Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali'

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (Materiały prasowe)

wywiad Gazeta.pl

Joanna Kos-Krauze: Rwanda pomogła mi zrozumieć, jakim luksusem jest tzw. godna śmierć

To nie tylko historia zbiorowej traumy jednego narodu. To opowieść o bardzo ciemnej stronie nas wszystkich. Także twojej, mojej - mówi o filmie "Ptaki śpiewają w Kigali" Joanna Kos-Krauze, jego reżyserka.

Film "Ptaki śpiewają w Kigali" na MFF w Karlowych Warach zdobył nagrodę dla najlepszej aktorki - otrzymały ją Jowita Budnik i Eliane Umuhire. We wrześniu obraz powalczy o Złote Lwy na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Opowiada o wydarzeniach z 1994 roku w Rwandzie, gdzie w trakcie wojny domowej pomiędzy plemionami Hutu i Tutsi z rąk ekstremistów zginęło około miliona ludzi. Świadkiem tych wydarzeń jest Anna (Jowita Budnik), polska ornitolog, która przyjechała do Afryki, aby prowadzić badania nad spadkiem populacji rwandyjskich sępów. Gdy zaczyna się ludobójstwo, Polka ratuje przed śmiercią młodą dziewczynę z plemienia Tutsi, Claudine (Eliane Umuhire). Anna umożliwia ocalonej ucieczkę do Polski. Po przylocie do kraju kobiety próbują otrząsnąć się z koszmarnych przeżyć, ale nie są w stanie wpisać się w rutynę codziennego życia. Pewnego dnia, po upływie kilku lat, Claudine decyduje się na powrót do ojczyzny. Anna postanawia wyruszyć wraz z przyjaciółką w tę niezwykle emocjonalną podróż do samego serca Afryki.

"Ptaki śpiewają w Kigali" to ostatni wspólny film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego. Twórca zmarł w grudniu 2014 roku, a reżyserka dokończyła projekt samodzielnie.

Skąd wziął się pomysł na "Ptaki śpiewają w Kigali"? Dlaczego polscy twórcy zdecydowali się opowiedzieć o ludobójstwie w odległej Rwandzie?

- Dla nas ten temat nigdy nie był odległy. Przecież to w Polsce wydarzył się Holocaust. Minęło ponad 70 lat, a my nadal nie potrafimy o tym nawet porozmawiać. Doświadczenie ludobójstwa jest uniwersalne. Nie jest uwarunkowane kulturowo, intelektualnie czy etnicznie. Nie ma znaczenia, czy mówimy o wydarzeniach na Bałkanach, ludobójstwie Herero w Namibii czy Ormian na początku XX wieku. Dlatego w Kigali Genocide Memorial Centre w Gisozi, centrum poświęconym ofiarom ludobójstwa na kształt Yad Vashem czy Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, są sale poświęcone wszystkim udokumentowanym ludobójstwom w historii. Rwandyjczycy uważają, że są one równoprawne. To, co wydarzyło się w 1994 roku, to nie tylko historia zbiorowej traumy jednego narodu. Pod tym względem "Ptaki śpiewają w Kigali" to uniwersalna opowieść o bardzo ciemnej stronie nas wszystkich. Także twojej, mojej.

Dlaczego w takim razie nie zrobiliście filmu o polskim doświadczeniu ludobójstwa?

- Próbowaliśmy. Mamy gotowy scenariusz filmu o Jedwabnem, który wciąż czeka na realizację. Dla Krzysztofa i dla mnie Afryka była jednak szczególnym miejscem, z którym czuliśmy się związani. Najpierw jeździliśmy tam turystycznie, do przyjaciół, spędzaliśmy kilka miesięcy w roku, by odpocząć. Potem było leczenie Krzysztofa, a po jego śmierci mieszkałam tam przez dwa i pół roku. Łącznie spędziliśmy w Afryce ponad siedem lat. Wiedzieliśmy, że afrykańskie doświadczenia zapiszemy w naszej twórczości, jak każdy kawałek życia. To było organiczne. Być może spędzenie kilku lat poza Polską sprawiło, że dzisiaj nie umiem już oddzielić perspektywy polskiej od afrykańskiej. Stało się to dla mnie płynne. Afryka jest wręcz dla mnie miejscem, w którym czuję się lepiej niż w Europie, bo tam ważny jest człowiek. W Afryce - mówiąc wprost - nic nie ma. Żadnego materialnego dziedzictwa, może poza piramidami i tzw. Wielkim Zimbabwe, którego powstanie datuje się na okres średniowiecza.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. materiały prasowe)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. materiały prasowe)

Nawet jak w Polsce czujesz się biedakiem, bo masz kredyt we frankach szwajcarskich i ściga cię komornik, to i tak masz dużo więcej niż Afrykańczyk. Ale nie chodzi wyłącznie o pieniądze. W Afryce bycie egoistą, funkcjonowanie poza pewną strukturą społeczną jest uznawane za porażkę. To miejsce, w którym wspólnotowość, duchowość są szalenie ważne.

Jak zmieniał się pomysł na "Ptaki śpiewają w Kigali"? Wasz film powstawał przez wiele lat.

- Zaczęliśmy o tym myśleć około 2007 roku, jeszcze przed realizacją "Papuszy" [z 2013 roku - przyp. M.S.]. Przez wiele lat próbowaliśmy sobie poradzić z tym tematem, szukaliśmy klucza artystycznego. "Ptaki..." były dla nas próbą spłacenia długu wdzięczności w stosunku do Afrykańczyków, którzy stali się naszymi przyjaciółmi, a kontynent - drugim domem.

Punktem wyjścia stało się dla nas opowiadanie Wojciecha Albińskiego "Kto z państwa popełnił ludobójstwo?", ale po tym, jak zaczęliśmy sami w Afryce pomieszkiwać, zmieniło się nasze nastawienie do opowiadanej przez Wojtka historii. Zrozumieliśmy, że nie chcemy robić takiego filmu - banalnego love story z postkolonialnym wydźwiękiem o białym mężczyźnie i zależnej od niego, ekonomicznie i mentalnie, czarnej dziewczynie.

Dlatego głównymi bohaterkami filmu są kobiety?

- Byłam wiele razy w obozach dla uchodźców i moją uwagę zwróciło, jak szczególną funkcję w sytuacjach kryzysowych pełnią kobiety. To samo widać zresztą w Polsce - np. grupa skupiona wokół ojca Rydzyka to są dzielne kobiety z małych miejscowości, z mężami alkoholikami, dziećmi, które powyjeżdżały do Wielkiej Brytanii i teraz po Brexicie na nowo szukają dla siebie miejsca w kraju. I te samotne, zmęczone życiem kobiety dźwigają na swoich barkach odpowiedzialność za rodzinę, która się rozpada.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)

Tak samo jest w przypadku wojny, przemocy, ludobójstwa - z ich konsekwencjami zostają kobiety i dzieci. Dlatego opowiedzenie tej historii z perspektywy kobiet wydało nam się najwłaściwsze. Chcieliśmy skoncentrować się na ich relacji, przyjaźni, pewnej wspólnotowości przeżyć.

Niemal nie pokazujecie na ekranie wydarzeń z 1994 roku. Skupiacie się na konsekwencjach traumy.

- Po raz pierwszy pojechaliśmy z Krzysztofem do Rwandy w 2006 albo 2007 roku, raptem kilkanaście lat po ludobójstwie. To było traumatyczne doświadczenie. I wciąż jest, bo wydarzenia z 1994 roku są tam nadal bardzo żywe. Ofiary i oprawcy mieszkają obok siebie dom przy domu. Wyobraź sobie, że żyjesz obok sąsiada, który zgwałcił twoją matkę, dwie siostry i ojcu obciął głowę maczetą. Może przyjść do ciebie i przeprosić, przynieść ci kratkę piwa. Uśmiechnie się, będzie uprzejmy, zapyta, czy czegoś ci nie trzeba. Każdego dnia spotykałabyś go przy skrzynce na listy.

Zrozumieliśmy, że nie będziemy w stanie opowiedzieć historii z punktu widzenia Rwandyjczyków, którzy doświadczyli tego koszmaru. Nawet nie mamy prawa. Rekonstrukcja ludobójstwa na ekranie wydawała nam się wielkim nadużyciem. Nie wiem zresztą, czemu miałaby służyć. Postanowiliśmy, inspirując się dokonaniami wybitnych twórców pokroju Claude'a Lazmanna czy Michaela Hanekego, że musimy poszukać dla tej historii własnego języka. Najuczciwsza wydała nam się postawa empatyczna, współczująca. Skupiliśmy się na traumie, żałobie, życiu po tragedii.

To pierwszy film, który ukończyłaś bez twojego męża. Nie czułaś się przytłoczona, zmagając się z własną żałobą i jednocześnie pracując nad filmem o traumie?

- To wydaje się nieprawdopodobne, ale wcale tak tego nie odbierałam. Krzyś był na pierwszych sześciu dniach zdjęciowych, wówczas już bardzo chory. Wiedział jednak, że jego obecność będzie mi bardzo potrzebna. Miałam odczucie przy odchodzeniu Krzysztofa, że muszę kontynuować jego wizję kina jako dzieła sztuki. Nie czuję jednak, żeby cokolwiek się zmieniło w moim podejściu do pracy na planie, odkąd zostałam z tym filmem sama.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)

Przez osiem lat obiecywałam sobie, że skończę ten projekt i kiedy już wiedziałam, że dotrzymam słowa, wszystko odpuściło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kiedy wyjechałam do Afryki po śmierci Krzysztofa, poczułam się tam dobrze, jak w domu. Afrykańczycy w ogóle bardzo szanują kobiety, a wdowy mają tam szczególny status. Bardzo mi to pomogło.

Rwanda była ważnym doświadczeniem również dlatego, że pomogła mi zrozumieć, jakim luksusem jest tzw. godna śmierć. Odejść w gronie rodziny, przyjaciół, otoczony opieką, z poczuciem, że zdążyło się pogodzić z tą sytuacją, to jest naprawdę. luksus. Nie wymyśliłabym w najbardziej śmiałych czy czarnych scenariuszach, że Afryka pomoże mi przejść moją własną żałobę. Zobaczyłam moje doświadczenia w innym świetle.

 "Ptaki..." zbudowane są ze zbliżeń zestawianych z ujęciami z dystansu. Nigdy nie pokazujecie też przemocy wprost. Paradoksalnie, usuwając ją poza kadr, sprawiacie, że staje się bardziej przejmująca i przerażająca.

- To jest podstawowe założenie filmu, które determinowało nasze wybory formalne. "Ptaki..." odnoszą się do struktury traumy. Trauma ma to do siebie, że uniemożliwia człowiekowi poskładanie świata, który został zniszczony. Jego postrzeganie staje się fragmentaryczne, a bolesne przeżycia wracają wyłącznie we flashbackach, odpryskach pamięci. Dlatego w naszym filmie tak dużo dzieje się w przestrzeni pozakadrowej. Człowiek straumatyzowany nie jest w stanie ogarnąć tego, co mu się przytrafiło.

Przygotowując się do zdjęć, spotykaliśmy się z ludźmi, którzy przeżyli Holocaust. Ja spędziłam mnóstwo czasu przy ekshumacjach ofiar rwandyjskiego ludobójstwa. Rozmawialiśmy z Rwandyjczykami, którzy pamiętają te wydarzenia, a także z lekarzami, psychologami. Okazało się, że tak naprawdę doświadczenie traumy jest bardzo uniwersalne. Żołnierz wracający z wojny w Iraku zmaga się z tymi samymi zaburzeniami co osoba, która przeżyła wojnę jako cywil. Niezintegrowana osobowość może się objawiać w różny sposób - jeden człowiek jest apatyczny, drugi idzie w narkotyki, ktoś inny jeszcze szuka zapomnienia w kompulsywnym seksie. W taki sposób organizm broni się przed wspomnieniami, wypiera to, czego nie potrafi zrozumieć i uporządkować.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)

Po śmierci Krzysztofa spędziłam w Afryce dwa i pół roku. Zmagając się z osobistą żałobą, właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że nigdy nie widziałam Rwandyjczyka, który płakałby, mówiąc o ludobójstwie. Tak głębokie są blokady wynikające z naszego instynktu samozachowawczego. Gdyby w jakimś momencie życia dostać narzędzia umożliwiające ogarnięcie i zrozumienie tego koszmaru, człowiek by tego nie wytrzymał.

Skąd się bierze w człowieku nienawiść tak wielka, że popycha go do zamordowania sąsiada, przyjaciela, członka rodziny?

- Wszystko zaczyna się od słowa. Istnieje uniwersalny, ośmiostopniowy schemat ludobójstwa opisany przez Gregory'ego Stantona, przewodniczącego amerykańskiej organizacji Genocide Watch. Jego kolejne etapy to: klasyfikacja, symbolizacja, dehumanizacja, organizacja, polaryzacja, przygotowanie, eksterminacja i zaprzeczenie. Ludobójstwo nigdy nie jest aktem spontanicznym, to jest skrupulatnie planowany proces, na który przygotowuje się kolejne pokolenia ofiar, morderców i świadków. Ofiary muszą mieć zaniżoną samoocenę, muszą ulegać złudzeniom, że wciąż mają czas na ucieczkę. Oszukują się, że to jeszcze nie teraz. Jeszcze nie biją u nas, tylko u sąsiadów, może jakoś przetrwamy? Może zdążymy odmalować dom albo nasze dzieci skończą szkołę?

I nieodmiennie pierwszy punkt to jest naznaczenie słowem. Potem idzie za tym naznaczenie fizyczne - trzeba rozdać opaski, wydać dowody osobiste, w których jest wyszczególnione pochodzenie etniczne. Na końcu, po rzezi, po wszystkim, jest zaprzeczenie. No i potem kłócimy się, ile osób się zmieściło w stodole,  ile piece mogły spalić w ciągu doby, ilu Ormian mogło iść przez tę pustynię i czy aby na pewno aż tak wiele osób zginęło.

Dziedziczymy po naszych przodkach niezałatwione sprawy, nieprzepracowane emocje i ból. Przecież świadkowie też są straumatyzowani. Pisał o tym Jan Błoński w genialnym eseju "Biedni Polacy patrzą na getto", będącym chyba najważniejszym postulatem dokonania narodowego rachunku sumienia. Dlatego mamy obowiązek zadawać pytania o źródło przemocy, nienawiści. Kiedy to się zaczyna? Jak to powstrzymać? To jest straszna opowieść o nas samych.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)

Mówiłaś, że "Ptaki..." mają być uniwersalną opowieścią o życiu po traumie. A czy spodziewałaś się, że film o relacji Polki z ocalałą z rzezi Rwandyjką stanie się w rzeczywistości 2017 roku tak aktualny?

- Spotkałam się nawet z zarzutami, że ten film został zaplanowany jako komentarz do aktualnych wydarzeń na świecie i w Polsce. Powiem szczerze - nikt z nas by tego nie wymyślił. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad "Ptakami." w 2006 roku, nie przypuszczaliśmy, że życie nas w ten sposób przegoni. Byliśmy przekonani, że pracujemy nad filmem opowiadającym o konkretnym wycinku historii Rwandy, którego wydźwięk będzie uniwersalny pod każdą szerokością geograficzną. Tymczasem dialogi, napisane dekadę temu, zupełnie nie straciły na aktualności, a wręcz w czasach kryzysu uchodźczego nabrały zupełnie nowej mocy. To mnie bardzo zaskoczyło, zwłaszcza w kontekście nastawienia Polski do wydarzeń w Syrii.

Myślisz, że twój film może uwrażliwić nas na potrzeby innych, pokazać, że ludzie, którzy uciekają przed wojną, nie są dla nas zagrożeniem?

- Z mojego doświadczenia wynika, że ludobójstwo niczego nikogo nie uczy. Ale może wystarczy świadomość, że wszyscy nosimy w sobie pierwiastek zła? Mam nadzieję, że ten film stanie się punktem wyjścia do dyskusji na ten temat, bo bardzo tego potrzebujemy. Ludzie muszą zrozumieć, że uchodźca to nie znaczy terrorysta, że ludzie koczujący w obozach nie muszą być mili, uśmiechnięci. Oni przeżyli coś niewyobrażalnego. Przyjeżdżają ze stref konfliktu zbrojnego, są głęboko straumatyzowani. Mają prawo być trudni.

Chcę mimo wszystko wierzyć, że gdyby rodzina z Syrii zapukała do drzwi mojego sąsiada, spotkaliby się i nikt by im nie odmówił schronienia. Zjedliby razem kolację, może mężczyzna skosiłby trawnik, kobieta przygotowała hummus, dzieci by się bawiły razem. A gdyby jeszcze byli w stanie ze sobą porozmawiać niezależnie od dzielących ich różnic kulturowych, religijnych, narodziłaby się między nimi więź. Problem polega na tym, że nasze drogi rozchodzą się na poziomie pewnej dialektyki i narracji tworzonej przez media i polityków. Nie pozostaje nam nic innego jak wierzyć, że w ostatecznym rozrachunku spotyka się po prostu człowiek z człowiekiem. Uważam, że naszym obowiązkiem jest im pomóc. I koniec.

O tym, czego doświadczyła podczas pobytu w Rwandzie, Joanna Kos-Krauze napisała tez książkę. 'Jest życie po końcu świata' ukaże się 27 września (fot. materiały prasowe)O tym, czego doświadczyła podczas pobytu w Rwandzie, Joanna Kos-Krauze napisała tez książkę. 'Jest życie po końcu świata' ukaże się 27 września (fot. materiały prasowe)

Ten film cię zmienił? Nauczył czegoś nowego jako twórcę?

- Nauczył mnie, że już niczego nie muszę. I tego, że trzeba wiedzieć, po co się stawia kamerę i dlaczego się to robi.

Z każdym filmem się zmieniamy. Dlatego my z Krzyśkiem nigdy nie oglądaliśmy swoich filmów. Piętnaście minut i już zawsze zęby bolały. Na "Mojego Nikifora" nie byliśmy w stanie patrzeć! Wydawał nam się taki cukierkowy, przesłodzony. A to jest fajny film, ale po prostu po kilku latach był już jakby. nie nasz. Zrobilibyśmy go zupełnie inaczej.

Filmy kręci się tak, jak się żyje, zawsze są wypadkową naszych doświadczeń zawodowych, prywatnych. Myślę, że w naszej twórczości widać, że do każdej opowieści staraliśmy się znaleźć inny język. "Mój Nikifor" opierał się na pewnej symetrii i stawiał w centrum doświadczenie koloru, "Papusza" miała strukturę pamięci "rozbitego lustra". Wychodziliśmy z Krzysztofem z założenia, że nie można robić wciąż tego samego.

Gdzie wobec tego postawisz kamerę teraz?

- Tam, gdzie nikt inny jej nie stawia. Pracuję nad kilkoma projektami, m.in. nad ekranizacją książki "Maestro" Marcina Kąckiego, opowiadającej o pedofilskim skandalu w chórze Polskie Słowiki.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Książki na temat konfliktu w Rwandzie w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>


Joanna Kos-Krauze. Reżyserka, scenarzystka. Wspólnie z mężem, Krzysztofem Krauze zrealizowała wielokrotnie nagradzane filmy "Mój Nikifor", "Plac Zbawiciela", "Papusza". Po śmierci męża w 2014 roku samodzielnie ukończyła film "Ptaki śpiewają w Kigali".

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (82)
Zaloguj się
  • u2_pati

    Oceniono 34 razy 34

    Czytając niektóre komentarze, zgadzam się z pania Kos-Krauze, ze "ludobójstwo jeszcze nigdy nikogo nie nauczyło". W szkołach zamiast religii, powinny być elementy psychologii, zwłaszcza społecznej. Dzieciaki nic nie wiedza o ludobójstwach w Kambodży, na Bałkanach, Rwandzie, a nawet Wołyniu, a co dopiero o rzezi Ormian lub krwawych rządach Belgów w Kongo, obozach koncentracyjnych w RPA itd...itd... To tzw dobrzy ludzie popełniają zło, a specyficzne okoliczności tylko uwalniają demony zła (patrz: efekt Lucyfera). Ale Polak przecież nadczłowiek i złem się brzydzi.

  • de Mnm

    Oceniono 28 razy 22

    Hehe, murzyński prymitywizm? Człowieku jaki jesteś zakłamany. Niemcy też byli prymitywni? Japończycy, wreszcie Serbowie lub Bośniacy? Właśnie przez takich jak wy, jest ten ostatni etap schodów, zakłamanie. To nie ofiary są winne, to oprawcy, którym i wy jesteście i zapewne ja. Niczego nie rozumiecie z tego wywiadu, unosząc jak zawsze dumne ego nad ból, tragedii tych ludzi.

  • minkat

    Oceniono 23 razy 21

    "z rąk ekstremistów zginęło około miliona ludzi"

    nie ekstremistow, a wlasnych sasiadow. sasiadow, ktorzy wczesniej nie byli ich wrogami, a nagle zmienili sie w bezwzglednych siepaczy.

  • serenita123

    Oceniono 23 razy 15

    TO SIĘ JUŻ DZIEJE U NAS !
    "drugi sort", "elementy animalne", "komuniści i złodzieje", najwyższe kasty", "zdradzieckie mordy" itp. itd.....

  • rumpa

    Oceniono 21 razy 11

    W Afryce bycie egoistą, funkcjonowanie poza pewną strukturą społeczną jest uznawane za porażkę.

    No i właśnie dlatego ciągle są w epoce kamienia łupanego.
    Nawet jak jednemu coś się uda, to zeżre go żywcem rodzinka, plemię, szczep, cokolwiek. Kiedyś czytałam,że tak zwani ludzie sukcesu w Afryce ukrywają się, bo inaczej nagle na podwórku pojawia się 30 głodomorów i żąda karmienia na zasadzie wspólnoty krwi.

  • tkslazek

    Oceniono 14 razy 8

    "Wyobraź sobie, że sąsiad zgwałcił twoją matkę, ojcu obciął głowę"
    Albo spalił żywcem, jak to tutaj opowiedziane:
    Http://wp.tv/i,lamsdorf-demony-wojny-lowcy-przygod,mid,1989410,cid,2298751,klip.html?ticaid=619d7f

    Cy może po prostu zatłukł pałką kobiety na śmierć:

    Http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20623463,znalazlem-je-historia-mordu-zydowek-ze-szczuczyna.html#BoxGWImg

  • ja.tutejszy

    Oceniono 11 razy 7

    Ze specjalną dedykacją dla Jego Ekscelencji Arcybiskupa Henryka Hosera ...

  • kocisia

    Oceniono 5 razy 3

    Pójdę na ten film chociażby po to, żeby zobaczyć Jowitę Budnik, która jest doskonałą aktorką (była znakomita w roli Papuszy).

  • tupiak mirek

    Oceniono 2 razy 2

    kto podnosi rękę na moją rodzinę nie powinien żyć!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX