Podrobione przez Greenpeace plakaty podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2010 r.

Podrobione przez Greenpeace plakaty podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2010 r. (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Marcin Rotkiewicz: Rośliny GMO mogą zmniejszyć głód w Afryce, ale zamożna Europa prowadzi przeciw nim krucjatę

Strach opinii publicznej przed żywnością GMO wynika głównie z tego, że osiągnięcia nauki w tym obszarze są niemal wyłącznie zasługą badań prowadzonych przez międzynarodowe korporacje, takie jak znienawidzone Monsanto. Marcin Rotkiewicz w książce ''W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki'' rekonstruuje ponad 20 lat historii burzliwego istnienia roślin GMO.
Marcin Rotkiewicz, autor książki "W królestwie Monszatana..." oraz dr Marcin Gerwin, specjalista ds. zrównoważonego rozwoju, o żywności GMO będą mówić w niedzielę po godz. 8.00 w "Weekendowym Poranku Radia TOK FM". Audycji z ich udziałem można posłuchać tutaj>>>

Na czym polega technologia genetycznego modyfikowania roślin i jakie miejsce zajmuje w historii rolnictwa?

- Nazwa GMO (genetically modified organisms) odnosi się do definicji prawnej obejmującej wszystkie organizmy, którym dodano pewne określone cechy, wykorzystując metody inżynierii genetycznej. Niestety, w pewnym sensie zafałszowuje ona rzeczywistość, ponieważ sugeruje, że wyłącznie w nich dokonano genetycznej modyfikacji, podczas gdy dzieje rolnictwa są historią tego typu transformacji. Wszystkie warzywa, zboża czy owoce, które znajdują się na naszych stołach, to efekt genetycznych modyfikacji prowadzonych za pomocą różnych metod: selekcji naturalnych mutantów o cechach korzystnych z punktu widzenia rolnika; krzyżówek, w tym międzygatunkowych (np. pszenżyto) czy wreszcie mutagenezy - mutacji wywoływanych w roślinach za pomocą promieniowania jonizującego lub niektórych substancji chemicznych.

Protest przeciwko GMO w Opolu, 2009 r. (fot. Rafał Mielnik)Protest przeciwko GMO w Opolu, 2009 r. (fot. Rafał Mielnik)

Ta ostatnia metoda tworzenia nowych odmian roślin przypomina ruletkę, ponieważ nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie zmiany wywoła. Zaczęto ją stosować już w pierwszej połowie ubiegłego wieku. Dzięki mutagenezie powstało ok. 3 tysięcy odmian roślin uprawianych na całym świecie i nie są one klasyfikowane jako GMO. Natomiast w latach 70. pojawiły się narzędzia inżynierii genetycznej, które umożliwiły m.in. przenoszenie do roślin genów pochodzących z innych, nawet odległych ewolucyjnie organizmów, np. bakterii. Naukowcy naśladują w tych działaniach naturę, ponieważ w przyrodzie występuje zjawisko tzw. horyzontalnego transferu genów, na przykład gdy ludzki gen zostaje włączony do DNA bakterii lub gdy geny "przeskakują" z roślin do zwierząt. Rośliny GMO są czymś stosunkowo nowym w rolnictwie. Na większą skalę uprawia się je od ponad 20 lat, ale ich pojawienia się nie należy utożsamiać z jakąś radykalną rewolucją. Inżynieria genetyczna to po prostu kolejne narzędzie ulepszania roślin wysiewanych czy sadzonych na polach.

Na czym polega ich ulepszanie?

- Pierwszą rośliną GMO dopuszczoną - na początku lat 90. XX w. - do upraw i spożycia przez ludzi był pomidor FlavrSavr. Wynalazła go niewielka firma biotechnologiczna Calgene. Odmiana ta była znacznie bardziej odporna na psucie się, dzięki czemu zamiast zbierać z pola niedojrzałe pomidory można było je zrywać z krzaków dojrzałe i mieć gwarancję, że się jeszcze długo nie zepsują. Niespodziewanie wynalazek ten okazał się finansową klęską, ponieważ pracownicy Calgene nie przewidzieli, że dojrzałe pomidory należy transportować znacznie ostrożniej, w wyniku czego większość z nich podczas pierwszych transportów ulegała zniszczeniu. Co ciekawe, modyfikacja pomidora FlavrSavr nie polegała na skopiowaniu "obcego genu", a jedynie dodaniu zmienionej wersji własnego genu tego warzywa. Jego produkcję wstrzymano zaledwie po kilku latach.

Obecnie jedną z najszerzej stosowanych w różnych krajach modyfikacji roślin - przede wszystkim kukurydzy i bawełny - jest cecha Bt. Dzięki inżynierii genetycznej do DNA w komórkach roślin włączono bakteryjny gen odpowiedzialny za produkcję pewnej toksyny bezpiecznej dla ludzi i wielu innych organizmów, natomiast zabójczej dla niektórych szkodników atakujących uprawy. Co ciekawe, te same toksyny bakteryjne są od dawna stosowane w formie oprysków przez rolników, również w tzw. uprawach ekologicznych.

Pomidor FlavrSavr był pierwszą rośliną GMO dopuszczoną do upraw i spożycia przez ludzi (fot. valentinrussanov / iStockphoto.com)Pomidor FlavrSavr był pierwszą rośliną GMO dopuszczoną do upraw i spożycia przez ludzi (fot. valentinrussanov / iStockphoto.com)

Drugą rozpowszechnioną modyfikacją jest odporność na glifosat - łagodny środek chwastobójczy potrafiący niszczyć bardzo wiele roślin. Obecnie na dużą skalę uprawia się jedynie cztery gatunki roślin GMO: bawełnę, kukurydzę, soję i rzepak. Posiadają one jedną bądź obie z wymienionych cech, choć weszły również odmiany odporne na trzy inne niż glifosat herbicydy (pestycydy służące do zwalczania chwastów w uprawach - przyp. red.). 

Jakie korzyści przynosi ich uprawa?

- Od zarania dziejów podstawowym problemem rolników jest ochrona roślin przed chorobami, chwastami i szkodnikami. Rolnicy bronią się przed nimi, stosując nieobojętne dla środowiska środki ochrony roślin, zarówno naturalnego pochodzenia, jak i syntetyczne. Niestety, ich używanie to konieczność. Gdybyśmy nagle z nich zrezygnowali, oznaczałoby to katastrofę światowego rolnictwa - stratę dużej części plonów. Głównie dzięki cesze Bt  chroniącej przede wszystkim bawełnę i kukurydzę GMO przed szkodnikami globalnie zużycie spadło pestycydów o 37% w uprawach tych gatunków roślin.

Czy odmiany GMO dają wyższe plony?

- Tak, średnio o 21%. Polski rolnik Dariusz Matuszka, z którym przeprowadzałem wywiad dla "Polityki" w 2013 roku, twierdził, że zakupione przez niego nasiona kukurydzy MON 810 dawały o dwie tony na hektar więcej plonów niż konwencjonalne.

Wynalezienie cechy Bt czy roślin odpornych na glifosat miało miejsce przeszło dwadzieścia lat temu. Nad jakimi cechami pracuje się obecnie?

- W 2014 roku w Stanach Zjednoczonych dopuszczono do uprawy genetycznie zmodyfikowaną odmianę ziemniaka Innate, przy którego smażeniu wytwarza się znacznie mniej rakotwórczego akrylamidu. Niedawno amerykańscy rolnicy otrzymali od Monsanto odmiany roślin GMO lepiej tolerujące suszę. Ich uprawa powinna przyczynić się do spadku zużycia wody, a w krajach afrykańskich pozwoliłaby na uprawę w trudniejszych warunkach klimatycznych, ograniczając wycinanie lasów czy niszczenie sawann. Nie mówiąc o zmniejszeniu problemu głodu.

Poza tym w laboratoriach trwają prace badawcze mające na celu stworzenie odmian roślin, w których sprawniej przebiegałyby procesy fotosyntezy, dzięki czemu osiągałyby one większe rozmiary, dając lepsze plony i równocześnie oszczędzając cenny zasób, jakim jest ziemia uprawna. To wielka korzyść dla środowiska, szczególnie że liczba ludzi na Ziemi stale rośnie.

Przy smażeniu ziemniaków genetycznie zmodyfikowanej odmiany Innate, wytwarza się znacznie mniej rakotwórczego akrylamidu (fot. gusach / iStockphoto.com)Przy smażeniu ziemniaków genetycznie zmodyfikowanej odmiany Innate, wytwarza się znacznie mniej rakotwórczego akrylamidu (fot. gusach / iStockphoto.com)

Naukowcy pracują też nad tym, by metodami inżynierii genetycznej "nauczyć" rośliny przyswajać azot z atmosfery. Gdyby te próby zakończyły się sukcesem, a rośliny okazały bezpieczne dla środowiska, byłby to prawdziwy przełom zwiastujący znaczne ograniczenie zużycia nawozów azotowych. Dzisiaj problemem nie jest brak możliwości wykorzystania GMO, ile nasz absurdalny stosunek do tych roślin.

Ludzie obawiają się żywności zmodyfikowanej genetycznie, bo nie mają złudzeń co do intencji ich producentów - międzynarodowych korporacji dążących do zmonopolizowania rynku i generowania jeszcze większych zysków. Firmy takie jak Bayer czy Monsanto mają zasoby, by wywierać polityczny nacisk i wpływać na regulacje prawne w tym obszarze.

- Monopole są niedobre, ale nie zgodzę się z potępianiem w czambuł korporacji i twierdzeniem, że są one czystym złem. Ponadto firma Monsanto jest nieporównanie słabsza i mniej wpływowa niż np. Apple, Facebook, Google, koncerny farmaceutyczne, zbrojeniowe czy naftowe. Takim wielkim firmom należy oczywiście uważnie patrzeć na ręce, ale to nie znaczy, że ich produkty nie dają korzyści konsumentom. Rolnicy - co jasno pokazują niezależne analizy socjoekonomiczne - zyskują na odmianach roślin GMO równie dużo co produkujące je firmy - najwięcej ci żyjący w krajach Azji, co jest spowodowane słabą ochroną własności intelektualnej.

Jak wygląda proces dopuszczania nowych odmian GMO do uprawy? Kto przeprowadza ich badanie i na ile są to podmioty niezależne?

- Wszystko zależy od przepisów obowiązujących w danym kraju. Zupełnie inną filozofię dopuszczania roślin GMO wypracowały np. Stany Zjednoczone czy Kanada, a inną Unia Europejska. W Ameryce Północnej nie ma znaczenia, jaką metodą uzyskano daną roślinę - czy ją napromieniowywano, krzyżowano czy wreszcie wykorzystano narzędzia inżynierii genetycznej. Istotne jest, jakie posiada ona cechy, a w związku z tym, jaki może mieć wpływ na zdrowie człowieka i na środowisko naturalne.

Natomiast dla Unii Europejskiej wszystkie rośliny GMO są z definicji podejrzane. Powołano nawet specjalną instytucję zajmującą się m.in. ich badaniem - European Food Safety Authority. Zatrudnia ona specjalistów z różnych dziedzin, więc jej opinia ma charakter merytoryczny. Instytucja ta w zdecydowanej większości przypadków dała zielone światło dla uprawiania czy importu poddanych analizie roślin GMO, ale na kolejnym etapie decyzję podejmują Komisja Europejska i Rada Europejska. I ona ma już charakter polityczny. Proces jej podejmowania jest bardzo skomplikowany, a decyzje w kwestii dopuszczenia do upraw negatywne. Dlatego na terenie UE można obecnie siać jedynie kukurydzę MON 810 odporną na szkodniki, i to też nie wszędzie, bo każdy kraj członkowski z dowolnych powodów może zabronić jej uprawy.

W Polsce taki zakaz obowiązuje od 2013 roku. Mówienie zaś o sile politycznego lobbingu prowadzonego przez firmy biotechnologiczne na arenie europejskiej jest wręcz śmieszne, bo tak złego PR, jak rośliny GMO, nie ma chyba żadna inna nowoczesna technologia.

Z drugiej strony, czy możemy przewidzieć długofalowy wpływ żywności GMO na nasze zdrowie, a jej uprawy na środowisko?

- W książce podaję mnóstwo przykładów badań realizowanych nie za prywatne, ale za publiczne pieniądze, które dowodzą, że rośliny GMO są bezpieczne. Chyba najlepszy tego przykład to 25-letnie badania, w które zaangażowanych zostało 500 zespołów naukowych z Europy i na które Komisja Europejska wydała w przeliczeniu ponad miliard złotych. Niemcy również przez 25 lat badali m.in. kukurydzę Bt odporną na szkodniki i wykazali, że jej uprawa sprzyja bioróżnorodności owadów na polu, w związku z czym może być bardziej przyjazna środowisku niż niezmodyfikowane odmiany. Z kolei polski rząd zlecił badania pasz dla zwierząt opartych na soi i kukurydzy GMO, które były realizowane m.in. przez Instytut Weterynarii w Puławach. Nie wykazały one żadnego negatywnego wpływu na zdrowie. Poza tym - jak niektórzy szacują - mieszkańcy Ziemi zdążyli zjeść kilka bilionów posiłków zawierających rośliny GMO, i nic nam się nie stało.
Rośliny GMO to najlepiej przebadana żywność w historii ludzkości. Co ciekawe, Unia Europejska z jednej strony zakazuje upraw roślin GMO, a z drugiej na potęgę je importuje, przeznaczając głównie na paszę dla zwierząt.

Z Pana książki wynika, że nieufność społeczeństw wobec roślin GMO jest konsekwencją kampanii prowadzonych przez organizacje ekologiczne takie jak Greenpeace. Tyle że w innych niezwykle istotnych kwestiach, jak zmiany klimatyczne czy zanieczyszczenie powietrza, nie mają one takiej siły przebicia, choć byłoby to korzystne dla nas wszystkich. Jak to możliwe, że akurat w tym obszarze im się udało?

- Miało na to wpływ wiele czynników, m.in. fakt, że atak na GMO nastąpił na bardzo wczesnym etapie rozwoju tej technologii. Ponadto pochodziła ona z USA, a silne w Europie organizacje ekologistyczne od samego początku konsekwentnie prowadziły szeroko zakrojoną kampanię antybiotechnologiczną. Niestety, była ona głównie oparta na ideologii i emocjach, a nie faktach.

Artyści przeciwko GMO tworzą mural na ul. Piotrkowskiej w Łodzi (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)Artyści przeciwko GMO tworzą mural na ul. Piotrkowskiej w Łodzi (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Jednym z kluczowych wydarzeń, które zdecydowały o wizerunkowej porażce roślin GMO, była epidemia choroby szalonych krów, czyli gąbczastej encefalopatii mózgu u bydła. Nie miała ona absolutnie nic wspólnego z nowoczesną biotechnologią rolniczą, a jednak skutecznie podważyła zaufanie do instytucji zajmujących się bezpieczeństwem żywności i do nauki w ogóle. Po tym zdarzeniu każda krytyczna wypowiedź dotycząca roślin GMO rozpętywała skandal. Tak się stało po słowach Árpáda Pusztaiego, naukowca, który w brytyjskiej telewizji sugerował, że prowadzone przez niego eksperymenty przyniosły niepokojące rezultaty: szczury karmione zmodyfikowanymi genetycznie ziemniakami były opóźnione w rozwoju, a działanie ich układu odpornościowego uległo upośledzeniu. Choć późniejsza niezależna analiza jego badań wykazała niespójność wyników oraz błędy w procedurze eksperymentalnej, żadne racjonalne argumenty nie zdołały przekonać spanikowanej opinii publicznej. W takim klimacie społecznym swoje postawy musieli też skorygować politycy i taka sytuacja trwa do dziś.

Jeśli nawet opinia publiczna uzna krytykę wymierzoną w rośliny GMO za bezpodstawną, to nadal dopuszczenie do uprawy roślin GMO oznacza uzależnienie rolników, a w dalszej kolejności producentów żywności i wreszcie konsumentów od kilku wielkich graczy, jak Bayer czy Monsanto. Czy nie ma tu realnego zagrożenia?

- Jak już mówiłem, zdominowanie rynku przez nieliczne firmy jest zjawiskiem niedobrym, ale ten problem nie dotyczy jedynie roślin zmodyfikowanych genetycznie, to samo przecież dzieje się np. w farmacji czy produkcji samolotów. Silna pozycja dużych koncernów biotechnologicznych na rynku nasion GMO jest po części konsekwencją przyjętych w Europie (i nie tylko) rozwiązań prawnych rzucających kłody pod nogi małym firmom biotechnologicznym. Unia Europejska mogłaby też przeznaczyć duże środki na finansowanie publicznych instytutów opracowujących nowe odmiany roślin GMO, które następnie po kosztach byłyby udostępniane rolnikom. Zresztą wynaleziona na Hawajach papaja odporna na wirusy, która uratowała tamtejsze plantacje, została opracowana na amerykańskich uczelniach.

Poza tym na przykład fundacja Billa i Melindy Gatesów finansuje cały szereg programów badawczych mających na celu opracowanie nowych odmian roślin GMO, które mogłyby pomóc w rozwiązaniu niektórych problemów, z jakimi zmagają się kraje globalnego południa. Zresztą już w 1999 roku zespół badaczy ze Szwajcarii opracował ryż wytwarzający beta-karoten, związek zamieniany w ludzkim organizmie w witaminę A. Było to możliwe dzięki dodaniu do DNA genów skopiowanych z kukurydzy.

Lubomia, 2009 r. Aktywiści Greenpeace podczas akcji znakowania i zajęcia pola, na którym uprawia się kukurydzę genetycznie modyfikowaną (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)Lubomia, 2009 r. Aktywiści Greenpeace podczas akcji znakowania i zajęcia pola, na którym uprawia się kukurydzę genetycznie modyfikowaną (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Złoty ryż - nazywany tak od koloru swoich ziaren - został wynaleziony, by wzbogacić ubogą w witaminę A dietę najbiedniejszych mieszkańców Azji. Jej skrajny niedobór skutkuje wystąpieniem nieodwracalnej ślepoty u nawet pół miliona tamtejszych dzieci rocznie. Dzięki zaangażowaniu wielu fundacji, a także rezygnacji koncernów z pobierania opłat patentowych za udostępnienie niektórych technologii modyfikacji roślin, nasiona złotego ryżu miały być przekazane za darmo rolnikom osiągającym zyski do 10 000 $ rocznie, reszta mogłaby go kupić za cenę odmian konwencjonalnych. Niestety, za sprawą zmasowanej kampanii anty-GMO prowadzonej przez osoby takie jak indyjska ekoaktywistka Vandana Shiva, do dziś ten świetny wynalazek nie dotarł do rolników w Azji.

Nazywana "Gandhim zbóż" Shiva, przeciwstawiając się dopuszczeniu złotego ryżu do uprawy, argumentowała, że jest to "koń trojański przemysłu biotechnologicznego". Pod płaszczykiem zbożnych celów korporacje takie jak Monsanto chciały przekonać ludzi do swoich produktów, a następnie przejąć rynek, podnieść ceny i generować zyski z opłat patentowych, a w efekcie sprawować kontrolę nad rynkiem żywności. Swoje twierdzenia Shiva opiera na doświadczeniach rolników w rodzimych Indiach, gdzie uprawia się bawełnę Bt. Czy przykład Indii niczym soczewka nie skupia rzeczywistych problemów związanych z roślinami GMO: nie chodzi o to, że są one szkodliwe, ale o to, że za ich pośrednictwem produkujemy społecznie szkodliwe relacje zależności?

- Według narracji rozpowszechnianej przez ekoaktywistów z Shivą na czele Monsanto, obiecując wysokie plony, sprzedawało nasiona bawełny Bt po aż czterokrotnie wyższej cenie, przez co rolnicy musieli się zadłużać. Gdy plony okazały się mniejsze niż zapowiadano, farmerzy zaczęli masowo popełniać samobójstwa. Problem z tą wersją zdarzeń polega na tym, że nie znajduje ona żadnego potwierdzenia w faktach, a literatura naukowa na ten temat jest naprawdę spora. Co więcej, bawełna Bt była produktem tak oczekiwanym przez indyjskich rolników, że jej wprowadzanie do upraw przypominało anarchistyczny rolniczy kapitalizm. Nim wydano odpowiednie zezwolenia, z poletek testowych skradziono jej nasiona, by następnie prowadzić ich hodowlę chałupniczymi metodami, rozwijając czarny rynek zbytu bawełny Bt. Rolników też nie zawsze dobrze informowano, że udostępnione odmiany bawełny Bt nie nadają się do uprawiania we wszystkich warunkach glebowo-klimatycznych. Nie otrzymali oni również odpowiedniego wsparcia od państwa w postaci preferencyjnego systemu kredytów. Samobójstwa indyjskich rolników z powodu bawełny GMO to po prostu mit. Obecnie Indie są drugim na świecie producentem bawełny, gdzie uprawia się ponad 900 odmian tej rośliny z cechą Bt. Tamtejsi rolnicy odnieśli więc sukces i nadal masowo korzystają z GMO.

Indie są drugim na świecie producentem bawełny, gdzie uprawia się ponad 900 odmian tej rośliny z cechą Bt (fot. rvimages / iStockphoto.com)Indie są drugim na świecie producentem bawełny, gdzie uprawia się ponad 900 odmian tej rośliny z cechą Bt (fot. rvimages / iStockphoto.com)

Mimo wszystko co roku zmuszeni są prawem patentowym do kupowania nowych nasion roślin GMO, nie mogąc zachować na zasiew tych, które w poprzednim roku wyrosły dzięki ich pracy. W Stanach Zjednoczonych Monsanto zatrudnia nawet detektywów, których zadaniem jest ściganie farmerów łamiących to prawo. Czy to nie brzmi jak funkcjonowanie państwa w państwie?

- W Indiach tak nie jest - tamtejsi rolnicy mogą zostawiać nasiona na zasiew i swobodnie wymieniać się nimi z innymi rolnikami. W Stanach Zjednoczonych, Europie, w tym w Polsce, wszystkie odmiany roślin, a więc również konwencjonalne, są chronione prawem własności intelektualnej, gdyż ich uzyskanie wymaga od hodowców roślin sporej pracy i nakładów finansowych. Wszystko więc zależy od obowiązujących w danym kraju czy grupie państw przepisów prawnych. Poza tym rolnicy na ogół w każdym sezonie kupują nowe nasiona od hodowców, gdyż to daje większą gwarancję, iż dadzą one spodziewany plon, będąc np. odpornymi na choroby.

Starcie organizacji ekologicznych z naukowcami i koncernami trwa już trzydzieści lat i na razie nic nie wskazuje na to, że się zakończy. Czy możliwa jest jakaś alternatywa?

- Przede wszystkim nie jest tak, że po jednej stronie mamy biznes, a po drugiej obrońców przyrody. Największym beneficjentem wojny z GMO jest rolnictwo organiczne, które bardzo często błędnie utożsamia się z działalnością drobnych rolników samodzielnie sprzedających swoje produkty bądź związanych z kooperatywami spożywczymi. Jego rzeczywiste oblicze w USA to na przykład marka Whole Foods, czyli potężna sieć drogich supermarketów ze "zdrową żywnością". Globalną wartość przemysłu żywności organicznej szacuje się obecnie na ponad sześćdziesiąt trzy miliardy dolarów. Rolnictwo organiczne nie stanowi jednak alternatywy dla upraw konwencjonalnych, bo jest znacznie mniej wydajne i bardziej kosztowne. To oferta dla zamożnych warstw społeczeństwa. Ludzie ubożsi nie mają się jednak specjalnie czym martwić, ponieważ badania pokazują, że organiczne warzywa, zboża, mięso i owoce wcale nie są zdrowsze od uzyskanych konwencjonalnie. Oczywiście zamożna Europa może sobie pozwolić na prowadzenie wojny z GMO i promowanie rolnictwa organicznego, problem w tym, że jako importer żywności z Afryki pozbawia tamtejsze społeczeństwa technologii, która pomogłaby wielu ludziom. Niedawno w czasopiśmie naukowym "PLOS ONE" pojawiło się wyliczenie pokazujące, że niewprowadzanie do upraw samej wspięgi wężowatej z cechą Bt, czyli popularnej w Afryce i Azji rośliny strączkowej, przyczynia się do śmierci głodowej nawet do trzech tysięcy Nigeryjczyków rocznie i powoduje straty kilkudziesięciu milionów dolarów. Europa przez swoją absurdalną politykę w tym obszarze może się spodziewać w kolejnych latach jeszcze większej fali migracji uciekających przed głodem ludzi. Czas otworzyć oczy.

Książka Marcina Rotkiewicza 'W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. materiały prasowe / archiwum prywatne)Książka Marcina Rotkiewicza 'W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. materiały prasowe / archiwum prywatne)

Książkę Marcina Rotkiewicza ''W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki'' w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Marcin Rotkiewicz.
Dziennikarz naukowy, od 2001 roku pracuje w tygodniku "Polityka", wcześniej między innymi w "Rzeczpospolitej", "Gazecie Wyborczej", PAP i "Newsweeku". Absolwent dziennikarstwa i filozofii na Uniwersytecie Warszawskim oraz stypendysta Knight Science Journalism Program w Massachusetts Institute of Technology. Popularyzuje wiedzę przede wszystkim na temat biotechnologii, ewolucji człowieka i neuronauki. Interesuje się również teoriami pseudonaukowymi i spiskowymi. Trzykrotnie otrzymał wyróżnienie w konkursie Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych na najlepszy artykuł popularnonaukowy. W roku 2012 i 2013 był nominowany do Nagrody Grand Press w kategoriach dziennikarstwo specjalistyczne oraz publicystyka. Autor wywiadu rzeki z prof. Jerzym Vetulanim Mózg i błazen.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka. Przez wiele lat związana z Fundacją Nowej Kultury Bęc Zmiana, gdzie współprowadziła magazyn kulturalny "Notes na 6 tygodni". 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (253)
Zaloguj się
  • kaczakloaka

    Oceniono 13 razy -11

    Lewactwo się budzi? Chyba po przemówieniu Trumpa w ONZ.

  • wychodze

    Oceniono 9 razy -7

    proponuje zeby autor przeprowadzil badania na samym sobie i pokazal zdjecia przed i po rocznej kuracjii

  • wychodze

    Oceniono 11 razy -7

    To niech afryka wpie... gmo europa jego nie potrzebuje , moze beda tak samo tlusci jak amerykanie, a fakt ze rosliny gmo nie sa w stanie samodzielnie sie rozmnazac i potzrbuja drogich nawozow ,to zostalo delikatnie przemilczane.
    Po za tym to jedzenie smakuje jak papier.

  • rubi-sabadell

    Oceniono 14 razy -6

    Dziękujemy za ten cenny głos Grupy Bilderberg. Ktoś jeszcze chciałby się wypowiedzieć na Czerskich Szpaltach? Nie widzę.

  • aras f

    Oceniono 8 razy -6

    Glifosat to jest lagodny srodek? Niech autor tego paszkwila se leb tym poleje. Co do plonow niby wieksze ale nasiona trzeba kupicm od monsanto w ostatecznym efekcime bez sensu . W europejskim rolnictwie jest nadprodukcja zywnosci tu sie placi rolnikom zeby nie produkowali. Co do fanrastycznych skutkow gmo w ameryce to wystarczy popatrzec na przecietnego amerykanina. A jak ktos ma ochote na prawdziwe jedzenie a nie pasze da swin to placi 2,3 razy wiecej niz w europie

  • rikol

    Oceniono 9 razy -5

    Jakie kwalifikacje ma ten pan? Otóż studiował filozofię. To coś podobnego jak Vaclav Klaus piszący o klimacie. Równie wiarygodnie mogłaby pisać o gmo jakaś sprzątaczka po podstawówce.

  • normalny_ludz

    Oceniono 15 razy -5

    Świętej pamięci mój dziadek,szczepił drzewa,żeby zrobić inną odmianę,więc byka to zmiana genetyczna,a teraz ludzie pyerdolą jakie to GMO niezdrowe,ehh

  • rudy_63

    Oceniono 13 razy -5

    GMO nieszkodliwe - proszę o zdjęcie amerykańskiej ulicy z czasów przed GMO i teraz - można porównać. Inna sprawa jeśli plony większe o 50 % to innymi słowy o 50 % mniej mikroelementów i witamin - przyrody nie da się oszukać. A więc trzeba żreć i żreć bo człowiek wciąż głodny. A po tym to już galopująca cukrzyca, alzhaimer, autyzm etc etc (oczywiście o Glifosacie nie wspominam bo to już kończy dyskusję

  • wychodze

    Oceniono 11 razy -5

    Najpierw nas zmusza do gmo a potem beda nam sprzedawac naturalne ziemniaki za 10 zl /kg

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX