Łódź, 1966 r.

Łódź, 1966 r. (fot. Bogdan Dziworski)

ludzie

Bogdan Dziworski: Teraz każdy może kupić aparat, kamerę taką czy inną, ale nie kupi spojrzenia

Przez pewien czas myślałem, że będę zarabiał na życie jako fotograf. Flirtowałem ze słynną agencją fotograficzną Magnum. Ale Henri Cartier-Bresson, który sam był filmowcem amatorem i fascynował się kinem, przekonywał, żebym nie porzucał filmu, że to fantastyczna dziedzina - mówi Bogdan Dziworski, fotograf, operator, reżyser i scenarzysta filmowy.

Bogdan Dziworski, przez przyjaciół zwany "Dziworem", dla jednych jest operatorem filmowym i wybitnym dokumentalistą, autorem nagradzanych filmów sportowych po mistrzowsku operującym obrazem bez słów. Inni widzą w nim raczej obdarzonego niezwykłym okiem fotografa, który podobnie jak jego mistrz, francuski fotoreporter Henri Cartier-Bresson, poluje na ulicach i podwórkach z aparatem na bressonowski "decydujący moment" (zdjęcie, które uchwyci istotę fotografowanego zdarzenia). W roli fotografa widzowie mogą zobaczyć go podczas wystawy w warszawskiej 6x7 Leica Gallery, na której pokazane zostały zdjęcia z ponad 40-letniego dorobku Dziworskiego. To zapisany w czarno-białych kadrach "czuły i subiektywny dokument wokół polskiego społeczeństwa w latach 60., 70., 80. i 90."*.

Dziworski nie używa maila i telefonu komórkowego. Żeby się z nim skontaktować, trzeba przejść przez łańcuszek jego współpracowników albo wpaść do restauracji Kultura na Krakowskim Przedmieściu, gdzie jada zawsze, gdy jest w Warszawie. Zaprzyjaźniona obsługa ma dla niego dodatkowy kompot i sałatkę.

(fot. Bogdan Dziworski)(fot. Bogdan Dziworski)

Bogdan Dziworski: To takie moje warszawskie biuro, wszystkie sprawy załatwiam tutaj. Specjalnie dla pani wybrałem stolik w środku, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać, ale kiedy jestem sam, zawsze siadam na zewnątrz, żeby obserwować ludzi, czekać, aż coś nieoczekiwanego się wydarzy.

Anna Sańczuk: Znając pana zdjęcia, na których przyłapuje pan ludzi i ich emocje - wcale mnie to nie dziwi. Ale pana samego nie jest łatwo "złapać". Nagroda Smoka Smoków na Krakowskim Festiwalu Filmowym, którą dostał pan w 2014 roku, o mały włos, a przeszłaby panu koło nosa, bo organizatorzy nie mogli się z panem skontaktować. O co chodzi z tą awersją do komórek i maili? Czemu ich pan nie używa?

- Pracuję teraz na trzech uczelniach w trzech miastach, przygotowuję film, wystawę, książkę i gdybym miał komórkę, to dzwoniłaby cały czas. A tak trzeba się trochę wysilić, żeby mnie namierzyć. Poza tym jak się nie ma komórki, to trzeba kombinować, poznawać ludzi, prosić o pożyczenie telefonu. Przygoda! Wczoraj miałem umówiony wywiad dla telewizji. Przekazano mi tylko, że kręcą w Hali Mirowskiej i żebym tam przyszedł. Obszedłem całą halę, zrobiłem jedno okrążenie, potem drugie - nie ma śladu ekipy. Nagle patrzę: jest kabel! I po tym kablu wszedłem do przedsionka, potem do kuchni i okazuje się, że tam byli! Kamery stały w restauracji (śmiech). I co, da się bez komórki? Da się.

A czy nie jest tak, że odcięcie od telefonicznej "smyczy" pozwala panu na większe skupienie na "tu i teraz"?

- Też. Teraz na przykład jestem w produkcji dużego filmu o Warholu i nie chcę być skażony nieistotnymi sprawami. Jeśli jeździ pani komunikacją miejską, to słyszy pani, jak brzmią te rozmowy przez komórkę. Kompletnie bezwartościowe, nic nie wnoszą, a zakłócają "bycie".

(fot. Bogdan Dziworski)(fot. Bogdan Dziworski)

W pana filmach dokumentalnych obraz znaczy więcej niż słowo. Często obywa się pan w ogóle bez komentarza i dialogów.

- Dziś bardzo trudno zrobić film bez słów, niedopowiedziany, otwarty na interpretację. Trudno znaleźć na niego pieniądze, bo to się już nie opłaca, wszystko ma być "kawa na ławę". Ale spróbować warto, bo jeśli mimo wszystko uda się tego dokonać, to można dotrzeć do widzów nie tylko w Polsce, ale dosłownie wszędzie. Tak jak się to działo z moimi filmami sportowymi, czy filmem, który uważam za jedno z moich najważniejszych dokonań: "Kilka opowieści o człowieku" [portret Jerzego Orłowskiego, człowieka pozbawionego obu rąk, ale bezkompromisowo próbującego żyć pełnią życia - przyp. red.]. Taki dokument ma wymiar bardziej uniwersalny niż filmy "gadane", nawet te bardzo dobre. Każdy widz, niezależnie od tego, z jakiej kultury pochodzi, może zinterpretować go po swojemu i to mi się podoba. Dlatego wolę pracować, raczej omijając słowo, operując tylko obrazem, montażem, dźwiękiem.

Opowiadanie obrazem łączy filmowe dokumenty z pana drugą miłością - fotografią, z którą przez lata "zdradzał" pan film. W 6x7 Leica Gallery otwiera się właśnie wystawa pańskich zdjęć, ukaże się też książka fotograficzna - obie pod tytułem "f/5.6". Co to za szyfr?

- To przysłona na obiektywie. Kiedyś na festiwalu Camerimage wykłady prowadził Dedo Weigert, zdobywca dwóch Oscarów, mistrzowski "technolog" kina, który wymyślił nowe typy oświetlenia na planie, techniki i konstrukcje w pewnym sensie wyprzedzające czas. Na tym spotkaniu po raz pierwszy wystąpiłem ze swoją teorią f/5.6. Głosi ona, że przy przysłonie 5.6 otrzymujemy najlepsze wartości kontrastu i rozdzielczości w obiektywie. Kiedy Dedo zapytał, co mam na potwierdzenie tej tezy, powiedziałem rzecz następującą: Bierzesz polskie 50 groszy, przykładasz do obiektywu, przymykasz przysłonę do wielkości tej monety i co wychodzi? 5.6! To musi być znak (śmiech). Poważnie mówiąc, jest to według mnie optymalna przysłona obiektywu, wiele moich zdjęć powstało przy tych parametrach.

(fot. Bogdan Dziworski)(fot. Bogdan Dziworski)

Na wystawie w 6x7 Leica Gallery są zdjęcia z różnych lat. Dałem galerii swoje archiwa, a oni je przejrzeli, za co jestem im wdzięczny. O dziwo, odkryli wiele zdjęć, których wcześniej nie dostrzegłem. Są tacy, którzy życie spędzają w ciemni, analizują swoje fotografie. Mnie to nie interesuje. Mnie interesuje "ta" chwila, a potem biegnę dalej. Liczy się tylko "decydujący moment", o którym tyle opowiadał Cartier-Bresson.

Pana nazywają polskim Cartier-Bressonem. Jak się pan czuje z tym porównaniem?

- Ci, którzy porównują mnie do Bressona, mają u mnie dużego plusa (śmiech). Byłem i do dziś jestem w niego wpatrzony. To poeta fotografii! Dzięki pobytowi w Stanach udało mi się poznać wielkich fotografów, jak Robert Frank czy Richard Avedon, z którym odbyłem kilka rozmów przy stole w jego pracowni, a nawet dostałem od niego aparat - dwuobiektywowy rolleiflex. Ale Bressona, który odcisnął na mnie największe piętno, niestety nigdy nie poznałem osobiście. Wtedy nie było tak prosto otrzymać paszport, prowadziliśmy jedynie intensywną korespondencję listowną, a że nie jestem biegły w językach, to jeszcze potrzebowałem kogoś, kto to przetłumaczy, etc. Wysyłałem mu swoje zdjęcia, a on dawał mi delikatne wskazówki, omówienia. Bardzo mnie to podtrzymywało na duchu. To właśnie Cartier-Bresson w pewnym sensie zaważył na mojej decyzji, żeby zawodowo zająć się jednak filmem. Przez pewien czas myślałem, że będę zarabiał jako fotograf. Flirtowałem ze słynną agencją fotograficzną Magnum, przysłali mi nawet swoją deklarację. Ale Henri, który sam był filmowcem amatorem i fascynował się kinem, przekonywał, żebym nie porzucał filmu, że to fantastyczna dziedzina.

Nie żałuje pan?

- Żeby zaczepić się w Magnum, musiałbym rzucić wszystko, zacząć od nowa w innym kraju, bez znajomości języka. Zrobiłbym tam pewnie parę książek fotograficznych, a tak nakręciłem kilka filmów, które poszły w świat, i kilka książek też się udało opublikować, więc chyba nie straciłem na tym. Choć wtedy wszyscy pukali się w głowę, że odrzucam taką propozycję! Ale ja już tak mam. Nie kalkuluję, bo jak się kalkuluje w sztuce, to się przegrywa.

(fot. Bogdan Dziworski)(fot. Bogdan Dziworski)

Jak to jest z tymi "decydującymi momentami", które pan na zdjęciach przyłapuje? Ile w tym intuicji, a na ile było to przygotowane?

- To w ogóle nie było przygotowane! Zdjęcia inscenizowane mnie nie interesują. Moim drugim mistrzem obok Cartier-Bressona przez długi czas był inny gigant fotografii, Robert Doisneau, ale jak się dowiedziałem, że inscenizował zdjęcia, oddałem jego albumy do biblioteki. W przeciwieństwie do niego Bresson wszystko sobie "wychodził" i to szanuję. Żeby zrobić takie zdjęcie, godzinami musisz chodzić. Mija 4-5 godzin dziennie, i czasami nic z tego nie ma. Do tego trzeba mieć szajbę. Jeżeli ktoś chce robić pieniądze, to nie polecam tego sposobu (śmiech). Dziś to się już nie opłaca.

Dziś każdy ma aparat w telefonie i łapie momenty nieustannie - czy są ważne, czy nie.

- Mając stały dostęp do aparatu w telefonie, można co prawda robić zdjęcia wszędzie, bez względu na światło i warunki, ale nie ma refleksji, nie ma selekcji, więc niewiele z tego przetrwa dłużej. Jak się miało materiał analogowy - negatyw, który kosztował, to trzeba było oszczędzać, zastanowić się, czy warto robić dane zdjęcie. Choć filmy kręcę na cyfrze, fotografuję nadal analogowo. Nie potrzebuję robić tysiąca zdjęć, wystarczy mi 10, 15. Analog zmusza do myślenia.

Fotografowanie zaczęło się jeszcze przed szkołą filmową?

- Tak, najpierw była fotografia i - w pewnym sensie - cały czas jest fotografia. Patrzeć fotografią to znaczy patrzeć na świat formą. Ja mniej więcej wiem, jakim obiektywem "zdjąć" to, co akurat widzę, jak to skadrować, mam nieustanną świadomość światła. Myślę obrazem. Ale nie da się robić filmu i fotografować jednocześnie. Trzeba się skupić albo na tym, albo na tym. Wydawałoby się, że mogłem robić niesamowite zdjęcia, kiedy np. byłem na wojnie w Jugosławii i kręciłem jako operator dokumenty z Pawłem Pawlikowskim dla BBC, jednak jeżeli ma się w ręku kamerę, to myśli się o kamerze.

(fot. Bogdan Dziworski)(fot. Bogdan Dziworski)

Miałem więc okresy, kiedy dominował film, i takie, kiedy ważna stawała się fotografia. Ale nie działam systematycznie w fotografii, nie zabiegam o to, także wystawa i książka, z powodu których rozmawiamy, nie zaistniałyby, gdyby nie Leica i Rafał Łochowski - kurator mojej ekspozycji.

Pana pierwszy album fotograficzny "My View" ukazał się dopiero po ponad 20 latach fotografowania, w 1981 roku w Wiedniu. I też zawdzięczał go pan w pewnym sensie przypadkowi.

- Stało się tak za sprawą mojego filmu "Sceny narciarskie z Franzem Klammerem", który kręciłem w Austrii ze Zbyszkiem Rybczyńskim [reżyser, operator filmowy, laureat Oscara za film "Tango" - przyp. red.]. Ponieważ on dużo pracował na tamtejszym rynku, znalazł tam człowieka, który zachwycił się moimi zdjęciami i zainwestował w książkę, która do dziś jest poszukiwana przez kolekcjonerów i sam miałem kłopot, żeby ją sobie po latach kupić. Miałem niebywałe szczęście, że ktoś mi taki album wtedy wydrukował. Dzięki niemu wszedłem w świat wielkiej fotografii i spotkała mnie ta przyjemność, że moje zdjęcia zawisły wspólnie ze zdjęciami Bressona na wystawie w wiedeńskiej galerii. Spotkaliśmy się na jednej ścianie.

Pana czarno-białe klasyczne zdjęcia przyrównywane są do kadrów z dzieł Polskiej Szkoły Filmowej: Wajdy, Hasa, Morgensterna. Ale ja mam bardziej skojarzenia z czeskim kinem nowej fali z lat 60., np. filmami Miloša Formana. Dostrzegam u pana podobną czułość dla zwykłego człowieka, melancholię przemieszaną z zawadiackim humorem. Dzisiaj każdy chce być wyjątkowy i niepowtarzalny, a u pana na zdjęciach przeciętni ludzie, zwyczajne życie.

- Teraz jest mnóstwo kolorowej, przekombinowanej konfekcji, a ja lubię pracować w szarości. W szarości, czyli szukając właśnie takich momentów: zwykły chłopak, zwykła dziewczyna, dzieciaki na podwórku czy ślizgawce, żołnierze na przepustce. Można też iść w egzotykę, proszę bardzo, ale najważniejsze, żeby nie robić tego na siłę. Jeżeli czuję temat, to wiem, gdzie się ustawić i nie robię tego na zamówienie dla pisma. Zdarzało mi się pracować przy reklamie dla wielkich firm i widziałem, jak mi to zmienia głowę. Zdjęcia zawsze robiłem więc dla siebie.

(fot. Bogdan Dziworski)(fot. Bogdan Dziworski)

Może dlatego udawało się panu, jak piszą krytycy, z tej banalnej codzienności wydobyć poezję, metaforę.

- Punkt wyjścia jest banalny, ale przez uchwycenie tego szczególnego napięcia, spojrzenia, gestu staje się potem o wiele silniejszy. Uniwersalny. W takim swobodnym fotografowaniu "nie na zlecenie" nie ma reguł, a to otwiera nas na chwilę, na bycie tu i teraz.

Podobno nigdy nie nawiązuje pan relacji z bohaterami zdjęć.

- Chodzę, podglądam, czyham na właściwy moment i uciekam. A jak ktoś chce wejść w kontakt, to mówię od razu: non capisco [po włosku "nie rozumiem" - przyp. red.]. A nie daj Boże! Kontakt wszystko mi zaburza, bo jeżeli ja podglądam życie dziejące się samo, to po co mi relacja? Szukam autentyczności, tego "było-minęło".

Na pana fotografiach z lat 60., 70. dominują charakterystyczne ludzkie typy, wyraziste twarze. Co się z ludźmi takiego stało, że już nie ma w nich tego, co na tych starych zdjęciach? Dlaczego nie są tak plastyczni, jak np. na pana zdjęciach z dansingów, zabaw?

- Nie wiem. Kiedy patrzę na te fotografie, to nawet jeśli zdjęcie jest niedoskonałe, "robią" je te gęby, te fryzury, te kostiumy. Już w tym jest poezja. Ja nawet starałem się teraz zrobić podobne rzeczy, ale nie wyszło już tak dobrze. Wie pani, kiedyś była inna atmosfera. Jak dawniej szła orkiestra dęta przez dzielnicę, to dla wszystkich było to wydarzenie, wszyscy gromadzili się wokół i to przeżywali. Dziś orkiestra między występami disco polo a plenerowymi koncertami już tak nie działa, jesteśmy zblazowani. Ludzie nawet inaczej się poruszają niż kiedyś, wszystko jest takie wystudiowane, gibają się, naśladując obrazki z teledysków. Dawniej tego nie było, życie biegło wolniej, więcej jakiejś refleksyjności, zadumy w tym było. A teraz wszędzie to samo: te same ubrania, coca-cola, guma do żucia, fast foody.

(fot. Bogdan Dziworski)(fot. Bogdan Dziworski)

Dziś wykłada pan w łódzkiej filmówce, uczelni, na której sam pan studiował. Wtedy było to miejsce wyjątkowe, które twórczo buzowało. Z czego to wynikało?

- To było rzeczywiście coś niebywałego. Tam poznałem Andrzeja Kondratiuka, Jurka Skolimowskiego, u którego na planie, będąc na drugim roku, szwenkowałem [wykonywanie zdjęć filmowych "z ręki" - przyp. red.] fragmenty jego filmów. Polański był wyżej, dostać się do jego kręgu było praktycznie niemożliwe dla takiego młokosa, jakim byłem wtedy. Za to potem były inne "kręgi", z którymi sympatyzowałem, a w nich Marek Piwowski, Edek Żebrowski, z którym też robiłem filmy. To była ekskluzywna szkoła, strasznie trudno było się tam dostać. Zdawałem dwa razy, bo na operatorski przyjmowali tylko pięć osób. Wszystko się robiło w szkole - piło, bankietowało, dyskutowało, no żyło po prostu, więc ta więź między nami była niebywała. Na wykładach niczego się nie nauczyłem, za to dużo dała mi praca z kolegami. Teraz każdy może kupić kamerę taką czy inną, ale nie kupi spojrzenia, a tu chodzi o spojrzenie.

(w tym momencie do restauracji wchodzi Jerzy Skolimowski, panowie się witają, rozmawiają chwilę)

Widzi pani, ze mną zawsze trafiają się jakieś dziwne przypadki! Wspominam Skolimowskiego, a on się zaraz pojawia. Jurek to mój idol. Godard mówił, że robiąc 120-metrowe ujęcie "z ręki" u Skolimowskiego wyprzedziliśmy Nową Falę, wtedy nikt takich ujęć jeszcze nie robił. Opowiem historię z tego czasu. Mamy jechać na zdjęcia, Jurek się niecierpliwi, bo mam zajęcia z Radziwinowiczem, to był taki as scenografii. I ten Radziwinowicz, niezbyt chętny, żeby mnie zwolnić, pyta: - To co pan tam robi? Ja: - Dziś zaplanowaliśmy następujące ujęcie: wchodzimy, przejeżdżamy przez wejście, wjeżdżamy do jednego wnętrza, przechodzimy do drugiego, z niego wyjeżdżamy w plener. On: - Panie, pan jest wariatem, niech pan idzie ode mnie!

No nie mieściło mu się w pale, co my tam robimy (śmiech).

* Cytat za opisem kuratorskim

Wystawa fotografii Bogdana Dziworskiego "f/5.6" w Leica 6x7 Gallery w Warszawie potrwa od 8.09 do 22.10. Towarzyszyć jej będzie album pod tym samym tytułem, a także pokazy filmów dokumentalnych bohatera wystawy.

Bogdan Dziworski podczas warsztatów w ramach Filmowego Pleneru Sławomira Idziaka w krakowskich Przegorzałach. Film Spring Open-Air 2011 (fot. Adam Golec / Agencja Gazeta)Bogdan Dziworski podczas warsztatów w ramach Filmowego Pleneru Sławomira Idziaka w krakowskich Przegorzałach. Film Spring Open-Air 2011 (fot. Adam Golec / Agencja Gazeta)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Książki na temat fotografii w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>


Bogdan Dziworski.
Ur. 1941. Ukończył łódzki Wydział Operatorski PWSTiF. Jest autorem wielu nagradzanych filmów dokumentalnych, w tym sportowych, m.in. "Hokej" (1976), "Sceny narciarskie z Franzem Klammerem" (1980), "Fechtmistrz" (1980), i poświęconych sztuce, np. "Hommage a Beksiński" (1987). Jego najgłośniejszym filmem jest "Kilka opowieści o człowieku" (1983). Jako operator współpracował m.in. z Grzegorzem Królikiewiczem (np. "Na wylot", 1972), Filipem Bajonem ("Wizja lokalna", 1980) czy Pawłem Pawlikowskim przy filmach dokumentalnych dla BBC. Wykładowca i wieloletni dziekan Wydziału Radia i TV Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, wykłada też w szkole filmowej w Łodzi i prowadzi Katedrę Filmu Eksperymentalnego im. Dżygi Wiertowa w Akademii Sztuki w Szczecinie. Jego uczniami byli m.in. Marcin Koszałka i Paweł Dyllus. Od trzech lat pracuje nad filmem o Andym Warholu, z którym łączą go łemkowskie korzenie. Ma na koncie albumy fotograficzne: "My View" (Wiedeń, 1981). "1/250'" (Warszawa, 2000).

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "Kultura do kwadratu" na antenie Polsat News 2. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (18)
Zaloguj się
  • q602

    Oceniono 7 razy 7

    Piekne i niepowtarzalne...

  • vald

    Oceniono 5 razy 5

    Z całym szacunkiem, Zdjęcia są świetne. Ale trąci nieco snobizmem.
    Powinniśmy się cieszyć, że ludzie kupili sobie aparaty i robią zdjęcia. Może przez to będą lepsi - chociaż niektórzy.
    Nikt nie musi być zaraz Cartier-Bressonem, czy Dziworskim.
    Jacy ludzie są dzisiaj, jacy byli kiedyś. Tak jak powiedział pan Dziworski inaczej patrzą.
    Dzisiaj idąc np. Al.Jerozolimskimi mija nas setka ludzi. Popatrzcie na ich twarze. Czy ktoś spojrzy na was? Ma twarz z tym dystansem, zamyśleniem , tajemnicą, głębią jak na zdjęciach p. Dziworskiego czy Cartier-Bressona?
    Nie ma tego i pewnie już nigdy nie będzie.
    Takie spojrzenia, wyraz twarzy można jeszcze spotkać, gdzieś na prowincji, w innych krajach gdzie są ludzie ciekawi Ciebie jako człowieka, gdzie czas płynie wolniej, normalnie, w zgodzie z ustalonym porządkiem .
    Ci wszyscy których fotografia kręci. Kupili sobie aparaty, niech robią zdjęcia, niech się uczą patrzeć. Może ktoś znajdzie w sobie to coś, co każdy chciałby mieć, ale nie każdemu jest to dane.

  • gtpress

    Oceniono 5 razy 5

    nareszcie cos sensownego wsrod klamstw i manipulacji, Brawa wielkie dla Autora pieknych scen z okresu PRL-u, to bylo piekne......, niestety, dzis szklo , szmira i wywody O "niepodleglej kulturze" wytatuowanego swira po licencjacie........

  • nieufamkobietom

    Oceniono 5 razy 5

    Dzisiaj jest inaczej. Takich zdjec sie nie zrobi. Dlaczego ?
    Podejrzliwosc, niechec do bycia fotografowanym.
    Robienie zdjec dzieciom bez zgody rodzicow jest niemozliwe/zakazane/zabronione ( z tym sie zupelnie zgadzam ale czy bylo tak kiedys, lata 60-70)
    Widok aparatu w niektorych duzych miastach europejskich wzbudza rozne reakcje zwlaszcza wsrod policjantow.
    Temat jest dosc obszerny.

  • k_turska

    Oceniono 4 razy 4

    ciekawy wywiad i ciekawa osoba. dziekuje

  • captain_planet

    Oceniono 3 razy 3

    Niesamowity człowiek. Problemem dzisiejszych czasów jest to, że tacy ludzie nie znajdują zastępstwa...

  • mniklasp

    Oceniono 3 razy 3

    teraz jest wiecej zdjec ale bardzo malo fotografii. Po prostu nie ma wielu artystow , wiekszosc amatorzy i to ci ktorzy dostaja nagrody World Photo i podobne poniewaz pokazuja np dramat dziecka na wojnie syryjskiej. To jest lipa.i

  • warszawa34

    Oceniono 3 razy 3

    Młodzież i dzieciaki na trzepaku - to spojrzenie!

  • glean

    Oceniono 5 razy 3

    Wow! Świetny materiał w Wyborczej! Tak rzadko się to zdarza. Zdjęcia zrobione przez Fotografów uczą pokory. To zdjęcia zrobione przez ludzi, nie przez aparaty - widać w nich myśl. Czasem samemu uda mi się zrobić - w mojej opinii -dobre zdjęcie ale jak patrze na te fotografie powyżej...to mam ochotę je usunąć :) Mały kamyczek - fotografia ze strażakami i jednym z nich z helikonem - nie uwierzę, że to zdjęcie nie było pozowane.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX