Rodzice na wiele sposobów mogą kształtować przyszłe, dorosłe życie dziecka

Rodzice na wiele sposobów mogą kształtować przyszłe, dorosłe życie dziecka (fot. RichVintage / iStockphoto.com)

Jak nie wychować geniusza. Poradnik dla rodziców

Odkąd odkryto, że dzieci najszybciej uczą się między trzecim a szóstym rokiem życia, maluchy uprawiają sport, poznają języki obce, a nawet programują i robią masę innych rzeczy, o których ich rodzice często nawet nie śnili. A wszystko poza domem, w obstawie specjalistów, trenerów i coachów, bo rodzice mają w swoim odczuciu za małe kwalifikacje. A szkoda, bo to nie szkoła, lecz rodzina tworzy naprawdę wybitne jednostki.

W czwartek 12 października ukończyłam maraton. Nie, nie przebiegłam 42 kilometrów, za to przez pierwsze 42 dni nowego roku szkolnego rozważałam dziesiątki spływających do mnie ofert zajęć dodatkowych dla mojego czteroletniego dziecka. W odrętwienie wprowadziła mnie już sama oferta przedszkola: języki angielski, hiszpański i migowy, nauka gry na fortepianie, gimnastyka, taniec, balet, wprowadzenie do sportów zespołowych, szachy, basen oraz tenis... Do tego zajęcia dodatkowe, których - w związku z tym, że mieszkam w Krakowie - jest do wyboru, do koloru: lekcje muzealne w niemal wszystkich oddziałach Muzeum Narodowego,  koncerty w Filharmonii, szkoły taneczne, baletowe, muzyczne czy zajęcia artystyczne. Działa tu też kilka szkółek piłkarskich, w których trenują już 3-latki, są zajęcia dla małych koszykarzy, przyszłych mistrzów gimnastyki sportowej, pływaków, wspinaczy itp. Nie zapominajmy jednak o umyśle, dlatego są spotkania z historią, spotkania z książką, spotkania z kulturą chińską, japońską i każdą inną. W związku z rozwojem nowych technologii trzeba wziąć pod uwagę warsztaty z robotyki oraz naukę programowania...

Miłość do sportu najskuteczniej zaszczepimy w dzieciach, gdy sami będziemy aktywni fizycznie (fot. Rawpixel / iStockphoto.com)Miłość do sportu najskuteczniej zaszczepimy w dzieciach, gdy sami będziemy aktywni fizycznie (fot. Rawpixel / iStockphoto.com)

Odpowiedzialny, nowoczesny i dbający o przyszłość swojego potomka rodzic powinien najwyraźniej zwolnić się z pracy i zostać szoferem, kamerdynerem oraz przede wszystkim koordynatorem wszystkich działań edukacyjnych swojego dziecka. Mnie taka wizja nie przekonuje. Dlatego postanowiłam naukowo sprawdzić, czy to ma sens.

Biegać, skakać, latać, pływać

Zacznijmy od sportu. Czy przedszkolak musi uczęszczać na regularne zajęcia sportowe? W wyszukiwarce artykułów naukowych WorldWideScience.org na pytanie: czy małe dzieci muszą uprawiać sport? dostaję odpowiedź w postaci prawie 1800 tekstów naukowych z całego świata. Bardzo interesujący wydaje się artykuł o wpływie treningu zdolności motorycznych na rozwój dzieci w wieku od 3 do 6 lat. Jak zaznaczają badacze, okres między 3. a 6. rokiem życia wydaje się być najważniejszy dla rozwoju tych zdolności. Wedle różnych cytowanych danych wysokie zdolności motoryczne mogą w przyszłości wspomóc ogólne upodobanie do aktywności fizycznej, zapewnić lepszą postawę, pomóc zachować zdrowie, przeciwdziałać otyłości. Trudno się z tym nie zgodzić. Aktywność fizyczna jest bez wątpienia ważna dla rozwoju dziecka, choćby ze względu na dotlenienie mózgu, ale to wciąż nie daje odpowiedzi na pytanie, czy przedszkolak musi uprawiać sport. Czy chcąc być dobrym rodzicem, muszę zapisać moją czterolatkę na karate, tenisa i piłkę nożną? Skoro badania naukowe nie mogą mi na to odpowiedzieć, dzwonię do człowieka, który o wychowaniu młodych sportowców wie zdecydowanie najwięcej, czyli do trenera Tadeusza Pawłowskiego [jako trener pracował w Austrii, a w Polsce prowadził m.in. Śląsk Wrocław i Wisłę Kraków - przyp. red.], i pytam go, czy jeśli chciałabym, by moje czteroletnie dziecko w przyszłości było dobrym piłkarzem, powinnam już je zapisywać do szkółki.

- Jestem zwolennikiem czegoś, co można określić mianem "szkoły piłki", która została stworzona na Uniwersytecie w Heidelbergu. Zakłada ona, że nie należy narzucać dzieciom niczego, ale pozwolić samodzielnie uczyć się, czym różnią się piłki do różnych sportów, jak się toczą, czy można je podbijać, kozłować, czy poruszają się w powietrzu, czy po ziemi - mówi Tadeusz Pawłowski. - To forma zabawy wzmagającej koordynację ruchową. I w moim odczuciu to jest najwłaściwsze podejście w przypadku małych dzieci. Dwu-, trzy- czy czterolatki nie powinny być ukierunkowywane, na to przyjdzie czas. Ci, którzy wmawiają rodzicom inaczej, po prostu szukają zarobku.

Co w takim razie zrobić, aby dziecko było zdrowe, wysportowane, a aktywność fizyczna była dla niego relaksem, a nie wysiłkiem? - Rozwój sportowy dziecka jest ważny i naturalnie można go powierzyć specjaliście, ale jeszcze lepiej jest zaszczepić miłość do sportu własnym przykładem - wyjaśnia Tadeusz Pawłowski. - Kiedy mały człowiek będzie widział, że rodzice jeżdżą na rowerach, biegają, uprawiają jakąś dyscyplinę, ponieważ to po prostu lubią, to ruch będzie dla niego czymś oczywistym. Mój syn od najmłodszych lat chodził ze mną na basen, jeździliśmy rowerami, wreszcie graliśmy w piłkę. W szkole uprawiał chyba wszystkie możliwe dyscypliny sportu i odnosił w nich sukcesy. Zresztą sam został piłkarzem. Podobnie to wygląda u innych sportowców: córka Zbigniewa Bońka trenowała siatkówkę i tenis ziemny, syn Włodzimierza Smolarka grał w reprezentacji Polski, syn Michaela Schumachera jest kierowcą Formuły 3.

Dla dzieci, tak samo ważna jak nauka jest możliwość tworzenia relacji z rówieśnikami (fot. GeorgeRudy / iStockphoto.com)Dla dzieci, tak samo ważna jak nauka jest możliwość tworzenia relacji z rówieśnikami (fot. GeorgeRudy / iStockphoto.com)

Między żywiołem a żelazną konsekwencją

Porady fachowców (a przynajmniej ludzi, którzy się za takich uważają) można też wyczytać w rozlicznych poradnikach. Pedagodzy, pediatrzy, psychologowie, socjolodzy, dietetycy i celebryci chcą nauczyć niepewnych siebie rodziców tego, co powinni zrobić, by odpowiednio pokierować życiem swojego dziecka. Moją uwagę przykuły niedawno dwie - niemal skrajnie różne - pozycje, czyli "Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua oraz "Uchwycić żywioł" Kena Robinsona.

Amy Chua okrzyknięta została przez "Asia Week" najsławniejszą Chinką naszych czasów. Jest Amerykanką chińskiego pochodzenia, profesorem prawa na prestiżowym Yale. Jej nazwisko stało się jednak znane szerokim kręgom nie ze względu na dokonania naukowe, lecz książkę, w której opisuje proces wychowawczy swoich córek - grających na skrzypcach piątkowych uczennic. Chua przekonuje, że zachodni rodzice za bardzo przejmują się psychiką dzieci, co skutkuje tym, że zanadto im folgują, zamiast zapędzić maluchy do pracy. Zdają się na ich wybór, zamiast odgórnie ustalić listę tego, czym dzieci mają się zajmować. Zbytnio przejmują się również relacjami z rówieśnikami. Chua poinformowała opinię publiczną, że jej córki m.in.: nie mogły nocować u koleżanek, ani nawet się z nimi spotykać; brać udziału w przedstawieniach szkolnych i innych tego typu aktywnościach, ani nawet okazywać żalu ze względu na te restrykcje. Za tu musiały: otrzymywać wyłącznie najwyższe oceny i być zawsze najlepszymi w klasie w każdej dziedzinie, z wyjątkiem teatru i sportu; od najmłodszych lat musiały grać na pianinie lub na skrzypcach, wybór innego instrumentu nie wchodził w grę. Amy Chua w swojej książce przekonuje, że chińska metoda wychowania, nastawiona na konkretne efekty, jest znacznie skuteczniejsza we współczesnym, wysoce konkurencyjnym świecie niż przekonanie, że dziecko sobie jakoś poradzi i tylko należy dać mu możliwość swobodnego decydowania o sobie. Zachęca również rodziców do żelaznej konsekwencji i wymagania od dzieci tego, co najlepsze. Przykład? Jej siedmioletnia wówczas córka nie mogła opanować na skrzypcach nowej melodii. Matka zagroziła jej, że jeśli tego nie zrobi, to jej domek dla lalek zostanie oddany Armii Zbawienia, a najbliższe urodziny oraz święta zostaną odwołane... Dziewczynka, płacząc, nauczyła się melodii i ponoć nawet dziękowała mamie, że ją do tego nakłoniła.

Zapytałam znajomego Chińczyka, menedżera mieszkającego w dużym przemysłowym mieście we wschodnich Chinach, ile czasu w tygodniu poświęca nauce jego pięcioletni syn. - W przedszkolu spędza codziennie osiem godzin, tam, poza zabawą i takimi aktywnościami jak śpiew, rysowanie czy układanie klocków, uczy się obsługi komputera i ma zajęcia z koszykówki. Dodatkowo, już po zajęciach przedszkolnych, ma w tygodniu dwie godziny nauki gry na instrumentach, dwie godziny angielskiego i kolejne dwie godziny przeznaczone na sport, w tym taniec, boks i taekwondo. Z każdym rokiem zajęć przybywa - wylicza ojciec.

Książka Amy Chua w polskim przekładzie Magdaleny Moltzan-Małkowskiej ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Na zdjęciu po prawej stoją kolejno autorka i jej dwie nastoletnie córki (fot. materiały prasowe / Qalandariyya / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0)Książka Amy Chua w polskim przekładzie Magdaleny Moltzan-Małkowskiej ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Na zdjęciu po prawej stoją kolejno autorka i jej dwie nastoletnie córki (fot. materiały prasowe / Qalandariyya / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0)

Wynika z tego, że jego pięciolatek poświęca nauce 46 godzin tygodniowo. Tydzień liczy 168 godzin, z czego na sen pięcioletnie dziecko potrzebuje 10 do 13 godzin na dobę, czyli w tygodniu przesypia 70-91 godzin. Nawet przyjmując średnią 80 godzin w tygodniu i dodając do tego 46 godzin nauki, okazuje się, że dziecku zostają 42 godziny wolnego. Ale w tym budżecie czasowym mieści się także dojazd do przedszkola i na zajęcia oraz powrót z nich. Załóżmy, że będzie to godzina dziennie, co już ukraca czas wolny do 35 godzin na zabawę, tworzenie relacji z rodzicami, o zwykłym nudzeniu się nie wspominając. Niewiele.

Choć chińskie dzieci uczone metodą Amy Chua osiągają znakomite wyniki w międzynarodowych testach wiedzy, czuję, że to nie moja droga. Za bardzo przypomina mi przypadek Davida Helfgotta, błyskotliwego australijskiego pianisty od najwcześniejszych lat terroryzowanego przez żądnego sukcesów ojca. Historia Helfgotta została przedstawiona w obsypanym nagrodami filmie Scotta Hicksa "Blask", a w postać artysty wcielił się Geoffrey Rush (za tę rolę otrzymał Oscara). Bycie zimnym, wymagającym dozorcą własnego dziecka nie mieści się w granicach mojego pojmowania rodzicielstwa. Dlatego z radością i ulgą powitałam inną teorię wychowawczą, w wirtuozerski sposób przedstawioną przez Kena Robinsona.

Ken Robinson zdobył moje serce w chwili, gdy obejrzałam jego pierwszą przemowę wygłoszoną dla prestiżowego cyklu TED [marka serii konferencji naukowych organizowana przez amerykańską fundację non profit Sapling Foundation - przyp. red.]. Człowiek, który wyraża się z taką lekkością, erudycją, dowcipem i niewątpliwą sympatią do ludzi, szybko budzi zaufanie. Jego wizja nauczania - a współpracował przy reformie edukacji wielu krajów świata, m.in. Hongkongu, USA, Wielkiej Brytanii - opiera się na kreatywności. Ken Robinson wierzy, że musimy dostosować edukację do wyzwań nowych czasów i odejść od systemu akademickiego na rzecz podejścia bardziej indywidualnego, skoncentrowanego wokół znalezienia pasji i przekucia jej w zawód, który stanie się sposobem na utrzymanie się.


To, co ja nazwałam pasją, Ken Robinson określa mianem żywiołu. "Wszędzie spotykam uczniów, którzy starają się zaplanować swoją przyszłość i nie wiedzą, jak zacząć. Spotykam zmartwionych rodziców, którzy starają się im pomóc, ale zamiast tego często odwodzą swoje dzieci od ich prawdziwych talentów, zakładając, że powinny one podążać konwencjonalnymi drogami do sukcesu. Spotykam pracodawców, którzy borykają się ze zrozumieniem zróżnicowanych talentów ludzi w swoich firmach i z lepszym ich wykorzystaniem. Straciłem już po drodze rachubę, jak wielu ludzi, których poznałem, nie ma żadnego poczucia tego, jakie są ich indywidualne talenty i pasje. Nie lubią tego, co robią teraz, ale nie mają pojęcia, co właściwie dałoby im satysfakcję" - napisał we wstępie do książki "Uchwycić żywioł" wydanej w Polsce nakładem Wydawnictwa Element.

Opisuje m.in. Gillian Lynn, znakomitą choreografkę odpowiedzialną m.in. za oprawę taneczną takich hitów Broadwayu, jak "Koty" czy "Upiór w operze". Gillian miała problemy w szkole, ponieważ nie mogła wysiedzieć spokojnie na lekcjach. Pewnie dzisiaj uznano by, że ma ADHD, lecz w czasach jej dzieciństwa stwierdzono, że jest po prostu niegrzeczna. Gdyby nie psycholog, do którego wysłano małą Gillian wraz z mamą, nigdy nie zostałaby tym, kim jest. Psycholog zauważył, że dziewczynka nie może się skupić, bo zwyczajnie chce się ruszać. Zasugerował jej mamie, by zapisała córkę do szkoły baletowej i to był strzał w dziesiątkę. - Nie potrafię wyrazić, jak wspaniałe było to przeżycie - powiedziała Kenowi Robinsonowi  Gillian Lynn. - Weszłam do sali, która była pełna ludzi takich jak ja. Ludzi, którzy nie mogli usiedzieć. Ludzi, którzy musieli się ruszać, żeby myśleć.

Takich historii w książce jest wiele, a wszyscy rozmówcy autora podkreślają, jakim szczęściem dla nich jest możliwość życia pasją. Zrozumiałam, że to jest właśnie moje główne zadanie jako rodzica: muszę pomóc swojemu dziecku odnaleźć jego pasję. Tylko jak to zrobić?

Ja, rodzic

W "Business Insider" trafiam na artykuł o tym, jakie cechy łączą rodziców, których dzieci odnoszą w życiu sukces. Autorka, opierając się na doniesieniach naukowych, wylicza, że rodzice, którzy chcą zapewnić swym dzieciom dobrą przyszłość, powinni: nakładać na nie obowiązki domowe, ponieważ to uczy je, że nic nie robi się samo; wykazywać się wytrwałością i premiować tę cechę u innych; już w okresie przedszkolnym, a nawet wcześniej  zapoznać dzieci z prostymi działaniami matematycznymi; przykładać wagę do zdrowego sposobu odżywiania się, a także nadawać swoim potomkom proste, niewyszukane imiona, bo jak wykazują pewne badania osoby o takich imionach są bardziej lubiane, co przekłada się na ich sukces szkolny i zawodowy.

Nakładanie obowiązków domowych na dzieci wykształca w nich poczucie, że nic nie robi się samo (fot. Imgorthand / iStockphoto.com)Nakładanie obowiązków domowych na dzieci wykształca w nich poczucie, że nic nie robi się samo (fot. Imgorthand / iStockphoto.com)

Wyjątkowo istotne są też umiejętności społeczne. W trakcie trwającego 20 lat badania starano się powiązać zdolność współpracy, funkcjonowanie w grupie i łatwość odczytywania emocji u przedszkolaków z ich sukcesem w późniejszym życiu. Okazało się, że dzieci z wyższymi umiejętnościami społecznymi na dalszym etapie rozwoju znacznie częściej zdobywały dobre wykształcenie i satysfakcjonującą pracę, a rzadziej miały problemy z prawem czy uzależnieniem od substancji psychoaktywnych. 

Jednak to trzy inne z wymienionych w artykule Business Insider czynników związanych z sukcesami dzieci przykuły moją uwagę: wykształcenie matek, ich podejście do pracy oraz umiejętność nawiązania ciepłej, wspierającej relacji z dzieckiem. Opublikowane w 2014 roku badania psycholog Sandry Tang wykazały, że matki, które ukończyły studia, znacznie częściej wychowują dzieci, które również odbierają edukację uniwersytecką. Ankietę  przeprowadzono w ogromniej, bo liczącej ponad 14 tysięcy osób grupie.

Z innych cytowanych przez Business Insider badań, przeprowadzonych przez Harvard Business School, wynika, że matki pracujące wychowują córki, których szansa na dobrze płatną, satysfakcjonującą pracę jest o 23 proc. większa niż ich rówieśniczek wychowywanych przez niepracujące mamy. Praca zawodowa matek wpływa również pozytywnie na synów - w dorosłym życiu są oni bardziej partnersko nastawieni do obowiązków domowych oraz opiekuńczych. Poświęcają 7,5 godziny tygodniowo więcej opiece nad swoimi dziećmi niż ich rówieśnicy wychowani przez niepracujące matki. I najlepsze: chociaż wysoki status ekonomiczny rodziny daje dziecku dostęp do lepszej edukacji, to różnicę tę można w pewien sposób zniwelować poprzez zbudowanie ciepłej, bliskiej więzi rodzicielskiej. Badanie z 2014 roku, przeprowadzone na ponad 200 osobach, które urodziły się w biednych rodzinach, pokazuje, że dzieci, które mimo niedostatków finansowych były otoczone ciepłem, obdarowane uwagą i wsparciem rodziców, lepiej radziły sobie w szkole i miały znacznie większą szansę na zbudowanie dobrej relacji w życiu dorosłym niż ich pozbawieni takiego wsparcia koledzy.

Aby dowiedzieć się więcej o relacji rodzic - dziecko i jej wpływie na rozwój małego człowieka, spotykam się z doktorem psychologii i wykładowcą Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie Rafałem Abramciowem.

Dzieci potrzebują, by rodzice stawiali im pewne granice. Dzięki temu czują się bezpiecznie (fot. MachineHeadz / iStockphoto.com)Dzieci potrzebują, by rodzice stawiali im pewne granice. Dzięki temu czują się bezpiecznie (fot. MachineHeadz / iStockphoto.com)

- Wsparcie, zainteresowanie, zapewnienie bezpieczeństwa przez rodzica są punktem wyjścia dla rozwoju dziecka -  fizycznego, emocjonalnego i intelektualnego. Ale te zachowania w swojej skrajnej formie mogą przybrać postać nadopiekuńczości, która prowadzi często do wyuczonej bezradności - mówi psycholog. - Wyuczona bezradność, powtarzając za Martinem Seligmanem, oznacza utrwalenie przekonań o braku związku przyczynowego między własnym działaniem a jego konsekwencjami. Dziecko nadopiekuńczych rodziców w pewnym sensie uczy się od nich tego, że nic od niego nie zależy na tym świecie i że zawsze muszą mu pomagać rodzice. A pamiętajmy, że w psychologii wychowawczej sukcesem jest, gdy dziecko w pewnym wieku  - w naszej kulturze to symbolicznie 18 lat - odchodzi od swych rodziców i radzi sobie w życiu samodzielnie i odpowiedzialnie. Tworzy własną rodzinę. Nie po to się wychowuje własne dziecko, aby miało nam podać szklankę wody na starość, czyli żeby je związać emocjonalnie ze sobą na zawsze - wyjaśnia.

Może w takim razie właściwą drogą jest przyjęty przez Amy Chua model chiński, w którym rodzic nie jest przesadnie opiekuńczy, za to bardzo wymagający?

- Dzieci potrzebują pewnych granic, wymagań, bo to daje im poczucie bezpieczeństwa. Kiedy rodzic stawia granice, dziecko czuje się kochane, czuje, że mu na nim zależy, ale te granice nie mogą tworzyć wąskiego korytarza, jedynej właściwej i akceptowanej przez opiekunów drogi, jaką dziecko może podążać. Sytuacja, w której rodzic wymusza na dziecku zrealizowanie własnego celu, np. "ja sam nigdy nie byłem lekarzem, ale ty nim zostaniesz", albo: "niezależnie od twoich predyspozycji będziesz adwokatem, ponieważ ten zawód uprawiany jest w rodzinie od pokoleń", jest prostą drogą do różnego typu zaburzeń adaptacyjnych, jak anoreksja, bulimia, agresja, samookaleczanie.

Czy w takim razie rodzic ma szansę tak zmotywować dziecko do rozwoju, by go w konsekwencji nie skrzywdzić? Rafał Abramciów wyjaśnia, że w procesie uczenia mogą pojawić się dwa rodzaje motywacji: zewnętrzna i wewnętrzna - wykonujemy daną czynność, bo po prostu musimy coś zrobić, albo robimy coś, bo chcemy, bo mamy z tego przyjemność. - Zazwyczaj sukcesy w życiu odnoszą ci ludzie, którzy kierują się motywacją wewnętrzną, a nie zewnętrzną. Rodzice zbyt wymagający niestety tworzą w dziecku motywację zewnętrzną, zmuszając je do wykonywania zadań często wbrew jego woli, chęci czy zdolności - dodaje Abramciów.

Wygląda na to, że rację miał Ken Robinson, mówiąc, że podstawą rozwoju jest pasja, naturalna, niczym nieskrępowana potrzeba poznawania i środowisko, które w niewymuszony sposób daje ku temu możliwości, czyli po prostu dom rodzinny. Niezbędne jest też zaufanie, wiara we własne dziecko. Wydaje mi się, że te cechy najlepiej opisał światowej sławy fizyk teoretyczny Michio Kaku: "Któregoś dnia, a byłem jeszcze wówczas uczniem liceum, zapytałem mamę, czy otrzymam jej zgodę na zbudowanie w garażu akceleratora cząstek elementarnych. - Akceleratora cząstek, w naszym garażu? - powtórzyła. - Tak, czemu nie. Tylko nie zapomnij wynieść śmieci" - opowiada fizyk.

Budowa zakończyła się wielką katastrofą i spaleniem instalacji elektrycznej w domu rodzinnym Michio Kaku, ale on sam, w dużym stopniu dzięki otwartości i nieustannemu wsparciu rodziców, stał się człowiekiem wybitnym. Dlatego zamiast organizować swojej córce życie i zainteresowania, po prostu pozwolę jej robić dokładnie to, na co ma ochotę. Mam tylko cichą nadzieję, że domowa instalacja elektryczna to wytrzyma.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka.
Dziennikarz, redaktor, współpracownik Weekend Gazeta.pl. Wcześniej związana m.in. z "Życiem Warszawy" i "Echem Miasta".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (37)
Zaloguj się
  • zigzaur

    Oceniono 1 raz 1

    U dziecka odkryto muzyczny talent. Wysłano je do szkoły muzycznej. A tam dziecku obrzydzono muzykę każąc ćwiczyć gamy.

  • taktojahhh

    Oceniono 2 razy 2

    Szkoła poradzi sobie z każdym geniuszem mieszając go z resztą masy. Już po kilku latach edukacji każdy będzie rozumował i zachowywał się tak jak reszta grupy.

  • stereotyp76

    Oceniono 3 razy 1

    Kreatywność bez solidnych podstaw przyswojonej wiedzy i umiejętności jest tylko jałowym kręceniem się w kółko, przelewaniem z pustego w próżne. Na Zachodzie teorie, w których dzieciak robi, co chce i nie stawia się mu żadnych wymagań są bardzo modne, tylko kończy się to tym, że kołami napędowymi tamtejszych gospodarek są, w coraz większym stopniu, przybysze z krajów, gdzie wychowanie odbywają się, mniej lub bardziej, w zgodzie z modelem"Bojowej matki tygrysicy": Chin, Indii, krajów CEE w tym Polski. Miejscowi zaś, których nikt nie nauczył wartości wysiłku i ciężkiej pracy, w coraz większym stopniu są obciążeniem dla systemu.

  • januszz4

    Oceniono 2 razy 2

    Właściwie to płody marnują czas bezproduktywnie bujając się w wodach płodowych w macicy. Już wtedy powinny rozpocząć naukę pływania i akrobatyki (fikołki). Do organizmu matki należałoby wszczepić czipa umożliwiającego np. naukę przez płód języka chińskiego lub swahili. Pożądane byłoby także przekazanie płodowi podstawowych wiadomości na temat życia w rodzinie.

  • Maria Koperska

    Oceniono 1 raz 1

    ktoś pomylił pojęcia: wychować geniusza?Albo ktoś się rodzi geniuszem,albo nie.Można pomóc dziecku znaleźć pasję, wybrać hobby przedstawiając mu różnorodne zajęcia,ale jak dzieciak ma się w tym odnaleźć gdy ma cały pokój podobnych zabawek i się nudzi.A dać mu kilka patyków i drewnianych klocków, to nie potrafi się tym bawić,bo...brak mu wyobraźni.A co będzie za kilkanaście lat,jak nastolatki piją alkohol?Połowa dzieci z objawem FAS, to gdzie tu mowa o geniuszach.

  • no.idea.pro

    0

    kiedys byl ciekawy artykul o pewnych badaniach bodaj w kraju skandynawskim, w ktorych probowano znalezc wspolne cechy rodzin odnoszacych sukcesy wychwawcze. czy sa to rodziny pelne, czy matka pracujaca, czy bogate, czy moze ucza dzieci matematyki, a moze daja duza samodzielnosc? ku kompletnemu zaskoczeniu badaczy byl tylko jeden z cala pewnoscia miarodajny czynnik: wspolne posilki rodziny przy jednym stole. nie zapomnijmy o tym, wozac pocieche na zajecia dodatkowe;)

  • rikol

    Oceniono 3 razy -3

    ja ja ja. A kogo to obchodzi, że pani ma córkę?

  • zeke01

    Oceniono 4 razy 4

    rodzice muszą zrozumieć że tylko wespół z nauczycielem będą efekty w wychowaniu młodzieży bo jeżeli każdy sobie to cwaniacka i bystra młodzież jeszcze będzie napuszczała jednych na drugich i będzie miała z tego ubaw.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX