Pierogi są uważane za potrawę typowo polską, choć jako pierwsi przyrządzili je przed wiekami Chińczycy

Pierogi są uważane za potrawę typowo polską, choć jako pierwsi przyrządzili je przed wiekami Chińczycy (fot. gbh007 / iStockphoto.com)

kuchnia

Arlene Stein: Łatwiej zrozumieć "sąsiada", jeśli spojrzy się na niego jak na współbiesiadnika

Nikt nie kojarzy Niemiec, Polski czy Słowenii z rajem kulinarnym, tak jak się myśli np. o Francji. A to błąd, bo dzięki fantastycznym produktom kuchnie tych krajów są bardzo ciekawe - mówi Arlene Stein, pomysłodawczyni i dyrektorka Terroir Symposium, jednego z największych sympozjów szefów kuchni, restauratorów i producentów w Ameryce Północnej. W Europie tworzy wydarzenie satelickie: Terroir Forum. Najbliższe już 30 października w Budapeszcie.

Turystyka kulinarna to już nie jest niszowa sprawa. Ludzie wyruszają w podróż w poszukiwaniu dobrego jedzenia. Do restauracji chodzą jak do muzeów - po niezapomniane doznania. Zamiast budynki fotografują dania, których zaraz posmakują. Robią selfie na targu z lokalnymi produktami równie często jak z landschaftem w tle. Tak samo chętnie zachwycają się odkrytymi plażami, co chwalą się znalezioną przypadkiem lokalną knajpką. Dzięki jedzeniu poznają historię, kulturę i charakter miejsca.

Z najnowszego raportu Światowej Organizacji Turystyki Narodów Zjednoczonych, który dotyczy turystyki gastronomicznej, wprost wynika, że te kierunki, które do tej pory były drugim czy trzecim wyborem dla podróżników kulinarnych, zyskują na znaczeniu: "Foodies zazwyczaj mają już za sobą odwiedziny we Francji, Włoszech czy San Francisco i teraz szukają nowych doświadczeń. To tłumaczy wzrost ich zainteresowania takimi miejscami jak Australia, Kanada, Szwecja, Finlandia, Polska, Meksyk, Irlandia czy Stany Zjednoczone. Oznacza to również, że tradycyjne kierunki dla smakoszy mają poważną konkurencję".

Arlene Stein podczas kolacji szefów kuchni na Terroir Berlin (fot. Redondo Bueno)Arlene Stein podczas kolacji szefów kuchni na Terroir Berlin (fot. Redondo Bueno)

Jak więc, w tych w sumie sprzyjających okolicznościach, sprawić, by miejsce pozornie nieatrakcyjne kulinarnie stało się modne i uwielbiane przez foodies? Najpierw trzeba przywieźć do niego wpływowych dziennikarzy, blogerów i... kucharzy - niech szerzą wieści o wyjątkowej, nieodkrytej i bogatej kulturze. Strategia niby prosta, ale nie każdemu miastu czy krajowi udaje się ją z sukcesem wprowadzić w życie. Warto jednak walczyć o wygłodniałych podróżników - przekonuje kuratorka kulinarna Arlene Stein, która niedawno odwiedziła Warszawę.

Podróżujesz w poszukiwaniu dobrego jedzenia.

- Oczywiście skupiam się na jedzeniu, ale najpierw szukam osób, które podchodzą do niego w innowacyjny sposób. Lubię miejsca sprzyjające kreatywności - takie jak Berlin, gdzie mieszkam. Ciekawią mnie miasta, po których widać, że tu jest jakiś ruch, że buzuje kultura i jest atmosfera zmian. Tę energię zawsze niosą ludzie: pełni entuzjazmu przedsiębiorcy, kucharze, młodzi rzemieślnicy i producenci. Zresztą myślę, że producenci są zawsze trzonem zmian. Bez nich kucharze i restauratorzy, nawet superambitni, niewiele zdziałają.

Czyli bez dobrego rolnika nie ma dobrego kucharza.

- Tak, bo od dobrych produktów zaczyna się dobra kuchnia. Największy potencjał mają więc kraje, w których jest społeczeństwo rolnicze. Ostatnio na przykład sporo podróżuję po Europie Środkowej, bo fascynuje mnie ten region, nie tylko dlatego, że w nim mieszkam. Jest nadal nieodkryty. Nikt nie kojarzy Niemiec, Polski czy Słowenii z rajem kulinarnym, tak jak się myśli np. o Francji. A to błąd, bo właśnie dzięki fantastycznym produktom kuchnie tych krajów są bardzo ciekawe.

Arlene Stein i gwiazda berlińskiej sceny kulinarnej Kavita Goodstar (fot. Sonni Holmstedt)Arlene Stein i gwiazda berlińskiej sceny kulinarnej Kavita Goodstar (fot. Sonni Holmstedt)

No tak, ale turyści, którzy przyjeżdżają do Słowenii czy Polski, prędzej zatrzymają się w Lublanie i w Krakowie, niż wypuszczą się na dziką wieś.

- Zawsze patrzę jak to, co wiejskie, splata się z  tym, co miejskie. W takim kraju jak Polska wszyscy czerpią z dorobku rolniczego. Okoliczni rolnicy karmią przecież mieszkańców miast. Dostępne są świetne krajowe owoce i warzywa, mleko czy przetwory. Takie kraje są dla mnie idealną kulinarną destynacją.

Czemu więc zachodni turyści nadal wybierają Włochy czy Francję?

- Bo kultura kulinarna tych krajów rozwijała się nieprzerwanie, poza tym dostęp do nich zawsze był łatwiejszy. Europa Środkowa czy Wschodnia była pomijana ze względu na swoją historię i zawirowania polityczne. Komunizm odcisnął ogromne piętno na postrzeganiu krajów tego regionu - przyjęło się, że kuchnia jest tu nijaka, biedna, jednorodna. Wynika to pewnie z powielania stereotypów czy niedostatecznej edukacji.

W krajach, którymi targały konflikty, i w których mieszało się tak wiele wpływów kulturowych, ludzie często nie wiedzą, jak chwalić się swoją kuchnią. Ciągle się nad tym zastanawiam, kiedy odwiedzam Polskę. Czemu tacy Francuzi z łatwością zjednoczyli się wokół swojej kuchni, a Polacy, w końcu dumny naród, sprawiają wrażenie, jakby nie wiedzieli, jak chwalić swoje różnorodne tradycje?

Sama się nad tym zastanawiam. Czasami mam wrażenie, jakbyśmy się wstydzili swoich regionalnych kuchni. A może za mało o nich wiemy, albo nie czujemy potrzeby odkrywania tej tożsamości kulinarnej.

- Może jesteście w trakcie jakiegoś procesu i dopiero poczujecie tę potrzebę. A kiedy to się stanie, łatwiej wam będzie też swoją kuchnię promować.

Prezentacja lokalnych produktów w Markthalle Neun (fot. Sonni Holmstedt)Prezentacja lokalnych produktów w Markthalle Neun (fot. Sonni Holmstedt)

Pracuję teraz nad forum gastronomicznym w Budapeszcie i po wizycie w Polsce zdałam sobie sprawę, że wasza historia jest w pewnym stopniu paralelna z węgierską. Oba państwa utworzyły się mniej więcej w tym samym czasie, oba opierają się na społeczeństwie rolniczym, oba weszły w kapitalizm w roku 1989. W obu przypadkach jest też problem ze stereotypowym postrzeganiem waszych kuchni. W kontrze do tego myślę sobie o takiej kuchni włoskiej. Nie ujmując nic Włochom, których jedzenie uwielbiam, ale też patrząc obiektywnie: to nie jest wybitna kuchnia. Włosi mają kuchnię dobrą, świetne składniki i przede wszystkim dużo o tym mówią - i dlatego ludzie do nich jeżdżą.

Ich życie kręci się wokół jedzenia! A my w Polsce wciąż chyba myślimy o jedzeniu jak o paliwie potrzebnym do przetrwania, oczywiście en masse.

- Bardzo chciałabym to zrozumieć, pewnie sporo nauki przede mną, żeby tę waszą tożsamość kulinarną zdefiniować. Chętnie więc tu wrócę.

Jak przygotowujesz się do kulinarnej podróży?

- Zaczynam od zagłębienia się w historię kraju. Oczywiście nie jestem w stanie przestudiować jej tak wnikliwie jak naukowiec, ale staram się przeczytać na tyle dużo, by pojąć, jak kształtowały się dzieje danego narodu, jego zwyczaje. Nasze kuchnie opierają się przecież na uwarunkowaniach geograficznych i historycznych, na śladach, jakie zostawiały w naszych kulinarnych zwyczajach inne narody czy grupy etniczne. Kuchnia nie ma granic, tak jak państwo! Dlatego też swoje sympozjum nazwałam Terroir [z francuskiego: unikatowe połączenie warunków geologicznych i klimatycznych, w których wytwarzane są produkty spożywcze, co nadaje im niepowtarzalny charakter - przyp. aut.].

Co ciekawego odkryłaś w Warszawie?

- Niesamowitym odkryciem było to, że królewska czy magnacka kuchnia polska była tak bogata w przyprawy korzenne i że był to pewien pokaz siły, demonstracja bogactwa. Opowiedział mi o tym Maciek Nowicki, którego odwiedziłam w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. Od niego dowiedziałam się też, że w XVII wieku cytrusy nie były obce najbogatszej warstwie polskiego społeczeństwa. W życiu bym o tym nie pomyślała!

Śniadanie dziennikarzy i szefów kuchni w studio Olafura Eliassona (fot. Sonni Holmstedt)Śniadanie dziennikarzy i szefów kuchni w studio Olafura Eliassona (fot. Sonni Holmstedt)

Od Wojciecha Modesta Amaro usłyszałam z kolei, że oryginalnie do gołąbków używało się mięsa bażanta i soku z limonki. Rozmawialiśmy też o tym, skąd taka różnorodność warzyw w polskiej kuchni - i że w jakimś stopniu przyczyniła się do tego Bona Sforza. Nie znaczy to, że Polacy dzięki niej od razu poznali egzotyczne smaki, ale jednak sprowadzała sobie do kraju te wszystkie kalafiory, oliwki i włoszczyznę. Dlatego trzeba pamiętać, że termin "rodzima kuchnia" jest złudny, bo to zawsze mieszanka różnych wpływów.

Ludzie często o tym zapominają. Powielamy klisze, mówiąc, że pierogi są typowo polskie, a sznycle austriackie.

- Jasne, ale kiedy już zrozumieją, że kuchnie się przenikają, że przez wieki ludzie, podróżując po świecie, zabierali ze sobą zwyczaje kulinarne, wtedy tworzy się pewna wrażliwość i empatia. Łatwiej zrozumieć "sąsiada", jeśli spojrzy się na niego jak na współbiesiadnika, kogoś, z kim łączą nas podobne rytuały jedzeniowe.

Twoja rodzina jest świetnym przykładem tego przenikania się kultur.

- Moja babcia ze strony mamy miała polskie pochodzenie. Jej rodzice, Catherine Charenski i Martin Zoczynski, mieszkali we wsi Radłowo w Kujawsko-Pomorskiem. Przesiedlono ich do Francji, nieopodal Metz. W Lotaryngii urodziła się więc i babcia, i mama, która potem jako 13-latka trafiła do Kanady. Mama nie znosiła gotować, pamiętam za to krzątającą się w kuchni babcię. Jej jedzenie było mieszanką francusko-niemiecko-polską. Gołąbki, placki ziemniaczane, pierogi, pieczeń sauerbraten, bratkartofle, zrazy, czyli niemieckie rouladen, alzackie choucroute garnie - kiszona kapusta z kiełbasą i ziemniakami, gulasz z królika, golonka - w ogóle dużo wieprzowiny!

Wraz z ludźmi podróżują też składniki.

- Niezmiennie fascynuje mnie historia ziemniaka, który stereotypowo kojarzony jest z kuchnią Europy Środkowej. A tymczasem w Europie pojawił się dopiero w XVI wieku za sprawą odkryć geograficznych i został średnio przyjęty, najpierw był rośliną ozdobną. Był jednak łatwy i tani w uprawie, zaspokajał głód, w końcu więc się przyjął.

Jak zatem przezwyciężać takie stereotypy?

- Warto opowiadać swoją historię i podkreślać różnorodność, mówić, jak istotną rolę jedzenie ma dla danej kultury. Eksponować to i wewnątrz, i za granicą. Chodzi o edukację i inspirowanie innych. To zresztą staramy się robić na Terroir. Gościmy nie tylko zagranicznych dziennikarzy, ale i szefów kuchni - po to, żeby pokazać im, co te miejsca mają do zaoferowania. I ci ludzie w naturalny sposób stają się ambasadorami kulinariów, które poznają.

Jak to?

- Szefowie kuchni mają dziś ogromny wpływ na kreowanie trendów - jak nigdy wcześniej. Ponieważ zainteresowanie gastronomią na świecie tak wzrosło przez ostatnie 20 lat, wielu z nich zostało celebrytami, autorytetami. Od nich wszystko się zaczyna. Jeśli jakiś kucharz odkryje na przykład w Budapeszcie mangalicę czy dowie się więcej o lokalnych szczepach winorośli, puści tę informację dalej - nie tylko w hermetycznym środowisku, ale chociażby za pośrednictwem mediów społecznościowych. Są szefowie, którzy mają o wiele większe zasięgi w internecie niż dziennikarze czy blogerzy. Jest więc duża szansa, że to wpłynie pozytywnie na zainteresowanie danymi produktami. Może ktoś zdecyduje się na podróż kulinarną na Węgry, może jakiś przedsiębiorca zechce sprowadzać węgierskie produkty do swojego kraju.

Na Terroir nie brakuje nigdy szefowych kuchni. Amanda Cohen z Nowego Jorku, rozmawia z Victorią Eliasdottir gotującą w studio Olafura Eliassona (fot. Redondo Bueno)Na Terroir nie brakuje nigdy szefowych kuchni. Amanda Cohen z Nowego Jorku, rozmawia z Victorią Eliasdottir gotującą w studio Olafura Eliassona (fot. Redondo Bueno)

Czyli kucharze stoją u podstaw rewolucji?

- Jak najbardziej! Szefowie uczą się od siebie, podglądają techniki, sposób podania jedzenia, sprawdzają, kto używa jakich składników. W dobie internetu to zresztą bardzo łatwe, informacje roznoszą się w ekspresowym tempie. Tak tworzą się trendy. Jeśli australijski kucharz przyjedzie do kucharza z Izraela, mogą się od siebie wiele nauczyć i przyczynić do promocji regionu jako destynacji kulinarnej.

Co jeszcze pomaga w tej promocji?

- Na pewno ta energia, o której mówiłam wcześniej. A to łączy się z gospodarką - ludzie, by tworzyć, korzystać z życia, jadać w knajpach, otwierać restauracje, muszą mieć za co to robić. Kiedy przyjechałam do Berlina w 2012 roku, tamtejsza scena kulinarna nie rozwijała się dynamicznie, bo ekonomia na to nie pozwalała. Dopiero po kilku latach coś się ruszyło. I widzę, że idzie w dobrym kierunku. Przyjeżdża tu coraz więcej turystów, nie tylko na currywursta czy kebab. Powstają nowoczesne restauracje, skupiające się na lokalnych składnikach. To wszystko łączy się z rozwojem życia artystycznego i kulturalnego. Podobny proces można chyba zaobserwować w Warszawie - miasto przyciąga kreatywnych ludzi, którzy oddolnie przyczyniają się do rozkwitu miejsca, a za tym idą potem pieniądze.

To kogo jeszcze powinniśmy obserwować? Na kim się wzorować?

- Myślę, że nie ma sensu się na nikim wzorować, trzeba stworzyć własną narrację. Ale warto oczywiście podglądać, co robią inni. Świetnym przykładem stworzenia "czegoś z niczego" jest wydarzenie - znowu dla szefów kuchni - w Galway w Irlandii. Trzy lata temu do tego niewielkiego miasteczka jeden kucharz, Jp McMahon, zaprosił najbardziej znanych szefów z całego świata. Właśnie po to, by pokazać im, jak świetne ma na miejscu owoce morza, sery, mięso, jadalne wodorosty. I by wspólnie dyskutować o przyszłości jedzenia. Uwierz mi, byłam w Galway w latach 90. i wydawało mi się, że jestem na końcu świata, wróciłam dopiero na to sympozjum i okazało się, że to miasto nie do poznania, już nie było kulinarną pustynią. Nagle cały świat o nim usłyszał! Wszystko za sprawą jednego człowieka, który właśnie z dumą pokazał innym lokalne dziedzictwo.

Kucharze wymieniają doświadczenia podczas Terroir Berlin (fot. Redondo Bueno)Kucharze wymieniają doświadczenia podczas Terroir Berlin (fot. Redondo Bueno)

Potrzeba więc lidera.

- Lidera, który potrafi zjednoczyć wszystkich w środowisku kulinarnym. Świetnym przykładem jest tu René Redzepi z Kopenhagi, jeden z najlepszych kucharzy na świecie, bardzo rozpoznawalny. Ale kiedy zaczynał, nikt go nie znał i, co ważniejsze, nikt nie wiedział, że istnieje coś takiego jak kuchnia skandynawska. A to René, wraz z zaprzyjaźnionymi kucharzami, przyczynił się do rozsławienia regionu - w 2004 roku napisali manifest nowej kuchni nordyckiej. Według założeń wszyscy mieli używać lokalnych i sezonowych składników, wspierając miejscowych producentów. Dziś Kopenhaga jest jednym z głównych miejsc pielgrzymek foodies. Poza tym kucharze już chyba w każdym kraju przyjmują tę samą narrację: gotujemy z regionalnych produktów, trzymamy się pór roku, współpracujemy z miejscowymi rzemieślnikami, redefiniujemy naszą narodową kuchnię. To była rewolucja!

Narodowa duma jako katalizator zmian.

- Tak, znowu wraca kwestia dumy. Tylko nie tej rozumianej jako nacjonalizm. Ta duma to pozytywna obywatelska postawa i chęć dzielenia się swoją kulturą na zewnątrz. Bo na manifeście w Skandynawii się nie skończyło. Jeden z szefów, Claus Meyer, założył fundację promującą tę nową kuchnię, Redzepi ruszył z sympozjum MAD dla kucharzy i aktywistów. Zwykłym obywatelom to się może wydawać hermetyczne, ale takie działania faktycznie przyczyniają się do ożywienia gospodarki i promocji kraju.

Pewien producent z Islandii opowiedział mi kiedyś, jak jeszcze niedawno ciężko było w Skandynawii dostać tradycyjny skyr [islandzki wyrób mleczarski podobny do jogurtu - przyp. aut.]. Kiedy Redzepi zaczął współpracę z jednym małym gospodarstwem, a potem z kolejnymi, coraz więcej producentów zaczęło znowu robić skyr. Dziś można go dostać w każdym supermarkecie w Danii, Norwegii czy Szwecji.

- O tym właśnie mówię! Podobny efekt na świecie dały działania Slow Foodu. Przyczyniły się do rozwoju zrównoważonej produkcji rolniczej i do wspierania drobnych producentów we Włoszech, a później na całym świecie. W Polsce zresztą też. Z tego, co wiem, dzięki slow foodowym akcjom wraca u was tradycja jedzenia gęsiny.

Sławy światowej kuchni na Terroir Berlin (fot. Redondo Bueno)Sławy światowej kuchni na Terroir Berlin (fot. Redondo Bueno)

I z tego jesteśmy dumni! A patrząc oczami kogoś z zewnątrz, czy możesz powiedzieć, czym jeszcze powinniśmy się chwalić?

- Powinniście podkreślać, jak bogatą macie kulturę rolniczą, a dzięki niej świetnej jakości warzywa i owoce. Te jabłka! Wasze stare odmiany są pyszne i świetnie, że są ludzie, którzy do nich wracają. Z drugiej strony kusząca jest stosunkowo nowa rzecz, czyli rozwijająca się produkcja wina. Mało kto wie o tym, że w Polsce robi się wino, i że jest ono coraz lepsze. To świetna historia dla zagranicznych poszukiwaczy kulinarnych przygód. Poza tym sery rzemieślnicze - one zawsze przyciągają foodies. No i grzyby, macie tyle ciekawych odmian! To jest dopiero produkt, którym możecie się chwalić. Jesteście narodem leśnych zbieraczy (śmiech). Idealnie wpisuje się to w trendy kulinarne. Poza tym, oczywiście, polska gościnność. Z tego wszystkiego możecie być dumni i wykorzystać to, promując się w świecie. Macie wszystko, czego szukają kulinarni turyści.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Arlene Stein. Kanadyjka z polskimi korzeniami. Kuratorka i animatorka kulinarna, pomysłodawczyni i dyrektorka jednego z największych sympozjów szefów kuchni, restauratorów i producentów w Ameryce Północnej, Terroir Symposium. W Europie tworzy wydarzenie satelickie: Terroir Forum. Najnowsze odbędzie się 30 października w Budapeszcie. Przygląda się jedzeniowym trendom, jeździ po świecie i odwiedza restauracje, uczy, jak promować jedzenie w danym regionie i jak rozwijać turystykę kulinarną. Mieszka w Berlinie.

Olga Badowska. Dziennikarka kulinarna i redaktorka związana z magazynem "Usta". Współtwórczyni magazynu internetowego "Mlask", w którym pisze o szefach kuchni. Studiowała kulturoznawstwo, prowadziła klub kolacyjny na Saskiej Kępie, robiła performansy kulinarne w Polsce i za granicą. Namiętnie kolekcjonuje książki kucharskie, zwłaszcza te stare i dziwne. Eksploruje wszystko, co związane z antropologią jedzenia, zbiera owoce w warszawskich parkach, uwielbia karmić i być karmioną przez ludzi z pasją.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (41)
Zaloguj się
  • bene_gesserit

    Oceniono 12 razy 12

    Polskie tradycje kulinarne, na szczęście, nie zostały zapomniane. Wiele prywatnych kuchni ochroniło historyczne i/lub regionalne receptury. Po latach PRLowskiej posuchy i zachłyśnięciu się nowinkami typu schabowy z ananasem w latach 90, wracamy do tego, co najlepsze, bo domowe.

    Ludzie - zapisujcie rodzinne receptury. To naprawdę znacząca część dorobku kulturowego.
    :)

  • owca888

    Oceniono 8 razy 6

    Pani Olgo, bez urazy, miło się to czytało, ale drobna sugestia.
    Zęby mnie rozbolały na widok "destynacji kulinarnej". Może to "trendy", ale jest to pretensjonalna i wieśniacka kalka. Niestrawna. "Kierunek podróży kulinarnej" (wycieczek/wypadów/wyjazdów itp.) nie brzmi gorzej, przeciwnie, a to tylko jedno słowo więcej. Tym bardziej dziwi w ustach kulinarnej patriotki promującej rodzime specjały. Ukłony.
    PS. Nie jestem y.bnięta "patriotką", co najwyżej językową. :)

  • mona_3

    Oceniono 5 razy 5

    Temat lidera w propagowaniu kuchni polskiej jest wyzwaniem, mamy wielu kucharzy ale do tej pory nikt sobie nie zawracał tym głowy. Szkoda, powinien powstać kanon polskiej kuchni, nowoczesnej ale opartej na tradycji.
    Amerykanka z wywiadu nie ma większego pojęcia o kuchni środkowoeuropejskiej, nasza kuchnia staje się znana, jest bardzo chwalona przez turystów z zagranicy. O kuchni węgierskiej, jak przypuszczam, nic nie wiedziała, a jest bardzo specyficzna i Europejczycy coś o niej wiedzą.
    Czym z polskiej kuchni możemy się pochwalić to temat bardzo szeroki, i mógłby stać się tematem dyskusji znanych szefów kuchni..

  • semigetuza

    Oceniono 10 razy 4

    fajnie się czyta, ale nic ponadto. Wegrzy maja dobra kuchnie z prostego powodu. Maja lepsze mieso niż Polacy z uwagi an inny sposób hodowli i zywienia zwierzat. Sa tez pragmatyczni. Ichnia swinia, mangalica, jeszcze 15 lat temu była zagrozona wyginieciem. Powolano v-ce ministra rolnictwa z biurem w postaci jednej sekretarki i z obowiązkiem odtworzenia rasy. Dzis jest ponad 15tys loch i mieso z mangalicy /drogie jak licho/ i wyroby z niego sa dostępne w sklepach. W Polsce mamy stare rodzime rasy swin, zlotnicka pstra, biala i pulawska. Jak się zapytałem co nasz MR robi, aby te rasy nie wyginely /jest to na najlepszej drodze/, to dostałem urzędniczy bełkot podparty "staraniem o fundusze unijne". Polskie MR gowno robi w każdej rolniczej sprawie. Prywatni sprowadzili mangalice do Polski i można kupic jej mieso /nozki 16zl/kg/. Jeśli chodzi o stare odmiany jabłek, zapomnijmy o nich, za pare lat już ich nie będzie. Wyroby mleczarskie? Kpina. Przy tej jakości mleka, które się produkuje w Polsce możemy robic /i robimy/ tylko szajs, Sery korycińskie - czysta kpina z konsumentow. Polskie "wina" - dajcie spokoj, kocie szczyny. Robilismy doskonale miody pitne /Apis-Lublin/, dwojniak malinowy Jadwiga był hitem we Francji /pyszne winko deserowe/. Wiem o czym pisze, przez kilka lat zaopatrywałem we Francji sporo /ponad 100 osob/ grono znajomych w miody pitne z Lubelskiej spoldzielni. Ci Francuzi to sa ludzie mocno zamożni jak na francuskie warunki, chętnie by kupowali, ale coz - we Francji polskich miodow pitnych nie kupisz, sa za to z RPA.
    Polska gastronomia nie istnieje i nigdy nie istniała. To, co nazywamy kuchnia staropolska, to XIX wieczna kuchnia zamożnego mieszczaństwa pochodzenia niemieckiego, żydowskiego i francuskiego.
    Polska kuchnia ludowa była ohydna, tego czegos, co jadali polscy chłopi do ust dzis by nikt nie wzial, Srednia szlachta jadala skromnie, glownie produkty własnego gospodarstwa i lasu, groszem nigdy ta grupa spoleczna nie smierdziala, utożsamianie jej stylu zycia z magnackim to jeszcze jeden polski mit.Wspolczesna polska gastronomia opiera się na supermarketowych produktach
    Kebaby - jakby ich wlasciciele spróbowali cos takiego sprzedawac w Istambule, Byrsie, Alanyi czy gzdie tam, to by ich rodacy utopili w Bosforze. Zreszta drobowy kebab w Turcji będzie zawsze lepszy niż w warszawie z prostego powodu - mieso kurczaka w Turcji jest dużo wyższej jakosci niż w Polsce. Tam każdy wlasciciel budy z kebabem sam robi baton, u nas kupuja u producenta, który bierze najtańsze, najgorsze swinstwo.
    Zreszta Polacy przez jedzenie od malenkosci odpadkow i smieci maja zniszczone kubki smakowe i nie rozrozniaja smakow, zrobisz dobrze, nie poczują, albo powiedzą, ze niesmaczne. Dasz smiecie - zezra ze smakiem.
    I na koniec do Pana z wloska Amaro, a po naszemu Pana Basiury. Kochany, nie pieprz o tych gołąbkach. Mieso z bażanta się nie nadaje na te potrawe /dojrzaly bażant tak smierdzi, ze w gołąbkach jego mieso by po prostu cuchnelo/, a limonki pokazaly się w Polsce 35 lat temu, wcześniej pies z kulawa noga nie wiedział, co to za cudo jest.

  • viggen

    Oceniono 1 raz 1

    Uwielbiam kuchnię włoską. Ale w ten weekend zrobiłem gulasz z żołądków z warzywami, karkówkę w miodzie z cynamonem i jabłkami, a na koniec nalewki pigwy i pigwowca. Idzie zima, czas się przedstawiać na kuchnię lokalną😉

  • semigetuza

    Oceniono 7 razy 1

    W 1938 roku w całej IIRP produkowano 8 ton pomidorow rocznie. Serowarstwo rozwinelo się w Polsce w poczatkach XIX wieku i upadlo wraz z IIWS. Po raz drugi rozwinelo się za Gierka /I-sza pol lat 70-tych/ W Polsce w owym czasie wytwarzalo sie ponad 200 gatunkow serow twardych /zolte/, lacznie z taka egoztyka jak ser haloumi. Dzis polskie mleczarstwo to dno, dziś taki ser trapistów wytwarza JEDNA mleczarnia w Polsce w mikroskopijnych ilościach, bo Polacy nie rozrozniaja smakow serow /zresztą te poniżej 70zl/kg i tak smakują wszystkie tak samo/
    Powtarzam raz jeszcze polska kuchnia nie istnieje.
    W Warszawie nigdzie nie zjecie takich rarytasow jak cynaderki w sosie z kasza gryczana po warszawsku, flaków po warszawsku, karpia po warszawsku, pyzów a'la Rożyc, schabowego a'la Różyc czy flaków a'la Różyc lub a'la Flis, nie napijecie się porządnego warszawskiego piwa czy dobrej czystej wodki z monopolu z zabkowskiej /bo już ani browaru, ani monopolu w Warszawie nie ma, zniszczono i jedno i drugie/. Nie zjecie dobrej zasmażanej kapusty kiszonej a'la "Żelazna Brama".
    Nawet kuchnia zydowska zdechla. Przed IIWS 1/3 ludzi w miescie to byli Zydzi. to zjedzcie dziś w tym miescie dobrego bajgla, chalke, flaki po żydowsku, ges pieczona po żydowsku, cymes albo uszy Hamana czy keplach. Guzik.

  • student_zebrak

    Oceniono 9 razy 1

    BTW - gdzie mozna w Warszawie kupic dobre, ladne jablka. Te, ktore byly w Hali Mirowskiej i supermarketach to byly spady z plamami, poobijane o wygladzie produktu dla zwierzat hodowlanych.

  • student_zebrak

    Oceniono 9 razy 1

    zupelnie nie rozumiem tego pedu kulinarnego, dan cieszacych oczy, ale nie wypelniajacych zoladka. Histerycznych "miszczyn" barow na wysokich stolkach...
    Ja tam wole pojsc do browaru z kilkoma prostymi potrawami, osiem szklanek piwa do sprobowania, dobry stek....
    Jezdzic po swiecie i zwiedzac knajpy? Szkoda czasu i pieniedzy. Nie kazdy ma parcie na zarcie i zycie - ą i ę.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX