(fot. nycshooter / iStockphoto.com)

reportaż

Hulaj lufa! Brytyjczycy przyjeżdżają do Krakowa nie tylko na imprezy. Pod Wawelem coraz częściej chcą sobie postrzelać

Gdy Michaił Timofiejewicz Kałasznikow projektował swój słynny karabinek AK, podobno myślał o obronie ojczyzny. Nie przewidywał, że tworzy jeden z filarów krakowskiej turystyki.

W Małopolsce wabiki na turystów z Wielkiej Brytanii to: królewski Wawel, słona Wieliczka, krakowskie kluby (z tańcem topless go-go lub ze zwykłym disco) oraz... strzelnice z kałachami. Poddani Jej Królewskiej Mości u siebie mają ograniczony dostęp do wojskowych wzorów broni palnej. Cywil nad Tamizą nie dostanie więc do ręki pistoletu na popularny nabój 9x19 mm, a o kałasznikowie może tylko pomarzyć. W Krakowie jest inaczej - tutaj hulaj lufa! Przyjezdny może indywidualnie umówić się z instruktorem strzelectwa, można też kupić wystrzałową sesję w pakiecie z innymi rozrywkami.

Spotkania z kałasznikowem są organizowane m.in. przez agencje turystyczne, które mają w nazwie szaleństwo i zabawę. Fun in Cracow, Crazy Guides oraz inne firmy sprzedają przyjezdnym egzotykę Europy Wschodniej. Zaczęło się od wycieczek trabantem do socrealistycznego centrum Nowej Huty. Potem ludzie z branży turystycznej wyczuli wartość grzmiącej ikony komunizmu - słynnego AK. W dzisiejszym Krakowie "awtomat Kałasznikowa", niegdysiejszy postrach Zachodu, nie zagraża już kapitalizmowi. Współczesne wersje automatu bawią teraz gości z krainy funta szterlinga. Na rynkowych zasadach, za rozsądną - z zagranicznego punktu widzenia - cenę.

Strzelanie w Polsce jest ogólnodostępne. Prawo ogranicza posiadanie broni na własność, ale każdemu wolno walić do tarczy pod okiem instruktora. Za 120 zł (równowartość 25 funtów) klient może wypalić z kałacha 30 razy, o ile umówi się bezpośrednio ze strzelnicą. W agencji turystycznej będzie drożej, za to firma zapewni dowóz busem i opiekę pilotki.

Lepszy od broni Bonda

Wśród kilku krakowskich miejsc do strzelania są dwa, z których goście korzystają najczęściej. Grupy zwykle dojeżdżają do hali w dzielnicy Grzegórzki lub Strzelnicy Pasternik na peryferiach. Obiekty różnią się klimatem, łączą je turyści z kałachami w ręku.

Grzegórzecki budynek to miejsce schludne, położone w centrum miasta,  przy osiedlu nowych apartamentowców. Można tam wybrać broń z obszernego asortymentu. Czekają m.in. popularne pistolety CZ z Czech i egzotyczny vektor z RPA, kowbojski rewolwer, strzelby "dwunastki" oraz cywilna wersja polskiego peemu wz. 63 - tzw. ręcznego automatu komandosów. Do przetestowania jest tam też kopia walthera kalibru 7,65 mm - legendarnej spluwy Bonda ze starych filmów o agencie 007. Jednak klienci z ojczyzny Jamesa-szpiega zazwyczaj wybierają kałasznikowa. Kałach cieszy gości mocą swojego mitu oraz siłą oddziaływania na zmysły strzelca. Gdy 8 gramów metalu wylatuje z lufy z prędkością ponad 2,5 tys. km na godz., to są wrażenia dla ucha i ramienia.

Turyści zza granicy na strzelnicy nie tylko uczą się strzelać. Przede wszystkim chcą się dobrze bawić (fot. dangphoto2517 / iStockphoto.com)Turyści zza granicy na strzelnicy nie tylko uczą się strzelać. Przede wszystkim chcą się dobrze bawić (fot. dangphoto2517 / iStockphoto.com)

W peryferyjnej części Krakowa, która jest znana jako Pasternik, znajdował się kiedyś typowy poligon wojskowy. Dziś z części tego obszaru korzystają osoby cywilne - ćwiczący myśliwi i strzelcy sportowi, aktywni kolekcjonerzy broni. Od poniedziałku do piątku można spokojnie potrenować w pustawej hali. W weekend robi się rojno i gwarno, bo przybywają turyści. Obsługuje ich tu kilka firm strzeleckich.

Zabudowania Pasternika wciąż cechuje koszarowa surowość. Meble są nie od kompletu, w łazienkach panuje dworcowy standard, a część stanowisk osłania spartańska buda z napisem: "Klucz na dyżurce". Chociaż teren Strzelnicy Pasternik bywa nastrojowy w mroźnej mgle lub wiosennym deszczu, na pewno nie jest to elegancki butik z bronią. Jednak przyjezdnym najwyraźniej to nie przeszkadza. W weekendowy dzień parkuje bus za busem, wysiada grupa za grupą. Siermiężność miejsca nawet pasuje do prostej i niezawodnej konstrukcji kałasznikowa.

Rodzinna rozrywka

Adam Kaye przyjechał do Krakowa z Durham w Anglii. Interesuje się bronią, w domu ma dwie sztuki. Jednak, rzecz jasna, nie są to karabinki systemu AK.

 - Cywil w Anglii może posiadać myśliwską strzelbę gładkolufową lub coś sportowego na małokalibrową amunicję bocznego zapłonu. Dostęp do innej broni mają tylko policjanci z oddziałów specjalnych i żołnierze. Reszta społeczeństwa nie postrzela więc z kałasznikowa czy glocka. Za żadne pieniądze! Jest zakaz i tam się go przestrzega - komentuje Rafał Jarosz z firmy Grotgun, organizator strzelań na Pasterniku.

Za to na wakacjach w Polsce nikt nie robi Adamowi problemów, gdy chce dać ognia w bardziej militarnym stylu. Zainteresowanie bojową bronią jest wręcz mile widziane. - Zagraniczni goście to podstawa biznesu. Polacy są rzadkością, bo rekreacyjne strzelanie nie jest tanie - dodaje Jarosz.

Stówka nie wystarczy na porządną sesję walenia z różnej broni. Niekiedy można umówić się na opróżnienie jednego pistoletowego magazynka za 25-45 zł, ale to jest postna ilość amunicji. Oszczędny Polak musi dokonać nieprzyjemnego wyboru między szastnięciem pieniędzmi a niedosytem. Tymczasem zagraniczni turyści mają grosz i są nastawieni na wydawanie. Obsługa z Pasternika szacuje więc, że tacy goście stanowią do 75 proc. korzystających z komercyjnego strzelania.

Kaye spędził cztery dni w Małopolsce. Odwiedził Auschwitz, był na Wawelu. - Pasternik to ostatni przystanek przed powrotem. Znajomy polecił nam tę atrakcję - opowiada. - Z jaką bronią miałem tu największą radochę? Z kałasznikowem!

Adamowi i czwórce innych młodych Anglików towarzyszy siwy pan z tatuażem na dłoni - Thomas Smith. Jest emerytowanym żołnierzem brytyjskim, ma kartę stowarzyszenia weteranów lekkiej piechoty. Pięciu młodzieńców należy do jego rodziny. Smith po rozstaniu z wojskiem nie przestał wąchać prochu. U siebie w kraju poluje na dzikie króliki i gołębie. W Krakowie zabrał bliskich na spotkanie z radzieckim automatem.

Kałach jak marzenie

Michał Rogóż, jeden z zarządzających Strzelnicą Pasternik, zauważa wpływ brytyjskich ograniczeń w dostępie do broni na obroty w swoim biznesie. - Oni u siebie są całkowicie rozbrojeni. Tu mogą zrealizować marzenia. Niektórzy mówią o tym już w samolocie do Polski. Kuzynka leciała i słyszała te rozmowy. Rządzi, rzecz jasna, karabinek systemu AK. U mnie jest to zwykle nowsza wersja na amunicję 5,45 milimetra. Ma ten rozpoznawalny kształt kałacha, a mniejszy odrzut ułatwia strzelanie paniom i drobniejszym facetom. Klasycznego kałasznikowa na nabój 7,62 milimetra też mamy - objaśnia.

Nabój 7,62 x 39 mm wz. 43 (fot. Malis / Wikimedia.org / Domena publiczna)Nabój 7,62 x 39 mm wz. 43 (fot. Malis / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Tarcze są blisko, 15 metrów od stanowisk. - Turyści nie przechodzą poważnego szkolenia strzeleckiego, bo na takowe potrzeba kilkudziesięciu godzin. To ma być bezpieczna i emocjonująca zabawa. Bawią się głównie faceci, ale pojawiają się też panie. Gdy one już przełamią lęk przed bronią, łatwo opanowują strzeleckie podstawy - stwierdza Rafał Jarosz.

Panowie, zdaniem instruktorów, uczą się wolniej. Tuż po przekazaniu zasad bezpieczeństwa wielu mężczyzn rwie się do rywalizacji, z której wychodzi kompromitacja, czyli marne skupienie otworków na tarczy.

Pudłowanie nikogo jednak nie zniechęca. Liczy się "fun" - zabawa. - Zagraniczni klienci rzadko są nastawieni na celność, raczej oczekują dużego odrzutu i wielkiego bum - zauważa Michał Kulikowski z firmy Faro, organizator strzelań rekreacyjnych i szkoleniowych.

A Michał Rogóż dodaje: - Część klientów nawet nie sprawdza wyników. Tu raczej nie ujawniają się olimpijskie talenty, za to można zobaczyć niezwykłe stroje i charakteryzacje.

Drzwi otwierają się, z szopy ze stanowiskami strzeleckimi wychodzi "odstrzelona blondyna" - rosły facet w króciuchnej sukience cheerleaderki. Peruka blond, nogi nieogolone, rajstop brak, widać żółte majtki.

Przebierańcu, masz być trzeźwy

Odmieniony wygląd to specjalność tych przyjezdnych, którzy w Krakowie spędzają wieczór panieński czy kawalerski. - Strzelali u mnie i Spider-Man, i Batman, i cała grupa fałszywych staruszek. Zwłaszcza te ostatnie zrobiły na mnie wrażenie, bo ktoś naprawdę umiejętnie przerobił młode dziewczyny na babcie. Makijaż, normalnie, jak do filmu - wspomina Michał Rogóż. - Można popatrzeć na oryginałów, rzadko jest czas zamienić kilka słów. Anglojęzyczne rozmowy ograniczają się głównie do instruktażu przed strzelaniem. Język doszlifowałem przy pomocy oglądania klipów na YouTube. Amerykanie mają broń w domach i w sieci zamieszczają sporo przydatnych materiałów wideo.

Wizyty na strzelnicy to dla obcokrajowców przede wszystkim źródło frajdy (fot. AarStudio / iStockphoto.com)Wizyty na strzelnicy to dla obcokrajowców przede wszystkim źródło frajdy (fot. AarStudio / iStockphoto.com)

Michał Kulikowski kiedyś pilnie uczył się branżowego angielskiego, bo w Lidze Obrony Kraju współorganizował międzynarodowe zawody. Jednak te fachowe słówka rzadko przydają się przy turystach. - Specjalistyczna terminologia wprowadza gości w osłupienie, więc używam najbardziej potocznych słów i palca wskazującego - mówi.

"Fun" można zacząć od małych kalibrów, a potem przejść do większych. - Nigdy odwrotnie, bo to prowadzi do niezadowolenia. Turysta wymaga, żeby łoskot narastał w czasie zabawy. Ma być potężny, bo grzmiąca broń  to idealny dodatek do męskich rozrywek Anglików, którzy w Krakowie nastawiają się na ostre picie i podryw w klubach - opowiada Kulikowski.

Gdy instruktorzy opowiadali o swojej pracy, polska pilotka przyprowadziła kolejną grupę - młodych facetów. Jeden z nich, Kare, mówi o dobrej zabawie w Krakowie. - Kluby, nocne życie - wymienia. Teraz czeka go nieco inny bal - automat do ramienia, a potem cel, pal.

Imprezowanie w knajpach może być problemem. Po alkoholu wstęp na stanowiska wzbroniony! - Tymczasem po nocnych balach na Starym Mieście okazuje się nieraz, że nazajutrz tylko połowa grupy wytrzeźwiała. To oznacza zmniejszenie liczby osób dopuszczonych do strzelania, co z kolei powoduje kłopoty w pieniężnych rozliczeniach między agencjami turystycznymi a firmami organizującymi strzelanie - stwierdza Michał Kulikowski.

Rafał Jarosz dodaje: - O angielskich gościach w Krakowie mówi się, że potrafią być niesforni. Tu muszą przystopować. Każdemu strzelającemu przydzielamy instruktora, okulary ochronne, słuchawki do zabezpieczenia uszu. I ten instruktor jest blisko, może w każdej chwili przejąć broń. Nigdy nie pojawiło się więc zagrożenie bezpieczeństwa. Od lat nie miałem też problemów z dyscypliną. Gdy się stanowczo przywoła grupę do porządku, to zaraz wraca ład.

Ma być filmowo

Choć to kałasznikow panuje nad wyobraźnią zagranicznego turysty, miewa on też ochotę i na inną broń. Zawsze jednak o wyborze decyduje fama, marka, legenda. Michał Rogóż ma na przykład świetne, kosztowne browningi. Ale praktycznie nikt ich nie chce używać, ponieważ zbyt rzadko występują w filmach.

- Mosin to sprawdzony karabin, służył Rosji i Związkowi Radzieckiemu przez dziesięciolecia. Taka broń strzelała w najtrudniejszych warunkach od Syberii do Berlina, gromiła nazistów w rękach snajpera Wasilija Zajcewa i zagrała w hollywoodzkim "Wrogu u bram". Gdy klienci dowiedzieli się o "filmowym" karabinie, natychmiast zapragnęli intensywnie go testować - wspomina Kulikowski.

- Hitem jest pistolet marki Glock, bo liczą się kształty. Każdy zna te kanciaste linie glocków z małego i dużego ekranu, a dla turystów najważniejsze jest właśnie to, żeby broń była sławna. Dlatego beretta M-9 i karabin M-16, które w TV widzieliśmy w rękach amerykańskich żołnierzy, to również mocne pozycje na liście ulubionych atrakcji. Turyści sprawdzają nawet, czy daje im się oryginały. Tak się szczęśliwie składa, że u mnie karabin ma na szkielecie wyraźny napis "M-16 Colt" - opowiada Rogóż.

Kiedy klient przeczyta ten napis, nie ma już wątpliwości. Może wtedy śmiało zameldować się z Pasternika na FB i wrzucić na profil fotkę z kultową bronią. - Pomagamy robić takie zdjęcia, to część usługi. I musi być jeszcze rewolwer na amunicję magnum, a słowo "magnum" ma być wybite na amunicji. Odstrzeloną łuskę można zabrać na pamiątkę. Linie lotnicze, którymi turyści wracają do domów, tolerują takie suweniry w bagażu. Trzeba tylko zadeklarować je przed odlotem - dodaje przedstawiciel strzelnicy.

Goście krakowskich strzelnic lubią łączyć bawić się bronią w... kostiumach (fot. archiwum firmy Grotgun)Goście krakowskich strzelnic lubią łączyć bawić się bronią w... kostiumach (fot. archiwum firmy Grotgun)

Ja tu nie chodzę na luzie

- Instruktor przechodzi za każdym razem ciężką próbę - zauważa Kulikowski. Na zafoliowanych kartkach wiszą "safety rules" - reguły bezpiecznego obchodzenia się z bronią. Być może któryś z weekendowych balowiczów poświęci im chociaż tyle uwagi, ile samolotowej ulotce o położeniu wyjść ewakuacyjnych. Być może grupa bardzo uważnie wysłucha ustnego instruktażu. Jednak różnie może być, bo ludźmi nie da się w 100 proc. kierować. Obsługa strzelnicy musi więc liczyć się z tym, iż czasem coś może komuś strzelić do łba.

- Klientami są przeważnie nowicjusze, osoby bez obycia z bronią. Czy to jest stresujące dla mnie, że daję ludziom z ulicy pistolety i karabiny? - zastanawia się Rogóż. - Bywam zmęczony psychicznie. Znajomi uważają moją pracę za lekką, nie rozumieją jej specyfiki. Tymczasem ja nie przechadzam się na luzie między stanowiskami, bo tu trzeba stale uważać.

Klienci mogą chcieć odwrócić się do instruktora z przeładowanym kałachem lub próbować zaglądać do lufy. - Nie mają morderczych czy samobójczych zamiarów, ale popełniają błędy. Przyjmują do wiadomości zasady bezpieczeństwa, jednak nie każdy od razu umie je stosować - stwierdza Rogóż.

Niedoświadczona osoba chwyta glocka kurczowo, krzyżuje kciuki i odruchowo kładzie palec na spuście. - Od razu mamy trzy błędy, z których dwa mogą łatwo doprowadzić do wypadku. Jeżeli ktoś strzela z pistoletu samopowtarzalnego, to poruszający się zamek może boleśnie zranić skrzyżowane kciuki. Palec na spuście oznacza zaś ryzyko przypadkowego strzału, a to jest niefajne z oczywistych względów. Strzelanie z nową grupą męczy więc jak maraton. Trzeba korygować pomyłki, podawać broń w sposób zmniejszający ryzyko błędów - zauważa Michał Kulikowski. - I jeszcze muszę mieć oczy dookoła głowy, żeby nikt nie zabrał sobie ostrej amunicji na pamiątkę.

Turyści lubią strzelać do tarcz, ale niektórych - nie ukrywa instruktor - najbardziej cieszyłoby ostrzelanie kolegi. Rynek usług turystycznych akceptuje takie dewiacje na wakacje. W rozsądnym zakresie. Kulikowski objaśnia: - Na strzelnicy nie ma o tym mowy, za to taki klient może kupić usługę ASG czy paintball. Barwiące kulki o niewielkiej energii nie zabiją, nie zranią, najwyżej posiniaczą. Uczestnicy wieczorów kawalerskich mogą więc urządzać sadystyczne zabawy w zbiorowe strzelanie do przyszłego pana młodego. Jeżeli chcą to robić w przebraniu, kostiumy też mam w ofercie.


Łukasz Grzymalski. Dziennikarz z Krakowa, współpracownik dawnego "Przekroju" i mediów regionalnych.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (12)
Zaloguj się
  • si.vis.pacem.para.bellum

    Oceniono 6 razy 4

    Błagam, niech przed publikacją ktoś z profesjonalistów Wam to przejrzy!
    Zdjęcie z podpisem "Wizyty na strzelnicy to dla obcokrajowców przede wszystkim źródło frajdy (fot. AarStudio / iStockphoto.com)" ma się do artykułu nijak!. Facio strzela z karabinu PNEUMATYCZNEGO na którego posiadanie nie trzeba mieć zezwolenia i można sobie strzelać gdziekolwiek nawet w parku. Nie nadaje się do IWENTÓW bo nie robi bum i nie ma (prawie) odrzutu. Poza tym kosztuje tyle co 3 kałachy, a może i więcej, więc nikt go nie do łapy amatorowi - turyście.

  • asperamanka

    Oceniono 2 razy 2

    Kilka lat temu mieliśmy oficjalną delegację z UK, i ci Angolę słyszeli że w Polsce można sobie postrzelać, więc zapragnęli takiej rozrywki. Zorganizowaliśmy im to na szybko na policyjnej strzelnicy w Legionowie, ale strzelanie ze wszystkiego co tam mieli do tarczy średnio ich bawiło do czasu, aż im instruktor pozwolił walić z amerykańskich policyjnych shotgunów do puszek ;-)

    W pewnym momencie po jakiejś przerwie w strzelaniu przy kulochwycie zjawił się kot, i widać było że chętnie by i jego potraktowali, ale na szczęście nikt się nie odważył.

  • Ero Sennin

    0

    To artykuł sponsorowany, ja na codzień mam do czynienia z turystami i tak: Rynek, Wawel, Kazimierz, Auschwitz, Wieliczka, Zakopane-Tatry,świętojebliwi Łagiewniki, Kalwaria-Wadowice, Częstochowa, strzelnica... 3 razy mi sie zdarzyło zabrać ich na strzelnicę w Pasterniku (Kraków droga na Zabierzów) a w do Auschwitz czy Weliczki to co drugi dzień się jedzie.

  • oloros11

    0

    bzdura - przyjezdzaja zeby tanio podu...c i nawalic sie - niesamowite swinie 99 procent

  • rave8

    Oceniono 4 razy 0

    Jedni kredkami próbują nadrobić braki w przypadku najazdu terrorystów, inni wolą umieć posługiwać się bronią niż nie umieć w razie najazdu terrorystów. Jedni są w stanie obronić własną rodzinę, a przynajmniej próbują, inni w ramach "miłości bliźniego" i oddaliby swoją córkę i poświęcili życie bliskich dla integracji.

  • vistooo

    Oceniono 9 razy -3

    Aż strach pomyśleć gdyby ktoś miał broń w pamiętne zamachy w Paryżu, jeszcze by zabił terrorystę. Na szczęście jest zakazana i nikt nie ma dostępu do broni, nawet terroryści...a nie czekaj

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX