Poznań

Poznań (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

reportaż

Poznań się wyludnia. I to najszybciej ze wszystkich miast wojewódzkich

Mam dość betonu, hałasu i psich kup na chodnikach - mówi Marta. Z tym kojarzy jej się miasto, z którego razem z mężem i dziećmi uciekła wcześniej, niż planowała. W ciągu ostatnich 15 lat z Poznania wyprowadziło się 35 tysięcy mieszkańców. To tak, jakby zniknęły Augustów, Cieszyn albo Sopot.

Marta idzie najpierw na spacer z psem do pobliskiego lasu. Gdy wraca, wącha kwiaty w swoim ogrodzie. Tak zaczyna każdy dzień. - A w mieście miałam smród od spalin i rozgrzanego asfaltu - mówi. 

Kiedy ona chwali sobie emigrację z Poznania na prowincję, miejscy urzędnicy głowią się, jak zaradzić temu, żeby stolica Wielkopolski przestała się wyludniać. Prognozy są złe - zdaniem demografów w ciągu najbliższych 30 lat na wieś może wyemigrować aż 100 tysięcy poznaniaków (niektórzy sądzą, że nawet więcej).  Mniej więcej tylu, ilu mieszkańców liczy Koszalin.

Kto się wyprowadza z Poznania? Głównie ludzie między trzydziestką a czterdziestką, z małymi dziećmi. - Są już po studiach, mają ustabilizowaną sytuację rodzinną i zawodową, więc zamiast płacić drogi czynsz w mieście, szukają tańszego życia na wsi - mówi doktor Krzysztof Szwarc z Katedry Statystyki i Demografii Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


Panorama Poznania z wieży ratuszowej (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Marta, która wraz z mężem Łukaszem i bliźniętami wyniosła się do Radzyny pięć lat temu, przed czterdziestką, potwierdza: - Większość naszych sąsiadów to nasi rówieśnicy. Mamy dzieci w podobnym wieku.

Jej mąż całe życie spędził w stolicy Wielkopolski, ona przyjechała tu z Darłowa w połowie lat 90. na studia. Dlaczego wyemigrowali? - Zawsze chcieliśmy mieszkać na wsi - mówi Marta. - Ale myśleliśmy, że to dobry sposób na życie w wieku poprodukcyjnym. Że na razie to nie dla nas.

Jednak kiedy kilka lat temu, podczas odwiedzin u znajomych na wsi, dowiedzieli się, ile kosztuje działka i budowa domu, doszli do wniosku: stać nas. Z budową uwinęli się w rok. Dziś mają piętrowy domek we wsi Radzyny, 30 kilometrów na zachód od Poznania, z jasną elewacją, kryty grafitowym dachem, z dużym tarasem i sporym ogrodem.

- Poznań zaczął nam doskwierać - nie kryje Marta. Hałas, korki, dookoła beton, psie kupy na chodnikach i spóźniające się tramwaje. Z tym kojarzy jej się miasto. Gdyby nie kościół baptystów, w którym stara się być z rodziną co niedziela na nabożeństwie, prawie w ogóle by tam nie jeździła. Mówi: - Zakosztowałam wielkomiejskiego życia przez dwadzieścia lat. Znam w Poznaniu każdy zakątek. Nic mnie już tam nie ciągnie.

Na wsi taniej niż w Poznaniu

Poznań to piąte pod względem liczby mieszkańców miasto w Polsce - ma ich pół miliona. Więcej jest tylko w Warszawie, Łodzi, Krakowie i Wrocławiu. Ale co z tego, skoro Poznań się wyludnia. W ciągu ostatnich 15 lat liczba poznaniaków zmniejszyła się o 35 tysięcy. To tak, jakby zniknęły Augustów, Cieszyn albo Sopot. 


Nowy tramwaj MPK w Poznaniu (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

- Ze wszystkich miast wojewódzkich Poznań ma największe ujemne saldo migracji. Wyludnia się najszybciej - mówi dr Krzysztof Szwarc. Saldo migracji to różnica między napływem ludności a jej odpływem. W Poznaniu wynosi ono minus dwa tysiące. To znaczy, że co roku ubywają dwa tysiące mieszkańców.

Na przykład Wrocław ma saldo migracji na plusie - tam mieszkańców przybywa. W Poznaniu - odwrotnie. Choć bezrobocie jest niskie, są kina, teatry, kawiarnie, lotnisko, nowoczesny stadion. Do tego niezła komunikacja miejska - dzięki Poznańskiemu Szybkiemu Tramwajowi z Piątkowa (północna sypialnia Poznania) do centrum da się przejechać w kwadrans. Co więc wypycha poznaniaków na wieś? Czy tylko nostalgia za świeżym powietrzem i ciszą?

- W okolicach Poznania jest dobra przestrzeń do zamieszkania - uważa dr Szwarc. - Są tam tańsze działki i można taniej wybudować dom. Poznań jest dobrze skomunikowany z okolicznymi gminami - więc jest łatwy dojazd. I to są te powody.

Dobra komunikacja z ościennymi gminami jest w dużej części zasługą poznańskiego magistratu. - I tu jest paradoks - uważa mój rozmówca. - Bo właśnie ona zachęca do osiedlania się w tych gminach. To trochę podcinanie gałęzi, na której się siedzi.  

Tylko Warszawa byłaby większa

Jesień 2014 roku. W Polsce odbywają się wybory samorządowe. W Poznaniu sensacja: rządzący miastem od czterech kadencji Ryszard Grobelny przegrywa. Nowym prezydentem zostaje Jacek Jaśkowiak z Platformy Obywatelskiej. Kilka miesięcy po wyborach Jaśkowiak proponuje: powiększmy Poznań o wszystkie ościenne gminy. Stolica Wielkopolski stałaby się wówczas drugim po Warszawie największym miastem w Polsce. Wielki Poznań miałby liczyć milion mieszkańców, mieć wspólną komunikację i szkolnictwo. Jaśkowiak tłumaczył, że wszyscy zyskaliby na tym finansowo.


Jacek Jaśkowiak podczas przekazania urzędu przez dotychczasowego prezydenta Ryszarda Grobelnego (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Pomysł nie spodobał się staroście poznańskiemu i wójtom gmin, które w przyszłości miałyby się stać nowymi dzielnicami Poznania. Oni od połączenia wolą integrację. Tłumaczą, że podpoznańskie gminy straciłyby na tym ruchu, bo ratusz dbałby tylko o rozwój centrum, a zaniedbywał peryferie. Uważają też, że z bliska lepiej widać lokalne potrzeby niż z odległego placu Kolegiackiego, gdzie urzęduje prezydent Jaśkowiak. 

A co o inicjatywie Jaśkowiaka sądzi demograf? - Wzrosłaby oczywiście liczba mieszkańców, ale byłoby to sztuczne powiększenie - ocenia dr Szwarc. Sam jest modelowym przykład poznaniaka (nie urodził się tutaj, ale spędził już w Poznaniu ponad połowę życia), który też mógłby się wyprowadzić na wieś. Rocznik 1975, pewna praca, rodzina. Mieszka na Ratajach - największej sypialni Poznania. Dojazd do pracy tramwajem zajmuje mu kilkanaście minut, samochodem jest jeszcze szybciej.

- Nie chce się pan wyprowadzić na wieś? - pytam.

- Nie stać mnie na kredyt - mówi. -  Poza tym trzymają mnie w mieście szkoły dla dzieci. Mój najstarszy syn idzie w tym roku do liceum. Gdybyśmy się wyprowadzili, musiałby dojeżdżać. Ja sam dojeżdżałem pociągiem do szkoły średniej i pamiętam, że było to dość uciążliwe. Chciałbym, by moje dzieci tego uniknęły.

Prawdopodobnie poznaniaków, którzy chętnie wyprowadziliby się z miasta na prowincję, jest dużo więcej. Zostają jednak, jak dr Szwarc, ze względów finansowych i dla dobra dzieci, albo dlatego, że nie chcą "spędzać życia w samochodzie". Mają na myśli codzienne dojazdy autem do pracy i powroty do domu.

^03.08.2013 Poznan , Rondo Rataje . Poranne korki . Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta
Poranne korki w Poznaniu (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Mąż Marty, Łukasz, który jest grafikiem komputerowym w jednej z poznańskich redakcji, codziennie musi dojeżdżać z Radzyny do Poznania. Twierdzi jednak, że to nie kłopot. - Jadę czterdzieści minut w jedną stronę. Ci, co mieszkają w Poznaniu, też muszą tyle czasu poświęcić na dotarcie do pracy, a czasem i więcej - uważa Łukasz. - Różnica jest tylko w kilometrach.

Poznaniaków rodzi się za mało

Migracja poznaniaków na wieś to niejedyny powód wyludniania się miasta. Poznań ma fatalny wskaźnik przyrostu naturalnego. - Współczynnik dzietności wynosi tu 1,3 - dr Szwarc znowu rzuca niepokojącymi liczbami.  - Żeby była zastępowalność pokoleń, powinien wynosić co najmniej 2,1.

Do tego przybywa ludzi starszych, bo siedemdziesiątkę przekroczyło albo wkrótce osiągnie pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Czyli ludzi urodzonych w drugiej połowie lat 40. i pierwszej 50. 

Pewną nadzieję daje ostatni wzrost urodzeń - w minionym roku na świat przyszło aż 6159 poznaniaków. "Aż", bo rok wcześniej urodziło się prawie pół tysiąca mniej. Nie wiadomo, skąd nagle tyle dzieci. Czy to efekt 500+? Nie robiono na ten temat badań. Nie wiemy też, czy ta tendencja się utrzyma. Jeśli nie, według prognoz w 2050 r. poznaniaków będzie tylko 400 tys. Choć - jak to z takimi przewidywaniami bywa - mogą one się mylić.

Jako przykład dr Szwarc przywołuje badania słynnego poznańskiego demografa prof. Mieczysława Kędelskiego. Na początku lat 90. opracował on szacunki, z których wynikało, że do 2015 roku Poznań będzie miał 600 tys. mieszkańców. - Prognozy się nie sprawdziły, bo profesor nie przewidział, że procesy demograficzne potoczą się inaczej - mówi dr Szwarc, uczeń prof. Kędelskiego.

Plac Wolności. Impreza senioralna - przekazanie kluczy do miasta seniorom (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Plac Wolności. Impreza senioralna - przekazanie kluczy do miasta seniorom (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Potoczyły się tak, że Poznań zamiast rosnąć, wyludnia się. Powiększają się za to osiedla domków jednorodzinnych w podpoznańskich miejscowościach: Skórzewie, Suchym Lesie, Swarzędzu czy Tarnowie Podgórnym. - Kiedy się sprowadziliśmy do Radzyny, za oknem mieliśmy puste pole - opowiada Marta. - A teraz jest pełno nowych domów. 

Ich mieszkańcy nie zrywają jednak związków z miastem. - Ono pozostaje miejscem pracy, nauki i ośrodkiem usług społecznych, takich jak np. jak służba zdrowia  - uspokaja Iwona Matuszczak-Szulc, dyrektor wydziału rozwoju miasta w poznańskim ratuszu. - Blisko połowa z nich nadal uczy się bądź pracuje w Poznaniu.

Jak ich powstrzymać?

Co miasto robi, żeby zatrzymać uciekających z jego granic? Matuszczak-Szulc mówi, że dużo. Wylicza:

- rewitalizacja Śródmieścia, koryta Warty,
- rozwój komunikacji miejskiej (wymiana autobusów i tramwajów na niskopodłogowe i klimatyzowane),
- rowery miejskie i więcej ścieżek rowerowych,
- powstanie w centrum Strefy Tempo 30,
- rozwój budownictwa komunalnego i społecznego (a tu: "mieszkanie na wynajem z dojściem do własności", "mieszkanie dla absolwenta" - dla tych, którzy ukończyli poznańskie uczelnie i którzy zostaną w mieście),
- rozwój żłobków niepublicznych (700 złotych dopłaty na każde dziecko),
- specjalny bilet ulgowy dla rodzin, w których wychowuje się co najmniej czworo dzieci,
- dofinansowanie zajęć pozalekcyjnych w szkołach,
- budowa szkół i przedszkoli na nowych osiedlach,
- stypendia dla finalistów i laureatów olimpiad, którzy rozpoczną studia w Poznaniu.


Przystań Miejska nad Warta w Poznaniu (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Dr Szwarc zastanawia się, co jeszcze mogłoby zatrzymać exodus poznaniaków na wieś: - Być może jakieś darmowe usługi, typu bezpłatna komunikacja. Ale czy miejski budżet udźwignie takie ulgi?

Z okien jego gabinetu (siedemnaste piętro słynnego uniwersyteckiego wieżowca) widać wspaniale panoramę Poznania.

- Chce pan powiedzieć, że to miasto nie ma racji bytu? - pytam naukowca.

- Aż tak to nie - uspokaja.

Ale dodaje zaraz, że miejskie życie przestaje być atrakcyjne: - Kiedyś miasto stało wyżej cywilizacyjnie niż wieś. Dzisiaj ciepła woda, centralne ogrzewanie na wsi są czymś powszechnym. Więc nie ma czego miastowym zazdrościć.

- Ale nie ma kin, teatrów - wtrącam.

- Do kina można łatwo dojechać.

Dr Szwarc uważa na przykład, że miasto przegrywa pod względem warunków do rekreacji.  - Zrobi pan grilla na balkonie albo przed blokiem? - pyta retorycznie. - A na wsi można. I jeszcze przyjaciół i sąsiadów można zaprosić.

Prawda. Marta i Łukasz często grillują z sąsiadami. - Robimy ognisko, na które schodzi się cała ulica - opowiada Marta. - A raz w roku z sąsiadami z naszej ulicy wyjeżdżamy na długi weekend do jakiegoś pensjonatu.

W Poznaniu było to mało realne: w kamienicy, w której mieszkała, przeważały osoby starsze. Na wsi jej sąsiedzi są w podobnym wieku co ona.

Poznań, ul. Robocza 4. Ogródek społecznościowy w ramach festiwalu  Malta (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Poznań, ul. Robocza 4. Ogródek społecznościowy w ramach festiwalu Malta (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Ale to nie jest tak, że Marta nie lubi Poznania. Od czasu studiów mieszkała w dzielnicy Wilda - jednej z kultowych. Czuła się tam kameralnie: chodziła do swojej ulubionej piekarni, lubiła robić zakupy na słynnym Rynku Wildeckim, znała sprzedawców, a oni ją. - Jak byłam w ciąży, to straganiarz sprowadzał specjalnie dla mnie kwaśne jabłka - wspomina. Tam mogła w laczkach wyjść do sklepu, tutaj to już wyjazd do pobliskiego Kaźmierza.

Ale na wsi ma za to swój ulubiony ogród. A w nim tuje, akacje, bez (żałuje, że już przekwitł), róże, glicynie (właśnie teraz kwitną). Ma swoje czereśnie, brzoskwinie, agrest, porzeczki. W warzywniaku sieje ogórki, sadzi pomidory. W tym roku pierwszy raz posadziła ziemniaki. Z ciekawości, bo lubi "ryć w ziemi". - No i mamy rzut beretem do lasu - zachwala swoje wiejskie życie. - A trochę dalej zalew.

Za nic w świecie nie wróciłaby już do Poznania.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Stanisław Zasada. Rocznik 1961. Absolwent polonistyki na UMK w Toruniu i Polskiej Szkoły Reportażu. Związany etatowo z serwisem Dominikanie.pl. Współpracuje z "Dużym Formatem", "Gazetą Wyborczą", "Tygodnikiem Powszechnym", miesięcznikiem "W drodze". Wydał dwie książki: "Generał w habicie" o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i jej Wspólnocie Chleb Życia i "Wyznania księży alkoholików". Jest żonaty, ma dwoje dzieci, mieszka w Poznaniu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (367)
Zaloguj się
  • kaja206

    Oceniono 58 razy 34

    Potem okazuje się, że na wsi żyć sie nie da, bo nie ma tam szkół, przedszkoli, zajęć pozalekcyjnych,przychodni lekarskich, dentysty, miejsc pracy i szczęśliwi posiadacze wiejskich domów w domach owych jedynie śpią, bo reszte czasu spedzają w samochodzie dowożąc dzieci na zajęcia i dojeżdżajac do pracy. To przerabiali już warszawiacy, którzy teraz porzucają swoje wiejskie siedziby i przeprowadzaja sie do miasta z powrotem.Wychowany w mieście człowiek nie ma pojęcia, ile klopotów pociaga za sobą mieszkanie na wsi. Świeże powietrze tego nie zrekompensuje.

  • Marcin Bułakowski

    Oceniono 37 razy 29

    Z powodów wymienionych w reportażu coraz więcej Mart i Łukaszów wyprowadzi się 30km od miasta. Każdy chce chodzić z psem do lasu i słuchać śpiewu ptaków we własnym ogrodzie. Oczywiście praca zostaje w Poznaniu. To ma swoje konsekwencje.
    Dwie rzeczy się wydarzą:
    1) Pojawią się problemy z transportem, bo przepustowość dróg ma swoje ograniczenia. Codziennie rano tabuny Mart i Łukaszów będą grzęzły w korkach dojazdowych, żądając, by miast "coś z tym zrobiło". Pojawią się żądania budowy nowych dróg, likwidacji przejść dla pieszych, świateł, ograniczeń prędkości, pretensje do policji itd. Standard Krakowa, Wrocławia, Warszawy.

    2) Władze miasta, chcąc podnieść atrakcyjność miasta, wprowadzą ograniczenia w ruchu i postoju pojazdów prywatnych. Z 40 minut w jedną stronę panu Łukaszowi zrobi się 2x40 minut: dojazd w korkach na obrzeża, a potem jazda komzbiorem w tłumie do centrum. Po drodze przesiadki, by zostawić/odebrać Ignasia i Lenę w przedszkolu i na zajęciach jogi, krav magi i japońskiej kaligrafii.

    To typowy scenariusz podmiejskiego snu. Tak to wygląda w innych krajach/miastach i tak też będzie wyglądało w Poznaniu.

  • hippolitt.kwass

    Oceniono 41 razy 27

    A później ci, co się wyprowadzili robią wielką aferę i jak mieszkańcy domagają się ograniczenia uciążliwego ruchu samochodowego w centrum. Wyprowadziłem się na zieloną trawkę, to tym co zostali w mieście nasmrodzę jeszcze bardziej, w końcu ja mam pod oknem zielony trawniczek. Inni już nie potrzebują

  • lovepeacemusic

    Oceniono 27 razy 21

    Troche to pokraczne. Wyprowadzaja się z miasta, bo przeszkadza im hałas i spaliny, a potem codziennie ten hałas i spaliny produkują dojezdzajac autami do pracy, odwozac dzieci do szkół itp. Bo przecież po przeprowadzce okazuje się, ze autobusy są co półtorej godziny a tramwajów w ogóle nie ma.

  • kiker1

    Oceniono 26 razy 18

    Wrocław parę lat temu przechodził przez to samo. Tysiące ludzi postanowiło przenieść się od ościennych gmin i kupowało "posiadłości" o powierzchni.... 20 arów. Najczęściej były to słoiki, które nie chciały opuszczać miasta, ale wieś nie chciała opuścić ich - mieli takie rozdwojenie jaźni i starali się połączyć swoje cele.

    Tymczasem rynek nieruchomości w mieście zareagował, pojawiły się ciekawsze oferty niż ciasne klitki, ceny mieszkań się urealniły. A okoliczne wioski zapchały się, zakorkowały, zabetonowały. Widok na przyrodę okazał się widokiem na garaż sąsiada, świeże powietrze dymem z grillów (lato) i pieców (zima), cisza - warkotem kosiarek co sobotę, a zieleń - 10-metrowym paskiem trawnika wokół domu.
    Infrastruktura komunikacyjna, edukacyjna, kulturalna czy usługowa zawsze w małych miejscowościach będzie gorsza, a dojazdy do miasta to makabra. Dlatego przedmieścia to zawsze będzie porażka - bo jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego.
    Tak więc albo centrum dużego miasta, albo dom na prawdziwej wsi - rozwiązania pośrednie łączą tylko wady.

  • emma2017

    Oceniono 15 razy 13

    Znam takie Matki-polki dowożące - chcą mieszkać na wsi ale dzieci wożą do miasta do szkoły, na zajęcia dodatkowe. Potem wożą nastolatki na imprezy, 18-tki. W wybudowanych na kredyt domach spędzają niedziele i to nie zawsze, bo często trzeba jechać na zakupy do miasta. Rano wyjazd 0 7.00, wieczorem powrót po 20,00.Przeprowadziliśmy się z mężem na wieś, gdy syn był w połowie studiów - samodzielny. Po kilku latach zaczęli w okolicy budować się młodzi ludzie, których właśnie obserwuję. Nie chcieli mieszkania w mieście, bo drogo. Kupili na wsi tanie działki, pobudowali domy i żądają od biednej wiejskiej gminy: asfaltowych ulic (do tej pory dukty leśne, po których latem na rowerze a zimą na nartach biegowych), przedszkoli i świetlic szkolnych, czynnych do 20.00 (bo muszą wrócić z miasta po pracy i zakupach), wody i kanalizacji, internetu, komunikacji. W naszej cichej, leśnej okolicy co sobota w innym domu impreza ze znajomymi - głośna muzyka z wystawionych na taras głośników, krzyki. Pytam więc - po co wynoszą się na cichą wieś skoro dążą do miejskiego życia? Odpowiedź jest chyba tylko jedna - bo na wsi taniej. Może więc miasta zaproponują młodym ludziom tanie mieszkania, udogodnienia, tanie życie i wówczas będą miały mieszkańców a ci, którzy faktycznie cenią sobie wieś spokojną będą mięli wreszcie święty spokój.

  • ezo-mir

    Oceniono 21 razy 13

    Pochodzę z Poznania, a mieszkam w UK gdzie miasta dobrze sobie radzą z wyludnianiem miast.
    Teraz o tym jak się z wyludnianiem miast walczy poza Polską, na przykladzie "mojego" UK.

    Po pierwsze miasta są otoczone tzw. green belts czyli terenami na których inwestowanie jest mocno ograniczone (czy wręcz zakazane), z wyjątkami przy stacjach kolejowych. Dzięki temu jak inwestor chce coś wybudować to musi budować w mieście. Dopiero jak miasto odpowiednio się zagęści to granica green belt jest odsuwana nieco dalej od miasta uwalniając tereny pod inwestycje. Wymagania dla inwestorów oczywiście są, ale np. nie wymaga się parkingów (które podrażają inwestycje), a wręcz przeciwnie, istnieją maksima parkingowe. W ten sposób miasto rośnie, ale się nie rozlewa.

    Po drugie miasto jest odpowiednio zagęszczone. Nie na tyle by powodowało to dyskomfort, ale na tyle by mieć wszędzie blisko. Istnieje rejonizacja szkół i nie ma problemu z dowozem dzieci do szkoły. Dzieci mogą bezpiecznie same się do niej dostać. Nie traci się przestrzeni na przeskalowane skrzyżowania, na zbyt szerokie pasy drogowe. Zabudowa również jest zwarta. Co nie oznacza że jest nieprzyjemna. Dużo jest domków, ale małych i na małych działkach (10x20, albo 15x15 metrów, a nie 20x50 jak bywa to w niewielkich enklawach domków w miastach polskich), szeregowców z ogródkami. Żyje się o wiele przyjemniej niż w polskim blokowisku, zagęszczenie jest podobne (na blokowiskach dużo przestrzeni traci się na trawniki i parkingi - bloki nie mogą stać tak blisko siebie jak domki). Usługi też są bliżej: sklepy, parki, GP, szkoła - wszystko jest w zasięgu kilkuminutowego spaceru.

    Po trzecie w miastach dba się o mieszkańców nie o przejezdnych. Więcej, najważniejszy jest mieszkaniec danej ulicy/dzielnicy, a nie ten co przez daną ulicę/dzielnicę chce jedynie przejechać. Dlatego w Londynie (i w innych miastach) nie ma tylu uciążliwych ulic z kilkoma pasami w każdą stronę przedzielonymi pasem rozdzielającym. Tu są miejskie ulice z jednym, czasem dwoma pasami w każdą stronę, które lokalny mieszkaniec może łatwo przejść pieszo w praktycznie dowolnym miejscu. Nawet samochodem łatwiej włączyć się do ruchu. Mniejsze uliczki są często jednokierunkowe i ślepe by nie było tam przejazdu, a tylko dojazd dla mieszkańców. Parkowanie jest na jezdni i często samochody zaparkowane po dwóch stronach jezdni zostawiają na tyle mało miejsca na ruch, że jeśli ulica jest dwukierunkowa zostawiane są miejsca bez zaparkowanych samochodów by można się było wyminąć. Do tego w samym Londynie jest ponad 900 fotoradarów i nie ma wariactw na jezdniach i ścigających się samochodów (jak co noc w Polsce).

    Nic dziwnego że ludzie chcą mieszkać w mieście i to im bliżej centrum tym lepiej.

  • ogniesteoczy

    Oceniono 21 razy 13

    Pozdrawiam mosiniaków :)
    dobrze się bawicie jadąc 1,5h do pracy w Poznaniu i wracając 2h?
    ;)

  • tedek1

    Oceniono 31 razy 13

    I teraz osoby które wprowadziły się z Poznania bo hałas i spaliny same te spaliny eksportują dojeżdżają do pracy autem. Póki miasto nie wprowadzi opłat za poruszanie się autem z powiatu na drogach miasta nic się nie zmieni. 10 zł dziennie za wjazd do miasta (kamery na wlocie i wylocie) i niższe opłaty za parkowanie dla osób zamieszkujących miasto. Od razu mamy 1/2 mniej aut na drogach miasta i czystsze powietrze

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX