Popołudniowa herbatka, rok 1929

Popołudniowa herbatka, rok 1929 (fot. materiały prasowe)

kuchnia

"Jestem głosem tamtych kobiet". Historia o nich milczy

Ola Zaprutko-Janicka zbiera książki kucharskie i odkopuje historie życia codziennego minionych epok. Krakowska historyczka i redaktorka portalu CiekawostkiHistoryczne.pl w swojej trzeciej już książce zatytułowanej "Dwudziestolecie od kuchni" odbrązawia międzywojnie.

Żyjemy w przekonaniu, że przedwojenne polskie miasta były ogromnie eleganckie - owoce morza jadano tu kilka razy w tygodniu, a w kartach restauracji królowała zupa żółwiowa. Ty jednak opisujesz II Rzeczpospolitą jako kraj zrównany z ziemią przez pierwszą wojnę światową, w którym bieda aż piszczy. Gdzie leży prawda?

- Przedwojenna Polska była krajem kontrastów. Na tym, o czym wspomniałaś, polega jeden z nich: mamy i rzesze ludzi tak biednych, że mięso jadają raz czy dwa do roku, i lokale w stylu Adrii, gdzie serwuje się najwspanialsze dania...

W latach 30. i na początku lat 40. XX wieku najbardziej elegancki lokal stolicy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)W latach 30. i na początku lat 40. XX wieku najbardziej elegancki lokal stolicy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Piszesz, że Adria miała nawet klimatyzację!

- Tak, to był czas niezwykłego rozwoju techniki, pojawienia się prądu i gazu w powszechnym użyciu. Tym niemniej klimatyzacja czy automatycznie otwierane drzwi, a nawet pierwsze ruchome schody pod koniec międzywojnia to raczej ciekawostki. A tak pięknych lokali nie było znów na pęczki.

Warto też pamiętać, że Polska była krajem zamieszkiwanym przez mieszankę etniczną - dziś mamy bardzo homogeniczne społeczeństwo, które za tradycyjną polską kuchnię uznaje schabowego, bigos i pierogi. Gdyby natomiast popatrzeć w przeszłość, dostrzeglibyśmy, że nie istnieje coś takiego; ten koncept rozpadał się na tradycyjną kuchnię dworską, tradycyjną kuchnię miejską i tradycyjną kuchnię wiejską.

Pewnie jeszcze z regionalnymi wariacjami?

- O, tak. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak bardzo jednolita jest współczesna Polska pod względem języka, obyczajów i menu. Nawet wigilijne potrawy są dziś wszędzie jednakowe - a to dlatego, że domowi kucharze, zamiast sięgać do przepisów babć, inspirują się gazetami, które promują identyczną wizję wigilii. Ale gdy obserwuję trendy kulinarne, widzę na szczęście powrót części regionalnych tradycji, np. rogali świętomarcińskich, gęsi świętomarcińskiej czy półgęska. Ale jako że pochodzę z Podkarpacia, usłyszałam o nich już jako dorosły człowiek. Przez dziesiątki lat nie jadało się w Polsce gęsiny.

Pewnie z wyjątkiem mieszkańców Wielkopolski i tych, którzy hodowali gęsi, i to też raczej na pierze.

- Tak, głównie w tym celu hodowano gęsi również w przeszłości. Były niekłopotliwe w utrzymaniu, same dobrze się żywiły. Skubały trawę i okazjonalnie wchodziły w szkodę, czyli wyjadały rośliny z ogródka warzywnego. Warzywnik był przy każdym domu - gospodynie nie wyobrażały sobie, żeby nie mieć własnych świeżych jarzyn. Nie miałyby gdzie ich kupić. W dużej mierze trzeba było polegać na tym, co mogło wytworzyć własne gospodarstwo, miało się więc własne ziarna, jarzyny, owoce, mięso, nabiał. Na targowisko jeździło się sprzedawać, nie kupować - nabywało się co najwyżej naftę, zapałki. Po wsiach chodzili sprzedawcy guzików i igieł.

Przedwojenna reklama firmy dr Oetker (fot. materiały prasowe)Przedwojenna reklama firmy dr Oetker (fot. materiały prasowe)

A przyprawy?

- Je też trzeba było kupić. Sól była wówczas niesamowicie droga. Kiedy pisałam o II wojnie światowej, przekonałam się, że ludzie, słysząc, że może wybuchnąć wojna, gromadzili jej zapasy. W czasie I wojny kosztowała, nomen omen, słono, więc byli przekonani, że wręcz posłuży za walutę. Ostatecznie nie mieli racji - walutą stał się alkohol - ale daje to pojęcie o cenach, jakie osiągała.

Przed wojną państwo miało monopol na różne produkty, np. alkohol czy zapałki. Działało to trochę jak dzisiejsza akcyza - w cenie tych towarów był bardzo duży udział podatku na rzecz państwa. Pudełko zapałek, które dziś kosztuje 10 groszy, wówczas było wielokrotnie droższe, a przez to musiało wystarczyć na długo, więc ludzie rzeczywiście dzielili zapałkę na czworo. Gdy gospodynie rozpalały rano pod piecem, często się zdarzało, że przybiegały sąsiadki, żeby wziąć odrobinę żaru do rozpalenia we własnej kuchni.

Sól z kolei świetnie służyła też jako konserwant do mięsa. Moi pradziadkowie dwa razy do roku urządzali świniobicie, mięso pakowali do beczki, zasypywali solą z ziołami i stawiali przy kominie. Niektóre lepsze kawałki obsmażano, umieszczano w wyparzonym glinianym garze i zalewano tłuszczem. Dobrze przechowywany smalec mógł stać kilka lat i nic mu nie było. Był zresztą cenny jako tłuszcz, źródło kalorii. Nie tylko dosmaczano nim potrawy, ale i nadawano im "mocy", dzięki czemu tylko "o ziemniakach" (ale mocno omaszczonych smalcem) dało się pracować cały dzień w polu.

Skąd czerpałaś te wszystkie informacje o życiu w dwudziestoleciu międzywojennym?

- Najważniejsze było dla mnie usilne maglowanie babci. Nagrywałam ją cichaczem, żeby się nie krępowała. Dzięki temu łatwiej się otwierała i bardzo chętnie mówiła - czasem trochę chaotycznie, bo jej myśli biegły do kolejnych rzeczy, które pilnie chciała mi opowiedzieć. Przypominały jej się różne historie z dzieciństwa, rozpromieniała się np. na wspomnienie tego, jak wszystkich, którzy chodzili myć nogi do rzeczki, po palcach skubały raki. Tak czyste były wody przed epoką pestycydów i nawozów sztucznych!

Aneks kuchenny w pokoju z lat 30. Dzięki zastosowaniu niewielkiej kuchenki elektrycznej i sprytnych rozwiązań w rodzaju wysuwanych blacików, udało się zaprojektować mikroskopijną kuchnię, która jest przy tym funkcjonalna (fot. materiały prasowe)Aneks kuchenny w pokoju z lat 30. Dzięki zastosowaniu niewielkiej kuchenki elektrycznej i sprytnych rozwiązań w rodzaju wysuwanych blacików, udało się zaprojektować mikroskopijną kuchnię, która jest przy tym funkcjonalna (fot. materiały prasowe)

Czerpałam też z przedwojennej prasy, którą się fascynuję. Jej lektura otwiera oczy! Z jednej strony były to bulwarówki za 2 grosze, z drugiej gazety codzienne - wszystkie można teraz wertować w bibliotekach cyfrowych po konkretnych frazach. W ten sposób wyszukiwałam np. historie o wypadkach z użyciem gazu, gdy tylko ten wynalazek techniczny zawitał pod strzechy. Szybko zaczęli go wykorzystywać samobójcy. Stał się też źródłem niefortunnych wypadków podyktowanych nieświadomością. Natknęłam się np. na historię dozorcy, który poczuł gaz ulatniający się z piwnicy i poszedł to sprawdzić, dzierżąc w ręku zapaloną świeczkę...

Czy istnieją pamiętniki z tamtych czasów?

- Tak, choć należy pamiętać, że najwięcej pamiętników zostawili ludzie z najwyższych warstw społecznych, którzy mieli czas na ich spisywanie i możliwość, by się tym zająć. Tymczasem dziedzictwo historyczne najbiedniejszych odeszło. Ludzie wypowiadający się na temat przedwojennej Polski chętnie powołują się na doświadczenia swoich przodków zapisane w pamiętnikach: "Mój dziadek przecież pisał, że było dobrze". Tyle że dbałość o pamięć historyczną była najczęściej domeną rodzin zamożniejszych. Dziś też tak jest, choć zasadnicza różnica jest taka, że współcześnie wszyscy umieją czytać i pisać.

A takie osoby jak my, ówczesna miejska klasa średnia, czym zajmowały się na co dzień?

- Dwudziestolecie międzywojenne to czas, kiedy kobiety właśnie zaczynają pracować. I to nie tylko dlatego, że muszą, ale też dlatego, że chcą. Pierwsza wojna światowa przemeblowała społeczeństwo na tyle, że otworzyła im drogę nie tylko do bycia służącymi czy robotnicami fabrycznymi, lecz także właścicielkami sklepów, punktów usługowych czy małych przedsiębiorstw rzemieślniczych w rodzaju szwalni, hafciarni itd. Kobiety zaczynają mieć swoje pieniądze, współdecydują o życiu domu.

Taka pani, jeśli była wysoko sytuowana, miała służącą. Tuż po odzyskaniu niepodległości w prawie każdym średnio zamożnym domu była chociaż jedna osoba służby, która zajmowała się sprzątaniem i gotowaniem, a pranie robiła dochodząca praczka. Pod koniec międzywojnia jeszcze gdzieniegdzie utrzymywała się jakaś służąca, ale w znacznie większym stopniu był to luksus, w konsekwencji same gospodynie coraz częściej chwytały się obowiązków domowych. Nawet pani doktor, która w dzień leczyła pacjentów, po południu leciała do domu siekać kotlety. Biuralistka spieszyła po pracy wyprasować mężowi koszulę, a nauczycielkę, która wraz z zajściem w ciążę nie traciła przecież władz umysłowych, zwalniano z pracy.

Z czasem coraz bardziej zaczęły się upowszechniać chłodnie elektryczne. Sprawdzały się one zarówno w branży gastronomicznej, jak i w zwyczajnych gospodarstwach domowych. Problemem była tylko ich wygórowana cena, przez którą były poza zasięgiem większości Polaków (fot. materiały prasowe)Z czasem coraz bardziej zaczęły się upowszechniać chłodnie elektryczne. Sprawdzały się one zarówno w branży gastronomicznej, jak i w zwyczajnych gospodarstwach domowych. Problemem była tylko ich wygórowana cena, przez którą były poza zasięgiem większości Polaków (fot. materiały prasowe)

Na szczęście rewolucja technologiczna sprzyjała kobietom: dzięki intensywnej gazyfikacji Warszawy pani nie musiała już ganiać z wiadrami wody do podgrzania czy koszami drewna na podpałkę. Wystarczyło, że odkręci kurek z gazem. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielka to była rewolucja. Bo przecież żeby ugotować obiad na kuchni opalanej drewnem, trzeba go najpierw narąbać, przynieść, rozpalić w piecu, poczekać, aż kuchnia się nagrzeje, a to nie dzieje się w sekundę. Potem jeszcze trzeba dopilnować, żeby ogień nie był zbyt duży ani zbyt mały. Dzięki kuchence gazowej jedno-, dwu-, trzy- albo czteropalnikowej czy piekarnikowi napędzanemu gazem obiad dla całej rodziny można ugotować w pół godziny, a nie w dwie i pół.

Pozakuchenne sprzęty użytku domowego też wydatnie poprawiały jakość życia?

- Jak najbardziej: piecyki do ogrzewania wody, które możemy obejrzeć w Muzeum Gazownictwa, czy lampy gazowe to były objawienia. Wreszcie można było przestać pilnować okopconych kloszy lamp naftowych, bać się, że ktoś je przewróci, rozleje naftę i wywoła pożar. W dwudziestoleciu pojawiają się też żelazka gazowe - wystarczy je włączyć i już można prasować! Zwykle nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo takie drobiazgi jak czajnik elektryczny czy ekspres poprawiają nam standard życia.

Chyba nie kąpałabym się codziennie, gdybym musiała nagrzać co rano wiele litrów wody...

- Kąpałabyś się - z dzbankiem wody i miską. Nagrzewanie balii nie miało w tych warunkach większego sensu. Przedwojenni ludzie nie chodzili oczywiście ciągle brudni, ale standard mycia się był dużo niższy.

Czy w czasie pracy nad książką odkryłaś jakieś godne przypomnienia zabiegi urodowe?

- Gdy patrzymy na zdjęcia przedwojennych kobiet, rzuca nam się w oczy ich porcelanowa cera. Taka piękna skóra bez przebarwień, plam i wyprysków - bo przecież nie było wówczas jeszcze tak skutecznych kosmetyków kamuflujących - jest przede wszystkim kwestią naturalnej pielęgnacji. Gdy przyjrzałam się temu, co dziś kładziemy na twarz, i przeanalizowałam składy, to złapałam się za głowę. Po czym zrobiłam eksperyment na sobie i teraz mogę się pochwalić niezłą cerą. Zaczęłam używać tylko naturalnych kosmetyków, z rzadka pozwalam sobie na mocniejszy żel do mycia twarzy. Sama robię kremy, używając baz dostępnych w sklepach internetowych oraz olejków i hydrolatów, w zależności od potrzeb. Działa idealnie!

Reklamy zachęcały kobiety do tego, by używać coraz to bardziej nowoczesnych wynalazków (fot. materiały prasowe)Reklamy zachęcały kobiety do tego, by używać coraz to bardziej nowoczesnych wynalazków (fot. materiały prasowe)

A czy pisząc, natknęłaś się na coś, co cię zdziwiło?

- Zszokowała mnie cena pierwszych lodówek. W naszych czasach, jeśli ktoś nie najgorzej zarabia, kupi ten sprzęt za równowartość połowy pensji, może całej - zależy od tego, jaki sprzęt wybierze. W przedwojennej Polsce, bodaj w 1936 roku, robotnik, który wcale nie zarabiał źle, bo około 120 zł miesięcznie, i mógł za swoją pensję kupić 360 kg chleba, na lodówkę musiał pracować półtora roku! Kosztowała bowiem aż około 2 tysięcy ówczesnych złotych! To pokazuje, jak bardzo luksusowym była towarem, podobnie zresztą jak inne narzędzia do chłodzenia - chłodnie pokojowe i lodownie. W ich przypadku dodatkowo kosztował abonament na lód, który dostarczano codziennie i umieszczano w chłodni. Zresztą, jako obiekty szykowane na potrzeby ludzi zamożnych, takie chłodnie były elegancko wyrychtowane - można było wybrać kolor czy sposób wykończenia: blachą lub płytkami. Taką chłodnię można było ustawić w salonie i chwalić się tym, że nas na nią stać. Już w tamtych czasach pojawiały się też lodówki do zabudowy, czy też, jak mówiono: "do ukrywania w meblach", choć nie natrafiłam jak dotąd na żadne zdjęcia.

Siedzimy w restauracji, zamówiłyśmy jedzenie i napitki - jak by to wyglądało, gdybyśmy przeniosły się w dwudziestolecie międzywojenne?

- Siedzimy w całkiem niezłym miejscu na skali od mordowni do kryształowych kieliszków (śmiech). Więc po pierwsze: kelner byłby ubrany w liberię. Po drugie, cały czas skakałby koło nas, z prostego powodu: kelner kupował dania od restauracji i na koniec dnia rozliczał się z nią z tego, co udało mu się sprzedać. Już jego głowa była w tym, by klient zamówił jak najwięcej, a potem uczciwie mu za wszystko zapłacił. Pełnił też nieco inną rolę - był bardziej concierge niż osobą podającą potrawy. Bo gdy pan przychodził z panią i szepnął kelnerowi na uszko, że chciałby podarować jej bukiet kwiatów, kelner dopilnowywał, by bukiet się zmaterializował. Stały gość mógł zamawiać dania spoza karty, a więc gdy miał ochotę na winogrona, kelner stawał na głowie, aby mu je dostarczyć.

W każdej większej restauracji był chłopiec na posyłki, który biegał na targ, do kwiaciarni i nosił tabliczkę z informacją "Telefon do pana Kwiatkowskiego". Z braku telefonów osobistych dzwoniło się bowiem do restauracji, gość na moment odchodził od stolika, rozmawiał i wracał bez potrzeby wychodzenia z knajpy. Jeśli zaś zbierał się już do domu i na przykład miał ogromnego kaca, po którym bolała go nieziemsko głowa, kelner zamawiał mu dorożkę na gumach, a nie na zwykłych kołach, które tak bardzo nie hałasowały. Dbałość o takie drobnostki czyniła kelnera dobrym. W tamtych czasach był on "niezależnym podwykonawcą", często też zawód przechodził z ojca na syna, bo była to posada bardzo intratna. Żeby zostać kelnerem, trzeba było nabyć wiedzę, umieć zaproponować najlepszą potrawę, mieć ogładę. Chętnie choć na jeden wieczór przeniosłabym się w czasie, by móc pójść z mężem na kolację do międzywojennej restauracji!

Mnie urzekła historia knajpy Grubego Joska z ulicy Gnojnej - warto, żeby takie opowieści przetrwały!

- Tak, to była klasyczna mordownia w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu (śmiech). Taka, do której chodziło się za studenckich czasów na kielicha, tylko przeniesiona przed wojnę, w czasy pełnej różnorodności etnicznej i klasowej. Gruby Josek to moja wielka fascynacja - facet, który prowadził naprawdę szemrany lokal, a znał najbardziej wpływowe osoby w państwie. Miał tyle siły w rękach, że jak trzeba było interwencji wykidajły, sam po prostu brał osoby awanturujące się za fraki i wyrzucał je za drzwi. Podobno serwował doskonałą kuchnię, gościł u siebie zarówno zwyczajnych woźniców, jak i majorów i każdy jadł u niego tak samo smacznie. Facet był do tego stopnia szanowany, że sąsiedzi prosili go o rozsądzanie sporów i porady. Gruby Josek, jak to się często zdarza wśród osób otyłych, umarł na zawał w wieku zaledwie trzydziestu kilku lat. Jego historię zapamiętaliśmy, ale ile jeszcze było takich miejsc i ludzi, o których słuch zaginął?

Twoja książka jest też wielkim peanem na rzecz kobiet, ich pracy i inwencji. Czy to się stało niejako przy okazji, czy od razu założyłaś sobie, że "Dwudziestolecie od kuchni" będzie hołdem złożonym kobiecej pracy?

- I tak, i nie. Z jednej strony kobietom się po prostu należy, żeby mówić otwarcie, jak wiele wysiłku, czasu i zaangażowania wkładały w prowadzenie domu i oliwienie tej wielkiej maszyny, jaką była rodzina. Z drugiej - ja tego nie planowałam. Wyszło mi to przypadkiem. Gdy czytałam o codziennych zmaganiach ówczesnych kobiet, cały czas myślałam, że o tym trzeba opowiedzieć.

Na wykładach z historii, a skończyłam ten wydział, nie ma o tym słowa, podobnie jak w podręcznikach szkolnych. Życie codzienne kobiet, tak zwana "herstoria", zostało wyrzucone poza margines bitew, wojen i władców, co bardzo mnie boli, bo na litość boską - chodzi o połowę społeczeństwa! To, co robiły kobiety, było nie mniej ważne od działań mężczyzn, choć opracowania historyczne donoszą głównie o tych drugich. "Przez mężczyzn, o mężczyznach i dla mężczyzn". Ja się na to nie godzę, co zresztą przysparza mi uszczypliwych komentarzy ze strony niektórych czytelników.

Jestem głosem tamtych kobiet. Piszę przede wszystkim o tym, czego mnie samej brakuje. Zanim pojawił się pomysł pisania książek, sama chciałam poczytać o różnych aspektach dawnej codzienności, w szczególności od kobiecej strony, i nic nie mogłam znaleźć! A jeśli dziś się tym nie zajmiemy, kto przypomni ich historię? O ile o wojnie i latach tuż po niej jest jeszcze z kim rozmawiać, o tyle przedwojenna Polska właśnie wymiera. Moja babcia skończy w tym roku 96 lat i chyba cudem ma jeszcze sprawny umysł. Jestem więc ostatnią osobą w rodzinie, która może zachować pamięć o tych sprawach. Namawiam wszystkich do tego, by - jeśli jeszcze można - słuchać i zapamiętywać. Dopóki jest jeszcze kogo zapytać.

Książka Aleksandry Zaprutko-Janickiej 'Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski' ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. Renata Szczepanik / materiały prasowe)Książka Aleksandry Zaprutko-Janickiej 'Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski' ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. Renata Szczepanik / materiały prasowe)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Aleksandra Zaprutko-Janicka.
Historyczka i publicystyka. Współzałożycielka portalu Ciekawostki historyczne.pl. Autorka świetnie przyjętych książek: "Okupacja od kuchni" oraz "Piękno bez konserwantów". 

Agata Michalak. Dziennikarka, redaktorka, z wykształcenia kulturoznawczyni, pisze o przyjemności płynących z kultury (i) jedzenia. Współtworzyła i prowadziła magazyn kulturalno-kulinarny "Kukbuk", szefowała miesięcznikowi "Aktivist", pisała do berlińskiego dwutygodnika "Zitty", "Wysokich Obcasów" i "Exklusiva". Prowadziła autorską audycję w Radiu Roxy i bloga o ekodizajnie. Ciekawi ją życie wielkich miast.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (51)
Zaloguj się
  • bene_gesserit

    Oceniono 19 razy 19

    Pytajcie i spisujcie rodzinne receptury, zanim nie będzie za późno na odtworzenie ciasta jednej czy kotletów mielonych drugiej babci. To niesamowite dziedzictwo miłości, pomysłowości i wkład pracy wielu pokoleń.

    Żeby łatwiej było tęsknić, kiedy odejdą.

  • gavarnie

    Oceniono 18 razy 16

    Mam na półce książkę pani Zaprutko - Janickiej o okupacji od kuchni. Dobra robota, dziękuję. Teraz inaczej patrzę na żołędzie... Brakowało mi takiej książki, jak dotąd o sposobach gotowania w czasie wojny można było przeczytać tylko we wspomnieniach leningradzkich. Pozdrawiam!

  • maxthebrindle

    Oceniono 15 razy 15

    Ciekawe, że to co pani autorka opisuje jako międzywojenną przeszłość Stolycy, dla mnie było codziennością na małej, wielkopolskiej wsi, gdzie jako rozumiejący już trochę świat dzieciak mieszkałem na początku lat 70-tych ubiegłego wieku. Podstawą wyżywienia było to, co się samemu wyhodowało w gospodarstwie - potem, w latach postępujących i wieloletnich 'przejściowych problemów z zaopatrzeniem' ratowało się życie bliższej i dalszej rodzinie 'miastowych' przy okazji... Dla mnie normalne było, że procedura prowadząca do obiadu zawiera w sobie napalenie pod kuchnią, przyniesienie wody ze studni, latem - wyjście do ogrodu by narwać różnych pyszności, nakopać w polu ziemniaków, zabić koguta czy kaczkę (albo młode gołębie... te też się jadało, podobnie jak króliki), zimą zaś - wyprawę do kopca (gdzie były zakopcowane ziemniaki) i do 'sklepu' (czyli po Pyrlandzku - piwnicy) po przetwory zakonserwowane domowymi sposobami. Świniobicie raz w roku i po nim genialne wędliny przechowywane 'w schowku' pod schodami, w którym szynki wisiały sobie bez kontaktu z zamrażarką czy lodówką całymi miesiącami, smakując z każdym tygodniem bardziej wybornie - to mokre coś, sprzedawane dziś w plasterkach jako szynka ma z tamtą bardzo niewiele wspólnego. Wspaniała domowa kaszanka, 'wątrobianka' (czyli... pasztet), kiełbasy... I oczywiście smalec, wytopiony i przechowywany w kamionkowej beczce... Generalnie praktycznie nic się nie marnowało: zabijając kaczkę na mięso uzyskiwało się krew, z której robiono genialną zupę, czerninę. Wiem, że metroseksualni z korpo, mieszkający w apartamentach właśnie dostali torsji, ale uświadomcie sobie proszę, że praktycznie rzecz ujmując to było genialne źródło żelaza w ówczesnej diecie. Zresztą... tak wyśmiewane mirabelki i szczaw też były autentycznym składnikiem naszej diety - z tych pierwszych powstawał genialny kompot, kwaskowaty i ożywczy, wspaniały podczas plac polowych, ten drugi zaś, obok grzybów kani, pieczarek i chrzanu był genialnym produktem do pozyskania podczas wyprawy na łąkę po trawę, mlecz czy pokrzywy dla drobiu i królików. Same młode pokrzywy jadaliśmy z braćmi w formie dodatku do surówek - znowu, wspaniały naturalny antybiotyk i źródło cennych składników odżywczych... I tak, wiele rzeczy robiło się ręcznie, kąpiel raz w tygodniu w najlepszym razie, po pracowitym nagrzaniu wody na kuchni w wielkim kotle, poza tym mycie nad miską w zimnej wodzie... Można wspominać godzinami, a rzecz działa się przecież sporo po wojnie...

  • kapitan.kirk

    Oceniono 14 razy 10

    Bardzo ciekawy artykuł, ale jednak kilka uwag i uzupełnię muszę, inaczej się uduszę ;-)

    <<< Żyjemy w przekonaniu, że przedwojenne polskie miasta były ogromnie eleganckie >>>

    Hmmm, no nie wiem - jakoś nie kojarzę takiego powszechnego przekonania; ani w czasach PRL, ani obecnych...

    <<< Nawet wigilijne potrawy są dziś wszędzie jednakowe >>>

    Veto ;-) Może Autorka za mało kraju zna po prostu; znaczne zróżnicowanie regionalne pod tym względem nadal istnieje i ma się jak najlepiej.

    <<< Dwudziestolecie międzywojenne to czas, kiedy kobiety właśnie zaczynają pracować. I to nie tylko dlatego, że muszą, ale też dlatego, że chcą. Pierwsza wojna światowa przemeblowała społeczeństwo na tyle, że otworzyła im drogę nie tylko do bycia służącymi czy robotnicami fabrycznymi, lecz także właścicielkami sklepów, punktów usługowych czy małych przedsiębiorstw rzemieślniczych w rodzaju szwalni, hafciarni itd. Kobiety zaczynają mieć swoje pieniądze, współdecydują o życiu domu. >>>

    Teza nader dyskusyjna. Doskonale pasowałaby ona do większości państw zachodnioeuropejskich, natomiast akurat w Polsce (a w przede wszystkim w zaborze rosyjskim) proces ten został zapoczątkowany znacznie wcześniej, bo na większą skalę już po Powstaniu Styczniowym i zresztą z całkiem podobnych przyczyn, czyli z braku mężczyzn którzy na różne sposoby padli ofiarami zbrojnego i politycznego konfliktu. Jest to zresztą dobrze poświadczone zarówno w ówczesnej publicystyce, jak i w literaturze.

    CDN

  • mr.superlatywny

    Oceniono 10 razy 8

    Tylko ze to znowu tylko o Warszawie icentralno-wschodniej Polsce, tzw. "ruskiej Polsce".

    Analfabetyzm wtedy: Polska = 35%, (wschodni/polski) G.Slask = 5% (a Szwecja = 0,1%). No comment.

  • jan.go

    Oceniono 13 razy 5

    " Pudełko zapałek, które dziś kosztuje 10 groszy, wówczas było wielokrotnie droższe, a przez to musiało wystarczyć na długo, więc ludzie rzeczywiście dzielili zapałkę na czworo " i stąd powiedzenie Dlaczego ? Polski Monopol Zapałczany został wydzierżawiony pewnemu cwanemu szwedowi Dokładnie pan Kreuger skorumpował polski rząd co trudne nie było bo taka była II Rzeczpospolita Na usprawiedliwienie trzeba dodać że nie tylko nasz ( i zawsze chodziło o zapałki ) i że korupcja kiedyś nie była tak strasznie potępiana

  • mniklasp

    Oceniono 10 razy 4

    bardzo dobry , ciekawy wywiad o tamtych czasach

  • baba67

    Oceniono 10 razy 2

    Naprawde warto przeczytać poprzednia ksiazkę tej pani-o okupacji.Porządnie zrobione , podane w arcyciekawej formie.Te na pewno przeczytam.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX