Dagmara i Piotr, autorzy książki 'Dom pod biegunem. Gorączka (ant)arktyczna'

Dagmara i Piotr, autorzy książki 'Dom pod biegunem. Gorączka (ant)arktyczna' (fot. Piotr Andryszczak)

ludzie

Polaków dom pod biegunem. "Nie zjadły nas niedźwiedzie, wróciliśmy z nową energią"

Dagmara i Piotr Andryszczakowie z Krakowa w sumie dwa lata spędzili w Arktyce i Antarktyce, wśród niedźwiedzi polarnych i pingwinów. Była to przygoda ich życia i chętnie ją jeszcze kiedyś powtórzą.

Obydwoje wolą zimno od upału. Twierdzą, że kiedy zimno doskwiera, można ubrać się ciepło, a jak jest gorąco, to już nic się nie da zrobić. Dlatego gdyby mieli do wyboru wakacje w ciepłych krajach lub pod biegunem - wybraliby bez zastanowienia ten drugi kierunek. Tym bardziej że są z nim już nieźle obeznani.

W lipcu 2012 roku, już jako małżeństwo, pierwszy raz trafili do Arktyki w ramach 35. Wyprawy Polarnej organizowanej przez Instytut Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. Jak zostali częścią dziesięcioosobowej ekipy?

(fot. Piotr Andryszczak)Zdjęcie 35. Wyprawy Polarnej Polskiej Akademii Nauk (fot. Piotr Andryszczak)

O tym, że jest szansa wyjazdu do Arktyki, Piotr, inżynier elektronik, dowiedział się od  koleżanki z pracy. - CV i list motywacyjny wysłałem jeszcze tego samego dnia. Chciałem zrobić coś bardziej szalonego niż siedzenie za biurkiem w korporacji - wspomina. Pod jego wpływem na ten sam krok zdecydowała się Dagmara, z wykształcenia tłumaczka języka rosyjskiego, która ma też sporą wiedzę z marketingu i SEO. Na rozmowę rekrutacyjną pojechali do Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie. - Obok standardowych pytań związanych z zajmowanymi w przeszłości stanowiskami zostaliśmy zapytani m.in. o to, czy potrafimy gotować i jakie potrawy wychodzą nam najlepiej. Albo czy będziemy potrafili poradzić sobie miesiąc bez internetu - opowiada Dagmara.

Wykształcenie, predyspozycje i szczęście

Trzy tygodnie później przyszła wiadomość, że jadą do Arktyki - Piotr, po serii specjalistycznych szkoleń z zakresu sejsmologii, magnetyzmu ziemskiego, elektryczności i fizyki atmosfery, jako geofizyk Polskiej Stacji Polarnej Hornsund im. Stanisława Siedleckiego na Wyspie Spitsbergen, a Dagmara - jako pracownik administracyjny i dydaktyk prowadzący lekcje online w ramach edukacyjnego projektu Eduscience. Musieli jeszcze przejść badania z zakresu medycyny pracy i badania psychologiczne w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie. Później czekały ich szkolenia związane z obejmowanymi w stacji stanowiskami oraz przygotowaniem do życia w odosobnieniu.

(fot. Piotr Andryszczak)Teren Polskiej Stacji Antarktycznej im. H. Arctowskiego (fot. Piotr Andryszczak)

- Najbardziej zapadło mi w pamięć szkolenie i egzamin z posługiwania się bronią palną. Jest ono konieczne. Bo choć spotkanie niedźwiedzia polarnego w Arktyce nie jest niczym niezwykłym, to żeby nie było ono ostatnim, trzeba umieć posłużyć się noszonym na ramieniu shotgunem czy rewolwerem przy pasku - mówi Piotr. - Uczyliśmy się też gaszenia pożarów i indywidualnych technik ratowniczych, m.in. pływaliśmy pontonem w kombinezonach, które zapewniają przeżycie w lodowatej wodzie w Arktyce czy Antarktyce - dodaje.

Andryszczakowie przekonują, że wbrew pozorom na wyprawę polarną pojechać mogłoby tak naprawdę wiele osób. Problem w tym, że niewiele decyduje się spróbować. Poszukiwani są głównie mechanicy, elektronicy, informatycy i pracownicy naukowi z dziedzin, którymi zajmuje się dana placówka badawcza. - Oprócz preferowanego profilu zawodowego oczekuje się odpowiednich predyspozycji: do pracy w małej grupie, bez możliwości powrotu do rodziny czy znajomych przed końcem wyprawy i czasem także do pracy pod wpływem stresu - podsumowuje Piotr.

(fot. Piotr Andryszczak)Młody słoń morski (fot. Piotr Andryszczak)

Osiem dni na statku

Dagmara i Piotr na wyspę Spitsbergen dotarli statkiem Horyzont II z Gdyni. Cały dobytek mieli spakowany w dwie plastikowe beczki na kiszonki o łącznej pojemności 360 litrów; do tego bagaż podręczny na czas podróży. Do beczek, które chroniły rzeczy przed zamoczeniem i wilgocią, musieli włożyć wszystko, co będzie im potrzebne przez rok, bo pod biegunem nie ma sklepów z zaopatrzeniem. - Trzeba było oszacować na przykład, ile szczoteczek do zębów czy pasty zużyjemy w tym czasie. Przed taką wyprawą trzeba też pomyśleć o hasłach jednorazowych do konta bankowego czy o zawieszeniu umowy z operatorem komórkowym, bo w stacji polarnej telefon komórkowy jest bezużyteczny, a podstawowym środkiem łączności jest radiotelefon UKF  - podkreśla Piotr.

Płynęli osiem dni, wykorzystując ten czas na integrację z pozostałymi naukowcami z różnych części Polski. Kiedy dotarli na miejsce, zamieszkali w brązowym, drewnianym budynku z 1957 roku nad brzegiem Zatoki Białego Niedźwiedzia. Z jednej strony mieli widok na morze, a z drugiej na góry. Każdy uczestnik wyprawy miał w stacji swój osobny pokój. - Na przestrzeni 5 m2 znajduje się łóżko, szafa, biurko i fotel. Wspólne pomieszczenia, kuchnia, łazienki czy toalety, są takie jak w większości domów - mówi Piotr.

(fot. Piotr Andryszczak)Zorza nad Polską Stacją Polarną Hornsund na Spitsbergenie (fot. Piotr Andryszczak)

W obiekcie była też jadalnia, pokój komputerowy i mesa, w której cała ekipa wspólnie spędzała czas wolny. Znajdowały się tam też laboratoria, magazyny żywności, sprzętu, broni i ambulatorium. Przed wejściem stał drewniany słup z drogowskazami, na których znalazła się m.in. Warszawa - oddalona od Hornsundu o 2771 km. Na terenie stacji oprócz budynku mieszkalnego były też hala agregatów prądotwórczych, hangar do przechowywania silników, paliwa i pontonów, latarnia morska oraz urządzenia pomiarowe, np. klatki meteorologiczne.

Niedźwiedzie i miesiące ciemności

Rodzina obawiała się, że Dagmara i Piotr nie wytrzymają nocy polarnej albo zostaną zjedzeni przez niedźwiedzie polarne. - One faktycznie są zagrożeniem, dlatego wszyscy w Arktyce mają broń palną. W Polskiej Stacji Polarnej Hornsund odnotowywaliśmy każdą ich wizytę na wyprawowej tablicy. Przez rok odwiedziły nas ok. 40 razy, ale na szczęście obyło się bez ofiar po obu stronach - opowiada Piotr.

Mówi, że z pierwszą wizytą niedźwiedzie wybrały się do nich kilka dni po objęciu stacji przez nową ekipę: - Podeszły pod budynek około pierwszej w nocy i zaatakowały nasze psy. Usłyszałem, że coś się dzieje, otworzyłem szybko okno, wyjąłem z szuflady biurka rakietnicę i oddałem pierwszy strzał w kierunku nieba, a drugi w stronę oddalających się już niedźwiedzi. Odwiedziny tych zwierząt nie są tak niebezpieczne, jak spotkanie ich w terenie - tam nie ma się gdzie schować.

(fot. Piotr Andryszczak)Święta Bożego Narodzenia w stacji Arctowskiego (fot. Piotr Andryszczak)

Jak Andryszczakowie poradzili sobie ze zjawiskami takimi jak polarne dzień i noc? - Kiedy dotarliśmy w lipcu na Spitsbergen, musieliśmy przyzwyczaić się do tego, że przez kilka miesięcy nie zachodzi słońce. Budzisz się w środku nocy, a za oknem jasno. Za to później mieliśmy kilka miesięcy ciemności podczas nocy polarnej. To było dla nas ciekawym doświadczeniem, tym bardziej że bardzo często występowały zorze polarne i było co podziwiać za oknem. Nie sprawdziły się natomiast wizje kilkumiesięcznej depresji, a jedyne, co można było odczuć, to większa senność - mówi Piotr.

Prawie jak w domu

Uczestnicy 35. Wyprawy Polarnej PAN zadbali o to, żeby na "końcu świata", blisko bieguna północnego, mimo dzielących ich od rodziny i znajomych tysięcy kilometrów, czuć się jak w domu. Dlatego wspólnie obchodzili urodziny, imieniny i święta.

- Oprócz tradycyjnych świąt obchodziliśmy też np. studniówkę, czyli pierwsze sto dni zimowania - mówi Dagmara. Przed Wigilią i Wielkanocą uczestnicy wyprawy dzielili się obowiązkami. - Dzięki temu na wigilijnym stole mieliśmy barszcz z uszkami, zupę grzybową, karpia, łososia w sosie cytrynowym, podsmażone pierogi ruskie, kapustę z grochem, grzybami. Nie zabrakło także kompotu z suszu, a na deser były sernik, piernik, kutia i śląskie makówki - wspomina Dagmara. Były też prezenty, kolędy, choinka, a o północy pasterka pod kapliczką. 

(fot. Piotr Andryszczak)Góry lodowe bywają miejscem odpoczynku dla pingwinów Adeli (fot. Piotr Andryszczak)

Świąteczne menu musieli zaplanować jeszcze przed wyjazdem z domu - jedzenie przypływa z uczestnikami wyprawy. Do Hornsundu statek z jedzeniem dociera dwa razy w roku. Czasami zaprzyjaźniony jacht albo goście przylatujący śmigłowcem dostarczają świeże owoce lub warzywa.

Codzienne wspólne posiłki, spędzanie wolnego czasu w stacji i na wycieczkach, praca oraz dzielenie się domowymi obowiązkami sprawiły, że obcy sobie ludzie szybko się do siebie przywiązali. - Pobyt w takim miejscu bardzo zbliża. Po roku trudno się rozstać. Po powrocie do domu, mimo radości z tego, że znów jesteśmy z rodziną, znajomymi, tęskniliśmy za pozostałymi uczestnikami wyprawy. W stacji wystarczyło zapukać do drzwi obok, żeby pogadać z nimi czy podzielić się czymś śmiesznym - podkreśla Piotr.

Z północy na południe

Dagmara i Piotr przyznają, że rok pod biegunem północnym ich zmienił. Niedługo po powrocie do Krakowa dopadła ich tzw. "gorączka polarna" i zamarzyli o wyprawie na Antarktykę.

- Pobyt w Arktyce sprawił, że poczuliśmy się pewni siebie, że możemy wszystko, a ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia - mówi Piotr. - Byliśmy w miejscu, do którego nie każdy może dotrzeć, a tym bardziej spędzić tam rok, w najbardziej na północ wysuniętym polskim domu. Pracowaliśmy dla dobra nauki, a w wolnym czasie realizowaliśmy swoje pasje - ja robiłem zdjęcia i nagrywałem filmy. Byliśmy daleko od cywilizacji, ale czuliśmy, że jesteśmy w centrum wszechświata. Po powrocie praca w korporacji nie dawała mi już żadnej satysfakcji, a siedzenie za biurkiem dłużyło się bardziej niż kiedykolwiek. 

(fot. Piotr Andryszczak)Po lewej wigilijny stół na stacji badawczej. Po prawej pingwiny białobrewe (fot. Piotr Andryszczak)

Andryszczakowie wysłali więc aplikacje do Instytutu Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk. Za pierwszym razem nie zostali zaproszeni nawet na rozmowę, ale nie poddawali się. Złożyli CV drugi raz - też nieskutecznie. Udało się dopiero za trzecim razem i w 2015 roku po rozmowie kwalifikacyjnej zostali uczestnikami 40. Wyprawy Antarktycznej w Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego. - Rozmowa w Instytucie Biochemii i Biofizyki PAN miała inny charakter niż ta pierwsza, bo byliśmy już trochę znani w kręgach polarnych. Było mniej pytań związanych z pracą, ale zaskoczyły nas inne, np. to, czy jako małżeństwo będziemy wartością dodaną dla grupy czy wprost przeciwnie - mówi Piotr.

14 000 km w 36 dni 

Podobnie jak przed wyprawą do Arktyki, tak i tym razem musieli przejść badania i szkolenia m.in. z zasad bezpieczeństwa i ochrony przyrody w Zakładzie Biologii Antarktyki w Warszawie. - Dowiedzieliśmy się, żeby nie podchodzić do zwierząt na odległość mniejszą niż 10 m, nie próbować uczyć pingwinów latać, nie deptać tundry. Mówiono nam też, jaki krem do opalania wziąć, bo słońce na 62. stopniu szerokości geograficznej potrafi być bezlitosne - wspomina Dagmara.

Tym razem bagaże zapakowali w trzy 120-litrowe beczki, dwa 90-litrowe plecaki i dwa mniejsze - 35-litrowe. Poza kosmetykami i ubraniami na cały rok znalazły się w nich m.in. prezenty gwiazdkowe dla pozostałych uczestników wyprawy, konfitura z płatków róży do pączków na tłusty czwartek i upominki kojarzące się z Polską na wymianę dla gości odwiedzających stację.

(fot. Piotr Andryszczak)Silny wiatr i opady śniegu w Antarktyce to codzienność (fot. Piotr Andryszczak)

Do wyboru mieli dwa rodzaje transportu do Arktyki: 36-dniowy rejs statkiem Polar Pioneer z Gdyni lub lot do Ameryki Południowej i stamtąd kilkudniowy rejs do stacji im. Arctowskiego. Wybrali statek. - Najpierw liczyliśmy dni, potem tygodnie. Mieliśmy dużo czasu na poznanie się, oglądanie filmów, czytanie książek, na które wcześniej trudno było znaleźć wolną chwilę. Czasem pojawiały się takie atrakcje jak delfiny, które skakały przed dziobem statku czy latające ryby. W okolicy równika temperatura wzrosła do ok. 35°C i większość pasażerów i załogi zaczęła się opalać - wspomina Dagmara.

Życie z pingwinami

W Argentynie mieli przystanek i ostatni kontakt z cywilizacją. Przez kolejny rok byli zdani już tylko na swoje ośmioosobowe towarzystwo i od czasu do czasu odwiedzających ich turystów lub uczestników innych wypraw, np. z pobliskiej brazylijskiej stacji Comandante Ferraz.

Ich domem pod biegunem południowym był obiekt położony między zatokami Arctowskiego i Półksiężycową a Klifem Wydrzyków, zbudowanym w 1977 roku z metalowych kontenerów pomalowanych na żółto. Do części mieszkalnej, w której każdy miał swój pokój, przylegały zbudowana z drewna jadalnia, kuchnia i magazyny żywności. Były też dwa agregaty prądotwórcze. Na terenie stacji, tak jak w Arktyce, stał drogowskaz pokazujący odległości do różnych miast. Znalazły się tu m.in. oddalony o 14 233 km Kraków i Polska Stacja Polarna w Hornsundzie - 16 252 km dalej.

(fot. Piotr Andryszczak)Zatoka Admiralicji, wyspa Króla Jerzego, Polska Stacja Antarktyczna (fot. Piotr Andryszczak)

W Antarktyce Piotr pełnił funkcję elektronika i informatyka, a Dagmara - pracownika administracyjnego. - Największym zaskoczeniem na południu były dla nas zwierzęta, które są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Nie mają na lądzie naturalnych wrogów i dlatego nie boją się ludzi. Można prawie potknąć się o słonia morskiego albo wystraszyć uchatki, która wydawała się początkowo głazem na plaży - opowiada Piotr. - Nie ma tu niedźwiedzi polarnych, za to są pingwiny. Pierwszy raz spotkałam je nad brzegiem morza w drodze ze statku do bazy. Szybko miałam okazję przekonać się, że lubią podchodzić pod samą stację - dodaje Dagmara.

Zaznacza, że pod biegunami najbardziej brakowało jej kąpieli w wannie, ulubionego swetra i możliwości kupienia opakowania kremu w drogerii albo książki w księgarni oraz jedzenia - sushi, chipsów, piwa, jabłek, bananów, cebuli, świeżych jajek i mleka. Uważa, że takie wyjazdy są doskonałe dla osób, które chcą wyzwolić się z konsumpcjonizmu.  - Gdy wróciliśmy do domu, stwierdziliśmy, że tak naprawdę niewiele rzeczy jest absolutnie niezbędnych do życia. Wszystko wydawało się dziwne, np. klucze do mieszkania, które znalazłam w nieużywanej przez rok torbie na laptopa, pieniądze i dokumenty - mówi.

Po powrocie do Krakowa Dagmara rozpoczęła pracę w projekcie EDU-ARCTIC i zajmuje się popularyzowaniem wiedzy o regionach polarnych, a Piotr zajął się własną działalnością gospodarczą i produkuje akcesoria do dronów.  Nie zamierza wracać do korporacji, bo - jak mówi - od "świata korpo" uciekł pod biegun. Od kwietnia 2012 roku Andryszczakowie prowadzą blog www.dompodbiegunem.pl, na którym można znaleźć relacje z wypraw, zdjęcia i wspomnienia. W tym roku wydali książkę pt. "Dom pod biegunem. Gorączka (ant)arktyczna" - miała swoją premierę 14 listopada.

(fot. Piotr Andryszczak)Drogowskazy i ponad 14 000 km do rodzinnego domu (fot. Piotr Andryszczak)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Anna Tomczyk-Anioł.
Dziennikarka i freelancerka. Publikowała m.in. w lokalnych mediach w Krakowie i Stalowej Woli. Współpracowała z PAP oraz Interia.pl. Lubi, kiedy jej praca przekłada się na pomoc innym.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (30)
Zaloguj się
  • gadolinn

    Oceniono 10 razy 8

    Fajne opowiesci. Fajne zycie. Ale... co to jest, u licha, pracownik administracyjny jesli sie jest "pod biegunem"? Oraz co to jest za "pod biegunem" jesli szerokosc geograficzna jest okolo 60 stopni?

    Pisze z perspektywy czlowieka, ktory pracowal w Arktyce (az do szerokosci geograficznej 82 stopni), a w czasie pracy caly czas mieszkal w namiocie, sam sobie gotowal, spotykal wilki i lisy, woly pizmowe i belugi (ale na szczescie ni niedzwiedzie). Moje zycie w Arktyce, porownujac z tym opisanym w artykule, to warunki spartanskie. Ale koncowe wnioski takie same - bardzo malo jest rzeczy, ktore tak naprawde potrzebujemy.

  • oczy_argusa

    Oceniono 11 razy 7

    Nie czepiam się nikogo, to artykuł w gazetce ale... czy naprawdę aż trzeba jechać na dwa lata na biegun żeby zauważyć ile rzeczy jest nam zbędnych do życia?

  • Piotr Andryszczak

    Oceniono 8 razy 6

    Odpowiadając na komentarze:
    Stacja ma swoją administrację, bo przyjmuje gości - naukowców. Hornsund jest bardziej "pod biegunem" bo na 77 st. szerokości geog. "Pod biegunem" powiedziałbym wtedy, gdy jest za kołem podbiegunowym. Arctowski nie łapie się niestety.
    Tak, pojechaliśmy jako małżeństwo, ale zostawiliśmy rodziny i znajomych w PL. Choć wiadomo, niektórzy współzimownicy (nie byliśmy jedyną parą w Hornsundzie) mieli gorzej pod tym względem.
    No, niestety czasem trzeba pojechać pod biegun, żeby dostrzec pewne rzeczy :)

  • polesitive

    Oceniono 5 razy 5

    Gratuluje Androot! Swietna decyzja z odskocznia od korpo, a radiotelefony nigdy nie przemina! /Szymon

  • markowski222

    Oceniono 3 razy 3

    Jak miło poczytać o młodych ludziach, którzy niekoniecznie chcą być artystami czy modelkami.

  • az555

    Oceniono 5 razy 3

    fajne

  • simply_z

    Oceniono 1 raz 1

    świetny artykuł

  • znana.jako.ggigus

    0

    W sumie? A może by tak pisać po polsku.

  • rufus-1

    0

    "Do wyboru mieli dwa rodzaje transportu do Arktyki: 36-dniowy rejs statkiem Polar Pioneer z Gdyni...." - nie ma to jak rzetelne dziennikarstwo.
    Dzięki GW dowiedziałem się, że do Arktyki trzeba płynąć aż 36 dni!! A podobno epoka wielkich odkryć geograficznych dawno za nami.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX