Kanclerz Niemiec Angela Merkel

Kanclerz Niemiec Angela Merkel (fot. Virginia Mayo/AP)

wywiad Gazeta.pl

Były ambasador Polski w Berlinie: Z Niemcami trzeba fortelem, zamiast iść na konfrontację

Nie musimy się z Niemcami lubić. Ale musimy się rozumieć, zamiast iść na konfrontację - mówi były ambasador Polski w Berlinie, Andrzej Byrt. I dodaje, że w negocjacjach z naszymi sąsiadami można wiele uzyskać. I są na to sposoby.

Panie ambasadorze, czy Niemcy nas lubią?

- A o których Niemców pan pyta?

Nie da się zgeneralizować?

- Nie, bo niektórzy nas nie cierpią.

09.12.2014. Poznan , Urzad Miasta . Andrzej Byrt prezes zarzadu Miedzynarodowych Targow Poznanskich . Fot. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta
Były ambasador RP we Francji i w Niemczech, Andrzej Byrt (fot. Piotr Skórnicki/AG)

No to którzy nas lubią?

- Ci, którzy widzieli, jak Polska rośnie. Do 2015 roku systematycznie rośliśmy w realu i w niemieckich oczach również. To było autentyczne uznanie za nasz dynamizm i rozwój gospodarczy. Stabilnie przeszliśmy przez kryzys  gospodarczy 2008 roku. I to mocno podważyło coraz słabiej pokutujący u Niemców stereotyp "Polnische Wirtschaft" - Polski jako kraju bałaganiarskiego i rozchwianego gospodarczo. Tym niemniej jest jeszcze sporo do zrobienia między Warszawą a Berlinem, a po zmianie władzy dwa lata temu będzie do zrobienia jeszcze więcej. Ale narody nie muszą się lubić.

Nie?

- To politycy rządzący tymi narodami muszą rozumieć, dlaczego powinni się lubić.

Albo przynajmniej dobrze udawać, że się lubią.

- Nie. Muszą rozumieć, dlaczego warto się rozumieć. Muszą widzieć w tym wspólny interes.

Z kanclerz Merkel złapał pan porozumienie na wspólnej wyprawie na koncert?

- To było przed zdobyciem przez nią władzy. Nasz wspólny znajomy namówił nas na koncert. Słuchaliśmy Robbiego Williamsa, (a nie, jak przez pomyłkę mogłem twierdzić wcześniej, Rolling Stonesów) siedząc na trybunach amfiteatru Wuhlheide pod Berlinem. Było ciepło, zielono. To było niezwykle sympatyczne, bo i sama pani kanclerz jest niezwykle sympatyczna.

Jak z nią rozmawiać?

- Rzeczowo.

German Chancellor Angela Merkel attends a cabinet meeting of the German government at the chancellery in Berlin, Wednesday, Nov. 22, 2017. (AP Photo/Markus Schreiber)
Kanclerz Niemiec Angela Merkel (fot. Markus Schreiber/AP Photo)

Co to znaczy?

- Dawać konkret. Bez pretensji i agresji. Polska nie jest mocarstwem, które może w relacjach międzynarodowych używać siły. A nawet gdyby mogło, to nie powinno tego robić.  Nie chodzi mi o wojsko, ale o granie strachem. Do dziś płacimy za stosowanie polityki zastraszania np. wobec Litwy. Litwini też reagują na nas źle, bo pamiętają zajęcie Wilna przez wojska generała Żeligowskiego w 1920 r. i przyłączenie Litwy Środkowej do Polski.

Czy w relacjach z Niemcami można wykorzystać ich świadomość, że, ze względu na to, co narobili w obu wojnach XX wieku, mogą trochę mniej? Czy mają wobec Polski poczucie winy?

- Był taki zarzut, formułowany przez wielu zwolenników obecnej władzy i rożnych templariuszy "dobrej zmiany" wobec Gazety Wyborczej - zarzut uprawiania "pedagogiki wstydu". Pedagogika wstydu miałaby polegać na tym, że szeroko rozumiane środowiska centrolewicowe, których emanacją miałaby być "Gazeta", usiłują sprawić, żeby Polacy bili się w piersi za swoje złe uczynki, a inni, "oni", będą nas "ujeżdżać". Otóż jeśli gdzieś taka pedagogika wstydu istniała, to na pewno nie w Polsce, a właśnie w Niemczech.

Mnie mój niemiecki rówieśnik, trzecie pokolenie po wojnie, pytał w 2010 roku, kiedy Niemcy oszalały po sukcesach reprezentacji w futbolu, czy mi nie przeszkadza, jako Polakowi, widok Niemców owiniętych czarno-żółto-czerwonymi flagami, z twarzami wymalowanymi w ich barwy narodowe. Zdziwiłem się, bo uważam, że on nie odpowiada za grzechy dziadków, a każdy naród ma prawo śpiewać swój hymn i być dumnym z barw. Gdy to powiedziałem, spojrzał się na mnie jak na kosmitę.

- Trzeba pamiętać o jednej rzeczy: w szkołach w Niemczech mówiono o zbrodniach. Ale skoncentrowano się na jednej nacji - na Żydach. Natomiast w narracji szkolnej nie uwzględniono Polaków czy innych Słowian. Nie zachowano proporcji, nie uwzględniono, przez lata, że to od napaści na nas się zaczęło i że to my, Polacy, ponieśliśmy straszną ofiarę. Niemcy tego in gremio nie pamiętają. Więc hipotetyczny "zwykły Niemiec", pan Bauer, niekoniecznie będzie miał to poczucie wstydu wobec Polaków.


Budynek Reichstagu, siedziba Bundestagu (fot. Michael Kappeller/AP)

Merkel je ma?

- Ma. Mają je też inni niemieccy politycy, naukowcy, intelektualiści. Ci, którzy wiedzą, jak było, mają świadomość, ze jeśli chodzi o rozmiar strat ludzkich spowodowanych przez III Rzeszę wyrażony w liczbach absolutnych - to "wygrywa" ZSRR. Sowieci stracili w sumie 25 milionów obywateli. Ale przecież procentowo - i mówiłem o tym wielokrotnie - to Polska poniosła najstraszniejszą ofiarę. Suma strat, wszystkich, cywilnych, wojskowych, na wszystkich frontach świata, Wielkiej Brytanii i USA była mniejsza niż suma strat obywateli miasta stołecznego Warszawy! Z września 1939 roku, z getta i z Powstania Warszawskiego. W II wojnie światowej zginęło 17 proc. obywateli polskich - Polaków, Żydów, Białorusinów...

Nie ma polskiej rodziny, która by kogoś w II wojnie nie straciła. Argumentacja, że należą się nam reparacje od Niemiec, trafia na podatny grunt...

- Tylko, że gdybyśmy chcieli szukać dzisiaj "winnych", to są nimi trzy duże mocarstwa. Po pierwsze ZSRR, czyli dziś Rosja, która była elementem sprawczym tego, że tych reparacji nie było. To z tej części reparacji, którą zebrała od Niemiec Wschodnich, mieliśmy otrzymać nasze odszkodowanie - takie były ustalenia z konferencji w Poczdamie.

Oczywiście Stalin ani myślał dzielić się tymi reparacjami. Nic nie dostaliśmy.

- A dwaj pozostali "winni" to mocarstwa zachodnie, dwie demokracje, które nas zawiodły, w sposób świadomy. Amerykanie postanowili nie wtykać palca między drzwi. Publicznie popierali Polaków, ale nie w sposób, który by ich poróżnił z Rosją. Wtedy, w czasie wojny, Rosjanie byli Amerykanom potrzebni. Chodziło o to, żeby to rosyjscy żołnierze byli mięsem armatnim, a nie amerykańscy i brytyjscy. I to się udało, bo Alianci zwolnili tempo marszu, dając pole do rosyjskiej ofensywy, za którą Armia Czerwona oczywiście płaciła krwią. Ceną była żelazna kurtyna, która zapadła dalej na Zachód, niż mogła. Ceną było oddanie Polski rosyjskim komunistom.

Nie wiem, czy Rosjanie w ogóle kiedykolwiek zechcieliby nam zapłacić, ale na pewno byłoby o to w 1945 roku łatwiej, gdyby jednocześnie nie wywoływali obaw militarnych na Zachodzie. To strach przed ZSRR był przyczynkiem do szybkiego stworzenia RFN z trzech zachodnich sektorów okupacyjnych Niemiec. W interesie Zachodu zaczęło być nagle nie osłabienie Niemiec, a ich wzmocnienie. Do tego alianci pamiętali, jak niemiecka Republika Weimarska, po I wojnie światowej, ledwo przędła gospodarczo, a jej obywatele buntowali się przeciw spłacaniu reparacji.

Efektem kryzysu w Niemczech w latach 30. XX w było zdobycie władzy przez Hitlera.

- Dlatego w 1945 roku alianci wymogli na Niemcach spłatę reszty zobowiązań za I wojnę, a spłatę za II wojnę odpuścili, żeby nie zarzynać podnoszącego się z gruzów państwa. W efekcie masa rozmaitych internetowych elektronicznych harcowników gardłuje, że "Aliantom Niemcy za I wojnę zapłacili, a nam za II wojnę nie!". Tak właśnie! Taka była cena za to, żeby Niemcy Zachodnie zostały pierwszym wałem obronnym Zachodu. Na co odpowiedzią Rosjan było stworzenie NRD z ich strefy okupacyjnej. Za naszą wschodnią granicą rozumowali w ten sposób: "jak tamci odpuścili reparacje i budują "swoje", silne Niemcy, to my "naszym" Niemcom też odpuszczamy. I Polska też ma to zrobić". Czyli jeśli po reparacje niemieckie - to do Rosji. Właściwie jedynym adresatem naszych apeli o odszkodowania wojenne czy ich brak powinien być Władimir Putin. Na co on odpowie zapewne jakimiś swoimi roszczeniami.

Russian President Vladimir Putin listens to Russian Natural Resources Minister Sergei Donskoi during a meeting at the Novo-Ogaryovo residence outside Moscow, Russia, Monday, Nov. 27, 2017. (Mikhail Klimentyev, Sputnik, Kremlin Pool Photo via AP)
Władimir Putin, prezydent Rosji (fot. Mikhail Klimentyev, Sputnik, Kremlin Pool Photo via AP)

A jakie sprawy z Niemcami są realne do załatwienia i możemy albo powinniśmy z nimi załatwić?

- Na dzień dzisiejszy niestety jest jedna zasadnicza sprawa. Doprowadzić ponownie w relacjach z Niemcami do tej rzeczowości, która była przez ostatnie lata. Do rozmowy na partnerskich warunkach. Wtedy będzie czas na poruszanie innych, trudniejszych spraw. Wie pan, kiedy był moment na rozmowę o reparacjach z Niemcami?

Kiedy?

- Za prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Niech pan spojrzy na to zdjęcie. Z książki pani Marty Kaczyńskiej "Moi rodzice".

Lech Kaczyński z małżonką w Berlinie.

- 8 marca 2006 roku. Wchodzimy na obiad do pani Merkel. Ta wizyta to był sukces! Miejscem i czasem na to, by temat reparacji, o którym bębnią dzisiaj rządowe media, spokojnie poruszyć - jeśli w ogóle - był właśnie Berlin w 2006 roku. To był ten moment, gdy prezydent Lech Kaczyński, w świetnej i sympatycznej rozmowie najpierw z panią kanclerz, a sześć godzin później z życzliwym Polsce prezydentem Horstem Koehlerem, opowiadał im o historii Polski.

I ona, i on słuchali z zainteresowaniem. Prezydent mówił z namysłem, spokojnie, z powagą i pewną skromnością. Gdyby wtedy wspomniał o reparacjach, zasiałby ziarno, które mogło - być może - korzystnie dla Polski wzejść. Gdyby PiS wówczas zdecydował się na taki ruch, mogłaby pojawić się szansa na nawiązanie konstruktywnego dialogu.

Oczywiście spraw tego kalibru jak odszkodowania za wojnę nie załatwia się ot tak jednym pstryknięciem, bo to narusza w pewien sposób wciąż istniejący porządek post-wojennego europejskiego świata. To się załatwia długą, cichą pracą dyplomatyczną. I szuka się sojuszników. Już się kilka razy udało, kiedy zadziałaliśmy fortelem i sposobem, a nie konfrontacją. Na przykład wydobyliśmy od nich odszkodowania dla robotników przymusowych z III Rzeszy, bo podłączyliśmy się do szerszego frontu. Zresztą przypadkiem.

@16.03.2007 WARSZAWA PALAC PREZYDENCKI DWUDNIOWA WIZYTA ROBOCZA KANCLERZ NIEMIEC ANGELi MERKEL Z MALZONKIEM. POWITANIE PRZEZ PREZYDENTA  RP N/Z KANCLERZ NIEMIEC ANGELA MERKEL Z MALZONKIEM JOACHIM SAUER POWITANIE PREZYDENT  RP LECH  KACZYNSKI Z MALZONKA MARIA KACZYNSKA  FOT. SLAWOMIR KAMINSKI / AGENCJA GAZETA
Niemiecka para kanclerska Angela Merkel i Joachim Sauer oraz polska para prezydencka - ś.p. Lech Kaczyński z żoną Marią Kaczyńską, 16.03.2007 r. (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Jak to przypadkiem?

- Idę sobie berlińską aleją Unter den Linden. Z przeciwka nadchodzi sekretarz generalny World Jewish Congress z Nowego Jorku, Israel Singer. Przypadkowe spotkanie. I wtedy powiedział mi, na kawie, że WJC właśnie kończy negocjacje z Niemcami ws. odszkodowań dla żydowskich pracowników przymusowych. Zapytałem o Polaków, a on na to: uderzaj pan do amerykańskiego ambasadora, Johna Kornbluma, przecież on jest Amerykanin, ale z Polski.

Dobry trop, znałem Kornbluma od dnia jego przyjazdu do Bonn.

Pomógł z odszkodowaniami?

- Amerykanie dołączyli nas do negocjacji. Problem zrobił Gerhard Schroeder. Trzymał stanowisko, że to niemożliwe, bo negocjowane były tylko odszkodowania dla poszkodowanych pracowników żydowskich. No to ja podjąłem kontakt z ambasadą Izraela. Nie wiem, z kim potem porozmawiał Izrael, ale nagle pojawiła się informacja, że Żydzi naciskają, żeby do odszkodowań włączyć Polaków. I gdy zaczęliśmy działać solidarnie, kiedy rząd premiera Jerzego Buzka wystąpił oficjalnie o podjęcie negocjacji, to się udało! Odszkodowania były wprawdzie moim zdaniem symboliczne, takie, na jakie było Niemców wtedy stać, ale były. Bo był inny sposób rozmowy: twardo, ale rzeczowo, i rzecz najważniejsza - ze wsparciem wpływowych środowisk zainteresowanych tym samym. W tym wypadku rządu amerykańskiego i swpólnoty żydowskiej. Chcąc teraz o coś walczyć musielibyśmy po swojej stronie mieć, tak, jak wtedy, Departament Stanu USA. A najlepiej jeszcze Brytyjczyków. Dzisiaj to raczej jest nie do zrobienia. Ale jak widać nie jest to też przeszkodą dla niektórych dzisiejszych polskich polityków, ludzi, którzy takiego języka, języka dyplomacji, nie umieją czy nie chcą stosować. Nie rozumieją, że czasem opłaca się też zagrać z Niemcami w piłkę.

Jak to?

- Przez lata na polsko-niemieckich spotkaniach na szczeblu rządowym tłumaczenie robił pewien Niemiec z Nadrenii, płynnie mówił po polsku. Wyśmienity piłkarz. Więc jak graliśmy drużyną MSZ z Niemcami...

To były dyplomatyczne mecze piłki nożnej Polska-Niemcy?

- Były! Jak się zjawiłem w Kolonii w 1995 r. jako ambasador RP, zaczęliśmy kopać piłkę. I parę razy im wcisnęliśmy gola! W naszej drużynie było dwóch znakomitych napastników - ś.p. Andrzej Kremer, wówczas konsul w Kolonii, zginął w katastrofie smoleńskiej - i Marek Prawda, wówczas mój zastępca, później następca, a jeszcze niedawno przedstawiciel Polski przy UE, teraz przedstawiciel Unii Europejskiej w Polsce.

Pana Prawdę zdymisjonował Witold Waszczykowski

- I ten przykład pokazuje, jakiej klasy ludzi nie chce mieć obecna władza. To nie tak, że poprzednicy brali mistrzów świata, o nie. Ale brali profesjonalistów.

25.08.2017 Warszawa , Belweder . Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski podczas wspolnej konferencji z ministrami spraw zagranicznych Turcji i Rumunii , po spotkaniu z Sekretarzem Generalnym NATO .Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta
Szef polskiego MSZ Witold Waszczykowski (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Były ambasador RP w USA Ryszard Schnepf opisał mi niedawno klimat panujący obecnie w MSZ. Według niego młodym polskim dyplomatom dziś za wzór stawia się mistrzów konformizmu. Czyli takich, którzy potrafią dobrze wtapiać się w ścianę i się nie wychylać.

- Znam ten system. Sam widziałem różne rzeczy, także w służbie dyplomatycznej PRL. Co ciekawe, po przełomie 1989 to ekipa dzisiejszego PiSu, wówczas Porozumienia Centrum, ściągnęła mnie z powrotem do rządu.

Jak to się stało?

- Zaprosił mnie Adam Glapiński, dzisiejszy szef NBP, wówczas minister współpracy gospodarczej z zagranicą, od zarania dziejów w Porozumieniu Centrum, potem doradca prezydenta Kaczyńskiego. Potrzebował mnie na podsekretarza stanu przy realizacji układu stowarzyszeniowego ze Wspólnotami Europejskimi, bo podczas negocjacji byłem w Brukseli i tę umowę znałem. Zanim mnie przyjął, zgodnie z ówczesnym prawem poinformowałem go, że, wyjeżdżając w 1987 roku do Brukseli, zgodziłem się na współpracę z wywiadem gospodarczym.

I co on na to?

- Już następnego dnia powiedział, że sprawdzili moje dossier i że nie ma przeszkód, bym sprawował tę funkcję. Nazajutrz dostałem nominację do rządu Jana Olszewskiego i zacząłem pracę jako wiceminister odpowiedzialny przez prawie cztery lata za negocjacje gospodarcze Polski z zagranicą.

Pewnego wieczora wychodzę z ministerstwa około 23:00. Jest luty, ciemno, zimno, śnieg. Pełnia księżyca. Dziedziniec ministerstwa to kwadrat osłonięty ścianami. Patrzę, a tam pełno ludzi. Po dziedzińcu chodzą w różnych kierunkach grupki mężczyzn. Śnieg skrzypi pod butami. Okazało się, że zostałem mimowolnym świadkiem innych negocjacji - rządzących wówczas polityków.

Bali się podsłuchów?

- Takie rzeczy, proszę pana, to się w "Folwarku Zwierzęcym" Orwella działy.

Wie pan, ja mam świadomość, że to, co mówię o sposobach prowadzenia relacji z Niemcami, spotka się z negacją oponentów nie tylko z PiS: że teraz jeden czy drugi twierdzi, że z Niemcami nic się nie da, a w XIX wieku byli tacy, co mówili, że niepodległej Polski już nie będzie. I co? I jest. Więc ci, co tak gadają, to nie są polscy patrioci, a zapewne zdrajcy.

A co pan na tę litanię?

- Połóżcie rękę na waszych sercach, tak jak to być może robicie idąc do kościoła, i powiedzcie sobie, czego chcecie. Czy chcecie stworzenia sytuacji wokół Polski, warunków, które przy niesprzyjających okolicznościach zamienią się znowu w otwarty konflikt? Czy może jednak chcecie, pomimo dramatów z przeszłości, ale też po wielu pozytywnych krokach dokonanych przez niegdysiejszego agresora - mówimy o Niemcach, Rosjanie takich kroków nie zrobili - budować w Niemcach przekonanie, że grając wspólnie z Polską mogą zrobić coś dobrego dla siebie i Europy?

Czy chcemy jako Polska dać się lubić?

- Proszę pana, jak pan powie, że chce, żeby Polska dała się lubić, to w oczach prezesa Polski jest pan niepoważnym człowiekiem. Wizja prezesa jest taka, że nie mają cię lubić, mają się ciebie bać. A tak się nie da. Nie da! Koncert Robbiego Williamsa z panią Merkel to było pokłosie tego, że mnie prezydent Kwaśniewski do niej wysłał jeszcze, gdy była w opozycji. Mieliśmy dwugodzinne, sympatyczne spotkanie.

16.08.2005 WARSZAWA - PALAC PREZYDENCKI  , WIZYTA  PRZEWODNICZACEJ CDU ANGELI MERKEL , N/Z ALEKSANDER KWASNIEWSKI , ANGELA MERKELFOT. WOJCIECH OLKUSNIK / AGENCJA GAZETA
Aleksander Kwaśniewski i Angela Merkel, 2005 r. (fot. Wojciech Olkuśnik/AG)

Kwaśniewski?

-  Ma nieprawdopodobną pamięć, połączoną z łatwością nawiązywania kontaktów. I przede wszystkim znajomość środowiska. Dyplomaci do niego ciągnęli. Stara zasada Kissingera: chcesz zobaczyć, kto coś znaczy? Przyjrzyj się, kto na przyjęciu stoi w kącie, a kto do niego biegnie. Kluczowym człowiekiem jest ten stojący w kącie. Taki był Kwaśniewski. Miał zawsze coś do powiedzenia, do tego unikał banałów. Powiedział mi: panie ambasadorze, proszę się udać do pani Merkel, bo to ona chyba tu będzie rządzić. Poszedłem, spotkałem się i przy okazji innych spraw dowiedziałem się też, że jej dziadek pochodził spod Poznania i nazywał się Kaźmierczak. Tego wtedy nikt jeszcze nie wiedział! Natychmiast przekazałem tę informację do kraju, oczywiście nie do wszystkich uszu, to była zaufana rozmowa. Parę lat później sama Merkel ujawniła swoje pochodzenie w książce. Ale ja już wtedy miałem z pani kanclerz życzliwy kontakt. Nie tylko dzięki tej jednej rozmowie, ale także dzięki niej. Dzięki temu, że spotkałem się z nią, gdy jeszcze nie była panią kanclerz.

Zamiast poznać prezydenta Francji, Emmanuela Macrona, gdy jeszcze nie był prezydentem, Witold Waszczykowski zrobił sobie zdjęcie z Marine Le Pen.


Ministerstwo Spraw Zargranicznych

- Tak, to było niefortunne. To być może również efekt tego, że przez długi czas podczas francuskiej kampanii wyborczej Polska nie miała wyznaczonego nowego ambasadora we Francji. A właśnie wtedy instalowała się nowa władza. Przegapiliśmy okres budowania osobistych relacji. Kluczowy.

Dlaczego Polska stawia za granicą na złe konie, panie ambasadorze?

- A to trzeba pytać tych, którzy stawiają.

Andrzej Byrt. Ekonomista, urzędnik państwowy i dyplomata. Ambasador RP w Niemczech (dwukrotnie) oraz we Francji i Monako, wiceminister w resortach współpracy gospodarczej z zagranicą oraz spraw zagranicznych. Od 1978 do 1986 zawodowo związany z Międzynarodowymi Targami Poznańskimi. Był też radcą handlowym w ambasadzie w Brukseli. Od 1995 do 2001 był po raz pierwszy ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnym w Republice Federalnej Niemiec. W 2001 roku został podsekretarzem stanu w MSZ. Złożył wówczas oświadczenie lustracyjne, w którym przyznał się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL - t.j. z wywiadem gospodarczym. W 2002 ponownie mianowany ambasadorem w Niemczech, zakończył urzędowanie w 2006 roku. W latach 2009-2014 prezes zarządu Międzynarodowych Targów Poznańskich, w 2014 powrócił do pracy w dyplomacji - został mianowany ambasadorem RP we Francji oraz w Monako. W lipcu 2016 po powrocie do Polski objął funkcję doradcy zarządu Międzynarodowych Targów Poznańskich.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (128)
Zaloguj się
  • tilow3

    Oceniono 26 razy 10

    Głupota polityków PiS to norma - tego chciał suweren i to mamy. Chamstwa tez można było spodziewać i pisowcy nie zawiedli. Ja mam jedno pytanie to tzw. patriotów, co Polskę podnoszą z kolan - jak to jest, że w kampanii obiecaliście kraj nasz wolny od niewolniczej pracy dla wyzyskiwaczy, i co? mieliśmy tworzyć niesamowite sojusze, które miały rozbijać istniejące układy, i co? mieliśmy stać się podmiotem a nie przedmiotem w negocjacjach, i co? Nadal budujemy fabryki dla taniej siły roboczej, sojuszników nie mamy żadnych, szukamy ich w Wietnamie, a co do negocjacji, kto chce z nami rozmawiać, poza Erdoganem i Łukaszenką. Wiecie pisowcy co robicie? Budujecie drugą Białoruś, z jej standardami i zamordyzmem. Suweren wierzy w wasze kłamstwa, ciekawe jak długo jeszcze?

  • mocno_kwasny

    Oceniono 24 razy 6

    Niemcy sa na zakrecie i ciekawe jak to sie skonczy, demolka w polityce wewnetrznej, jawnie wrogi Trump, Putin knujacy za plecami, Erdogan wiszacy u gardla tak mozna powiedziec ze nie byl to dobry rok dla Frau Merkel :-)
    my powinnismy dbac o swoje bezpieczenstwo czyli pozostanie w UE i NATO gdyby Putinowi konkretnie odwalilo i przywrocil kolejne kraje do ZSRR oraz gospodarke czyli dogadywanie sie z kim trzeba aby sie krecilo :-) durne wojenki typu oddajcie nam 100 miliardow za II Wojne Swiatowa to szkodliwa bzdura

  • spyderman2

    Oceniono 10 razy 4

    co pisi nierząd totalny dziś ukradł. od dziś wiemy już że swoim pociotkom w aferze bilboardowej wypłacił aż ponad 1 milion zł tylko za pośrednictwo w wykupie reklam szkalujących Polaków

  • semigetuza

    Oceniono 3 razy 3

    @luksusowy_jacht
    daruj, ale Twój post dowodzi, ze nie masz zielonego pojęcia o Litwinach i ich spojrzeniu na relacje polsko=litewskie. Po pierwsze, dzisiejsza Litwa to jest Zmujdz, Dawna Litwa to dziś Bialorus. Generalnie Litwini byli niechętnie nastawieni do Rzeczypospolitej juz od samego początku /zdrajca Jogaila, Wielki Kniaz Witautas/. Prawdziwa wspolnota interesow militarnych objawila się nie w wojnie polsko-krzyżackiej /w historiogarfii litewskiej przedstawia się bitwe pod Zargilis /Grunwald po litewsku/, jako wielkie zwycięstwo Wielkiej Litwy przy niewielkiej pomocy Koroniarzy, ale we wspólnym zagrożeniu ze strony Moskiewskiego.
    Prawad jest taka, ze często wojny wszczynala Litwa i kiedy brali w dupe od Moskiewskiego, zastawiali się Polska. Ostatni przykład mogles obserwować, kiedy ichni prezydent Landsbergis /nienawidzący Polakow/, po tym jak Rosjanie saperkami rozgonili wiec wolnościowy Litwinow w Wilnie, przyjechal do Polski i w polskim Sejmie po polsku /nagle sobie przypomniał, ze zna ten jezyk/ skowyczał o pomoc. Na szczescie nasz Kraj był za slaby, żeby się znow w awantury z Moskwa z powodu Litwy wdawać.
    Dla litewskiego nacjonalisty Polska jest gorsza od Rosji i szybciej się jako Polak dogadasz na Litwie z Litwinami po rosyjsku niż po polsku. Czemu tak jest? Jak mi kiedyś powiedział pewien litewski intelektualista, powodem tego stanu rzeczy jest strach. Powiedzial; "jakbyście Polacy graniczyli z krajem, z którym kiedyś byliście caloscia, bo wasza wladza podjela decyzje o wlaczeniu Polski do tego kraju i ten kraj od poczatku gorowal nad wami cywilizacyjnie i kulturowo to byscie nas zrozumieli". Dodal jeszcze - 'nasze elity polonizowaly się szybko, ludnościowo wygląda to tak jakby Polska graniczyla z krajem który liczy ponad 500mln ludzi i było by to wszystko o czym ci mowilem, to wtedy byscie nas zrozumieli".
    Z Litwa, tak samo jak z Bialorusia i Ukraina postępujemy zle, bardzo zle. Zreszta z Rosja tez tak samo. Swoja idiotyczna polityka pchamy te młode narody wprost w lapy Moskiewskiego.

  • berek-oberek

    Oceniono 5 razy 3

    Wracając do kwestii postanowień Konferencji Poczdamskiej, chciałbym dowiedzieć się kiedy Polska przestanie okupywać terytorium byłego Wolnego Miasta Gdańsk?

  • spinaker99

    Oceniono 7 razy 3

    Jeszcze w Niemczech żyje kilku co Polskę bombardowało ,żądajcie od nich odszkodowań a nie dopie...jcie się do normalnych ludzi bo jak tak będziemy patrzeć to wszyscy w Polsce byli komunistami albo komunę popierali

  • justas32

    Oceniono 19 razy 3

    Cham nic z tego wszystkiego nie zrozumie - tylko będzie wył że jest poszkodowany i że mu się należy, bo wszyscy kradną dookoła, a on biedny nic z tego nie ma. Z taką mentalnością mamy społeczeństwo ...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX