Wojciech Wardyński za konsoletą. Klub Studencki Remont, ok. 1979/80 roku

Wojciech Wardyński za konsoletą. Klub Studencki Remont, ok. 1979/80 roku (fot. archiwum prywatne Wojciecha Wardyńskiego)

wywiad gazeta.pl

DJ z PRL-u: W ZSRR grałem dla 3 tys. ludzi. W Polsce dla ambasady amerykańskiej

Woleliśmy pracować w Bristolu niż w Nałęczowie, no ale było, jak było. Czasem graliśmy do kotleta i striptizu. Pamiętam, jak kiedyś jednej pani nie spodobał się podkład muzyczny i w ramach zemsty ściągnęła majtki i rzuciła je prosto na gramofon - opowiada Wojciech Wardyński, który w latach 70. prowadził dyskoteki.

Pierwsza płyta w życiu?

- Singiel "Papuga i ja" Urszuli Dudziak i Marka Tarnowskiego, z 1964 roku. Dostałem od ciotki, to była moja pierwsza prawdziwa płyta, a nie pocztówka dźwiękowa. Dziś wisi na ścianie u mnie w domu.

Pierwsza dyskoteka?

- Koniec lat 60., w klubie przy Carnaby Street w Londynie. Ktoś mi powiedział, że jest fajna impreza i że to się nazywa dyskoteka. Poszliśmy. Klub był w piwnicy, barek, wielkie głośniki i muzyka, wszyscy tańczą. Strasznie mi się spodobało. A że miałem już wtedy sporą kolekcję płyt, powiedziałem do kolegi: "Zróbmy coś takiego w Polsce".

Zaraz, zaraz. W końcu lat 60. jeżdżenie do Londynu nie było takie oczywiste. Jak to było z panem?

- Mój dziadek był w Armii Andersa i po wojnie został w Londynie. Kiedy po 1956 roku Gomułka nieco "rozluźnił system", moja mama zaczęła do dziadka jeździć, a z czasem zaczęła zabierać mnie. Dzięki temu spędzałem w Londynie praktycznie każde wakacje, tam był mój drugi dom. Pracowałem w knajpach, na zmywaku, na bramce nawet, a zarobione pieniądze wydawałem na płyty i ciuchy.   


Carnaby Street w 1968 r. (fot. H. Grobe / wikimedia.org / CC BY 3.0)

Kiedy przyjeżdżałem do Warszawy w dżinsowym płaszczu z futrzanym kołnierzem, sygnetach na palcach, z łańcuchem na szyi, bransoletami - z miejsca stawałem się popularny, bo wyglądałem inaczej. Nawet trochę mnie to dziwiło, bo nie chodziło mi o lans, wbrew pozorom niespecjalnie przywiązywałem wagę do ubrań. Po prostu nasiąkałem Londynem, jak każdy młody człowiek bezwiednie chłonąłem wszystko.

Nie chciał pan tam zostać?

- Chciałem. Bardzo chciałem. Pochodzę wprawdzie z rodziny o dużych tradycjach patriotycznych, rodzice byli powstańcami warszawskimi, ale dla mnie ważniejsza niż przywiązanie do kraju była chęć poznania świata.

Niestety, kończyła mi się wiza, polska ambasada przedłużała w nieskończoność wydanie nowego paszportu, a bez niego nie mogłem dostać wizy - koło się zamykało. Dziadek był w Anglii szanowanym farmaceutą, bardzo fair w stosunku do prawa, nie pozwolił, żebym został u niego nielegalnie. 

Za którymś razem, kiedy znów poszedłem do ambasady i znów tego paszportu nie było, spakowałem się, wsiadłem w pociąg i wróciłem do Warszawy. Potem przez trzy lata nie wypuszczano mnie z kraju.

Czyli wraca pan w dżinsowym płaszczu i urządza dyskotekę?

- Okazało się, że dyskoteki już są. W Trójmieście, Andromeda w Olsztynie, w Warszawie w klubach studenckich - Hybrydach, Hadesie, Medyku.

Moje pierwsze granie zrobiłem w Hybrydach na Mokotowskiej w 1969 roku. Ekwilibrystyka na maksa! Bo to wyglądało mniej więcej tak: wchodziło się na ławę, żeby być wyżej niż publiczność, na tej ławie stała druga, a na niej gramofon. Trzeba było stać wyżej, żeby reagować na to, co dzieje się na parkiecie - jak ludzie są zmęczeni, zagrać wolny kawałek, jak się nudzą, to przykręcić. Gramofony się trzęsły, wszystko przeskakiwało, ale było fajnie.


Studenci bawią się w Hybrydach - zdjęcie zrobione między 1961 a 1969 r. (fot. Zbyszko Siemaszko / NAC)

Wystarczyło mieć płyty, żeby zostać DJ-em?

- Początkowo tak to trochę wyglądało, że ktoś miał ojca na kontrakcie zagranicznym, więc zostawał gwiazdą. Jednym z pierwszych kultowych prezenterów - bo wtedy nazywało się to "prezenter", a nie "DJ" - był człowiek, na którego mówiliśmy Edi. Spędził sporo czasu w Szwecji i w Anglii, podpatrzył tamtejszy sposób ubierania się i był totalnym showmanem - nosił skórzane stroje, zakładał maski. Ale grał krótko, bo jego edukacja muzyczna ograniczała się do posiadania płyt.

No więc było oczywiście paru takich chłopaków, którzy po prostu mieli płyty. Jednak kiedy okazało się, że to popularny zawód, władze postanowiły go jakoś zalegalizować. Prezenterzy, podobnie jak artyści estradowi, musieli przejść weryfikację przed komisją w ministerstwie kultury. Od tego, jaką uzyskali kategorię, zależały wynagrodzenie i miejsca, w których grali. Żeby grać na przykład w hotelach, trzeba było mieć kategorię S.

Co trzeba było umieć, żeby przejść weryfikację?

- Trzeba było umieć sprzedać się, pokazać, że jesteś komunikatywnym człowiekiem. No i znać się na muzyce. O politykę nikt nie pytał.

Ja zdawałem ten egzamin w 1971 roku. W komisji byli Roman Waschko, Marek Gaszyński, Witold Pograniczny - wszyscy już wówczas dobrze znani z radia, do tego dyrektor ZPR-ów [Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe - przyp. red.], jakaś pani z ministerstwa. Zrobiłem część imprezy po angielsku, żeby pokazać, że swobodnie przechodzę z jednego języka na drugi, zagrałem jakieś soulowe kawałki, odpowiedziałem na parę pytań w rodzaju, jak odróżnić rockandrolla od muzyki soul. Spodobało się, dostałem kategorię S. Mogłem grać w Bristolu.

Tam była najbardziej luksusowa dyskoteka w Warszawie?

- Tak, na pewno jedna z eleganckich. Wszyscy marzyliśmy, żeby tam grać, gdzie grali zresztą najlepsi - Andrzej Marzec, Zbyszek Lewandowski, Krzysiek Szewczyk - tacy, którzy już mieli wyrobioną markę.

W Bristolu można było puszczać najnowsze rzeczy, bo wśród gości było wielu cudzoziemców. W latach 70. przez Warszawę przetaczały się fale obcokrajowców. A to Szwedzi, którzy budowali hotel Forum, a to, nie wiem skąd, Japończycy. Oni wszyscy wiedzieli, że w tym hotelu jest dobra dyskoteka, więc przychodzili. A o tym, że oni przychodzą, wiedziały prostytutki i zawsze było ich tam mnóstwo. Te pierwszej klasy siedziały w głównej sali, przy barze, na wysokich stołkach. Te gorszego sortu, w głębi sali, to już były takie bardziej normalne panie.


Hotel Bristol, 1971 rok (fot. Grażyna Rutkowska / NAC)

Dla nas jednak najfajniejsze było, że możemy grać to, co chcemy. Podobnie było w Nimfie przy Wale Miedzeszyńskim i w kilku innych dyskotekach w Polsce. To były takie miejsca, gdzie trendy muzyczne pojawiały się czasem prędzej niż w radiu. Bywało, że radiowcy wychwytywali z dyskotek, co jest najmodniejsze. Oczywiście głównym zadaniem DJ-a było sprawić, żeby ludzie dobrze się bawili, ale przy okazji opowiadaliśmy o muzyce rzeczy, których nie było wtedy gdzie wyczytać.

Kto w ogóle bywał w dyskotekach?

- To zależy od lokalu. W Bristolu - obcokrajowcy. W Nimfie - towarzystwo z Saskiej Kępy, tam zresztą trudno było się dostać, przed wejściem czekało nieraz sto osób, była świetna bramka.

Na której stała kulomiotka "Kruszynka", która dziennikarza Krzysztofa Szewczyka przenosiła nad tłumem?

- Nie tylko ona. Był tam też Wiesiek Huszcza, późniejszy skarbnik SLD. Na bramce, tyle że w Hadesie, stał Marek Goliszewski, dzisiejszy szef BCC. W Nimfie długo bawili się ludzie, którzy po prostu się znali, ktoś kogoś przyprowadzał, ale to ciągle był jeden krąg.

Ktoś powiedział, że na Saskiej Kępie w ogóle wszystko kręciło się w elitarnym wirze.

- Tak! O to właśnie chodziło. Niestety, z miesiąca na miesiąc wir tracił na elitarności, bo jak poszło w miasto, że jest elitarnie i fajnie, to zaraz chciał się dostać ktoś, kto sprzedał siedem ton kartofli. Zaczęli przychodzić ludzie, którzy mieli pieniądze, ale odbiegali od nas sposobem zachowania. Więc ci, którzy tworzyli wir, odpływali gdzie indziej.

Najfajniej grało się dla tych, którzy kojarzyli muzykę. Z kolei granie dla gości z tzw. prywatnej inicjatywy bywało opłacalne. Bo podchodzili i mówili: "pan zagra to, dam 500". Tylko oni tak płacili, cudzoziemcy czy tym bardziej studenci - nie. To zresztą był cały rytuał. Osobą ustalającą szczegóły był elektroakustyk. Do niego się podchodziło, składało zamówienie, on pytał DJ-a, czy i kiedy zagra, czy powie, że dla pana Mariana w związku z urodzinami, czy nie. No i oczywiście z elektroakustykiem trzeba się było podzielić kasą.

Dużo pan zarabiał?

- Nieźle. Najwięcej oczywiście na tych napiwkach, choć stawki za zwykłe granie też nie były głodowe. Byłem w bazie ZPR-ów, a ZPR-y miały swoje kluby w całej Polsce. Dyskoteka ze striptizem, do tego czasem flippery. W poniedziałek był telefon, że od środy gram w Katowicach, Toruniu czy Nałęczowie. Jechałem. Od 17.00 do 21.00 tzw. młodzieżówka, a od 21.30 do świtu dyskoteka dla dorosłych. I tak przez cztery dni. Czasem nie było mnie w domu przez miesiąc.

Te kluby były bardzo różne. W Toruniu czy Elblągu publiczność przychodziła głównie na muzykę, tam można było grać nowości. No ale czasem grało się do kotleta i striptizu. Pamiętam, jak kiedyś jednej pani nie spodobał się podkład muzyczny. W ramach zemsty ściągnęła majtki i rzuciła je prosto na gramofon!

Oczywiście woleliśmy grać w Bristolu niż w Nałęczowie, no ale było, jak było.

DJ-e byli gwiazdami?

- Ci z radia - tak. Ludzie przychodzili specjalnie na Szewczyka czy Pogranicznego. Zresztą to działało w taki sposób, że grało się 45-minutowy set w jednej dyskotece, a potem była zmiana - ktoś z Nimfy jechał do Bristolu, ktoś z Bristolu do Stolicy. Żeby nie było nudno.

Ja nie byłem gwiazdą pierwszego planu, ale kilka razy zdarzyło mi się odczuć, że to, co robię, jest ważne dla ludzi. Pierwszy raz na samym początku, jeszcze przed weryfikacją. Pojechaliśmy z kolegą do Szczytna. Ktoś powiedział, że jest parę groszy do zarobienia, wsiedliśmy w samochód, jedziemy. Tyle że nikt nam nie powiedział, że chodzi o Szczytno na Śląsku. Wylądowaliśmy na Mazurach. I nikt tam na nas nie czekał. Zorientowaliśmy się więc w sytuacji, popytaliśmy, okazało się, że jest impreza do zrobienia w pobliskiej wsi. Szef szkoły milicyjnej w ramach krzewienia kultury pożyczył nam wzmacniacz i razem z kucharkami i kelnerami na pace żuka pojechaliśmy na tę imprezę. Tam poznaliśmy kierowniczkę klubu, pogadaliśmy i zostaliśmy w Szczytnie na miesiąc. Całe miasto przychodziło się bawić, było świetnie, ale już chcieliśmy wracać. I wtedy przyszedł do nas miejscowy gitowiec, niejaki Sitar, i powiedział: "Nigdzie nie pojedziecie, my chcemy się bawić". Żeby dowieść, że jest zdolny do wszystkiego, wyjął żyletkę i przeciął sobie policzek. Nocą zwinęliśmy namioty, sprzęt i zwyczajnie zwialiśmy stamtąd.


Uniwersytet Łomonosowa (fot. RIA Novosti archive, image #60127 / Alexander Polyakov / wikimedia.org / CC-BY-SA 3.0)

W połowie lat 70. pojechałem do Związku Radzieckiego tzw. pociągiem przyjaźni. Pociąg zatrzymywał się w Mińsku, Leningradzie i Moskwie, i tam polscy działacze młodzieżowi spotykali się z młodzieżą radziecką. Jakieś prelekcje, morze wódki, no i dyskoteka. Na Uniwersytecie Łomonosowa grałem w hali dla 3 tysięcy ludzi. Puszczałem Adriano Celentano, tego rodzaju rzeczy, gadałem po rosyjsku i angielsku, a oni patrzyli na mnie, jakbym był co najmniej gwiazdą AC/DC. Aż było mi trochę głupio, że tylko dlatego, że mam kilkaset płyt, jestem traktowany jako gość lepszej kategorii. W Polsce aż tak tego się nie odczuwało.

Najlepsza impreza?

- To był już 1981 rok, lato. W maju wróciłem ze Stanów i przywiozłem mnóstwo płyt z remiksami, to była wtedy nowość. Płyty wielkości longplaya, ale grało się je na 45 obrotów, to dawało lepszą dynamikę. No i okazało się, że Nimfę wynajęła ambasada amerykańska. Kierowniczka dzwoni: "Wojtek przyjeżdżaj, bo trzeba rozkręcić imprezę".

Przyjeżdżam, rzeczywiście jest niemrawo. No więc moja kolej, zaczynam grać te płyty, co właśnie przywiozłem, i naglę patrzę - mam wszystkich na parkiecie! Nigdy w życiu czegoś takiego nie miałem. Oni się genialnie bawili, mnie to dodawało skrzydeł, świat nie istniał, grałem. Na koniec wszyscy stanęli i bili mi brawo. Jezu, aż mam ciary, kiedy to opowiadam - powiedzieli, że czują się jak w Nowym Jorku. Nie ma chyba lepszej satysfakcji niż coś takiego usłyszeć. 

Dużo płyt, poza singlem Urszuli Dudziak, wisi u pana na ścianie?

- Dwie. Jimmy'ego Smitha i Franka Sinatry. Kiedyś nie lubiłem Sinatry, uważałem, że jest dla starych, ale teraz, może dlatego, że sam nie młodnieję, zacząłem go szanować. W marcu w warszawskim sklepie z winylami kupiłem płytę, w domu otwieram - to oczywiście cały rytuał, czytanie wszystkiego, oglądanie koperty i tak dalej. No więc wyjmuję z koperty, patrzę, a na niej autograf. Okazało się, że autentyczny! To promocyjny egzemplarz dla jakiegoś radia w Chicago. I proszę pomyśleć, jaka musi być historia tej płyty. W latach 60. radio dostało ją od wytwórni, potem może ktoś ją wygrał, a może radio sprzedawało winyle, gdy zmieniła się technologia i nagle po pół wieku ja ją znajduję w sklepie przy Ordynackiej w Warszawie!

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Wojciech Wardyński. Ur.1952 r. Od zawsze związany z muzyką. W latach 70. prezenter muzyki w dyskotekach, w 1982 r. założył jeden z pierwszych sklepów muzycznych w Warszawie "Studio 16". Od końca lat 90. przez wiele lat związany z firmą Polygram / Universal Music Polska. Wciąż w branży muzycznej. Saskokępianin.

Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Przez wiele lat sekretarz redakcji w "Elle" i "Viva! Moda", współpracuje m.in z Weekend.gazeta.pl i Magazynem Świątecznym Gazety Wyborczej. Autorka książki "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" (wyd. Czarne), we wrześniu ukaże się jej kolejna książka - "Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (12)
Zaloguj się
  • szabepio

    Oceniono 12 razy 8

    Tsk. Żelazna kurtyna mu sprzyjała. Paradoksalnie ale jednak. Obecnie pis buduje kolejną kurtynę do Zachodu do UE. Taplamy sie w tym szowinistyczno katolickim bagnie. Bedziemy wkrotce odcieci od kasy wolnosci. A na widok ksiedza ludzie znowu bedą klekac i calowac go po sygnecie.

  • bumelant999

    Oceniono 5 razy 5

    Ciekawa historia, której ja już zupełnie nie pamiętam. Ale pamiętam jak Ojciec miał kolekcję płyt zgrane na taśmy szpulowego magnetofonu i historie o tym, że pomagało to w czasach studenckich budować więzy towarzyskie jako że towar zachodniej muzyki był deficytowy. Czasy się zmieniły ale założę się, że dobry patent na towarzystką popularność dalej jest w cenie :)

  • peter_jurgen_boock

    Oceniono 1 raz 1

    W świetle tego artykułu przestaję się dziwić forumowym piewcom PRLu, skoro w latach 70-tych brali np 100 USD za numerek w hotelu od dewizowego turysty, czyli 3 miesięczne pensje, a teraz w najlepszym razie tylko 300 zł za spotkanie. Faktycznie, mogą się wkur...ić i frustrować, jak powspominają stare czasy.

  • Jan Pawul

    0

    mało w tym prawdziwej historii polskich dyskotek i deejayów a dużo blablania i badziewu bliższego patologii niźli rzeczywistości reżimu PRL !!

  • adcore

    0

    Fajny artykul...

    A mnie sie czasami zdarzylo polityke zmiksowac z muzyka...
    1982,stan wojenny,500 ludzzi na parkiecie i MS w hiszpani,po wygranym meczu 3-0 z belgami i przed kolejnm z CCCP
    dre sie po kibolsku do mica :
    "No kochani...jednych "czerwonych diablow" mamy za soba...teraz kolej na nastepnych czerwonych "..jednoczesnie puszczajac to z wyciszonym poczatkiem tak zeby to troche wygladalo ze chodzi o Polske...i wiara wpadala w szal..
    Nottingham Forest - We got the Whole World in our Hands
    tps://www.youtube.com/watch?v=TtkdfSzTAh8
    i doping sie udal,cala sla spiewala,,byl medal... :-)

  • Jan Pawul

    Oceniono 1 raz -1

    czytaj szerzej o dyskotekach i deejayach z PRL w gigantycznej eKsiążce o historii polskich dyskotek i deejayów z lat '70, '80 czyli w większości (90%) kolaborantach komunistycznego reżimu - takich polskich 'deejay prostytutkach' ----- wuwuwu..ebay.pl/itm/HISTORIA-POLSKICH-DYSKOTEK-DJ-rewelacyjna-ksi-ka-3GB-zawarto-ci-/251674698791?hash=item3a98fb2427

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX