Erwin Sówka, Medytacje III, 1986 (dzięki uprzejmości Muzeum Śląskiego)

Erwin Sówka, Medytacje III, 1986 (dzięki uprzejmości Muzeum Śląskiego) (fot. materiały prasowe)

wywiad gazeta.pl

Polsko-indyjskie historie przemytnicze. "Polscy himalaiści z przemytu finansowali górskie wyprawy"

Na zegarze w domu Maxa Cegielskiego, pisarza i dziennikarza, jest godzina 13.30, w Bombaju w Indiach wybiła 17.00. Rozmawiamy o trwającej w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie wystawie "Sklep polsko-indyjski", którą stworzył razem z artystą Jankiem Simonem. - Wystawa jest próbą zrozumienia tego, co się działo między Polską i Indiami, zanim my, pokolenie backpackersów, zaczęliśmy tam jeździć - mówi Max Cegielski.

Kiedy zaczęła się twoja przygoda z Indiami?

- Zacząłem jeździć do Azji pod koniec lat 90. W 1998 roku byłem w ośrodku w Głoskowie. To pierwsze miejsce zajmujące się terapią uzależnień założone przez Monar. Liderem był tam wówczas Andrzej Zieliński, himalaista. On zainteresował mnie Indiami, dlatego też zaraz po wyjściu z ośrodka wyruszyłem w podróż. Wystawa "Sklep polsko-indyjski" to efekt kolejnych wyjazdów i mojej fascynacji tym krajem, o której piszę też w książkach. W moim debiutanckim reportażu "Masala" wspominam o Agrze, czyli najbardziej turystycznym miejscu obok Delhi. Byłem tam ciągle pytany przez Hindusów, co przywiozłem na sprzedaż. Odpowiadałem, że nic nie mam. Oni się bardzo dziwili. Uważali, że skoro jestem z Polski, to powinienem mieć na handel kryształy, golarki, suszarki, aparaty czy ewentualnie śpiwory.

Dlaczego?

- Na początku tego nie rozumiałem, ale okazało się, że doskonale pamiętają polskich turystów z lat 80. Wtedy wyjazd z Polski do Azji był rodzajem inwestycji - trzeba było zaangażować kapitał w rzeczy na handel, a z kolei za zarobione pieniądze kupić tekstylia na sprzedaż w Polsce. Wystawa "Sklep polsko-indyjski", którą przygotowałem razem z Jankiem Simonem, jest próbą zrozumienia tego, co się działo między Polską i Indiami, zanim my, pokolenie backpackersów, zaczęliśmy tam jeździć.


Widok wystawy 'Sklep polsko-indyjski' (fot. Bartosz Stawiarski)

Pokazujemy parę zjawisk, o których wszyscy wiedzieli, ale nikt szerzej nie mówił, jak np. historie przemytnicze. Wzmianki o nich pojawiają się w filmie dokumentalnym "Art of Freedom - Sztuka wolności" z 2011 roku. Wojtek Słota i Marek Kłosowicz jako pierwsi opowiadają w nim o tym, że szlaki przemytnicze w Azji przecierali polscy himalaiści. Przemyt, tak jak wspinanie, był dla polskich himalaistów symbolem wolności. Dzięki temu stworzyli całą sieć alternatywnej ekonomii, która finansowała ich wspaniałe górskie przedsięwzięcia.

Jakimi drogami oni podążali i w jaki sposób im się udawało przemycać towary?

- Himalaiści zazwyczaj nie chcą opowiadać o kupowaniu tekstyliów w Indiach ani o tym, jak zakładali w Polsce pierwsze India Shopy. Kluczowe było dla nas spotkanie z polskim himalaistą, który zdobył m.in. szczyty Kaukazu, Andrzejem Mierzejewskim i jego córką. Są właścicielami jednego z pierwszych indyjskich sklepów w Warszawie, przy ulicy Koszykowej, otwartego na początku lat 90. Mierzejewski opowiadał mi, że on i większość jego kolegów z wypraw himalaistycznych przywozili bluzki, sukienki, szale. Wyobraźmy sobie, jak wyglądała Polska po odwołaniu stanu wojennego. Była w stanie totalnego kryzysu ekonomicznego, wyposzczenia. Jakakolwiek kolorowa rzecz się wtedy pojawiała, była od razu rozchwytywana przez kobiety. Himalaiści sprzedawali ubrania na pniu za przyzwoite sumy.

Gdy po 1989 roku pojawiła się możliwość otwierania normalnych sklepów, to szybko je zakładali. Bogna Świątkowska z fundacji Bęc Zmiana wspomniała, że chodziła do takich sklepów, ale nie kupowała tam indyjskich rzeczy, lecz takie w stylu zachodnim. Też tak robiłem. Połowa sklepów indyjskich w tamtym okresie sprzedawała podróbki zachodnich ciuchów. W azjatyckich szwalniach przy produkcji 100 tysięcy sztuk ubrań 10 proc. zostaje odrzucone podczas kontroli jakości. Sprytni Polacy z Hindusami wymyślili, że trzeba te rzeczy trochę poprawić i sprzedać nad Wisłą.


Wystawa 'Sklep polsko-indyjski' (fot. materiały prasowe)

Dopiero około 1993 roku pojawiła się ustawa o ochronie znaków towarowych, czyli początki walki z piractwem w Polsce. Od tamtej pory coraz trudniej było bez zgody właściciela marki sprzedawać ubrania z jego logo. Biznesy ostatecznie zakończyły się na początku XXI wieku. Datą graniczną był 2004 rok, czyli wejście Polski do Unii Europejskiej. Wtedy zaczęliśmy "przywozić Zachód" z Zachodu. W tej chwili prawie w ogóle nie ma już sklepów indyjskich.

A himalaiści już nie zajmują się przemytem ubrań z Indii.

- Ale warto wrócić jeszcze do wątku singapurskiego w ich działalności. Andrzej Zieliński, o którym już wspominałem, mówił, że himalaiści latali też przez Singapur, ponieważ można było stamtąd przywieźć różne rzeczy na sprzedaż w Indiach. Ta opowieść za mną chodziła, ale ciężko było znaleźć ludzi, którzy przyznaliby się, że przemycali z Singapuru najpierw elektronikę, a potem złoto. Wrzuciłem na mojego bloga MaxMasala hasło, że szukam ludzi, którzy coś wiedzą o tej sprawie. Odezwał się mężczyzna z małej miejscowości, który został wtedy złapany na przemycie. Spotykaliśmy się, okazał się inteligentnym, oczytanym facetem i opowiedział mi o pobycie w więzieniu Tihar pod koniec lat 80. w Indiach. Wykształceni Polacy, a nie jakieś rzezimieszki, tworzyli całe grupy przemytnicze i w krytycznej sytuacji wzajemnie sobie pomagali. Szefowie grup dawali łapówki prawnikom i wysyłali paczki do więzień. Chcę zresztą o tym napisać książkę. Roboczy tytuł "Warszawa-Delhi-Singapur lata 80.". Kiedy sprawdziłem dane ekonomiczne, okazało się, że na przełomie lat 80. i 90. na prywatnych kontach dolarowych w Polsce były około 2 mld dolarów.


Ambasada Rzeczpospolitej Polskiej w New Delhi otwarta w 1978 roku (foto: dzięki uprzejmości SARP) oraz towary na indyjskim targu (fot. Janek Simon)

Sugerujesz, że te pieniądze wzięły się z przemytu z Singapuru?

- Oczywiście nie tylko, bo rozwijał się też "handel walizkowy", czyli nieformalna wymiana  towarów pomiędzy krajami bloku socjalistycznego czy Turcją. Poszedłem do kolegi ekonomisty i zapytałem, czy te 2 mld dolarów to dużo. Usłyszałem, że - z punktu widzenia ekonomicznego - na prywatnych kontach to sporo.

Bohaterowie wystawy, którzy w latach 80. czy 90. przychodzili z walizką dolarów do kasy banku, opowiadają, że nikt się ich nie pytał, jak zarobili pieniądze. Nie było żadnych regulacji. Ludzie wyjeżdżali i przemycali, bo usłyszeli, że w ciągu miesiąca czy dwóch można zarobić na mieszkanie. W realiach Polski lat 80. to były ogromne sumy. Potem większość z nich wycofywała się z kursowania między Singapurem a Indiami. Wracali do Polski, kupowali mieszkanie, malucha i dobrze żyli. Oczywiście byli tacy, którzy trafiali do więzienia, albo reinwestowali w inne w rzeczy po otwarciu granic, np. chemię czy niemieckie czekolady, czyli wszystko, co pojawiło się na ulicach na łóżkach polowych. Oddzielny rozdział to ludzie, którzy zakładali banki i firmy komputerowe. Singapur był źródłem taniej elektroniki.

Rynek indyjski, tak samo jak polski, był w tym okresie wyposzczony. Paradoksalnie kryształy, które Polacy tam sprzedawali, były dla Hindusów towarem luksusowym. Dla nich to był znak Zachodu. To samo było z magnetowidami. W Indiach i w Polsce był szał na video, potem na komputery.


Widok wystawy 'Sklep polsko-indyjski' (fot. Bartosz Stawiarski)

Cały czas rozmawiamy o szarej strefie, ale przecież rozwijały się również kontakty instytucjonalne.

- Zrozumieliśmy szybko z Jankiem Simonem, że nieoficjalne relacje nie mogłyby się pojawiać, gdyby nie kontakty na szczeblu państwowym. Zaczęły się zaraz po odzyskaniu przez Indie niepodległości, w 1947 roku. Jawaharlal Nehru, pierwszy premier kraju, ukończył dobre szkoły w Anglii, ale zafascynował się Związkiem Radzieckim. W 1955 roku przyjechał do Polski i zobaczył socjalistyczną industrializację. Od tamtej wizyty pojawiają się pierwsze umowy. Polscy inżynierowie budują więc na subkontynencie cukrownie, elektrownie czy nowe kopalnie węgla.

W 1957 roku Józef Cyrankiewicz jedzie do Indii. Ta wizyta była bardzo szeroko komentowana - dygnitarz jeździ na słoniu, zdejmuje buty, bo musi wejść do świątyni hinduistycznej, Hindusi na powitanie smarują mu na czole znak Sziwy. Później Michał Kalecki, polski ekonomista, zostaje zaproszony przez Nehru do tworzenia planów rozwoju Indii. Spotyka tam ekspertów z Anglii i Ameryki. Nagle Zachód przychodzi do nas przez Wschód. Jest żelazna kurtyna, a polscy ekonomiści po doświadczeniu Indii organizują w Warszawie szkolenia i kursy dla całego Trzeciego Świata, czyli przedstawicieli Azji i Afryki. Jak mówi profesor Małgorzata Mazurek, to było polskie Cambridge. Dla mnie to pierwsze zapowiedzi 1989 roku. Proces rozsadzania socjalizmu zaczął się u samych początków współpracy polsko-indyjskiej. Nasi rodacy poznawali inną kulturę, spotykali się z obcokrajowcami, poznawali egzotyczny świat.


Pierwszy premier niepodległych Indii- Jawaharlal Nehru - podczas wizyty w Polsce w 1955 roku (fot. Nehru Memorial Museum) oraz prywatne archiwum fotograficzne Brij Mohana Sethiego, właściciela hotelu Prince Polonia w Delhi

W Polsce w kulturze masowej w latach 70. i 80. pojawiają się indyjskie akcenty. Grupa 2 plus 1 ma w repertuarze utwór "Kalkuta nocą",  w serialu "Czterdziestolatek" Magda Karwowska, zachwycona hinduskim wystrojem mieszkania znajomych, postanawia przebudować własne lokum. Z kolei we wcześniejszym chronologicznie serialu "Wojna domowa" jeden z odcinków nosi tytuł "Polski jogin".

- To świetne przykłady tego, jak w kulturze popularnej odbijają się społeczne kontakty. W ramach umowy o współpracy kulturalnej w 1957 roku powstało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Indyjskiej. Joga była wtedy propagowana w Polsce. Stanisław Górski, polski jogin, którego zdjęcia prezentujemy na wystawie, zaczął ją zresztą uprawiać jeszcze przed II wojną światową, ale to dzięki układom między Cyrankiewiczem a Nehru nawiązano współpracę kulturalną i oficjalnie popularyzowano jogę. Co ciekawe, obecnie w telewizji Trwam występuje siostra zakonna, która mieszkała przez wiele lat w Indiach. Uważa, że joga i działania TPPI były planem ubeckim mającym na celu zniszczenie katolicyzmu. Wielu radykalnych katolików miało takie poglądy. To oczywiście bzdura, aczkolwiek należy powiedzieć, że ubecja pozwalała na takie rzeczy. Joga była częścią kultury hinduskiej, a że kontakty między naszymi narodami były bardzo dobre,, dlatego nie można było ich zakazywać.

Jak teraz wyglądają kontakty polsko-indyjskie?

- Wielu Polaków uważa dziś, że musimy bronić naszej kultury przed kontaktami z obcymi, bo to zniszczy naszą tożsamość. Większość nie chce przyjmować uchodźców z Syrii. Przeszłość relacji polsko-indyjskich pokazuje, że można się spotykać na różnych poziomach i nasza kultura nic nie straci, a wręcz odwrotnie. Wydaje mi się, że nasza wystawa, choć traktuje o przeszłości, jest bardzo aktualna.


Max Cegielski podczas Warszawskich Targów Książki (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)


Max Cegielski.
Pisarz, kurator, dziennikarz. Jego pierwsza książka "Masala" (2002) była osobistą opowieścią o podróży do Indii. Kolejne to: "Apokalipso" (2004), "Pijani bogiem" (2007), "Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu" (Nagroda imienia Beaty Pawlak, 2009), "Mozaika. Śladami Rechowiczów" (2011), "Leksykon buntowników" (2013). Ostatnio ukazał się "Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata" (2015), czyli reportaż o Bronisławie Grąbczewskim, polskim odkrywcy i generale carskiej armii. Kurator projektów artystycznych Global Prosperity (Gdańsk?-?Warszawa, 2010) oraz Migrujący Uniwersytet Mickiewicza (Stambuł, 2014). Twórca i kurator trwającej właśnie wystawy "Sklep polsko-indyjski"  w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie poświęconej relacjom pomiędzy Polską Rzeczpospolitą Ludową a Republiką Indii.

Marcin Radomski. Dziennikarz, krytyk filmowy. Ukończył kulturoznawstwo na UW. Studiował również na Uniwersytecie w Amsterdamie i w Collegium Civitas. Robi wywiady, pisze o polskim i zagranicznym kinie. Uwielbia festiwale filmowe i rozmowy z twórcami. Miłośnik reportażu i przygody. Współpracował z  TVP Kultura. Redaktor w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (16)
Zaloguj się
  • remul

    Oceniono 7 razy 7

    1888 i 1989 rok - hotel Vishal w New Delhi. Tam mieszkali fachowcy od złota i elektroniki. Ci od cottonu mieszkali w hotelu Relax. Przychodzili do Vishala różni ludzie i mówili, że chętnie by polatali. Czasami bywało śmiesznie, kiedy nobliwe panie, które przyleciały po cotton, chciały sobie dorobić w elektronice lub złocie. Ten biznes miał kilka etapów i kilka pobocznych wątków. Byli głowni latacze, ale wieszaki, były inne biznesy, a książkę faktycznie można napisać i kilku się wtedy "odgrażało", ale nikt nie napisał. Był jeszcze Nepal, który po złocie ewoluował w coś zdecydowanie bardziej ryzykownego. Bank owszem powstał, ale tylko dwóch z trzech udziałowców było ze złotego biznesu.

  • heleonore

    Oceniono 2 razy 2

    Temat może ciekawy, ale co to ma wspólnego ze sztuką nowoczesną?

  • krunghtep01

    Oceniono 1 raz 1

    Juz wczesniej handlowano zlotem,doskonale sprzedawalo sie w Rumunii.trasa przewaznie przez Lwow ,gdzie po sprzedaniu np. dzinsow kupowalo sie zloto,po sprzedaniu w Rumunii kupowalo sie dolary lub 'maratonki' buty sportowe b.pozadane w Bulgarii.W Bulgarii kupowalo sie dlugie biale [mozna bylo taniej kupic w Warnie w takim odpowiedniku poskiej Baltony,jak nie to w Korekomie. Kenty.Szal absolutny w Rumunii. Ten kraj byl oi tyle bezpieczniejszy od Indii ze nie grozilo wiezienie tylko konfiskata.Moj znajomy Niemiec odsiedzial dwa lata w Indiach.Do dzis pamieta tamten koszmar.W Rumunii kupowalo sie dolary,najlepiej od studentow zagranicznych,ktorych bylo tam b.duzo.Z Bukaresztu samolotem do Berlina,przejscie na strone zachodnia po dzinsy na nast. podroz przez Lwow.Z dustu zaiwestowanych dolarow przywozilo sie ok. tysiaca.I to wszystko przy przewozie rozsadnych ilosci,nie grozacych wiezieniem lecz tylko konfiskata czy grzywna.Odwazniejsi zarabiali duzo wiecej ale czesto konczyli w wiezieniach.

  • kornel-1

    0

    Cześć i chwała!
    ROTFL

  • carolina_reaper

    Oceniono 5 razy -1

    To sa bajki dla grzecznych dzieci. Glownym towarem bylo jest i bedzie zloto jesli chodzi o przemyt do Indii. Owszem byl czas, ze przemyt ciuchow przynosil zyski ale odbywalo sie to zupelnie inaczej i w innym kierunku niz autor napisal.

  • xabc123

    Oceniono 4 razy -2

    "Większość nie chce przyjmować uchodźców z Syrii."

    Jakich uchodźców? z jakiej Syrii? Zdecydowana większość nachodźców to imigranci z innych krajów Afryki i Azji. Islamu nie chcemy, a i w Indiach islamistów nie brakuje.

    Hindusi nie są wcale tacy przyjaźni i otwarci na inną kulturą, jak można by wnosić z tego artykułu. Mieszkałem kiedyś przez kilka miesięcy z Hindusem, to wiem jacy są nietolerancyjni. Gdy do Indii przyjechał Jan Paweł II, to ortodoksyjni Hindusi dostali białej gorączki. Import ich kultury na Zachód w postaci Yogi, ruchu Hare Kryszna, różnych guru (lans w piosence the Beatles) jak najbardziej im pasuje, ale odwrotnie to już nie.

  • mgr.nauk

    Oceniono 9 razy -7

    JA PRDL, jaki fascynujący temat na książki, wystawy, filmy i może całe seriale.

  • k1harper

    Oceniono 9 razy -9

    Himalaiści zazwyczaj nie chcą opowiadać o kupowaniu tekstyliów w Indiach ani o tym, jak zakładali w Polsce pierwsze India Shopy.

    wiec wymyslono reszte paszkwilowatego artykulu

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX