(fot. AP Photo / J. David Ake, File)

wywiad Gazeta.pl

Zapomniana historia podniebnego terroru. W latach 1961-1973 w USA porwano setki samolotów

Czasem uprowadzenia zdarzały się częściej niż raz na tydzień. Jednak historia ówczesnego podniebnego terroru została kompletnie zapomniana. Brendan I. Koerner w książce "Niebo jest nasze" postanowił o niej przypomnieć.

Dlaczego wydało ci się ciekawe wrócenie do historii uprowadzeń?

- Urodziłem się niedługo po tym, jak porwania przestały być amerykańską codziennością, ale przez całe moje dzieciństwo nikt nawet nie wspomniał o tym, że całkiem niedawno niebem rządzili porywacze. Kiedy pierwszy raz trafiłem na wzmiankę o uprowadzeniach, byłem porażony skalą tego zjawiska i fascynowało mnie pytanie, dlaczego postanowiliśmy wymazać je z naszej kolektywnej pamięci.

Jakie są powody tej zbiorowej amnezji?

- Historia pokazuje, że każde pokolenie tworzy własne demony. W latach 80., czyli epoce Reagana, pojawiło się całe spektrum nowych zagrożeń, takich jak kokaina czy widmo zwycięstwa Związku Radzieckiego w zimnej wojnie. Politycy nauczyli się sprawnie zarządzać tymi lękami, czyniąc z nich doskonałe narzędzia ideologiczne. Na porwania samolotów patrzono wówczas niemal z nostalgią.

Ronald Reagan w Minneapolis, 1982 r. (fot. Michael Evans / Wikimedia.org / Domena publiczna)Ronald Reagan w Minneapolis, 1982 r. (fot. Michael Evans / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Poza tym tamtym porwaniom przyświecały zupełnie inne cele niż dzisiejszym aktom terroru. W przeciwieństwie do terrorystów uderzających w World Trade Center, porywacze z lat 60. i 70. nie chcieli siać destrukcji. Przeciwnie, zamierzali negocjować, pragnęli zwrócić uwagę opinii publicznej na sprawy dla nich ważne, czasem też szukali rozwiązania osobistych kłopotów.

Jak doszło do pierwszego porwania?

- To było wydarzenie niemal komiczne. Samolot miał lecieć z Miami do położonego na południowych krańcach Florydy miasta Key West. Zaraz po starcie bezrobotny elektryk Antulio Ramirez Ortiz wyposażony w nóż do steków udał się do kokpitu. Przystawiając ostrze do gardła pilota, zażądał, by niezwłocznie przetransportowano go na Kubę. Prośba nie tylko była niecodzienna, ale też bardzo ryzykowna. Zaledwie dwa lata  wcześniej, w 1959 r., dobiegła końca kubańska rewolucja, która na wyżyny władzy wyniosła Fidela Castro. W konsekwencji Stany Zjednoczone nie utrzymywały żadnych relacji dyplomatycznych z wyspą.

Porywacz twierdził, że niejaki Rafael Trujillo, dyktator rządzący Dominikaną, zaoferował mu pieniądze w zamian za zamordowanie Castro. Ortiz zmierzał na Kubę, by ostrzec lidera zwycięskiej rewolucji. Z kolei władze kubańskie podejrzewały, że samolot pasażerski może być pułapką przygotowaną przez CIA, dlatego poważnie rozważały zestrzelenie maszyny - Castro bał się, że Amerykanie będą usiłowali go obalić. Ostatecznie jednak zezwolono pilotom na lądowanie w bazie sił powietrznych. Operacja przejęcia porywacza trwała zaledwie kilkanaście minut. Po starcie piloci ponownie skierowali samolot do Key West. Dolecieli z zaledwie trzygodzinnym opóźnieniem. Badając sprawę, FBI uznało porwanie za jednorazowy incydent popełniony przez osobę psychicznie niestabilną. Nadchodzące lata pokazały, że był to dopiero początek epidemii. Do kolejnego incydentu doszło zaledwie miesiąc później.

Co zrobili z Ortizem Kubańczycy?

- Pozwolili mu zostać, ale porywacza szybko rozczarowało życie na wyspie pod rządami Castro. Rok później próbował na tratwie dostać się na Florydę, został złapany i skazany na trzy lata kubańskiego więzienia. Dopiero w 1975 roku pozwolono mu wyjechać. W Stanach Ortiza niezwłocznie aresztowano i postawiono przed sądem, który skazał go na 20 lat więzienia.

W 1961 r. Antulio Ramirez Ortiz (z prawej) wyposażony w nóż do steków udał się do kokpitu. Przystawiając ostrze do gardła pilota, zażądał, by niezwłocznie przetransportowano go na Kubę, w której od pewnego czasu rządził już Fidel Castro (z lewej) (fot. Marcelo Montecino / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.0 / Eastnews)W 1961 r. Antulio Ramirez Ortiz (z prawej) wyposażony w nóż do steków udał się do kokpitu. Przystawiając ostrze do gardła pilota, zażądał, by niezwłocznie przetransportowano go na Kubę, w której od pewnego czasu rządził już Fidel Castro (z lewej) (fot. Marcelo Montecino / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.0 / Eastnews)

Dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na pomysł porwania samolotu?

- Samoloty porywano już wcześniej w Europie - najczęściej ludzie ze Wschodu uprowadzali je, by uzyskać azyl polityczny w krajach Zachodu. W Stanach w latach 50. podróże samolotem były towarem luksusowym ze względu na ceny biletów i niewielką liczbę połączeń. Masowe stały się właśnie w latach 60.

Jednak najistotniejszą przyczyną rozprzestrzeniania się epidemii porwań była zmieniająca się sytuacja na świecie. Powojenny porządek polityczno-społeczny zaczął się sypać, dawne kolonie odzyskiwały niepodległość, inne za pośrednictwem radykalnych ruchów walczyły o wolność. Stany Zjednoczone opanowało masowe niezadowolenie działaniami rządu, co znalazło odzwierciedlenie w protestach przeciwko wojnie w Wietnamie, walce o równość rasową czy sprzeciwie dotyczącym nierówności ekonomicznych. Dla ludzi, których głos nie był słyszany, porwanie samolotu stało się sposobem zaistnienia w debacie publicznej.

Dlatego pewien meksykański emigrant po 19 latach walki o lepsze życie dla żony i ośmiorga dzieci porwał samolot tylko po to, by po wylądowaniu zorganizować konferencję prasową i opowiedzieć o ogromie upokorzeń, jakie go spotkały w nowej ojczyźnie. Stał się bohaterem ruchu "Chicano" działającego na rzecz politycznego uświadamiania młodych Amerykanów meksykańskiego pochodzenia. Jakie były inne motywy porwań i w jaki sposób te indywidualne historie przeplatały się z globalną polityką?

- Ważne jest, by odróżnić motywy przedstawiane przez samych porywaczy od tych, które często pozostawały niewypowiedziane. Wielu twierdziło, że reprezentują konkretny ruch polityczny, na przykład Czarne Pantery [radykalna organizacja walcząca o prawa czarnej mniejszości w USA - przyp. red.]. A okazywało się, że iskrą, która rozpaliła w nich chęć do działania, był poważny kryzys osobisty. Na przykład wielu spośród porywaczy było weteranami wojny w Wietnamie, inni stracili pracę, jeszcze inni cierpieli na zaburzenia psychiczne. Co prawda na ich sytuację miała wpływ polityka Stanów Zjednoczonych, którą w desperacki sposób kontestowali, ale rzadko byli to aktywiści organizacji rewolucyjnych. W pewnym sensie ci ludzie, walcząc w swoim mniemaniu o "sprawę", pragnęli stworzyć siebie na nowo.

Śmigłowce US Navy na polu walki w Wietnamie, 166 r. (fot. James K. F. Dung, SFC, Photographer / Wikimedia.org / Domena publiczna)Śmigłowce US Navy na polu walki w Wietnamie, 166 r. (fot. James K. F. Dung, SFC, Photographer / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Czasem aktywiści polityczni nie mieli pojęcia, że ktoś porywa samolot w ich imieniu. Kiedy Angela Davis, afroamerykańska działaczka ruchów na rzecz równości rasowej, fałszywie oskarżona o współudział w morderstwie sędziego, dowiedziała się, że ktoś porwał samolot, by pomóc jej zbiec ze Stanów do północnego Wietnamu, była przerażona. Odmówiła nawet uczestniczenia w uwolnieniu samolotu, obawiając się kolejnych oskarżeń.

- Dokładnie! Jej samozwańczy wybawca Roger Holder był zdegradowanym oficerem, weteranem wojny w Wietnamie, cierpiącym na zaburzenia psychiczne. Miał również problemy z prawem i borykał się z brakiem pieniędzy. Jednocześnie podstawowy rys jego charakteru stanowiło przerośnięte ego - to ono kazało mu wierzyć, że został predestynowany do wypełnienia historycznej misji.

Na marginesie warto wspomnieć, że zupełnie inna sytuacja panowała wówczas w Europie, gdzie porywacze byli dużo bardziej zorganizowani i profesjonalni. To byli działacze radykalnych grup oporu, na przykład Frontu Wyzwolenia Palestyny.

Wróćmy do Rogera Holdera. Dlaczego o dziejach podniebnego terroru postanowiłeś opowiedzieć przez pryzmat jego historii?

- Na początku moją uwagę przykuła jego dziewczyna, Cathy Kerkow, ponieważ niezwykle rzadko zdarzało się, że w porwanie samolotu zaangażowana była kobieta. Byli w sobie szaleńczo zakochani. Gdy zacząłem badać ich historię, zorientowałem się, że niczym soczewka skupia ona najważniejsze kwestie społeczno-polityczne tamtych lat. Przede wszystkim kolor skóry - Kerkow była biała, a Holder czarny. Jako Afroamerykanina Holdera interesowały ruchy polityczne walczące z rasizmem, jednak nie należał on do żadnej z ówczesnych organizacji. Jako były żołnierz rozczarowany amerykańską armią, a szczególnie rasistowskim zachowaniem przełożonych, podzielał antywojenne nastroje znacznej części społeczeństwa. Natomiast Kerkow była 20-letnią hipiską, której udało się wyrwać z prowincjonalnego miasteczka, ominęło ją prowadzenie konwencjonalnego życia z mężem i dziećmi w konserwatywnej społeczności.

Cathy Kerkow do dziś jest na liście przestępców poszukiwanych przez FBI (fot. www.fbi.gov)Cathy Kerkow do dziś jest na liście przestępców poszukiwanych przez FBI (fot. www.fbi.gov)

Badając ich życiorysy, trafiłem na niesamowity szczegół: Kerkow i Holder, choć pochodzili z kompletnie różnych światów, przypadkowo spotkali się w dzieciństwie. Kerkow dorastała w Coos Bay - niewielkim miasteczku położonym na północnym wybrzeżu Pacyfiku w stanie Oregon, które zamieszkiwała biała społeczność. Z kolei ojciec Holdera, były oficer marynarki wojennej, w 1959 roku został przeniesiony do bazy w Coos Bay. Przyjechał tam wraz z żoną i dziećmi - byli drugą czarnoskórą rodziną w mieście. Jak się domyślasz, z ich przybycia nikt się nie cieszył. Dość szybko stali się ofiarami fali małomiasteczkowego rasizmu. Gdy ich drugi syn został po raz kolejny pobity przez szkolnych kolegów, spakowali rzeczy i postanowili uciekać. Tuż przed odjazdem Roger wraz z bratem poszli na spacer nad pobliskie jezioro, gdzie napotkali dzieci łowiące ryby. Wśród nich była też Kerkow! Przeszło dekadę później w San Diego ich trajektorie przypadkiem znowu się przecięły - on był kolegą jej współlokatorki. Historia tego cudownego spotkania stała się niepodważalnym dowodem na to, że wszechświat przeznaczył ich do dokonania czegoś spektakularnego.

Holder opracował więc plan uwolnienia Angeli Davis, które miało nastąpić w dzień ogłoszenia wyroku.

- Był pewien, że Davis zostanie skazana. Gdy byli już w powietrzu, okazało się, że działaczkę jednak uniewinniono. Plan zaczął się sypać, a dwoje młodych i zagubionych ludzi w końcu znalazło się w Algierii.

O podniebnym terrorze opowiadasz, jakby był swego rodzaju wynalazkiem. Porywacze niczym naukowcy uczyli się na błędach poprzedników. Jakie były kluczowe momenty tej ewolucji?

- Przez pierwszych siedem lat (1961-1968) ludzie dokonywali uprowadzeń, żądając, by przewieziono ich na Kubę. W tamtym czasie w wyobraźni młodych Amerykanów funkcjonowała ona jako rzeczywista alternatywa dla rodzimego kapitalizmu. Wyobrażano sobie, że udało się tam zbudować raj dla klasy pracującej, w którym nie ma miejsca ani dla rasizmu, ani społecznych nierówności. Kuba elektryzowała umysły Amerykanów także dlatego, że była pierwszym komunistycznym krajem oddalonym zaledwie 150 km od naszego wybrzeża. Ludzie jednocześnie upatrywali w niej zagrożenia, jak i ratunku. Co więcej, wiadomo było, że porwanie samolotu na Kubę nie będzie wiązało się z ewentualną ekstradycją, bo wydanie uciekinierów musiałoby być obustronne.

Angela Davis (w środku, bez okularów) w 1969 r. (fot. GeorgeLouis at English Wikipedia / CC BY 3.0)Angela Davis (w środku, bez okularów) w 1969 r. (fot. GeorgeLouis at English Wikipedia / CC BY 3.0)

Każda moda kiedyś się jednak kończy, nawet gdy dotyczy porywaczy samolotów. Dlatego w 1969 roku doszło do przełomu. Raffaello Minichiello, były amerykański żołnierz włoskiego pochodzenia, który wszedł w otwarty konflikt ze swoim dowództwem, porwał samolot tuż po opuszczeniu lotniska w Los Angeles. Nie chciał jednak lecieć na Kubę, ale do Włoch - swojej prawdziwej ojczyzny. Twierdził, że Włosi zrozumieją jego postępowanie. Porwanie było jedynym krokiem, jaki mógł podjąć w obronie własnej godności i honoru. Rzeczywiście Minichiello zyskał status gwiazdy. Nie tylko stał się bohaterem ruchów antywojennych, ale też aktorem-celebrytą, któremu udało się zagrać w dwóch spaghetti westernach.

Ostatnia faza porwań rozpoczęła się w roku 1971 - samoloty zaczęto uprowadzać dla okupu. W roku 1972 porywacze zażądali aż 10 milionów dolarów w gotówce. W tamtym też czasie odkryto, że wcale nie trzeba uciekać do dalekich krajów, wystarczy nauczyć się skakać ze spadochronu. Jeden z pierwszych śmiałków niestety wyskoczył w zbyt lekkich butach, przez co skręcił stopę i szybko został odnaleziony przez policję. Ten okres charakteryzowała też duża brutalność, na pokładzie zdarzały się strzelaniny, w których śmierć ponosili pasażerowie. Ostatni porywacze zagrozili, że uderzą samolotem w reaktor atomowy. Dopiero ta groźba zmusiła polityków do podjęcia działań - na lotniskach wprowadzono obowiązkową kontrolę bezpieczeństwa.

Dzisiaj nie do pomyślenia jest, żeby politycy zwlekali z uchwaleniem ustawy o bezpieczeństwie powietrznym przeszło 10 lat. Dlaczego tyle czasu im to zajęło?

- Korporacje lotnicze były niebywale zamożne i potężne, dlatego za każdym razem, gdy ktoś w Kongresie napomykał o konieczności zadbania o bezpieczeństwo pasażerów samolotów, dokładano wszelkich starań, by go skutecznie uciszyć. Linie lotnicze bały się, że przymusowa kontrola zniechęci podróżnych do wybierania tego środka komunikacji. Dodatkowo prowadzono też rachunek ewentualnych zysków i strat związanych z koniecznością zainwestowania w detektory metalu, urządzenia do skanowania czy personel je obsługujący. Okazało się, że polityka zgadzania się na wszelkie żądania porywaczy jest znacznie bardziej opłacalna niż wprowadzenie powszechnej kontroli bezpieczeństwa. Porwania być może sprawiały kłopoty, ale były zwyczajnie najtańsze.

Lotnisko w Memphis w USA, 1973 r. (fot. Euthman Ed Uthman / Wikimedia.org / CC-BY-3.0)Lotnisko w Memphis w USA, 1973 r. (fot. Euthman Ed Uthman / Wikimedia.org / CC-BY-3.0)

W pewnym momencie władze były jednak tak zdesperowane częstością porwań, że poprosiły o pomoc w znalezieniu rozwiązania opinię publiczną. Jakie pomysły na poradzenie sobie z podniebnym terrorem podsuwali obywatele?

- Niektóre z nich były niezwykłe, na przykład proponowano, by tuż przed kokpitem w podłodze umieścić zapadnię, przez którą załoga wyrzuci porywacza. Inny obywatel uznał, że każdy pasażer na czas lotu powinien zakładać rękawice bokserskie, ponieważ uniemożliwiają one utrzymanie w dłoni pistoletu. Były też bardziej trzeźwe propozycje umieszczenia na pokładzie agentów udających podróżnych. Jedną naprawdę osobliwą sugestię amerykański rząd potraktował niezwykle poważnie: proponowano, by na Florydzie zbudować atrapę lotniska w Hawanie. Porywacz, sądząc, że ląduje na Kubie, trafiałby prosto do aresztu. Ostatecznie pracę nad realizacją pomysłu zarzucono, bo okazał się zbyt kosztowny.

W międzyczasie opracowano jednak tak zwaną "listę zachowań podejrzanych", umieszczono na niej takie czynności jak unikanie kontaktu wzrokowego z obsługą lotniska, wykazywanie nadmiernej troski bagażem podręcznym czy noszenie militarnej kurtki. Osoby, które zachowywały się w ten sposób, kierowane były do dodatkowej kontroli. Jak się domyślasz, procedura ta nie była zbyt efektywna.

Dziś trudno nam sobie wyobrazić, że porywaczy darzono sympatią, a przynajmniej im współczuto. Jak to było możliwe?

- Myślę, że w dużej mierze było to związane z sytuacją polityczno-społeczną. O ile w latach powojennych ludzie zasadniczo ufali, że władza kieruje się ich dobrem, o tyle w latach 60. nastroje były znacznie bardziej ponure. Zdarzali się tacy, którzy byli w stanie poświęcić wszystko tylko po to, by zwrócić uwagę na społeczną niesprawiedliwość lub skalę osobistej desperacji. Ludzie potrafili docenić ten gest i niejednokrotnie identyfikowali się z taką postawą.

Samolot Lufthansy porwany w październiku 1977 r. przez palestyńskich terrorystów. Do zamachu doszło podczas lotu z Pallma de Mallorca do Frankfurtu (fot. Ken Fielding / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)Samolot Lufthansy porwany w październiku 1977 r. przez palestyńskich terrorystów. Do zamachu doszło podczas lotu z Pallma de Mallorca do Frankfurtu (fot. Ken Fielding / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Roger Holder wrócił do Stanów w 1986 roku, gdzie został aresztowany i stanął przed sądem. Jego dawna miłość Cathy Kerkow zapadła się pod ziemię. Pewnego dnia w 1978 roku wyjechała z Paryża, gdzie oczekiwała na proces. Od tego czasu słuch o niej zaginął. Czy dręczy cię pytanie, jak skończyła się jej historia?

- Jest we mnie nadzieja, że pewnego dnia znajdę w skrzynce list wyjaśniający tę zagadkę. Jej dawna przyjaciółka i współlokatorka z San Diego twierdzi, że Kerkow musiała umrzeć, bo w innym wypadku skontaktowałaby się z przyjaciółmi bądź rodziną. Inny scenariusz zakłada, że funkcjonując pod fałszywym nazwiskiem, wtopiła się we francuskie społeczeństwo. Po opublikowaniu książki w Stanach otrzymałem jednak listy od jej dalszej rodziny. Byli wdzięczni za to, że opowiedziałem im historię ich własnej ciotki, ponieważ w domu nie mogli nawet wymienić jej imienia. Kerkow nie tylko zniknęła ze społeczeństwa, ale też została wymazana z pamięci własnej rodziny.

Książkę Brendana I. Koernera "Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego" w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>


Brendan I. Koerner.
Współpracownik "Wired" i autor książki "Now the Hell Will Start", do której prawa zarezerwował reżyser Spike Lee. Wcześniej pracował jako felietonista "New York Timesa" i magazynu "Slate", pisywał także do "Harper's", "New York Times Magazine" i "ESPN the Magazine". "Columbia Journalism Review" uznał go za jednego z dziesięciu najbardziej obiecujących młodych pisarzy. "Niebo jest nasze" ukazało się nakładem wydawnictwa Czarne.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka. Przez wiele lat związana z Fundacją Nowej Kultury Bęc Zmiana, gdzie współprowadziła magazyn kulturalny "Notes na 6 tygodni".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (8)
Zaloguj się
  • ezo-mir

    Oceniono 5 razy 3

    "Dzisiaj nie do pomyślenia jest, żeby politycy zwlekali z uchwaleniem ustawy o bezpieczeństwie powietrznym przeszło 10 lat. Dlaczego tyle czasu im to zajęło?"
    Podobnie jest z bezpieczeństwem w ruchu drogowym. Są rozwiązania które powodują że na zachodzie ruch samochodowy jest o wiele bezpieczniejszy. Funkcjonują od dziesiątek, albo od kilkunastu lat. W Polsce nadal nie potrafimy pójść za dobrym przykładem. Ważniejszy jest Tupolew ze Smoleńska, niż tupolew spadający co tydzień na naszych drogach. Ważniejsze jest 500+ niż to że można uratować ponad tysiąc osób rocznie gdy będziemy mieli rozwiązania jak w bardziej cywilizowanych krajach.

  • dziubdziusie

    Oceniono 3 razy 3

    Holder został skazany w 1985 r. na 4 lata więzienia, zmarł 6 lutego 2012 r. w wieku 62 lat z powodu tętniaka.

  • 0zatkaokakao0

    Oceniono 4 razy 2

    Może z tego być ciekawy film

  • rikol

    Oceniono 1 raz -1

    Ależ te porwania nie miały nic wspólnego z terroryzmem. czy ktoś zginął? Sami piszecie, że te osoby chciały w ten sposób zwrócić uwagę na problemy swoje lub innych. Przypomina mi to przypadek Egipcjanina, który porwał samolot, bo miał kłopoty małżeńskie. Natomiast terroryzm to zabijanie innych w celu wzbudzenia strachu w społeczeństwie. Specjalnych środków bezpieczenstwa nie wprowadzono właśnie dlatego, że nie te porwania to nie był terroryzm.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX