Dobrosława Miodowicz-Wolf

Dobrosława Miodowicz-Wolf (fot. materiały wydawnictwa Znak)

"Nikt jej nie pomógł. Nie było obok nikogo, żeby ją wybudzić". Jak K2 zabrał polską himalaistkę

Była drobna, mówili na nią "Mrówka". Szatynka, niemal brunetka. Nosiła krótką fryzurę, prawie na chłopaka, i w uśmiechu pokazywała zęby. I była znakomitą himalaistką. W 1986 roku Dobrosława Miodowicz-Wolf porwała się na drugi najwyższy szczyt świata - K2. Historie "Dobrusi", jej koleżanek i następczyń w książce "Himalaistki" opisał Mariusz Sepioło. Oto jej fragment.

Kadry z życia

Na pierwszym zdjęciu nie jest himalaistką, alpinistką, taterniczką. Jest Dobrusią. Czerwony sweter, skromne, okrągłe kolczyki w uszach. Uśmiecha się do kogoś, kto stoi obok obiektywu. Mruży oczy, kiedy się śmieje.

Na kolejnym kadrze ma za sobą góry. Opiera się plecami o skałę i melancholijnie spogląda w bok. Tu jest chyba trochę starsza, wygląda poważniej, w oczach ma więcej troski niż radości.

Ostatnie zdjęcie: mały chłopiec stoi gdzieś na tatrzańskim szlaku i patrzy w dal. Ma jasne włosy, w ręku trzyma biały kubek. [...] Kobieta ze zdjęć to Dobrosława Miodowicz-Wolf, mama malca z ostatniego zdjęcia. [...]

Dobrosława Miodowicz-Wolf (fot. archiwum prywatne Łukasza Wolfa)

Dobrosława Miodowicz przychodzi na świat w 1953 roku. Ma starszego brata - Konstantego (zm. w 2013 r.) Matka Zyta pracuje jako nauczycielka, ojciec Alfred Miodowicz [...] wierzy w socjalizm. W PZPR zrobi karierę, będzie działał w oficjalnych związkach zawodowych. Jego syn zostanie opozycjonistą, będzie internowany. Dobrosława szuka sensu życia na swój sposób. Nie angażuje się, w przeciwieństwie do brata, w politykę. Jej pasją stają się [...] góry. [...]

Zasady

Wypożycza z biblioteki książki Wawrzyńca Żuławskiego, [słynnego taternika i ratownika - red.], autora Trylogii Tatrzańskiej i przywiązuje się do idei, którą Żuławski propaguje w swoich książkach:

Że przyjaciela nie opuszcza się nawet wówczas, jeśli jest już tylko bryłą lodu.

Według Żuławskiego w górach nie ma miejsca na moralny relatywizm. Liczy się solidarność z partnerem, współpraca i w razie potrzeby - niesienie pomocy. Stąd metafora bryły lodu: partnera wspinaczki nie można zostawić w górach, nawet gdy nie ma już dla niego ratunku. [...]

Ci, którzy znali ją z gór, wspominają, że była silna - głównie pod względem psychicznym. Mrówka, mówią, choć rzeczywiście niska i drobna, miała niesamowite parcie i wielką odporność psychiczną w trudnych sytuacjach. Nigdy łatwo nie rezygnowała, a oprócz tego - zgodnie z przykazaniem Żuławskiego - potrafiła zadbać o innych. [...]

Łukasz Wolf, syn Dobrosławy i Jana [...]pamięta, że mama mogła ruszyć na wyprawę na K2 w 1982 roku. Ale nie pojechała przez niego. - Była w ciąży, urodziła mnie zimą 1981 roku. Wtedy kobiety spod K2 przesłały mi, bobasowi, tę kartkę. Fajna pamiątka. Być może mama miała niedosyt, bo wszystkie te babki sobie jeździły, a ona siedziała w domu - podejrzewa Łukasz.

Dobrosława Miodowicz-Wolf (fot. archiwum prywatne Łukasza Wolfa)

Wielkie dni polskich himalaistek

Dobrosława Miodowicz-Wolf w wysokie góry trafia dość późno. Polskie kobiece wspinanie ma już swoje wielkie sukcesy: wejście na Gaszerbrumy w 1975 roku, Mount Everest Wandy Rutkiewicz trzy lata później. Wtedy do czołówki alpinistek dołącza drobna i krzepka Mrówka, pracownica Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, wówczas także instruktorka taternictwa i alpinizmu. A co najważniejsze - partnerka Wandy Rutkiewicz, z którą wspina się w Alpach. Jej pierwszą wyprawą na ośmiotysięcznik będzie próba zdobycia K2 w 1984 roku.

"Dla Dobrosławy zaczęły się góry wysokie. Zafascynowały Ją tak silnie, że chyba trochę zapomniała o ludziach i wbrew sobie poddała się indywidualizmowi królującemu na wysokościach" - pisał o żonie Jan Wolf. [...] Zauważam, że kiedy mowa o Tatrach i Alpach, nazywa ją "Dobrusią". Kiedy wspomina o jej pierwszych wyjazdach w Himalaje, zaczyna pisać: "Dobrosława".

W 1985 roku Polki - Wanda Rutkiewicz, Krystyna Palmowska, Anna Czerwińska i Dobrosława Miodowicz-Wolf jadą na Nanga Parbat. Tam Mrówka wchodzi tylko na przedwierzchołek. Na grani szczytowej zastaje ją pogorszenie pogody. Czuje się coraz gorzej, widzi obok nieistniejące postaci. Mogły to być pierwsze objawy choroby wysokościowej. Dlatego wtedy zawraca. Przekracza magiczną granicę 8000 m n.p.m, nie ma butli z tlenem, a niedotlenienie powoduje majaki. Reszta damskiej ekipy czeka w obozie IV. Himalaistki powoli tracą nadzieję na powrót Mrówki, ale w końcu Wanda Rutkiewicz bierze latarkę, termos, kij i linę, i wychodzi do góry. Niewiele może zobaczyć w gigantycznej śnieżnej zamieci. Wreszcie dostrzega słaniającą się postać. Jak wspomina w swojej książce "Nanga Parbat. Góra o złej sławie" Anna Czerwińska, Mrówce do szczytu zabraknie wtedy 50 metrów. [...]

Udana dla Rutkiewicz, Palmowskiej i Czerwińskiej wyprawa na Nanga Parbat sprawiła, że polskie himalaistki uwierzyły w siebie. Dla Mrówki była to jednak próba nieudana. Polki zaczęły się zastanawiać nad celem kolejnej.

Wybrały K2.

K2 (fot. Svy123/Wikimedia Commons/CC BY-SA 3.0)

Oblężenie K2

Jest 1986 rok. Pakistan otwiera granice. Władze przyznają pozwolenie na zdobywanie K2 praktycznie każdemu. W sumie u podnóży giganta z Karakorum jest wtedy w tym samym momencie dziewięć wypraw, prawdziwy tłum. Początkowo na K2 były dwa polskie zespoły: kobiecy i męski (a w nim: Janusz Majer, Przemysław Piasecki, Wojciech Wróż i Peter Bożik). Dobrosława zdecydowała jednak na wejście inną drogą (żebrem Abruzzich) w zespole z Alanem Rouse, członkiem wyprawy angielskiej. Na tej drodze znalazł się też zespół austriacki (Alfred Imitzer, Hannes Wieser, Willi Bauer, zespół Kurta Diembergera z Austrii oraz Brytyjka Julie Tullis).

Jim Curran, uczestnik tamtej wyprawy, w książce K2. Triumf i tragedia napisze o Mrówce: "(...) prawie nie mówiła po angielsku i to częściowo było przyczyną nieporozumienia". Ludzie gór co prawda rozumieją się dobrze, ale nie bez słów.

Alan z Mrówką ruszyli o północy. Mrówka pożegnała się z Polkami. Jim Curran zapisze w pamięci ostatnie słowa kierownika wyprawy. "Staliśmy w ciemnościach, gawędziliśmy i czekaliśmy, kiedy Mrówka wyjdzie z namiotu. Al wydawał mi się bardzo podniecony. Nagle zupełnie niespodziewanie powiedział mi, iż ma przeczucie, że nie wróci. Zbagatelizowałem to i odparłem, że ja mam takie przeczucie przed każdą wspinaczką; dotychczas nie sprawdzało mi się w stu procentach, więc zmieniliśmy temat. Wtedy przyszła Mrówka". Curran życzył im powodzenia i kazał uważać na siebie. A wtedy, jak wspomina Curran: "Mrówka nieśmiało i dość nieoczekiwanie objęła mnie i pocałowała w oba policzki - coś, czego większość Anglików nigdy nie opanuje. Potem ruszyli". I już nie wrócili.

Willi Bauer po powrocie z góry wyrzuca z siebie słowa: "Julie. dead, Alfred.Hannes. dead. Alan. dead". 13 sierpnia 1986 roku siada naprzeciw swoich kolegów i opowiada o tym, co stało się wyżej. Himalaiści nagrywają wszystko na taśmę.

Zapis tej rozmowy znajdę w prywatnym archiwum Łukasza Wolfa. To kilkanaście pożółkłych kartek z tekstem wystukanym na maszynie, z ręcznymi poprawkami długopisem. Zaczyna Krystyna Palmowska:

- Wyruszyliście 28 lipca, Mrówka z Alanem - 29-go. Oni byli stosunkowo wolni, prawda?

Willi Bauer: - Nie wiem. Wyruszyłem 28-go, 29-go osiągnąłem obóz II, a 30-go obóz III.

- Mrówki wtedy nie widziałeś?

- Nie, nie widziałem Mrówki. Moi przyjaciele zeszli [do bazy - przyp. red.], a z dołu podeszli Hannes i Alfred. 1 sierpnia przystąpiliśmy do torowania, ponieważ musieliśmy znaleźć obejście seraka *, który obrywał się na drodze do obozu IV. Tam postawiliśmy namiot. Wtedy też nadeszli Koreańczycy. Znacznie niżej ustawili swój namiot Mrówka i Alan.

- Kiedy to było?

- To było pierwszego i wszyscy szli po śladach (...)".

Już 2 sierpnia wspinacze chcą wejść na szczyt. Torują drogę, dochodzą aż do 8400 m. Okazuje się, że na górze ciągle leży tyle śniegu, że nie mogliby zdobyć szczytu bez biwaku. Zawracają, by ponownie zaatakować szczyt 4 sierpnia w pełniejszym składzie. W grupie będzie także Mrówka.

Północna ściana K2 (fot. Jan Reurink/Wikimedia Commons/CC BY 2.0)

Lodowe piekło Karakorum

Dobrosława Miodowicz-Wolf "nie może nadążyć" za Alanem Rousem, ale - według relacji Bauera - "koniecznie chce iść do góry". Willi Bauer i Alfred Imitzer razem stają na szczycie. Podczas zejścia najpierw spotykają Alana, potem Mrówkę - 150 m od szczytu. Willi mówi jej, żeby zawróciła, bo jest za późno i nadchodzi załamanie pogody. Polska himalaistka odmawia. Chwilę później przekona ją do tego Alan.

Podczas zejścia panują ekstremalnie złe warunki. Wieje silny wiatr. [,,,] Wspinacze nie mają żywności, wody i niczego do stopienia. W obozie pozostają aż do 10 sierpnia. Alfred i Hannes zaczynają mieć objawy choroby wysokościowej. Polska himalaistka pomaga też przy torowaniu, wyciąga Bauera, kiedy ten zapada się w śniegu. Na dodatek okazuje się, że obóz III został zmieciony przez wiatr. Bauer ostro krytykuje Kurta Diembergera za brak pomocy. "Diemb też powinien torować" - mówi Bauerowi Mrówka.

W końcu wspinacze znajdują serak, poniżej którego są poręczówki. Muszą uwalniać liny spod śniegu. Mrówka zaczyna mieć wtedy - jak określa to Bauer - "problemy z przyrządem zjazdowym". Lina, która musi przejść przez ósemkę z metalu, jest gruba, twarda i zamarznięta. Mrówka ma trudności z przeciągnięciem jej przez przyrząd, zwłaszcza, że niedomagają zmarznięte na kość, ukryte w grubych rękawicach palce. Willi Bauer w rozmowie z kolegami zaznaczy, że w ciągu sześciu dni w obozie IV kilka razy proponował wcześniejsze zejście, ale zawsze napotykał opór. Jego stronę trzymała tylko Mrówka.

Mijają kolejne godziny morderczego zejścia. Dobrosława Miodowicz-Wolf traci siły i zdrowie. Udaje jej się zejść, a właściwie zjechać, do 7100 m. To wtedy prawdopodobnie umiera z wyczerpania, przypięta do liny, która miała jej pomóc w bezpiecznym zejściu.

"To straszne powiedzieć - mówi Bauer - że kiedyś poznałem taką superdziewczynę, a ona umarła".

"Nie pomógł jej nikt"

Konstanty Miodowicz napisze o zmarłej siostrze: "Dobrusia schodziła z podwierzchołkowych partii K2 w dramatycznych okolicznościach, przy niej umierali ludzie - doświadczeni himalaiści. Pomagała im. Jej nie pomógł nikt. Zasnęła, stojąc, przypięta do poręczówek, tuż nad namiotem jednego z obozów. (...) Niestety, nie było obok nikogo, żeby ją wybudzić. Szkoda, że zabrakło kogoś, kto by ją trącił łokciem. Pod koniec pierwszy szedł Willi Bauer, wyrywając linę poręczową spod śniegu, a za nim Dobrusia i Kurt. Miała pecha. Diemberger to nie Żuławski" - dodał brat Mrówki.

Konstanty Miodowicz nie miał wątpliwości, że Diemberger stawiał tylko na siebie. Powiedział Oldze Morawskiej: "Mając na względzie 'staroświeckie' wartości ludzi gór, Diemberger zawiódł. Nie przeszedł najcięższej próby". [...] Łukasz Wolf, wówczas jeszcze dziecko, pamięta, że Kurt Diemberger był w rodzinie Wolfów przez lata wspominany jako ten zły. - Ten, który ją tam zostawił - jak mówi Łukasz. Prędko jednak prostuje:

- Ale kiedy zacząłem na poważnie studiować materiały o mamie, doszedłem do wniosku, że na to wszystko złożyło się bardzo dużo niekorzystnych okoliczności. To tylko gdybanie. Trzeba sobie też zdawać sprawę, że Diemberger musiał być wtedy kompletnym wrakiem. Nawet z opisu Bauera wynika, że on był w najgorszej formie z nich wszystkich. Ludzie sobie pewnie nie wyobrażają, ja pewnie też, w jakim oni byli stanie. To byli ludzie umierający, ludzie w agonii. Przebywali na ośmiu tysiącach, w strefie śmierci, przez tydzień. To rekord, nigdy wcześniej ani później nie zdarzyło się, żeby himalaiści byli tam tak długo i przeżyli.

Rok po śmierci Mrówki jej ciało zostało odnalezione przez Japończyków. [...] Jej syn nie feruje wyroków: - Oceniać, siedząc w domu na kanapie, może każdy. Jestem wrogiem wszelkich komisji etycznych. Wspinanie się w Himalajach to ekstremalne sytuacje, w których ciało jest poddane bardzo trudnym warunkom. Doprowadzasz swój organizm do walki o życie. Działasz instynktownie. To instynkt. Samozachowawczy.

* Serak - element lodowca, wielotonowa bryła lodu tworząca się w wyniku pękania lodowca, spowodowanego przez ruch progu lodowcowego ponad wybrzuszeniami i progami podłoża (źródło: Wikipedia).

Dobrosława Miodowicz-Wolf i okładka książki 'Himalaistki' Mariusza Sepioły (fot. archiwum Łukasza Wolfa/mat. wyd. Znak)

Książka Mariusza Sepioło "Himalaistki. Opowieść o kobietach, które pokonują każdą górę" ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Mariusz Sepioło.
Reporter. Urodził się w Płocku, skończył politologię i dziennikarstwo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Na jego pierwszą książkę "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne) składa się kilkanaście rozmów z byłymi i obecnymi więźniami. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (85)
Zaloguj się
  • Andrzej Duxa

    Oceniono 33 razy 25

    "Według Żuławskiego w górach nie ma miejsca na moralny relatywizm. Liczy się solidarność z partnerem, współpraca i w razie potrzeby - niesienie pomocy."
    tak, w tatrach albo alpach, nie powyzej 8000 m

  • Jaroslaw Walczak

    Oceniono 21 razy 19

    Nie zgadzam się z Panem Żuławskim. Ten kto świadomie i dobrowolnie decyduje się podjąć ogromne ryzyko ...nawet w najszlachetniejszym celu.... nie może ani wymagać, ani oczekiwać że inni również narażą się na niebezpieczeństwo lub zmniejszą szanse własnego ratunku by udzielić mu pomocy. Tak postawa byłaby właśnie niemoralna. Nie jestem himalaistą, ale jestem nurkiem i pewne analogie tych dwu....."sportów" jestem w stanie dostrzec. Po pierwsze nie zwiększać liczby poszkodowanych czy ofiar w sytuacji krytycznej.

  • gronostaj8

    Oceniono 21 razy 15

    Fajnie, że ludzie mają pasje.
    Mi by się nigdy nie chciało zdobywać szczytów dla zdobywania szczytów. Wystarczą mi ładne widoki.

  • minkat

    Oceniono 13 razy 13

    mnie najbardziej zal ich rodzin. od takiego czekania na to co bedzie mozna dostac syndromu stresu pourazowego.

  • mondrian4

    Oceniono 15 razy 13

    Smutna prawda jest niestety taka że DMW wraz z Roussem znalazła się na drodze na ktorej nie mieli prawa być. Dobrosława była w ekipie z pozwoleniem na bodaj płd-zach filar a Rousse... chyba też. Gdy tamte założenia okazały się nierealne nielegalnie przeszli na drogę Abruzzi. Życie uratowałby oficer łącznikowy z prawdziwego zdarzenia , który zabroniłby jej tego co zrobiła - bo robić nie miała prawa. Niestety stało się jak się stało i zginęli ludzie
    Nie oceniajmy tamtych himalaistów z dzisiejszej perspektywy bo to zupełnie inne czasy. jest takie jedno zdjęcie Bauera gdzie widać jak wpatruje się w kieszonkowy barometr w skórzanym etui. Dziś prognozy dostarczane są hmalaistom przez profesjonalnych meteorologów z 90% przeidywalnością. jest łatwiej, bezpeiczniej, przyjemniej... Na K2 wszedł parę lat temu burmistrz Pragi i generalnie zaczynają już wchodzić jak na Everest. Kiedyś ci ludzie nawet nie byli za bardzo swiadomi co ich na tym K2 może spotkać bo to był tak naprawdę dopiero 5 czy 6 sezon wspinaczkowy pod K2 w historii - w dodatku z tyloma ekipami. Pierwsze dwa to jeszcze przed wojną. Potem Włosi, Amerykanie, Anglicy, Francuzi i przyszedł 1986r z rekordową ilością pozwoleń na wejścia. No i skonczyło się jak się skończyło.

  • superpolpol

    Oceniono 46 razy 12

    Nieco patetyczny etos. Serio. Grupka ludzi drelcze 8km w gore. Fajnie. Takie hobby. Tylko po cholere dorabiaa ten patetyczny etos. Kazdy uprawiajac sport ekstremalny, moze sie rozwalic w dowolny sposob. Gorscy dreptacze uzurpuja sobie chyba jako jedyni prawo do patetyzmu. Swoja droga posprzataki by ten chlew w Karakorum.... pozdro.

  • zdziwiony6

    Oceniono 9 razy 9

    Śmierć tej pani, tak jak każda nagła śmierć, jest tragedią, ale... wspinanie się 8 kilometrów w ekstremalnych warunkach jest sportem, w którym śmierć jest dużo bardziej prawdopodobna niż w tenisie. Trzeba się liczyć z tym, że coś się nie uda.

    Przykro mi pisać, że widzę w zachowaniu tej pani trochę egoizmu. Zostawiła małe dziecko aby połazić po górach. Zastrzegam, że mam podobne zdanie o ojcach, którzy zostawiają swoje dzieci żeby się zabawić w górach.

  • markowski222

    Oceniono 10 razy 6

    Wspinanie się w Himalajach, a także łażenie po niebezpiecznych górskich szlakach to rodzaj uzależnienia. Znałem pewnego świetnego lekarza, który niestety zginął na Orlej Perci, poślizgnął się. Wybrał się tam z... wnukiem, któremu prawdopodobnie chciał zaszczepić miłość do górskich ekstremów. Znam też inny przykład, gdy syn wspinacza zmarł po latach w wyniku obrażeń poniesionych podczas górskiej eksploracji (chyba na Zamarłej Turni). Żal tych ludzi. Rodzice często nie zdają sobie sprawy z tego że ich fascynacja może być tak niebezpieczna dla dorosłych dzieci.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX