Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne (fot. pexels.com)

wywiad Gazeta.pl

"Czasami żartuję, że jestem matką dwojga ludzi. Przez 33 lata miałam córkę. Od 9 lat mam syna"

Basia wyprowadziła się z domu, kiedy miała 23 lata. Potem dowiedziałam się, że chciała być sama, bo jak wracała do domu z uczelni albo z pracy, to przebierała się za chłopaka. Malowała sobie wąsy, przeglądała się w lustrze. Mówiła mi: czułam się tak dobrze, mamo - opowiada pani Maria, która towarzyszyła swojemu dziecku podczas operacji korekty płci. Twierdzi, że to doświadczenie zmieniło całe jej życie.

Wywiad nominowany do nagrody im. Teresy Torańskiej w kategorii "najlepsze w internecie 2018"


- Kiedy byłam w ciąży, ciągle słyszałam: urodzisz chłopaka, tak pięknie wyglądasz.

I urodziła pani.

- Tak. Choć nie od razu miałam tego świadomość.

Ma pani jedno dziecko?

- Czasami żartuję, że jestem matką dwojga ludzi. Przez 33 lata miałam córkę. Wtedy oznajmiła mi, że jest transseksualna. Od 9 lat mam syna.

Tamta rozmowa zmieniła pani życie.

- Przytuliłam ją, powiedziałam, że akceptuję, rozumiem, wspieram. Ale muszę przyznać, że w moim sercu płonął wtedy pożar. Nagle dowiedziałam się, że moja córka jest mężczyzną. I że przez tyle lat żyła w cudzej skórze, a - co najgorsze - męczyła się w niej.

Jaką pani miała córkę?

- Wesołą, łobuziarę. Nie odczuwałam jej inności. Nie przewidywałam żadnych problemów, żadnych komplikacji. Nie chciała chodzić w sukienkach, to chodziła w spodniach. Nie chciała mieć długich włosów, to miała krótkie.

Basia przez 33 lata była kobietą, od 9 lat żyje jako mężczyzna (fot. pexels.com)Basia przez 33 lata była kobietą, od 9 lat żyje jako mężczyzna (fot. pexels.com)

Myślała pani pewnie "chłopczyca".

- Tak. Z kolegami grała w piłkę. Lalkami w ogóle nie chciała się bawić. Często jak wołałam ją przez okno na obiad: Basia, do domu!, to się irytowała: Mama, proszę cię, mów do mnie Tomek. Nie traktowałam tego poważnie.

W pracy spotykałam wielu homoseksualistów, pracowałam w zagranicznej firmie, to byli moi koledzy. Ale transseksualizm? Nie miałam pojęcia o takim zjawisku. Dziś myślę, że już w dzieciństwie Basi były pewne momenty, które mogły zwrócić moją uwagę. Na przykład kiedy miała mieć komunię, zamówiłam dla niej sukienkę we Francji. W Polsce wtedy nic nie było. Ale najpierw znajomy przywiózł z Austrii lakierki dla niej. Piękne, błyszczące, białe. Nawet na nie nie spojrzała. Paczka z Francji nie dochodziła i nie dochodziła. W końcu moja córeczka powiedziała z nadzieją w głosie: Mamo, a może skoro tej sukienki nie ma, to ja pójdę w garniturze? Pamiętam, że wtedy przez chwilę pomyślałam: Boże, dlaczego ona nie chce sukienki?

Coś jeszcze pani zapamiętała?

- Miała 9 lat, był Dzień Matki, wzięła pieniądze od taty i wyszła do kwiaciarni po bukiet dla mnie. Po powrocie mówiła: Wiesz co, mamuś? Pani w kwiaciarni powiedziała: czego sobie życzysz, młodzieńcze? Była tym zachwycona. Była dumna. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że dziewczynki zwykle nie są zadowolone, kiedy porównuje się je do chłopców. Ale nigdy nie sprzeciwiałam się tym jej dresom, spodniom, marynarkom. Ubierała się, jak chciała. Włosy miała krótkie, tylko do komunii zapuściła. Potem ścięliśmy. Długie nosiła dopiero w liceum.

Chciała zapuścić?

- Tak. Potem tłumaczyła, że nie wiedziała wtedy, kim jest. Malowała się, włosy układała. Chciała wyglądać jak koleżanki. Ale nie czuła się jak koleżanki.

A jaką była nastolatką?

- Pamiętam, że strasznie płakała, kiedy dostała okres. Powtarzała, że ona tego nie chce, że nie powinna go mieć. Tragedia też była, kiedy zaczynał jej rosnąć biust. - Mama, ja to chyba obetnę - mówiła. Zaczynałam myśleć, że może ona jest lesbijką. Ale zaraz nadszedł inny czas. Zapuściła włosy, zaczęła się malować i ubierać kobieco. Była śliczną dziewczyną. Pojawił się jeden chłopak, potem drugi. Potem była w czteroletnim związku.

Portret transseksualisty (fot. Rose Morelli / Flickr.com / CC BY-ND 2.0)Portret transseksualisty (fot. Rose Morelli / Flickr.com / CC BY-ND 2.0)

Uspokoiła się pani?

- Tak. Ale pamiętam też, jak do jej pierwszej pracy przyjechała delegacja z Katowic i Krakowa. Bardzo się zaprzyjaźniła z tymi dziewczynami. Kiedy wyjechały, Basia zaczęła bardzo płakać. Kiedy pytałam, dlaczego, powtarzała, że tęskni. To było trochę dziwne. Dopiero po latach, kiedy powiedziała mi, że zamierza przejść transformację, przyznała, że się zakochała w jednej z nich.

Jak wyglądały jej związki z chłopakami?

- Im była starsza, tym relacje z mężczyznami trudniej jej się układały. Potem już nie chciała się z nikim wiązać. Ze swoim ostatnim partnerem bardzo się kłóciła, chociaż wiele ich łączyło: dużo podróżowali, lubili sport. Ona chyba bardziej traktowała go jak kumpla.

Co pani myślała, jak te relacje się rozpadały?

- Pytałam ją: Dlaczego ty sobie nie chcesz życia ułożyć, córeczko? Denerwowała się: Oj, mama, daj spokój, ciągle się mnie tylko pytasz. Nie znosiła tych wszystkich nagabywań o to, kiedy wyjdzie za mąż, czy zamierza mieć dzieci. Ja sama nauczyłam się już tych tematów nie poruszać, ale moja siostra przodowała w namolnym nagabywaniu. Jak córka miała się na rodzinnej imprezie pojawić z chłopakiem, to ja wcześniej dzwoniłam i prosiłam siostrę: Nie zadawaj takich pytań, daj dziewczynie spokój. A moja córka nie przedstawiała swoich partnerów: To mój chłopak. Mówiła, że to kolega. Bo ona tak ich wszystkich traktowała.

Jak się pani dowiedziała?

- To był sierpień. Zadzwoniła do mnie i powiedziała: Mamuś, muszę z tobą porozmawiać. To miał być taki spokojny moment w moim życiu. Przeszłam już na emeryturę, chciałam sobie żyć na luzie. Myślałam, że u córki wszystko gra: ma dobrą pracę, skończyła studia, zdała egzamin MBA, ma własne mieszkanie. Więc ten telefon mnie zaniepokoił.

Coś pani podejrzewała?

- Różne myśli się pojawiały. Może ktoś ją zgwałcił? Może spodziewa się dziecka? Później znowu przyszło mi do głowy, że może jest lesbijką, bo z tymi chłopakami tak kiepsko szło. A ona siada i mówi, że jest transseksualna. Nie wiedziałam, jak zareagować, ale od razu ją przytuliłam.

Basia, gdy była sama, przebierała się w męskie ubrania, domalowywała sobie wąsy (fot. pixabay.com)Basia, gdy była sama, przebierała się w męskie ubrania, domalowywała sobie wąsy (fot. pixabay.com)

Coś pani powiedziała?

- Dopiero po chwili. Powiedziałam jej: Pamiętaj, że jestem twoją matką, a ty moim dzieckiem. Ale spadło to na mnie jak grom z nieba. A ona mówi jeszcze: Bardzo cię proszę, nie mów do mnie "córuniu", nie mów do mnie "Basiu".

Przestawiła się pani od razu ? Powiedziała jak teraz będzie mieć na imię?

- Nie. Już w tej pierwszej rozmowie powiedziałam jej: Słuchaj, 33 lata miałam córkę, ty też musisz dać mi czas. Ja się staram ciebie zrozumieć, ale ty też zrozum mnie.

Kłóciłyście się? Były nerwy?

- Były nerwy. Była rozpacz. Nie spałam przez parę nocy. Analizowałam: jak to będzie. Praca, rodzina, znajomi... Nasze społeczeństwo nie jest otwarte. Może będzie szykanowana. Może tego nie wytrzyma.

Na początku było między nami dużo napięć. Ona poprosiła, żebym do niej tak często nie dzwoniła. Ja przepłakałam całą noc. Wydawało mi się, że odrzuca moją troskę. A ona się czuła osaczona. Teraz to i raz w tygodniu nie dzwonię, a mamy dobrą relację. Wtedy dzwoniłam codziennie, rozmawiałyśmy często, a najważniejszej rzeczy o niej nie wiedziałam.

Dzieliła się pani swoimi obawami z synem? 

- Tak. Mówił, że chodzi do psychologa, że jest pod dobrą opieką. Uczepiłam się tego psychologa. Powiedziałam: Jeden psycholog nie wystarczy, musisz pójść do innego. I do jeszcze innego. Nie chciał mnie w ogóle słuchać. Nie było między nami dobrze. Powtarzałam: To jest przecież na całe życie. Podróż w jedną stronę. Jak zrobisz sobie operację, to już nie będzie odwrotu. Nie wyobrażałam sobie przyszłości. Byłam przerażona.

Coś pani pomogło w tamtym czasie?

- Kilka dni po naszej rozmowie wybrałam się do Instytutu Neurologii i Psychiatrii, gdzie leczyła się moja bliska koleżanka. Bardzo ciężko chorowała. Opowiedziałam jej, czego się dowiedziałam. Odpowiedziała krótko: Wolałabyś być na moim miejscu? Jej córka w wieku 14 lat zachorowała na białaczkę i umarła. Powiedziała: Zaakceptuj. Ja już nie mam córki, ty masz dziecko. Pamiętam, że przyszłam do domu oszołomiona. Relacje moje i syna zaczęły się krok po kroku powoli poprawiać. Podjęłam decyzję, że zaakceptuję całą ścieżkę, którą musi przejść.

Wielu młodych homoseksualistów cierpi z powodu odrzucenia przez rówieśników. Na zdjęciu piętnujące gejów graffiti na ul. Marszałkowskiej w Warszawie (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)Wielu młodych homoseksualistów i transseksualistów cierpi z powodu odrzucenia przez rówieśników. Na zdjęciu piętnujące gejów graffiti na ul. Marszałkowskiej w Warszawie (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)

Uczestniczyła pani w procesie korekty płci?

- To była bardzo długa, ciężka droga. Nieraz też zastanawiam się, jak mąż by się z tym wszystkim czuł - umarł, kiedy Basia była w liceum - ale sądzę, że zaakceptowałby sytuację. W każdym razie musiałam się z tym problemem mierzyć całkiem sama.

Basia najpierw zaczęła się ubierać jak chłopak. Wcześniej nosiła się na sportowo, nie wkładała sukienek, ale jednak wyglądała jak kobieta. W tamtym czasie zaczęła obwiązywać sobie biust. Chodziła w garniturach.

Mówiła już pani "synku"? 

- Najpierw bezosobowo. Nie potrafiłam tak od razu używać męskich form. Powiedziała mi w końcu, że będzie miała na imię Paweł. Paweł Jan. Mój ojciec miał na imię Paweł, ona była z nim bardzo zżyta, więc pomyślałam, że stąd ten wybór.

Co jest dla pani najtrudniejsze?

- Świadomość, że to trwało tak długo i że ona się z tym tak długo męczyła. Dzisiaj widzę, że jest innym człowiekiem. W sensie spokoju, otwartości, pogodzenia się.

Wtedy bardzo się bałam, jak zareagują w jej pracy. Pracowała w korporacji, zażywała już testosteron i chodziła w męskich garniturach. Przygotowywała się do operacji i coraz bardziej wyglądała jak mężczyzna. Poszła do prezesa i opowiedziała o sytuacji. Prezes zareagował książkowo. Niesamowicie. Przytulił ją i powiedział: Nie przejmuj się. Zaraz roześlę informację do wszystkich działów i przypomnę pracownikom, że mają cię szanować. I tak się stało. Wtedy się uspokoiłam, bo zrozumiałam, że wcale nie musi być źle. Myślałam wtedy: Dobrze, że ma tę pracę, dobrze, że ma zajęcie. Zresztą w tej samej korporacji Paweł pracuje do dzisiaj.

A co było najtrudniejsze dla niego?

- Kiedyś mi powiedział: Mama, ja byłem na wszystko przygotowany. Wiedziałem, że muszę wyjść z tego, w czym żyję. Brałem pod uwagę zmianę przyjaciół, relacji z ludźmi i pracy. To był już etap jego transformacji. Brał udział w psychoterapii. Wiedział, czego chce, do czego dąży, ile go to będzie kosztowało i jakie może spotkać po drodze trudności. Wtedy spotykał się już z innymi osobami transseksualnymi w fundacji Trans-Fuzja Anny Grodzkiej. Bardzo się z nimi zaprzyjaźnił.

Pani też tam chodziła?

- Tak. W pewnym momencie również spotkałam Annę Grodzką, chciałam poznać jak najwięcej osób w sytuacji podobnej do naszej. A Paweł z miesiąca na miesiąc coraz bardziej był mężczyzną.

Anna Grodzka (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

To długotrwały proces.

- Długotrwały i ciężki. W przypadku Pawła - 4 lata. Przekonałam się, że to nie fanaberia. Nie ma mowy o tym, że coś się komuś wydaje, ktoś komuś coś wmówi. Chociaż sama na początku mówiłam do niego: A jeśli za parę lat okaże się, że to pomyłka, że jednak jesteś dziewczyną? On mi na to odpowiedział: Mamo, ja na to czekałem 34 lata. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Z czasem, kiedy poznałam procedurę korekty płci, to zrozumiałam, że o żadnej pomyłce nie może być mowy.

Dlaczego?

- Bo żeby zrobić operację zmiany płci, trzeba przejść naprawdę skomplikowany proces. Setki testów badających psychikę, żeby wykluczyć pomyłkę i sprawdzić, czy odpowiedzi pokrywają się ze sobą na przestrzeni miesięcy i lat. Do tego obowiązkowa psychoterapia. Bo nie tylko on musiał mieć stuprocentową pewność. Również lekarze. Badano mu mózg, to były badania kliniczne, nie tylko rozmowy z psychologiem czy seksuologiem.

Co było potem?

- Pierwszym operacyjnym krokiem jest usunięcie biustu. Oczywiście nie refunduje tego NFZ i jest to drogi zabieg - kosztuje 8 tysięcy złotych.

Jak pani to przyjęła?

- Wtedy już, muszę przyznać, przyjmowałam to z ulgą. Widziałam, że dla niego to jest jak zdjęcie ciężaru, że ze szpitala wychodzi obolały, ale szczęśliwy. Wiedziałam, że to jest nieodwracalne. Wtedy już czytałam dużo na ten temat. Moim zadaniem było dawanie wsparcia.

Jak wyglądały kolejne zabiegi?

- To był cykl poważnych operacji w szpitalu w Warszawie. Usunięcie narządów finansuje już NFZ. Lekarze musieli usunąć mu wszystkie narządy damskie, również wewnętrzne. Trzeba było tak zrobić, bo zażywał dużo testosteronu i pozostawienie ich groziło nowotworem.

Rany goiły się długo, wracał do formy tygodniami. Chodziłam go odwiedzać do szpitala. Widziałam, że cierpiał. Ale ani na moment nie podważał swojej decyzji.

Do tego musiał zmienić całą metrykę, dowód osobisty.

Proces zmiany płci wymaga wielu bolesnych i długotrwałych zabiegów (fot. pixabay.com)Proces zmiany płci wymaga wielu bolesnych i długotrwałych zabiegów (fot. pixabay.com)

W Polsce to trudny etap, wymaga wkroczenia na drogę sądową. Zmiana płci metrykalnej ustalana jest w procesie cywilnym. Powodem jest osoba transseksualna, a pozywanymi jej rodzice.

- Zostałam więc pozwana i stawiłam się w sądzie. Tam zapytano mnie, czy popieram decyzję mojego dziecka. Powiedziałam, że tak, że oczywiście. Na drugiej rozprawie nie musiałam być, ale trzeba było powołać biegłego sądowego. Nie wiem po co, bo wszystkie szczegóły wypisane były w dokumentacji medycznej. Musieliśmy za biegłego oczywiście zapłacić. Potem po procesie przyszedł do mnie do domu list ze spisanymi zeznaniami Pawła. On do mnie wcześniej zadzwonił i poprosił, żebym tego listu nie otwierała. Tam są opisane różne rzeczy, nie chcę, żebyś to czytała - powiedział. To była koperta gruba jak książka. Pewnie tam było opisane jego życie seksualne, osobiste. Oddałam tę kopertę zapieczętowaną, nie muszę wszystkiego wiedzieć.

Po pierwszej rozprawie podeszła do mnie sędzia i powiedziała: Chciałam pani podziękować za to, że pani nie utrudnia życia swojemu dziecku. Nieraz widziałam już takie sytuacje. Większość rodziców podczas rozprawy walczy, próbuje udowodnić, że dziecko nie jest transseksualne, że coś sobie ubzdurało.

To bardzo przedłuża proces.

- I utrudnia życie. Paweł też miał taki moment, że wyglądał już jak mężczyzna, miał zarost i niski głos, a dowód ciągle na imię Barbara. Pamiętam, że nie wyjeżdżał wtedy za granicę, stresował się sprawami do załatwienia w urzędach, że będzie musiał gdzieś być wylegitymowany. Rodzice, którzy walczą z dzieckiem w sądzie, przedłużają ten czas zawieszenia, bo nie rozumieją i nie akceptują tego, z czym zmaga się dziecko. Paweł był bardzo szczęśliwy, kiedy odebrał dowód na nowe, męskie nazwisko. Od razu przysłał mi jego zdjęcie.

A jak tę zmianę przyjęło otoczenie?

- Moje koleżanki i rodzina przyjęli to ze zrozumieniem. To było dla mnie ważne. Z rodziną rozmawiałam, tłumaczyłam, odpowiadałam na pytania.

W jaki sposób?

- Tak jak pani, krok po kroku. Opowiadałam ze szczegółami, co się dzieje. W sumie ludzie reagowali pozytywnie, a jak ktoś miał z tym problem, to Paweł zrywał z nim kontakt. Jedyną instytucją, która go nie zaakceptowała, jest Kościół katolicki. Przestał chodzić do kościoła. Ja też już nie chodzę. Bardzo mnie to denerwuje. Przecież to Bóg go tak stworzył. 

A jego dawni przyjaciele?

- Proszę sobie wyobrazić, że najbliższe koleżanki zupełnie się w tym nie odnalazły. Ale inni - tak. Ale on jeszcze w trakcie przemiany związał się z dziewczyną. Zakochali się w sobie i są razem do tej pory. Ona go przez cały czas wspierała. Jest wspaniałą osobą. Bardzo się cieszę z ich związku, że była z nim przez te wszystkie trudne chwile.

Osoby transseksualne po korekcie płci. Z lewej M/K, z prawej K/M (fot. Kenji-Baptiste OIKAWA / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0 / Udo Grimberg / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)Osoby transseksualne po korekcie płci. Z lewej M/K, z prawej K/M (fot. Kenji-Baptiste OIKAWA / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0 / Udo Grimberg / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

A sąsiedzi?

- Mieszkam tam, gdzie mieszkałam zawsze. Sąsiedzi wiedzą. Nie było problemu. Niektórzy, wścibscy, dopytywali: Gdzie Basia? Czasami odpowiadałam: Wyjechała do Ameryki. Większość wie, ale nie każdemu chce mi się tłumaczyć.

Fizycznie pani dziecko radykalnie się zmieniło. A psychicznie?

- Również radykalnie. Jest wesoły, otwarty, szybko nawiązuje kontakty. Ona żyła w skorupie. Jak miała podpisać jakiś kontrakt, to się trzęsła ze stresu, była rozchwiana. Jemu takie same obowiązki nie sprawiają problemu. Jeździ po całym świecie, robi szkolenia. Ma wiedzę, którą miała i ona, ale teraz potrafi ją sprzedać. Moje koleżanki mówią: Teraz z Pawłem rozmawiamy, śmiejemy się, wymieniamy się poglądami. Przedtem, przed korektą płci, nie było kontaktu.

Jest teraz szczęśliwy?

- Teraz - bardzo. Zawsze pytałam córkę: Co ty chcesz od życia? Jesteś wykształcona, ładna. Masz dobrą pracę. I ciągle niezadowolona. Ona odpowiadała: Oj mama, ty dużo nie wiesz. No i rzeczywiście. Nie wiedziałam.

Jak wyglądają obecnie wasze relacje?

- Super. Paweł odnowił mi właśnie mieszkanie. Przyjeżdżał w weekendy i robił rzecz za rzeczą. Dobrze mieć też syna, okazuje się. Ale trochę trwało, zanim mój mózg się przyzwyczaił do tej myśli. To też był cały proces. Nie zaakceptowałam też od razu jego dziewczyny.

Długo to trwało?

- Dosyć długo. Byłam nieufna. Zastanawiałam się: po co jej taki chłopak, nie może sobie znaleźć "normalnego"? Ale ona spokojnie, wytrwale przychodziła do mnie, odwiedzała, czekała. I ja zaczęłam zauważać, że oni są dla siebie dobrzy, kochają się, wspierają. Dzisiaj jesteśmy rodziną.

Teraz, z perspektywy czasu, smutek, rozpacz, rozczarowanie się rozpłynęły. Nikt nie wie, co przeszłam. Wiem to tylko ja i mury mojego mieszkania. Wiele nocy przepłakałam, wiele nocy się modliłam, wiele nocy szukałam jakiegoś rozwiązania. Matka jest szczęśliwa, kiedy jej dziecko jest szczęśliwe, ale pamiętam, jak bardzo trudno i ciężko mi było, jak długo trwała akceptacja tego stanu rzeczy. Kiedyś spotykałam się z psycholożką i powiedziałam: Ja myślałam, że ona jest lesbijką. A psycholożka na to: To by było dla pani łatwiejsze. Chyba miała rację. To był jednak duży szok.

Transseksualna Karina Minaeva, ukraińska topmodelka (fot. archiwum prywatne)

A pani jak reaguje na to, że wnuków nie będzie?

- Bardzo kocham dzieci, chciałabym mieć wnuki. Ale już zaakceptowałam, że ich mieć nie będę. Musiałam się pogodzić z następstwami zmiany, ten proces już za mną. Teraz cieszę się, że partnerka Pawła ma dzieci z poprzedniego związku, z którymi on się przyjaźni. Dobrze, że są te dzieciaki. Mamy kogo kochać.

Dzisiaj zupełnie już nie rozpaczam nad zmianą płci Basi, bo nie mam powodów, żeby rozpaczać. A martwiłam się bardzo, bo przecież dziecko to dziecko, chociaż od lat było już samodzielne. Basia wyprowadziła się z domu, kiedy miała 23 lata. Bardzo jej na tym zależało. W końcu dowiedziałam się dlaczego. Chciała być sama, bo wracała do domu z uczelni albo z pracy i przebierała się za chłopaka. Malowała sobie wąsy, przeglądała się w lustrze. Potem mówiła mi: Czułam się tak dobrze, mamo. Nie wiedziałam jeszcze, o co chodzi, nie wiedziałam, dlaczego to przynosi mi tak wielką ulgę. Myślałam, że jestem jakimś ufo, albo jedyną taką osobą na świecie. Umysł pracował swoim torem, a w lustrze ciągle widziałam kobietę. Kiedy przebierałam się popołudniami, nareszcie wszystko było na swoim miejscu. Wszystko się zgadzało.

Parę lat temu nie byłabym w stanie z panią rozmawiać, mówić o tym, co czuję. To było zbyt trudne. Dzisiaj widzę, że on jest szczęśliwy i ja jestem szczęśliwa.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (202)
Zaloguj się
  • Rafał Paweł

    Oceniono 72 razy 62

    Bardzo ciekawy, wzruszający jednocześnie artykuł. Takie teksty są niesłychanie ważne. Pomagają bowiem innym ludziom, którzy borykają się z danym problemem, poczuć, że nie są sami, a z drugiej strony, że nie nie są dewiantami itp.

  • po-nurak

    Oceniono 57 razy 43

    Kościół to zwykli ludzie. Nie jakiś ograniczony umysłowo klecha, czy politycznie i służby biskup.
    Prawdziwy Kościół jest z Wami, a tylko - o ironio - chłopcy w sukienkach Was piętnują... Tymi nie warto się przejmować.
    Szczęścia dużo życzę. I miłości. Więcej jej w tej historii, niż w większości kazań.

  • agnrodis

    Oceniono 52 razy 38

    Ludzie, ktorzy nie potrafia zaakceptowac innych, po prostu wykazuja sie prymitywnym instynktem, zeby zabijac wszystko co nie jest do nich podobne. To rodzaj instynktu, prymitywnej obrony swojej wlasnej grupy W mozgach tych ludzi nie ma wyzszych uczuc takich jak empatia i zrozumienie, w ich mozgach jest tylko prymitywny instynkt atakowania tych innych.... np. "nowekonto1234 " w tej dyskusji, poslanka Pawlowicz, czy bezmyslne stado Rydzyka.

  • mawik_net

    Oceniono 43 razy 31

    I to jest jeden z dwóch plusów pracy w korporacji , że ludzie otwarci , drugi to regularne wypłaty i składki. Brawa dla mamy, mam córkę w tym samym wieku, ma już dzieci ale gdyby wnuczętom się to przytrafiło, to potrafiłabym je zaakceptować .

  • jokanda102

    Oceniono 28 razy 22

    Wspaniala matka, oby wszyscy rodzice byli wlasnie tacy!

  • andrzej.ablaze

    Oceniono 20 razy 18

    jeszcze u schyłku lat 60 miałem kolegę nazwijmy go Robert, byliśmy wtedy nastolatkami, nie wszystko wtedy się rozumiało. Robert był dobrym uczniem, bardzo ułożonym, grał na pianienie, ładnie śpiewał - co nas, jego kolegów uderzyło - nigdy nie grał w piłkę, nie wchodził na drzewa, wolał przesiadywać z dziewczynami, projektując im kroje sukienek lub czesząc włosy. Podśmiewywaliśmy sie z niego cześto, jak to nastolatkowie. którego dnia dostał wezwanie do WKU, wpadł w czarną rozpacz, był przerażony, krzyczał, że popełńi harakiri, ale do wojska nie pójdzie. Jako koledzy zlekceważyliśmy te sygnały, myśląc, że mu przejdzie - nie przeszło. Doastał wezwanie na komisję poborową - na której zjawił się ku ogólnemu zdumieniu i rozbawieniu przebrany za kobietę. Roberta zapakowali do wariatkowa, gdzie prebywał, jak pamietam 4 miesiące. Pierwsze co zrobił po wypuszceniu z psychiatryka, to napisał list, że nie jest Robertem, ale Ewą, prosił o wybaczenie swoich bliskich. Poszedł do piwnicy i na pieńku do rąbania drewna uciął sobie tasakiem pen.sa, wykrwawił się na śmierć, bo nim go znaleziono, minęło sporo czasu.
    Człowiek teraz więcej rozumie, w medycynie nastąpił niebywały postęp, większość społeczeństwa jest mądrzejsza i tolerancyjna a i zaintersowany/zaintersowana wiedzą do kogo się zwrócić.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX