(fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Michał Urbaniak: Jestem wszystkoholikiem. Nie znam umiaru

Bo ja po prostu przesadzam. W graniu i we wszystkim innym. W latach 70. przez trzy miesiące codziennie dawałem trzy koncerty. Zacząłem mieć kłopoty ze zdrowiem, płuca i serce nie wytrzymywały. Moje zdrowie było w krytycznym stanie - opowiada Michał Urbaniak.

Uśmiecha się pan jak człowiek spełniony.

- Bo powiem pani, że spełniły się wszystkie moje marzenia.

Już?

- Te dotychczasowe, bo oczywiście mam kolejne. Mając 15 lat wiedziałem, że będę mieszkał w Nowym Jorku. I że będę grał z najlepszymi jazzmanami. I to się spełniło.

Michał Urbaniak i Urbanator wystąpią na Dużej Scenie na tegorocznym festiwalu Woodstock. Ich występ zaplanowano na 3.08. Start o godz. 21.00.

Bardzo wcześnie zaczął pan na to pracować.

- Wychowałem się w Łodzi i tam skończyłem szkołę muzyczną. Na studia wyjechałem do Warszawy, bo na nasze jam session przyjechał mój idol Zbyszek Namysłowski i powiedział tak: "Gdybyś był w Warszawie, tobyśmy grali razem". Zabrałem więc papiery, które zdążyłem już złożyć w Wyższej Szkole Muzycznej w Łodzi, i pojechałem do stolicy. 

Ile pan miał lat, kiedy zdecydował pan, że zostanie muzykiem?

- Sześć. Co ciekawe, moja mama i mój ojczym tego nie wiedzieli. Ojczym mówił: "Synku, możesz sobie grać, ale powinieneś zostać lekarzem albo prawnikiem. Jednak przyjaciółka mojej mamy, Zofia Irzykowska, bywała z mężem, dyrektorem Filharmonii, u nas w domu i któregoś dnia usłyszałem, jak mówi: "Irenko, Michaś musi zostać skrzypkiem, bo on ma talent".

Skąd profesor Irzykowska to wiedziała?

- Tańczyłem w domu paso doble, improwizowałem. Codziennie w południe w radiu grała orkiestra, pamiętam nawet nazwiska takich muzyków jak Józef Steć czy Andrzej Wesołowski. Siadałem też przed adapterem i udawałem, że gram na klawiaturze, czasem nawet zaczynałem jeszcze przed orkiestrą.

I co rodzice na to?

- Mama kupiła mi pierwsze klasyczne skrzypce. Wiedziała, że muszą być porządne. Najpierw byłem do nich za mały, ale po dwóch latach były w sam raz. Do dzisiaj mam je w domu, ale już na nich nie gram, bo z czasem zmieniłem styl. Gram tylko na pięciostrunnych.

Potem dostałem saksofon. Trzeba było jechać po niego aż do Poznania, gdzie mama sprzedawała robione przez siebie rękawiczki. Jeździłem z nią, pomagałem nosić walizki i patrzyłem, ile mamy pieniędzy. Gdy się uzbierało około 12-13 tysięcy, krzyknąłem, że w Centrali Muzycznej jest saksofon Weltklang. Pobiegłem tam, a w środku był akurat remanent, przekleństwo komuny. Na szczęście w komisie za rogiem znalazłem inny saksofon, za 17,5 tysiąca. To była fortuna, ale mama wzięła zaliczki od sklepikarzy i zgodziła się je wydać. Od tamtej pory ćwiczyłem bez wytchnienia.

Michał Urbaniak podczas Urbanator Days 2016 (fot. materiały prasowe / Marcin Wojciechowski / Agencja Gazeta)Michał Urbaniak podczas Urbanator Days 2016 (fot. Katarzyna Rainka / Legalna Kultura / Marcin Wojciechowski / Agencja Gazeta)

Zostałem nawet w domu zwolniony ze wszystkich obowiązków. Mogłem nic nie robić, bylebym tylko ćwiczył. Mogłem nawet nie chodzić do szkoły, z czego czasem korzystałem. I tak, mając 9 lat, zagrałem z orkiestrą symfoniczną. No a potem sięgnąłem po zakazany owoc, czyli jazz.

Skąd pan się o nim dowiedział?

- Kolega mi powiedział, że jest taka stacja radiowa na krótkiej fali, w której grają cudowną muzykę. Włączyłem i już wiedziałem, że to jest to. Nie spałem, tylko słuchałem radia. Słuchałem i nagrywałem na taką przystawkę magnetofonową przy gramofonie. Zakochałem się w tej muzyce, ale nie chciałem rezygnować ze swojej wirtuozerii. Bo ja byłem małym, młodym wirtuozem. 

Jak to się objawiało?

- Zdałem konkursowy egzamin do światowej sławy profesora Tadeusza Wrońskiego, grając godzinny koncert. Jako nastolatek już dawałem recitale. I w Łodzi, i w Warszawie. W Łodzi  kończyłem lekcje, oddawałem szatniarzowi skrzypce, a on mi oddawał mój saksofon. Później w  Warszawie rano ćwiczyłem na skrzypcach, a po południu brałem saksofon i leciałem do Hybryd.

Trudno było panu wybrać któryś z tych instrumentów?

- Wprost przeciwnie. Chciałem udowodnić, że muzyka jest jedna. I do dzisiaj mawiam, że Bóg stworzył muzykę, a ludzie podzielili ją na kategorie.

Nadal intensywnie pan koncertuje.

- Przed publicznością występuję ponad 50 lat. Niektórzy grający ze mną muzycy są w szoku, kiedy nie układam programu koncertu albo planuję tylko trzy pierwsze utwory. Potem, zależnie od  tego, jak się współgra z publicznością, improwizuję. Ktoś nowy w zespole potrafi zareagować słowami: "Co się dzieje?!".  

Myśli, że się pan pomylił albo zapomniał, co grać dalej?

- Mam w zespole taką zasadę - jak nie wiesz, co grać, to przestań grać. A jak wpadniesz na jakiś pomysł, to dołączaj.

Coś mi się wydaje, że pan jest w swoim zespole dość apodyktyczny. Musi być tak, jak pan chce?

- Jestem co najwyżej apodyktyczny w kultywowaniu wolności. Zawsze dobieram sobie takich muzyków, którzy w mig łapią moje podejście. Są tak dobrzy, że nawet jak zagram coś, czego nie planowaliśmy, oni pójdą za mną. I tak samo ja pójdę za którymś z nich.

Macie porozumienie telepatyczne?

- Szybko znajdujemy je, improwizując. W ten sposób powstało wiele naszych płyt. W studiu to czasem wychodzi, ale na żywo, na scenie, wychodzi zawsze. Bez tego ryzyka nie ma muzyki. Wiele zespołów potrzebuje dyktatora, by grać dobrą, ciekawą muzykę.

Jest pan dyktatorem?

- Cóż, jestem wymagający, stawiam poprzeczkę wysoko, bardzo wysoko. Gdy gramy z nut, mile widziane jest, by zagrać lepiej niż to, co sugeruje zapis na papierze. Z czasem stało się to zasadą. Oczywiście jak zespół jest nowy, trzeba się dotrzeć, ale wybieram ludzi tak utalentowanych i kreatywnych, że nie trwa to długo.

Granie jazzu porównuję do przechodzenia po wąskiej kładce nad przepaścią. Ja jeszcze nie spadłem, choć przyznam, że każdy koncert kosztuje mnie potwornie dużo emocji. I wysiłku fizycznego, miałem na scenie kilka kontuzji. Zwykle gramy godzinę i kwadrans, ale ostatnio graliśmy koncert przez ponad dwie godziny.

Łódź, klub muzyczny Wytwórnia. Michał Urbaniak podczas koncertu z grupa SBB (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)Łódź, klub muzyczny Wytwórnia. Michał Urbaniak podczas koncertu z grupa SBB (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)

Był pan wyczerpany?

- Zawsze jestem, niezależnie od tego, ile gram. Wielu muzyków to przyznaje. Zmarły niedawno Zbyszek Wodecki opowiadał, że po każdym koncercie wykręcał koszulę. Ja też wykręcam. Bo w jazzie najważniejsze są serce i dusza.

Jak reaguje pan na negatywne recenzje?

- Jeżeli ta krytyka jest uzasadniona, mądra, przepuszczam ją przez moje filtry mózgowe. Zastanawiam się, czy nie ma w niej trochę prawdy. Ale jeśli ktoś się na jazzie nie zna i wygaduje kretyństwa, to się wkurzam. Jak nie rozumie jazzu, to niech się nie odzywa. Bzdury odrzucam.

Proszę powiedzieć, jak się pan znalazł w Nowym Jorku w latach 60.?

- To się dosłownie stało z dnia na dzień. Nieżyjący już Andrzej Trzaskowski przyszedł do Piwnicy pod Hybrydami, gdzie w zespole Jazz Rockers graliśmy ze Zbyszkiem Namysłowskim. "Chcecie grać w moim zespole?" - spytał. Popatrzyliśmy na siebie ze Zbyszkiem i odparliśmy jednocześnie: "Oczywiście". "To jutro spotykamy się w ambasadzie amerykańskiej i potem jedziemy do Stanów"- oznajmił.

Tak po prostu?

- Dwa lata po tym, jak zacząłem grać na saksofonie. Nie wierzyłem w to, co się dzieje. W Stanach byliśmy jako najlepszy zespół jazzowy zza żelaznej kurtyny. Graliśmy na najważniejszych festiwalach jazzowych i usłyszeliśmy największych muzyków, a niektórych nawet poznaliśmy. Dwa miesiące, które spędziliśmy w Stanach, zmieniły moje życie. Bardzo chciałem tam zostać.

Z jakich powodów?

- Ucieczka od komuny to jedno, ale przede wszystkim dla muzyki, którą słyszałem tam na co dzień. Nieraz się budziłem w nocy i szczypałem, czy to nie sen. My, muzycy, mieliśmy łatwiej - mogliśmy pojechać za granicę i tam zostać.

Jak wylądowałem w Nowym Jorku 12 lat później , dostałem kontrakt z Columbią, co wydawało mi się wcześniej nieosiągalne. To renomowana wytwórnia muzyczna, w której nagrywał chociażby Miles Davies. I wszyscy słynni jazzmani. Do muzycznych sukcesów w Nowym Jorku przyczyniła się moja pierwsza żona, Urszula Dudziak. Była moją inspiracją. Gdy tylko coś w nocy naskrobałem, od razu jej pokazywałem. Była moją pierwszą recenzentką.

Po podpisaniu kontraktu zacząłem wieść zwyczajne życie nowojorczyka. To miasto, tak jak ja, jest otwarte na ludzi, wolne. Owszem, wszędzie są konwenanse, ale w Nowym Jorku jest ich najmniej.

Nie czuje się pan już warszawiakiem?

-  Przez 29 lat nie przyjechałem do Polski. I nie wyobrażałem sobie, że będę tu z powrotem.

Że pan tu wróci?

- Słowa "wróci" nie używałbym w naszej rozmowie, ponieważ ja nigdy tu nie wróciłem i nigdy nie wrócę. Co roku gram i w Polsce, i w Stanach. Latam w jedną i drugą stronę. Martwię się, że mają się zmienić przepisy i nie będzie można brać laptopa na pokład samolotu lecącego do Stanów. Bo ja zawsze latam z laptopem, ja nawet z nim śpię. O każdej porze dnia i nocy muszę mieć go pod ręką, żeby zapisywać pomysły na utwory, które pojawiają się bez przerwy.

To mało pan sypia.

- W mojej głowie przez 24 godziny na dobę gra muzyka. Nieraz proszę: "niech ktoś wyłączy ten magnetofon". Ale on się nie wyłącza. Kiedy pojawia się dobry pomysł, muszę wstać i go zapisać, choć jest czwarta nad ranem. Zaczynam notować, grzebię, grzebię, podnoszę głowę i jest już dziesiąta. Potrafię się zdrzemnąć 15 minut i już jestem odświeżony. Jestem holik. Wszystkoholik. Nie znam umiaru.

Wrzesień 2013 r., Łódź. Michał Urbaniak odbiera tytuł honorowego obywatela Łodzi (fot . Marcin Stepien / Agencja Gazeta)Wrzesień 2013 r., Łódź. Michał Urbaniak odbiera tytuł honorowego obywatela Łodzi (fot . Marcin Stepien / Agencja Gazeta)

Na przykład w szalikach, które pan zwykle nonszalancko zawiązuje pod szyją. Ile pan ich ma?

- Moja żona Dorota mówi, że jest ich ponad dwieście. Jak nie założę szalika, to czuję się, jakbym był nagi. Za to zrezygnowałem z garniturów, bo utyłem i jest mi w nich niewygodnie. A koszule piją pod szyją. Więc zakładam luźno zawiązany szalik.

Może w pracy też pan powinien troszkę wyluzować?

- Nie mam w niczym umiaru i w niczym balansu. Zdarzało mi się zasypiać przy komputerze w trakcie pisania muzyki. Bo ja po prostu przesadzam. W graniu i we wszystkim innym. W latach 70. przez trzy miesiące codziennie dawałem trzy koncerty. Zacząłem mieć kłopoty ze zdrowiem, płuca i serce nie wytrzymywały. Moje zdrowie było w krytycznym stanie, więc zrezygnowałem z saksofonu. Po siedmiu latach odkurzyłem skrzypce i przy nich zostałem. Lekarze mówią, że teraz stan mojego serca jest stabilny. Będę grał, dopóki będę mógł. 

Biografię Michała Urbaniaka "Ja, Urbanator" autorstwa Andrzeja Makowieckiego w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl.


Michał Urbaniak. Urodził się w Warszawie, wychował w Łodzi. Saksofonista, skrzypek jazzowy, kompozytor i aranżer. Grał z takimi sławami jak Chick Corea, Miles Davis, Marcus Miller i Quincy Jones. We wrześniu ukaże się nowa płyta Urbanatora "Beats & Pieces", którą promuje singiel "Love Don't Grow On Trees". Córka Urbaniaka, Mika (ze związku z Urszulą Dudziak), też poświęciła się muzyce.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (14)
Zaloguj się
  • jan.janowicz65

    Oceniono 19 razy 17

    Cóż można o Nim powiedzieć, po prostu wariat, fanatyk ale w dobrym tego słowa znaczeniu, fanatycy pchają świat do przodu. Panie Michale, jestem dumny z takich rodaków!

  • emzaprawa

    Oceniono 17 razy 15

    Byłem na jednym koncercie Pana Michała Urbaniaka. Klasa i wielkość muzyczna "spłynęła" ze sceny. I jakby to nazwać lekkość muzyczna. Myślałem, że to stały program, a tu proszę w dużym stopniu improwizacja muzyczna. W ogóle nie zauważalna. No cóż światowy poziom muzyczny. No i dzięki za "Mój Rower".

  • elenem

    Oceniono 14 razy 10

    Człowiek z pasją... od urodzenia do końca życia. Pozazdrościc życia w NY. Pozdrawiam :)

  • mona_3

    Oceniono 9 razy 7

    Michał Urbaniak - zawsze

  • jevdok

    Oceniono 9 razy 7

    Nie wiem, cóż to za geniusz przygotował powyższą notkę biograficzną o Urbaniaku, ale twierdzenie, że Urbaniak grał z taką sławą jak Marcus Miller świadczy o kompletnym braku podstawowych faktów z życia obydwu muzyków. Urbaniak odkrył Miller w 1975 roku i zatrudnił w swoim zespole. Przed Urbaniakiem Miller był kompletnie nie znanym muzykiem, grającym w podrzędnych klubach NYC. Być może bez Urbaniaka talent Millera by się przebił, a być może nie.

  • hallski

    Oceniono 6 razy 4

    Hybrydy, Zbyszek Namysłowski, Władek Jagiełło, Roman Dyląg, Adam Skorupka, Michał Urbaniak, Jerzy Duduś-Matuszkiewicz. Wszyscy sławni, wszyscy fenomenalni, pokolenie geniuszy. Jak ktoś miał szczęście urodzić się wystarczająco wcześnie, słyszał ich na żywo i znał osobiście. Na szczęście niektórzy jeszcze żyją, dalej cudownie grają, zarażają pasją i miłością do jazzu. Oby jak najdłużej...

  • jeziorak.pl

    Oceniono 5 razy 3

    Po prostu - zawodowiec.

  • enedue3

    Oceniono 8 razy 2

    Na tym świecie wszystko przemija, wszystko jest wiatrem i spokoju nie ma, zatem co pan zrobił na wieczność? Czy nie zabraknie panu oliwy do zapalenia lampy, jak przysłowiowym "ewangelicznym pannom"?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX