Parada wojsk ONZ z okazji rocznicy podpisania porozumień pokojowych. W środku stoi Piotr Oller

Parada wojsk ONZ z okazji rocznicy podpisania porozumień pokojowych. W środku stoi Piotr Oller (fot. archiwum prywatne)

wywiad Gazeta.pl

Piotr Oller, były żołnierz, który brał udział w misji w Kambodży: Najbardziej boli nas zapomnienie

Pierwsza zbrojna potyczka Wojska Polskiego po II wojnie światowej miała miejsce nie w Karbali, ale w Siem Reap w Kambodży 3 maja 1993 roku. Polacy biorący udział w misji ONZ odparli wówczas atak Czerwonych Khmerów. Do księgarń trafiła właśnie książka Piotra Głuchowskiego "Pola śmierci", która przywraca pamięć o tym wydarzeniu, a my rozmawiamy z jednym z weteranów - Piotrem Ollerem.

Był pan członkiem polskiego batalionu logistyczno-inżynieryjnego POLLOG. Ile czasu spędził pan na misji w Kambodży?

- 13 miesięcy.

Jak znosiła to pana rodzina?

- Nie było to dla nich najłatwiejszym doświadczeniem, choćby ze względu na doniesienia, które się pojawiały w mediach, wliczając wiadomości o osobach, które zginęły. Były zdawkowe - telewizja podała tylko, że dwoje ludzi poniosło śmierć podczas wykonywania misji w Kambodży. Bez nazwisk. W misji, na pierwszej zmianie, brało udział 700 osób. Gwarantuję pani, że we wszystkich domach wybuchła wtedy panika.

Odprawa w Sihanouksville (fot. archiwum ks. Jerzego Niedbały)Odprawa w Sihanouksville. Druga kompania wsparcia logistycznego POLLOG ma zaopatrywać w wodę i paliwo francuski batalion operacyjny (fot. archiwum ks. Jerzego Niedbały)

W dodatku nie było z wami bezpośredniej komunikacji - z obozu nie wychodziły listy, bo w składzie misji zabrakło plutonu pocztowego, organizatorzy misji o nim zapomnieli. A  dodzwonienie się do Polski graniczyło z cudem i odbywało się via jednostka w Bydgoszczy.

- Tak, trzeba było czekać na połączenie z krajem, przekazać informacje i potem czekać, aż podadzą je dalej. Można było zwariować. Poczty rzeczywiście na początku nie mieliśmy, ale po jakimś czasie została zorganizowana. List szedł tydzień, a odpowiedź drugie tyle...

Jak to się stało, że trafił pan do Kambodży?

- Zanim tam pojechałem, spotkałem człowieka, który był na misji w Egipcie. Gdy słuchałem jego opowieści, oglądałem zdjęcia, pomysł o wyjeździe pojawił się w mojej głowie. Potem do mojej jednostki przyszło skierowanie dla chętnych na misję do Kambodży - zgłosiłem się, zostałem przyjęty. Ale rządził tym szczęśliwy dla mnie traf: akurat nie było w jednostce mojego dowódcy, który był niezbyt chętny do puszczania ludzi na wyjazdy. A jego zastępca mi podpisał zgodę. I tak jako jeden z najmłodszych żołnierzy zawodowych trafiłem na misję.

Zresztą to był moment, gdy Wojsko Polskie było w dziwnej sytuacji - dopiero rozwiązał się Układ Warszawski, do NATO jeszcze nie weszliśmy, byliśmy dopiero na początku drogi, a tu mieliśmy jechać zaprowadzać pokój w jakimś odległym kraju.

Stary-266 zdawały egzamin w Kambodży, mimo ekstremalnie trudnych warunków. Fot. R. KalińskiStary-266 zdawały egzamin w Kambodży, mimo ekstremalnie trudnych warunków (fot. archiwum Ryszarda Kalińskiego)

To nie była jedyna misja, w której brał pan udział. W 1998 r. był pan jeszcze w Libanie. Gdzie było trudniej?

- W Kambodży. Gdyby przed nami, w maju 1992 r., nie poleciała grupa przygotowawcza, zastalibyśmy tam warunki naprawdę tragiczne, a i tak nie było lekko. Tyle że mogliśmy się gdzieś położyć i na głowy się nie lało - przynajmniej nie wszystkim. Brakowało nam tam dosłownie wszystkiego, a najbardziej dokuczał brak wody pitnej.

Jedna rzecz to warunki bytowe i problemy organizacyjne, a druga to bezlitosny klimat: upały powyżej 50 stopni, pora deszczowa i niemal 100 procent wilgotności powietrza.

- Człowiek niby kojarzył, że leci w tropiki. Tyle co można było w tamtych czasach przeczytać o tym miejscu w encyklopedii, to się przeczytało. Oczywiście encyklopedia nie była najnowsza, więc w niej było o Kampuczy - jak się to państwo nazywało pod rządami Czerwonych Khmerów i później [Demokratyczna Kampucza - państwo kambodżańskie w latach 1975-1979, Ludowa Republika Kampuczy - państwo kambodżańskie w latach 1979-1989 -  przyp. red.] - a nie o Kambodży. Ale pierwsze wyjście z samolotu w Phnom Penh - co dzisiaj wydaje się śmieszne we wspomnieniach, jak je przywołujemy z kolegami - to było doświadczenie, jakiego się nie spodziewaliśmy. Zazwyczaj jest tak, że im dalej człowiek jest od rozgrzanych silników samolotu, który właśnie wylądował, tym jest chłodniej. A tu odwrotnie: robiło się coraz goręcej. Najpierw myśleliśmy, że może silniki nadal pracują, ale nie - tam po prostu panował taki klimat.

Ale była i pora deszczowa. Wtedy najgorzej mieli ci koledzy, którzy zostali zakwaterowani w namiotach. Ile taki namiot może wytrzymać intensywnego nasłonecznienia, a potem nieustających opadów deszczu? Tam wszystko płynęło, pleśniało, przeciekało.

Od czego zależał kwaterunek?

- Od tego, do której kompanii zostaliśmy przydzieleni, a one stacjonowały w różnych miejscowościach, zgodnie z potrzebami organizatora misji, czyli ONZ. Do kompanii przydzielano nas jeszcze przed wylotem z Polski, ale warunków, w jakich przyjdzie nam żyć, nikt z nas nie znał. Ja trafiłem "luksusowo", bo pracowałem przy sztabie ONZ w stolicy kraju Phnom Penh. Stacjonowaliśmy w budynkach, choć były to raczej baraki, ale były przynajmniej murowane.

(fot. archiwum Piotra Ollera)W kwietniu 1993 r. piąta kompania POLLOG stacjonująca w Kompong Thom zostaje ostrzelana z AK-47 przez Czerwonych Khmerów. Na zdjęciu wyrwa po upadku pocisku moździerzowego na kompanijną pralnię i jeden z misjonarzy - Ryszard Gębka (fot. archiwum Piotra Ollera)

Misja UNTAC nie była misją stabilizacyjną, nie jechaliście z nikim walczyć, lecz pokojową - na czym polegały zadania polskiego batalionu logistycznego?

- Rozwoziliśmy wodę i wszelkie potrzebne zaopatrzenie stacjonującym w Kambodży żołnierzom z różnych krajów. Naszym zadaniem było też zadbanie o przejezdność dróg czy przepraw, czasem rozminowywanie czy pomoc w demobilizacji cywilów po wojnie. A w okresie przed wyborami - pierwszymi wolnymi wyborami w tym kraju - zajmowaliśmy się też zabezpieczaniem ich: rozwoziliśmy urny do głosowania, przygotowywaliśmy punkty wyborcze. Bez nas wybory by się nie odbyły, mogę śmiało powiedzieć.

Jednak przekonaliście się, że wojna w Kambodży jeszcze się nie skończyła.

- Myśleliśmy, że jedziemy do kraju, który dochodzi do siebie po wojnie. Nie byliśmy przygotowani na akcje zbrojne, czy nawet konieczność obrony. Tym bardziej my jako batalion logistyczny. Jednostki z innych państw, owszem, miały zadania bojowe, chociażby takie jak zapewnienie nam ochrony podczas naszych działań. Na pewno nie byliśmy przygotowani na to, że znajdziemy się w takim zagrożeniu, jak koledzy z bazy Siem Reap, którzy musieli odeprzeć regularny atak Czerwonych Khmerów.

Co tam się wydarzyło?

- 3 maja 1993 roku nad ranem polski obóz w Siem Reap znalazł się pod ciężkim ostrzałem oddziału Czerwonych Khmerów. Na szczęście obyło się bez ofiar po naszej stronie - nasi żołnierze byli przygotowani na atak, bo już wcześniej zdarzały się incydenty, pomniejsze ataki. Mieli więc przygotowaną obronę, nie byli całkowicie zaskoczeni. Ale i tak było ciężko, jak opowiadają ci, którzy w tym uczestniczyli. My w sztabie w stolicy o tym, że ten atak miał miejsce, dowiedzieliśmy się dopiero kilka godzin później, kiedy przyszliśmy do pracy - wtedy zaczęły spływać wiadomości. Wtedy już było praktycznie po wszystkim.

(fot. ?)Profesjonalnie umocnione gniazdo karabinu maszynowego w obozie w Siem Reap. Przy dziewięciokilogramowym pulomiocie Kałasznikowa Krzysztof Frydrych (fot. materiały prasowe do książki 'Pole śmierci...' Piotra Głuchowskiego)

To nie był jedyny incydent, kiedy polscy żołnierze byli w sytuacji zagrożenia. Zdarzało się też, że bandy uzbrojonych Khmerów wyciągały kierowców z konwojów. Po co?

- Czasem żeby okraść, czasem żeby postraszyć. Jeździliśmy uzbrojeni, ale przeważnie w broń krótką. A co ja mógłbym zrobić z tym jednym biednym pistoletem, jakby mnie otoczył cały oddział? Nasze ówczesne uzbrojenie kontra wizerunek żołnierza na misji, który znamy teraz z Iraku czy Afganistanu,  są bez porównania. Ja zresztą, zanim odszedłem z wojska, przygotowywałem się do pierwszej misji w Iraku. Uzbrojenie, które wtedy dostaliśmy, było takie, jakie Wojsko Polskie powinno mieć.

Ale wtedy, w Kambodży, nie miało. Bał się pan, że tacy nieodpowiednio wyposażeni możecie być łatwym celem?

- Nas wtedy przerażało, że tam każdy miał broń. Wjeżdżało się do wioski, to widziało się - jak na filmach - karabiny, granaty, między nimi bawiły się dzieci. Miejscowi żyli w stanie zagrożenia, bali się. My zresztą też - ciągle słyszało się jakieś strzały czy wybuchy. To dawało do myślenia.

Ale został pan na drugą zmianę, czyli nie przestraszył się pan?

- Możliwe, że już wtedy zadziałała ta choroba, ten bakcyl. Bo z jednej strony czułem tęsknotę za domem, z drugiej jednak coś kazało zostać.

Jak się wczytuję we wspomnienia pana i pańskich kolegów, które pojawiają się w facebookowej grupie "Zabujani w Kambodży", brzmią one, jakbyście wracali pamięcią do wakacji życia, a nie niebezpiecznej misji, w trudnych warunkach i w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia.

-  Tak to działa. Nawet nazwa - "Zabujani w Kambodży" - pokazuje, że my tam wszyscy zaraziliśmy się tym bakcylem. Po misji przez cały czas ciągnęło mnie tam z powrotem i nadal chcę tam wracać. Udało mi się zresztą trzykrotnie pojechać do Kambodży po latach, już jako cywil.

reprodukcje zdjec z archiwum Zbigniewa Danielaka do ksiazki  Piotra Gluchowskiego o polskiej misji w Kambodzy z 1993 roku27 lutego 1993 r. Rosyjski śmigłowiec wynajęty wraz z załogą dla potrzeb ONZ rozbija się na terenie polskiej bazy w Strung Treng (fot. archiwum Zbigniewa Danielaka)

Innych kolegów z misji też tam ciągnie?

- Wszyscy chcą wiedzieć, jak tam teraz jest i dumą napawa nas fakt, że kraj, który widzieliśmy w stanie powojennej ruiny, teraz się odbudowuje, zmienia - w centrum stolicy stoją olbrzymie wieżowce, wszędzie kręcą się turyści. To jest zupełnie inna Kambodża niż ta, która pamiętamy. I to cieszy.

Udało się panu dotrzeć do tych miejsc, w których były polskie bazy?

- Byłem w tych miejscach, w których mieszkaliśmy. Nie zostaliśmy jednak wpuszczeni do bazy, bo teraz mieści się tam szkoła wojskowa. Kiedy do niej przyjechałem, trwały właśnie zajęcia. Ale jak pokazałem filmik stamtąd grupie na Facebooku, koledzy pisali mi, że płaczą.

Grupa, którą pan prowadzi, jest bardzo aktywna, widać, że weterani mają ogromną potrzebę kontaktu ze sobą, wspomnień. Spotykacie się też na żywo?

- Cztery tygodnie temu mieliśmy spotkanie, po raz pierwszy po 25 latach - zebrało się około 60 osób. Impulsem było wydarzenie zorganizowane w Centrum Weterana przy MON i złożenie kwiatów pod tablicą pamiątkową poświęconą tym, którzy nie wrócili z misji stabilizacyjnych, wojskowych, pokojowych. Także pięciu naszym kolegom, którzy umarli w Kambodży, choć żaden z nich nie zginął w boju. W trzech przypadkach powodem śmierci był wypadek, w jednym choroba i jedno samobójstwo.

Czasem, gdy gadam z kolegami, którzy w Kambodży przeżyli dużo ciężkich chwil, mówią mi, że jeszcze nie są gotowi, by pokazać swoje zdjęcia stamtąd. Że to wciąż za ciężki temat. Strach siedzi w sercu. Poza tym przez te 25 lat o nas się w ogóle nie mówiło. Kto wiedział, że w ogóle tam byliśmy?

Polscy żołnierze w KambodżyMisjonarze z wydzielonej kompanii Polskich Sił Inżynieryjnych w Pursat fotografują się na posterunku w Kapaf - Ludowych Sił Zbrojnych Kambodży - z uzbrojeniem miejscowych wojaków w rękach (fot. materiały prasowe do książki 'Pole śmierci...' Piotra Głuchowskiego)

Czego oczekiwaliście po książce "Pola śmierci" Piotra Głuchowskiego?

- Że pokaże prawdę. Od pół roku, kiedy założyłem grupę na Facebooku, walczę o to, żeby przywrócić pamięć o tej misji. Napisałem do bardzo wielu znanych ludzi, instytucji, mediów. Niech pani zgadnie, ile miałem odpowiedzi? Zero. Jedna telewizja, która puszcza serial o weteranach z rozmaitych misji, zainteresowała się nami. A tak to wszyscy myślą, że pierwsza potyczka Wojska Polskiego po II wojnie światowej była w Karbali. Guzik prawda - Siem Reap, 3 maja 1993, w Kambodży. A z tych dzielnych żołnierzy nikt nawet nie został wyróżniony. A przecież żołnierz polski biorący udział w potyczce z bronią kwalifikuje się do odznaczenia.

Są medale przydzielane weteranom innych misji - Gwiazda Afganistanu czy Gwiazda Iraku. A z naszych żołnierzy nikt nic nie dostał. Nawet dowódca obrony Siem Reap, pułkownik Wiesław Słoniewski. Coś się tym naszym chłopakom też należy, choćby gest.

Chcecie, aby książka mówiła o was prawdę. Ale Piotr Głuchowski porusza w niej też mniej "wygodne" aspekty misji - pisze o różnych ekscesach żołnierzy: alkohol, seks, narkotyki. To też prawda?

- Nie żebym się wymigiwał i chciał coś tu udawać. Były całe wioski, które żyły z obsługiwania żołnierzy, których na misji było przecież bardzo wielu, nie tylko z Polski. To była ogromna misja międzynarodowa. Tzw. przybytków rozkoszy na każdym kroku było pełno. Młode dziewczyny prostytuowały się z biedy. Pod tym względem zresztą dzisiejsza Kambodża nie różni się od tamtej. O narkotykach ja osobiście nie wiem nic, z żadnymi się nie spotkałem. Alkohol - tak, nie ma co ukrywać. My tam czasem "po pracy" też lubiliśmy się odprężyć, napić wina.

(fot. archiwum ks. Jerzego Niedbały)Rzecznik praw obywatelskich profesor Tadeusz Zieliński w towarzystwie kambodżańskich dzieci (fot. archiwum ks. Jerzego Niedbały)

Alkohol pomagał pozbyć się stresów? Strachu?

- Po kilku miesiącach na misji miałem załamanie. Obudziłem się rano, poduszka zalana łzami. Nie wiedziałem dlaczego. Tylko kulkę w gardle miałem. To była niedziela rano, koledzy poszli do kościoła, a jak wrócili, już wiedzieli, że coś jest ze mną nie tak. Zwłaszcza starsi, doświadczeni, którzy byli wcześniej na innych misjach, od razu się połapali, o co chodzi. Na siłę wyciągnęli mnie z łóżka i dostałem pełną szklankę wódki - masz, pij. I oni potem ze mną siedzieli, tłumaczyli mi, co się ze mną dzieje i dlaczego. Jak teraz o tych ludziach myślę, to wiem, że zawdzięczam im wiele. A byliśmy obcymi ludźmi dla siebie, nie znaliśmy się przed misją. To ona nas połączyła.

Wspomniał pan o samobójstwie podczas misji.

- Tak, to był człowiek, którego wszyscy znaliśmy. Dlatego to dla nas bardzo ciężki temat. Osoba, która porywa się na swoje życie, musi być bardzo zdesperowana. Skoro pojechała taki kawał drogi, zarabiać dla rodziny - bo nie oszukujmy się, po to się na misję jechało, nie z wielkim hasłem: jadę nieść pokój - i nagle robi coś takiego, to musi być bardzo, bardzo źle. My sobie nawzajem próbowaliśmy pomagać. Koledzy wyciągnęli z dołka mnie, ja potem wyciągałem innych. Alkohol w to wchodził - tak, przyznaję. Ale my byliśmy żołnierzami. Kiedy byliśmy w pracy - ja byłem kierowcą - nie było mowy o pijaństwie.

A po misji?

- Koledzy bardzo narzekali na brak pomocy psychologicznej, zwłaszcza ci, którzy otarli się o śmierć. Nie było żadnego wsparcia. Tylko urlop, który każdy wykorzystał. Mnie bardzo pomogła obecność na misji kapelana. Jeździł do każdej kompanii, odprawiał msze i tak ludzi ze sobą jednał. Mieliśmy też święta: pasterkę, wigilię. Nawet niektórym udawało się jakieś rośliny przypominające choinkę dorwać i one były dekorowane. W tych momentach byliśmy naprawdę wszyscy razem.

Książka 'Pole śmierci. Nieznana bitwa Polaków z Czerwonymi Khmerami' Piotra Głuchowskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. materiały prasowe / Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta)Książka 'Pole śmierci. Nieznana bitwa Polaków z Czerwonymi Khmerami' Piotra Głuchowskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. materiały prasowe / Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta)

Siedzą w was ciągle te historie?

- Oj siedzą! Kiedy się czasem z kolegami spotkamy na taką typowo polską posiadówkę i puszczę moje filmy z późniejszych wyjazdów do Kambodży, to możemy tak całą noc siedzieć. Niedawno spotkałem się z kolegą, który był w Afganistanie i Iraku, i on zrobił to samo - usiadł, pokazywał mi zdjęcia, prawie płakał. Bo on chce tam wrócić, chce zobaczyć. Mówię: ale tam wojna była, strzelali do was, ludzie ginęli. A on: ale ja chcę pojechać. A kiedyś to on się dziwił, że ja chcę do Kambodży wracać!

Mam wielkie marzenie. Bo nie wszyscy moi koledzy mają szansę do tych miejsc pojechać. Może ktoś zrobiłby film dokumentalny na ten temat: pokazał te miejsca. Ja wtedy miałem 24 lata, niektórzy mieli po 40-50. To po tych 25 latach już są osoby starsze. Jak oni by to zobaczyli, byłaby to fantastyczna rzecz. I żeby inni mogli o nas usłyszeć, dowiedzieć się. Boli mnie, że nawet jak kręcą jakiś program typu "Azja Express" i jadą do tych samych miejsc, w których my stacjonowaliśmy, to nikt nawet słowem o nas nie powie. Że Polacy byli w Kambodży i to dzięki Polakom oni teraz mogą tam sobie biegać.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Książkę Piotra Głuchowskiego "Pole śmierci. Nieznana bitwa Polaków z Czerwonymi Khmerami" w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>


Piotr Oller. Weteran misji w Kambodży i Libanie. Obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii, prowadzi na Facebooku grupę dla weteranów  "Zabujani w Kambodży".

Katarzyna Nowakowska. Redaktor naczelna serwisu Foch.pl. Jest założycielką (nie)oficjalnego kultu Davida Bowie i współtwórczynią "Bachora". Dla niepoznaki za dnia pisze kulturalne teksty ("Dziennik Gazeta Prawna"), a nocą wyżywa się w internetach.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (35)
Zaloguj się
  • mbo

    Oceniono 11 razy 11

    To nie była pierwsza misja wojska polskiego w Kambodży. Byliśmy tam wcześniej :)

  • Tomasz Ronda

    Oceniono 3 razy 3

    Dziękuję za ten artykuł. Byłem w Siem Reap w styczniu, nie miałem wtedy pojęcia że żołnierze z Polski tam byli w ramach misji z ONZ. Dziękuję więc za to że mogłem tam bezpiecznie pojechać, jako turysta, i zwiedzić to miejsce. Pozdrawiam Pana i wszystkich Pana kolegów którzy się do tego przyczynili.

  • jasio1231

    Oceniono 7 razy 3

    "Poczty rzeczywiście na początku nie mieliśmy, ale po jakimś czasie została zorganizowana. List szedł tydzień, a odpowiedź drugie tyle..."

    To poczta dzialala duzo lepiej niz dzisiaj. List polecony wyslany z Warszawy do jednego z miast kanadyjskich nie dotarl jeszcze po dwoch miesiacach. Na poczcie, gdzie zlozono reklamacje powiedziano, ze traeba reklamowac pisemnie a czas rozpatrywania to dodatkowe trzy miesiace!!??

  • vredzio

    Oceniono 3 razy 1

    Ełk w latach siedemdziesiątych to był taki polski Afganistan. Szkoła elewów. Ilu chłopaków nie wróciło wtedy do domu...nie wytrzymali na warcie...

  • Romek Ceranka

    0

    nie ma szacunku dla misjonarzy onz bo ci co teraz honorują weteranów misji stabilizacyjnych gwiazdami nawet pojęcia nie mają, że bez misji onz nie było by nato, była by komuna, ale to pewnie niepoprawne politycznie było:/

  • Arkadiusz Sienkiewicz

    0

    Były, to może być poseł albo senator.
    Żołnierz jesr w stanie spoczynku.
    Nauczcie się tego raz na zawsze...

  • Ewa Biernat

    0

    Mój ojciec był na tej misji. Obiecałam sobie, że kiedyś tam pojadę i zobaczę te miejsca. Byłam w tym roku.

  • mydeer

    0

    He had the saddest eyes
    The girl had ever seen
    He used to cry some nights
    As though he lived a dream
    And as she held him close
    He used to search her face
    As though she knew the truth
    Lost inside Cambodia

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX