy nawet na dwa miesiące. Wszystko zainwestowali w remont i profesjonalny sprzęt. Rozreklamowali się w mediach społecznościowych. Na otwarcie zaprosili dziennikarzy i blogerów kulinarnych. I zaczęli działać.

***

Niedawni uczestnicy warsztatów w CIS-ie na rantach talerzy robili mazaki musem z koziego sera, ozdabiali dania jadalnymi kwiatkami. Ktoś się pochorował, komuś innemu już nie mogli dłużej wybaczać, że kiedy przychodzi do pracy, ciągnie się za nim gorzelniany zapach. Po pół roku od otwarcia przyszedł dzień, gdy w kuchni zabrakło profesjonalnych kucharzy. Ówczesny szef był na L4, Agnieszka miała badania, serwis musieli pociągnąć Roland, który dopiero co trafił tu z PUP-u, Dorota, która wcześniej miewała problemy z rozróżnieniem ziół, i Michał, który po wielu przejściach dopiero zaczynał stawać na nogi.

- Nagle okazuje się, że muszą flambirować wątróbkę czerwonym porto. I że to ma robić Dorotka, która jest taka malutka, kruchutka, a trzyma dwa i pół kilo w ręce, bo tyle waży patelnia. I ogień jej bucha w górę - opowiada Jacek Ferenc, a oczy trochę mu błyszczą. - Ja cały czas do tej kuchni biegam, zdenerwowany, ale widzę, że oni przejęli te techniki, smaki, sposoby przyrządzania od naszych profesjonalistów.

Brzmi to jak bajka. Ale nie ma tutaj elementów nadprzyrodzonych - są ludzie, którym mało kto dawał szansę na pracę. Nie tacy już młodzi, nie tacy przedsiębiorczy. Chorować nie lubią, choć czasem wyboru brak. Michał, który na co dzień mieszka w ośrodku fundacji Barka, jest na zwolnieniu od tygodnia i mówi, że dostaje fioła.

Restauracja 'Wspólny stół' (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)Agnieszka dekoruje talerze (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

- "Dajcie mi coś do roboty" - mówię. "Nie, ty masz L4" - oni na to. A ile można spać? Ja nie jestem przyzwyczajony. Ja w zakładzie karnym o piątej wstawałem. Jak pracowałem przez dziewięć lat - to wpół do piątej. Teraz mam wolne, ale jest piąta za dziesięć, a ja już siedzę i kombinuję. Muszę coś robić - kręci głową. Opowie jeszcze o komorniku, o piciu, o swoich wyskokach, upadkach i powolnym wstawaniu, o synu, który mieszka u babci i którego zaufanie Michał codziennie zdobywa na nowo.

Jacek Ferenc mówi o Michale: - Był uczestnikiem CIS-u, dobrze sobie radził, zaproponowaliśmy mu praktyki w restauracji. Sprawdził się i zaoferowaliśmy mu umowę o pracę. Teraz w ogóle nie pije. Całą wypłatę przekazuje siostrze. I ja wiem, że kiedy opowiadam takie historie, to brzmi jak bajka. Ale mamy i takie sytuacja, że ktoś na przykład nie daje sobie wytłumaczyć, że jest uzależniony od alkoholu i wtedy nic nie możemy zrobić. Więc to z Michałem brzmi jak bajka, ale my wiemy, co jest w tle.

Michał zastrzega: - Ja nie czuję takiej mocy, żeby iść na swoje. A z drugiej strony codziennie wstaję z myślą, że kolejny dzień wygrałem. Samo przyjście tutaj jest wygraną. Tyle tego alkoholu wokół! To przecież masakra. Codziennie walczę. To nie jest tak, że się uzdrowiłem. Czasami jeszcze do mnie nie dociera, że to mam. Ale stracić szkoda.

Tamara, która zdrowym barkiem opiera się o szafkę naprzeciwko, kiwa głową.  - Człowiek miał całe życie obowiązki, zajęcia, dzieciaki, praca. Ale został z niczym. Dzieciaki na swoim. Pracę straciłam. A potem wszystko straciłam. Bez pracy człowiek idzie na dno od razu. Teraz wszystko zaczynam od początku.

Restauracja 'Wspólny stół' (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)Widok z okna Wspólnego Stołu na poznańską Śródkę. W głębi dawny klasztor filipinów (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Agnieszka rozdziela pracę, sprawdza zamówienia. Na zewnątrz jest już pewnie ciemno, Tamara i Michał zbierają się do domu. - Te osoby, które są po przejściach, bardzo się starają - mówi Agnieszka po ich wyjściu. - Jak mają coś do zrobienia i się wyrobią, to zaraz pytają: a co jeszcze?, a co teraz? A przecież praca na kuchni jest ciężka. Nieraz człowiek wieczorem mówi: o kurczę, dzisiaj jeszcze nie byłam w toalecie.

Czarna drukarka zamówień wypluwa zadrukowaną kartkę. - Okej, to mamy sandacza, burgera i krem pomidorowy - czyta Agnieszka i wszyscy wszystko już wiedzą. Roland daje papier pod rybkę, Dorota sięga po warzywa. Radia prawie nie słychać, bo woda się leje gęstym strumieniem. Olej skwierczy, a oni tu zaraz będą odmieniać swoje życie. Robią to codziennie od ponad dwóch lat. 

* Polanie lub skropienie potrawy alkoholem, następnie podpalenie jej.

** Francuski deser - bezy przełożone bitą śmietaną z dodatkami, np. orzechów, migdałów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Olga Gitkiewicz. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, koordynatorka w projekcie "Miasto Archipelag". W 2017 r., nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie, ukazała się jej pierwsza książka "Nie hańbi" o realiach polskiego rynku pracy.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (19)
Zaloguj się
  • bluetaxi

    Oceniono 13 razy 13

    Powodzenia ludzie!

  • forma_przejsciowa

    Oceniono 10 razy 10

    Cudnie!. Aż serce rośnie, jak się czyta takie historie- w Polsce. Powodzenia, trzymam kciuki za wszystkich uczetników i wielki szacun dla pomysłodawców :-)

  • monika.libra36

    Oceniono 8 razy 8

    Spokojnych i radosnych Swiat Bozego Narodzenia, odpoczynku od zawieruchy codziennosci, przepysznych potraw wigilijnych i ogromnej ilosci wymarzonych prezentow!!!

  • nomyszd

    Oceniono 7 razy 7

    Jadłem tam, naprawdę polecam, jedzenie mi smakowało a atmosfera rewelacyjna a obsługa bardzo fajna.

  • lord_of_the_ducks

    Oceniono 7 razy 7

    Podziwiam, naprawdę podziwiam. Powodzenia!

  • dziad60

    Oceniono 5 razy 5

    Wierzę, ze Wam sie powiedzie.
    Można stworzyć sieć tych lokali....tanio. schludnie smacznie.

  • annamarianna1

    Oceniono 5 razy 5

    Świetny pomysł, ale jako urodzona pesymistka tak sobie pomyślałam o tych wszystkich osobach w Polsce, które nie miały szczęścia, żeby trafić w takiej miejsce i na takich ludzi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX