Jarosław Maringe ze swoimi psami

Jarosław Maringe ze swoimi psami (fot. Jakub Szymczuk)

wywiad Gazeta.pl

Był szefem polskiego narkobiznesu.'' Nie wiem, ile zarobiłem. Dziesięć, dwadzieścia milionów?''

Przepuściłem fortunę. Gdybym ją dobrze zainwestował, nie musiałbym dzisiaj nic robić - mówi Jarosław Maringe.

Patrzę na pana kryminalną przeszłość i bardzo mi się ona kłóci z tym, że wyrósł pan w patriotycznej rodzinie z zasadami.

- Mój dziadek, Jerzy Maringe, tworzył z generałem Witoldem Pileckim Tajną Armię Polską w mieszkaniu na Szucha. Z kolei stryj, Stanisław Wyganowski, był prezydentem Warszawy od 1990 do 1994 roku.  Proszę spojrzeć na to zdjęcie (Jarosław Maringe pokazuje na czarno-białe zdjęcie wiszące na ścianie w jego restauracji - red.). To batalion Czata z Powstania Warszawskiego. Zginęło w nim moich dwóch stryjów - Andrzej i Leszek.

Więc jak to się stało, że pan został przestępcą?

- Miałem dość tego, że uczono mnie etykiety, że kazano całować kobiety w rękę. Wychowywały mnie tak babcia i prababcia, zresztą prababcia Antonilla Maringe, z domu Wyganowska, też bardzo zasłużona. Miała pseudonim Ciocia Tola, działała w kontrwywiadzie. Cała moja rodzina była w kontrwywiadzie Armii Krajowej, a w domu panował reżim wojskowy.

Za komuny ojciec legalnie wyjechał do rodziny we Francji. Po urodzeniu mieszkałem na Marszałkowskiej 4, ale potem, nie wiem na jakim patencie, komuniści wykwaterowali nas na Grochowską. Przyjeżdżała do nas babcia od strony matki, bo mama dużo pracowała. Zacząłem wchodzić w patologiczne towarzystwo na Pradze. Wciągnęło mnie. Zobaczyłem, że już w wieku 13 lat mogę na siebie zarabiać. Sprzedawałem na giełdzie na Grzybowskiej gry i programy komputerowe, potem handlowałem na Skrze. Jeździłem taksówkami, wyobraża sobie pani? W weekend potrafiłem zarobić 100 dolarów. Szedłem do Baltony i kupowałem sobie słodycze.


Jarosław Maringe i Masa na Teneryfie (fot. arch. prywatne)

To musiało się panu już wtedy w głowie poprzewracać.

- Ja bym to raczej nazwał żądzą niezależności. Nie potrzebowałem słuchać rodziców, bo sam świetnie dawałem sobie radę. I tak w wieku 16 lat już siedziałem.

Szybko.

- Rodzice zostawili mnie samemu sobie, a prababcia, która tak zabiegała o moje wychowanie, zmarła. Próbowała mi pomagać ciocia Tosia z Sopotu, ale co ona mogła zrobić na odległość?

Czemu trafił pan do więzienia?

- Zacząłem jeździć z sąsiadem na handel do Niemiec. Sąsiad, wykładowca z SGH, zapier***ał ze mną z tobołami na plecach, a w nich browary i czekolady z Aldika. Podróżowaliśmy tym słynnym pociągiem Warszawa - Berlin i to w tym pociągu poznałem złodziei samochodowych. I wtedy, jak oceniam z perspektywy czasu, popełniłem największy błąd z moim życiu. Miałem na Skrze trzy stoiska z rzeczami z Niemiec, zarabiałem gruby hajs, ale wszedłem w kradzieże. Po co mi to było? Nie wiem. Ale od tego momentu zszedłem na złą drogę.


Jarosław Maringe na Teneryfie (fot. arch. prywatne)

Po co panu to było?

- Wie pani, wybijałem się w tym towarzystwie intelektualnie. Imponowałem im. W efekcie, jak wszedłem w narkobiznes, wszystkich złodziei przerobiłem na dilerów.

Ale zanim ich pan przerobił, to...

- ... kradłem z nimi radia samochodowe. I za drugim czy trzecim razem wpadłem. Właśnie wtedy poszedłem siedzieć. To było niemieckie więzienie dla nieletnich, w sumie to gorsze niż to dla dorosłych. Sporo tam przeszedłem. Połowa więźniów to byli Turcy i Kurdowie na fałszywych paszportach.

Czegoś pana tamtejsze przejścia nauczyły?

- Jak wyszedłem na wolność, to po złości ukradłem radia ze wszystkich stojących pod więzieniem aut pracowników. Chciałem szybko jakieś pieniądze zarobić. Siedziałem z recydywistą, który mówi do mnie: "na pusto nie możemy wracać, coś musimy zarobić". Jego po tej kradzieży pod więzieniem złapali tego samego dnia. Na parkingu był monitoring, o czym nie mieliśmy pojęcia, bo wtedy nigdzie u nas jeszcze kamer nie widzieliśmy. Mnie im się nie udało złapać, spokojnie przewiozłem te radia do Polski.


Jarosław Maringe w Monte Carlo (fot. arch. prywatne)

Jak?

- Miałem swoje szlaki, na przykład taki przez Skandynawię. I sposoby. To ja wymyśliłem, żeby w naładowanych butlach gazowych przemycać amfetaminę. Przy dokładnym sprawdzeniu butla działała, a amfetamina, całe dziesięć kilo, była niewykrywalna. Przemycałem kokę w przerobionych autach i tirach. Mieliśmy nawet przemytnika bez nogi i bez ręki, który przemycał towar w protezach. Całe kilogramy.

A wracając do pani pytania, radia przewiozłem pociągiem.

I co dalej?

- Chciałem zwiedzać świat. Jeżdżąc najpierw na radia, a potem na samochody, zwiedziłem całą Europę. Zaczynałem sam, a potem miałem swoje ekipy, które woziłem na kradzieże. Ja już nie musiałem kraść. W dzień leżałem sobie nad Jeziorem Bodeńskim pod namiotem, małolat, 19 czy 20 lat miałem. Wieczorem rozwoziłem swoich złodziei, rano ich odbierałem i byłem turystą. Na radiach byłem nawet w Finlandii pod biegunem. Pamiętam, że miałem wtedy starego amerykańskiego forda kombi, w którym można było spać, więc z ciekawości pojechałem aż pod sam biegun, bo chciałem te noce polarne zobaczyć.  

Nie ma pan poczucia, że gdyby wtedy wykorzystał pan swój zmysł legalnych interesów, byłyby pan dziś bogaczem przez przeszłości kryminalnej?

- Ale oczywiście! Byłbym multimilionerem! Tak by było. Ale co mam teraz zrobić? Wtedy nad Jeziorem Bodeńskim stwierdziłem, że z radiami koniec. Chciałem mieć większy prestiż, więc wymyśliłem, że teraz moi ludzie będą kradli samochody z belgijskich i luksemburskich komisów. Musieli też wchodzić do biur, gdzie były dokumenty z kluczykami. Wystarczyło zbić szybkę i już.


Jarosław Maringe na imprezie ''Playboya'' (fot. arch. prywatne)

Wyjeżdżałem taką furą z kompletem dokumentów, a potem sprzedawałem ją w Polsce. Na granicy trzeba było pokazać umowę, że się to auto kupiło od Belga czy Luksemburczyka. No to robiłem te umowy i miałem. Ale wpadłem. I trafiłem do więzienia w Luksemburgu. Pani sobie nie wyobraża, jaki tam rasizm był! Wsadzili mnie w największą patologię, do ludzi z dożywociem. Z kolei gdy siedziałem  w Szwajcarii, ogoliłem się na łyso i przez 40 dni nie jadłem, a potem podciąłem sobie żyły. Kupili mi więc bilet w biznesklasie i wysłali do Polski. 

Czemu pan to zrobił?

- Bo chciałem wyjść. W Polsce pewnie bym się wykrwawił i umarł. Pani sobie nie zdaje sprawy, ile w więzieniach jest samobójstw. Ja sam się trzy razy chciałem zabić, już w Polsce. Powiesiłem się na lince, ale się urwała, grzałka tak samo. Przywiązałem do kraty kabel od grzałki, ale spadłem razem z nią i tylko się poobijałem.

Potem przypomniało mi się, że na giełdę komputerową, od której zaczynałem, handlarze przywozili tony towaru. Pomyślałem, że ich wszystkich opie***lę. Potrafiłem być tak bezczelny, że okradałem samochód ustawiony na parkingu strzeżonym. Psa z cieciem zwabiałem na drugi koniec i wchodziłem do wypchanego transportera. I przez dwie godziny wymontowywałem z komputerów same pamięci i twarde dyski. Jeden strzał i miałem towar za tysiące dolarów.


Jarosław Maringe na Mazurach (fot. arch. prywatne)

Jak pan trafił do mafii pruszkowskiej?

- W jednym z lokali w Warszawie ich poznałem. Patrzę, takie buraki, słoma z butów, a wszystkie d**y się koło nich kręcą. Też tak chciałem, więc dałem zarobić na częściach komputerowych Adrianowi z gangu "Rympałka". Już nie żyje. To właśnie on ciecia z psem wywabił na drugi koniec parkingu, a ja kradłem. Podzieliliśmy się po połowie i tak się do mafii wkręciłem. 

Wszyscy oni wtedy wciągali koks, jak też chciałem. Zacząłem więc koksem handlować, po dwóch tygodniach stworzyłem własną siatkę dilerów, z tych, co ze mną wcześniej kradli radia. Dostali nową robotę. Nietrudno było namierzyć przemytników. Kupowałem koks od nich, z pierwszej ręki, najpierw po pół kilo. I tak rozkręciłem biznes, że obsługiwałem nie tylko mafię pruszkowską, ale i wołomińską.

Czemu panu nie zrobili krzywdy?

- To był rok 1998, uzależniłem od siebie dwie największe grupy przestępcze w Polsce. Miałem trzech ochroniarzy i osiem samochodów, każdy na dzisiejsze realia wart pół bańki, m.in. dwie beemki piątki, jedną po tuningu przez Schnitzera, mazdę DX7, grand cherokee, audi A8. Całą ulicę zajmowały. Jak to musiało wyglądać!

To było wtedy, gdy pan pieniądze z narkotyków nosił w reklamówkach?

- Tak, wtedy przepuściłem fortunę. Nie wiem, ile zarobiłem na dzisiejsze realia. Dziesięć, dwadzieścia milionów? Gdybym to wtedy dobrze zainwestował, nie musiałbym dzisiaj nic robić.

Na co pan jeszcze przepuścił tę fortunę?

- Głównie na samochody. Sporo też podróżowałem. Byłem w prawie pięćdziesięciu krajach.


Jarosław Maringe w Turcji (fot. arch. prywatne)

Koks pan dalej brał?

- Przestałem, bo miałem po nim zaburzenia lękowe. Bałem się. Choć z tymi zaburzeniami do końca pewien nie jestem, czy na pewno je miałem. Wszędzie widziałem policjantów po cywilu. Koledzy wmawiali mi, że to zaburzenia, a potem się okazało, że byłem już wtedy obserwowany. I że to rzeczywiście była policja. W końcu trafiłem do więzienia za narkotyki. Wyszedłem w 2008 roku.

Ma pan taką samą łatwość wpadania w nałogi, jak i wychodzenia z nich?

- Przeszedłem pełną diagnostykę psychologiczną. Jestem wybitnie inteligentny, mam też ogromną łatwość wchodzenia i wychodzenia z nałogów. Potwierdził to biegły psycholog sądowy. Nie mam za to tendencji do manipulowania i zmyślania. Jako jedyny w Polsce potrafiłem zapewnić stałe dostawy najlepszych narkotyków dostępnych na rynku. W każdym czasie i w każdej ilości. Bardziej niż o kasę chodziło mi o moje bezpieczeństwo. Jakby mnie zabili, straciliby dopływ najlepszego koksu i kasę, jaką im odpalałem. Doszło nawet do tego, że mnie ci z wołomińskiej i pruszkowskiej pilnowali, żebym za dużo nie imprezował. 

Poza tym moi klienci to były VIP-y  i ci, którzy dopiero do bycia VIP-em aspirowali. Moi główni klienci  to byli artyści. W środowisku muzycznym może z 5 procent nie bierze kokainy. Wiem to, bo moi ludzie im narkotyki dostarczali. Opisałem to zresztą w mojej książce.

Czytając ją, odniosłam wrażenie, że może być odebrana jako promowanie przestępczego życia.

- Spotkałem się z takimi zarzutami. Mam jednak nadzieję, że wtedy ludzie zobaczą, jaką zapłaciłem cenę i zastanowią się, czy warto. W kolejnych zamierzam opowiedzieć o tym, że za przestępstwa trzeba odpłacić.

Pan odpłacił?

- Oczywiście. Odsiedziałem siedem lat, mam też trzy lata za przemyt narkotyków zawieszone na 10 lat. Odpłaciłem nie tylko więzieniem, ale i chorobami, w tym depresją. Wyleczoną. Poza tym oddałem państwu zyski z działalności przestępczej wyliczone przez sąd. W sumie było to półtora miliona złotych.

Uważa pan, że to wystarczy jako zadośćuczynienie dla osób, które pan skrzywdził?

- Proszę pani, po pierwsze nie uważam, żebym kogokolwiek skrzywdził.


Jarosław Maringe w swoim sklepie w Marriocie (fot. arch. prywatne)

A ludzie, których pan okradł w Polsce i za granicą?

- Co prawda nie byłem wtedy dojrzały emocjonalnie, ale podchodziłem do przestępstw jak do biznesu. Poza tym nikogo do złego nie namawiałem, nikogo od przestępstw nie uzależniałem. Po prostu konstruowałem parszywy biznes. I będę za niego bekał do końca moich dni. Niedawno zaproponowano mi prowadzenie programu w jednej ze stacji. Ale właściciel się zreflektował, że jednak nie mogę, bo jestem byłym przestępcą. Mam piętno do końca życia. Chociaż zerwałem z przestępczością.

I nagle okazało się, że pomówił mnie "Masa", który został świadkiem koronnym. Pomówił mnie do dwóch najcięższych przestępstw: zabójstwa i usiłowania zabójstwa. Na szczęście sąd wszystko zweryfikował i oddalił.

Wie pani, to, że byłem przy bójce, nie znaczy przecież, że brałem w niej udział, że pociąłem kogoś nożem. 

Robi pan z siebie ofiarę. Nie przesadza pan?

- Podam pani inny przykład. Gdy zostałem deweloperem, kupiłem chyba ze sto domen internetowych i odpowiednio je pozycjonowałem, by zrzucić na niższe miejsca w wyszukiwarkach artykuły o mnie. O tym, że znany gangster, czyli ja, wyszedł na wolność. A i tak miałem problemy przy sprzedaży mieszkań. Ludzie bali się, że coś będzie nie tak, mimo że nigdy nikogo w tym biznesie nie oszukałem.

Dajcie mi jeszcze szansę, a zobaczycie, że zdziałam wiele dobrego. Nie chcę się chwalić, ale pomagam na przykład polskim domom dziecka na Ukrainie. Zaczęła tam jeździć moja kuzynka i mnie wkręciła. Ja wykładałem pieniądze, ona zajmowała się całą resztą. Pomogliśmy dzieciakom z polskich parafii w takich miejscowościach jak Łuck, Stanisławów, Buczacz, Czortków, Skałat czy Ostróg.

A powie mi pan na koniec, skąd ta blizna na twarzy?

- Pies mnie ugryzł. Byłem kiedyś z pewną bogaczką. Odwiedziłem ją w domu w Magdalence, 1200 metrów. Miała pinczera, który nie toleruje konkurencji. Karmiłem go szynką w łóżku i nagle mnie ugryzł w usta. Jeszcze potem zakażenia dostałem. Powiedziałem pani, jak było. Nie będę przecież bajek wymyślał.


Okładka książki ''Chińczyk'', Jarosław Maringe i Aleksander Majewski (fot. mat. prasowe / Jakub Szymczuk)

Jarosław Maringe, pseudonim "Chińczyk" i "James". Twórca i szef polskiego narkobiznesu lat 90. Skazany za przemyt narkotyków na 12 lat więzienia. Opisuje kulisy swojej przestępczej działalności w książce Chińczyk. Dziś jest biznesmenem, restauratorem i deweloperem.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (265)
Zaloguj się
  • strach_sie_bac

    Oceniono 50 razy 38

    "- Proszę pani, po pierwsze nie uważam, żebym kogokolwiek skrzywdził."

    No tak, kradł ludziom auta, radia, sprzęt komputerowy, żadna krzywda ... no cóż w końcu z dziada-pradziada Niezłomny Polak Wyklęty :D

  • kantrzyn

    Oceniono 28 razy 24

    Guzik mnie obchodzi, że obecnie prowadzi jakiś biznes uczciwie i lokalnie. Gdybym wiedział, że ma do czynienia z takim człowiekiem, w żadne układy bym nie wchodził. Śmieć nawet nie dostrzega, że skrzywdził innych ludzi, a twierdzi, że jest inteligenty! Śmieć pewnie nie wie, że niejeden gdyby mógł, to by go żywcem grilował nad ogniskiem za ukradzenie samochodu. Po co w ogóle promujecie jego książkę? Przecież dla wielu gó...arzy to będzie wzór do naśladowania. DNO!

  • cymesgeszefciarz

    Oceniono 30 razy 24

    Kolejny "gangster" celebryta, pajac dla bezmyślnego plebsu tak jak "masa", gdyby rzeczywiście miał coś istotnego do powiedzenia to seryjny samobójca czuwa ...

  • wkoz1

    Oceniono 24 razy 16

    nie robcie z przetepcow celebrytow.. i wypad z nimi stad..

  • Bart D

    Oceniono 21 razy 15

    Po kiego ch*a promujecie bandziora????

  • kenrhe

    Oceniono 25 razy 13

    Obrzydliwe

  • brasi1

    Oceniono 11 razy 11

    zarobił jako bandzior, skrzywdził setki osób , odsiedział kilka lat a teraz celebryta, biznesman i developer, ciekawe z czego ma na developerke

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX