(fot. KatarzynaBialasiewicz / iStockphoto.com)

wywiad gazeta.pl

Polskie nastolatki mają najgorszą samoocenę w Europie. Już 9-latki myślą, że są zbyt grube

Nieszczęśliwe i zagubione, pochłonięte życiem w wirtualnej rzeczywistości, leczące swoje kompleksy tysiącami przerobionych selfie - taki obraz polskich nastolatków wyłania się z badań. O tym, czy rodzice faktycznie mają się czego obawiać, rozmawiamy z psychoterapeutą i seksuologiem Michałem Pozdałem.

Dane są alarmujące: według raportu HBSC (Health Behaviour in School-aged Children), który przygotowuje ONZ, w Polsce zdarza się, że już 9-latki są przekonane o tym, że są zbyt grube, podobnie uważa aż 61 proc. badanych 15-latek. Ile z nich ma realny problem z dodatkowymi kilogramami? Niewiele ponad 6 proc. - twierdzą autorzy dokumentu, którego polskie opracowanie przygotował Instytut Matki i Dziecka. Z badania, które ONZ przeprowadził w 34 z 46 europejskich państw, wynika, że polskie nastolatki mają najgorszą samoocenę w Europie. W żadnym innym kraju Starego Kontynentu młode dziewczyny nie oceniają swojej wagi i wyglądu tak krytycznie. Za zbyt grube uważa się np. 38 proc. ankietowanych 15-letnich Czeszek, 44 proc. Włoszek czy 43 proc. Francuzek. Po piętach depczą nam tylko Belgijki; tu dodatkowe kilogramy widzi u siebie 58 proc. badanych 15-latek.

Te liczby warto porównać z wynikami innych badań, które przeprowadzili eksperci polskiego instytutu badawczego NASK. Sprawdzili oni, jak nastolatki zachowują się w internecie - to właśnie tam toczy się ich prawdziwe życie, to sieć jest dla nich bardziej realna od tego, z czym spotykają się w rzeczywistości. Wnioski płynące z analiz naszych naukowców nie uspokajają: to, jak wypada się w sieci, jest ważniejsze od tego, jakim jest się naprawdę. Nie mówiąc już o tym, że internet pochłania dzieciom coraz więcej czasu.

Jak to wszystko wpływa na samoocenę nastolatków i czy rzeczywiście zjawiska, o których mówią badania, przekładają się na codzienne problemy młodzieży - zapytaliśmy specjalistę.

Życie dzieci i nastolatków w sieci wydaje się im o wiele ciekawsze niż to, które wiodą poza nią (fot. JackF / iStockphoto.com)Życie dzieci i nastolatków w sieci wydaje się im o wiele ciekawsze niż to, które wiodą poza nią (fot. JackF / iStockphoto.com)

W badaniu NASK niemal 43,2 proc. nastolatków deklaruje, że jest online non stop i praktycznie nie rozstaje się ze smartfonem. To bardzo duży odsetek.

Michał Pozdał: To widać, kiedy się pracuje z młodzieżą: jak zachowują się na przerwach, stoją wpatrzeni w monitory na korytarzach. Widać to po studentach, którzy dopiero co skończyli szkoły średnie - oni naprawdę większość swojego życia spędzają online. Kiedyś używaliśmy pojęcia rzeczywistość wirtualna, ale myślę, że to już jest bardzo realna rzeczywistość.

Ale również my, dorośli, powinniśmy uderzyć się w pierś i zastanowić, ile razy dziennie sprawdzamy nasze telefony. Być może robimy to z innych pobudek, wielu z nas np. w czasie podróży załatwia rzeczy związane z pracą, ale tak samo jak nastolatki wchodzimy na portale społecznościowe, czytamy newsy, plotki. Nie możemy mówić: "a bo oni, młodzi ludzie", skoro sami siedzimy z nosem w tabletach czy smartfonach.

Internet jest dla nas tak samo kuszący i wciągający, a pamiętajmy, że oni właściwie wychowali się w świecie wirtualnym. Jako psychoterapeuta pracujący z młodzieżą zawsze zastanawiam się, jaką on pełni funkcję w ich życiu? Jak to się stało, że dziecko spędza 12 godzin w sieci czy przy komputerze? Dzisiejszy styl wychowania często skazuje dzieci na samotne oglądanie bajek na laptopie i granie w gry komputerowe - również dlatego, że rodzice nie tworzą im żadnej alternatywy.

Za to, że dziecko zbyt wiele czasu spędza przed komputerem lub konsolą do gier, odpowiedzialni są rodzice (fot. IPGGutenbergUKLtd / iStockphoto.com)Za to, że dziecko zbyt wiele czasu spędza przed komputerem lub konsolą do gier, odpowiedzialni są rodzice (fot. IPGGutenbergUKLtd / iStockphoto.com)

To, co mnie szczególne zainteresowało w badaniach instytutu NASK to fakt, że najczęściej publikowaną treścią w przypadku nastoletnich dziewcząt są ich własne zdjęcia, stanowią aż 60 proc. tego, co wrzucają do sieci. Jak to się ma do ich niskiej samooceny i tego, że źle się czują w swoim ciele?

- Publikują zdjęcia właśnie dlatego, że są niezadowolone ze swojego wyglądu. Nastolatki nie umieszczają w sieci tych ujęć, które im się nie podobają. Potrafią przez godzinę latać po mieszkaniu i szukać odpowiedniego kąta światła, zmieniać ustawienie telefonu, zrobić 200 zdjęć i spośród nich wybrać to jedno, które następnie pracowicie obrobią filtrami, otagują i opublikują... Ludziom się wydaje, że to jest "wrzucanie zdjęć"; nie, to produkcja, która nierzadko trwa wiele godzin.

Nastolatki, które mam w terapii, to nie są osoby, które sobie po prostu cykną fotkę. One wkładają mnóstwo czasu, energii oraz wysiłku w  jej wykreowanie, i dopiero taki produkt wysyłają w świat. I chociaż się z nim identyfikują, jest on nieprawdą, to fake. Bo one wiedzą, że tak nie wyglądają w rzeczywistości, ale z drugiej strony dostają komentarze i lajki, które je wzmacniają. Tyle że to jest wszystko ułuda.

Nie budzi w nich lęku fakt, że w rzeczywistości wyglądają zupełnie inaczej niż na zdjęciach? Nie boją się, że ktoś odkryje prawdę, wyśmieje?

- Ten lęk oczywiście istnieje, ale teraz jest trochę tak, że dla nich ważniejsza stała się rzeczywistość wirtualna i to, jak się w niej wygląda. Nastolatki cały czas są poddawane ocenie, a to powoduje, że ich poczucie własnej wartości jest chwiejne, trudno im zbudować trwały obraz siebie. Pracowałem z 13-14-latką, która publikowała swoje zdjęcia, a jeśli w ciągu kilku minut były pod nimi co najmniej dwa negatywne komentarze, kasowała fotografie. Nieważne, że sto innych komentarzy było pozytywnych. Tłumaczyła, że "to już ma negatywną tendencję", więc zdjęcie trzeba usunąć. Już sam ten język jest straszny.

Zdaniem psychologa fakt, że nastolatki tak często publikują w sieci selfie, to skutek ich niskiej samooceny (fot. jakubzak / iStockphoto.com)Zdaniem psychologa fakt, że nastolatki tak często publikują w sieci selfie, to skutek ich niskiej samooceny (fot. jakubzak / iStockphoto.com)

Wiele z tych zdjęć to fotografie w skąpych strojach, wyzywających pozach. Nawet 11-latki robią sobie zdjęcia, na których nie wyglądają jak dzieci, tylko jak obiekty seksualne. I prowokują w ten sposób krytykę.

- Za to są odpowiedzialni rodzice, którzy sami się godzą na to, że na tych zdjęciach nie widzimy dzieci, tylko małe kobiety. Przykładem może być pierwsza komunia: nawet jeśli ktoś zaproponuje, żeby w tym roku dzieci wkładały tylko i wyłącznie alby, często wygrywa opcja małych sukien ślubnych. Znam przypadek, że dziewczynka poszła do komunii z trwałą ondulacją, wydepilowanym wąsikiem i rękami, no i oczywiście po solarium. To jest przerażające, bo daje jasny komunikat: ocena twojej osoby zależy od tego, jak wyglądasz.

Pani mówi, że zdjęcia w skąpych strojach są odważne, ale to nie wszystko. 13-14-latki potrafią się fotografować z penisem w buzi, i nagle jest afera, bo ktoś je zobaczył i zaczął szantażować tymi fotografiami. To w dużej mierze efekt tego, że z dziećmi się nie rozmawia, nie stawia się granic. Taka jest rola dorosłych, choć po dzisiejszych nastolatkach widać, że bardzo często jej nie spełniamy.

Rodzice naprawdę nie potrafią stawiać tych granic, czy wolą udawać, że nie widzą, co się dzieje? Bo nie chcą np., żeby ich dziecko było "gorsze", żeby się różniło od rówieśników.

- Słyszę te argumenty, ale do mnie one nie trafiają, to jakiś śmiech na sali. Chcesz mieć konto na portalu społecznościowym, chcesz mieć Facebooka? To mamy go razem albo ustalamy pewne granice. Chcesz mieć telefon? To ustalamy zasady korzystania z niego. Możemy je nawet spisać i podpisać się pod ustalonymi zasadami jak w "Superniani" - to są świetne pomysły i mówię to bez ironii. Co to jest  w ogóle za koncepcja, że dziecko musi być takie jak inni? Nigdy nie będzie, zawsze będzie coś, co będzie je odróżniało, bo każdy człowiek jest inny. I takie doświadczenie, że reszta klasy coś ma, a ja nie, też jest rozwojowo potrzebne.

09.09.2015 Krakow . Topolowa 22 . Publiczna Szkola Podstawowa nr 3 . Uczniowie z podrecznikami w klasie . 
Fot. Jakub Ociepa / Agencja GazetaNie warto dążyć do tego, by dziecko było takie samo jak reszta kolegów z klasy. Lepiej uświadomić je, że każdy z nas jest i zawsze będzie inny (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Jeżeli rodzice kupują małym dzieciom smartfony, dzięki którym mogą one podłączyć się do Wi-Fi chociażby w McDonaldzie i oglądać dowolne treści, to dorosły musi sobie zdawać sprawę z konsekwencji takiej decyzji. Ale rodzice w ogóle o tym nie myślą. Chciałbym wierzyć, że oni faktycznie nie wiedzą, co robić, jednak czasami wydaje mi się, że są wielu rzeczy w pełni świadomi, ale im one nie przeszkadzają. Wiedzą na przykład, że ich 14-letnia córka pozuje półnaga do zdjęć na Instagramie, ale nie widzą w tym nic złego. Dla nich to my - pani i ja - zachowujemy się jak zgredy.

Oczywiście jest grupa, która poległa w zderzeniu z technologią czy problemami wychowawczymi, która rzeczywiście nie wie, co w takiej sytuacji zrobić. Powodem często jest to, że rodzice nie mają relacji z dzieckiem, że z nim nie rozmawiają. Modny jest teraz styl wychowania, który zakłada: możesz wszystko. Zgodnie z nim traktuje się dzieci jak dorosłych - jak chcesz, to możesz w domu zapalić trawkę, papieroska, wypić piweczko, nie ma sprawy. To powoduje, że wyrasta potem pokolenie dzieciaków, które są kompletnie nieodseparowane od rodziców i w wieku 30 lat nie mają aspiracji, żeby się wyprowadzić z domu. Bo po co stwarzać sobie odrębną tożsamość, skoro u rodziców mogą wszystko?

Mimo wszystko rodziców trzeba też próbować zrozumieć, bo warunki gospodarcze są dzisiaj straszne. Ludzie naprawdę muszą tyrać, siedzą w tych pracach po 12 godzin, jak wracają, to jeszcze coś kończą w domu. Dla nich to, że dziecko jest zajęte, jest zwyczajnie wygodne. Ale coś za coś.

Dla nieustannie pracujących rodziców, dziecko non stop zajęte komputerem oznacza wygodę (fot. mactrunk / iStockphoto.com)Dla nieustannie pracujących rodziców, dziecko non stop zajęte komputerem oznacza wygodę (fot. mactrunk / iStockphoto.com)

Wydaje mi się, że część rodziców chce też zrekompensować sobie to, że kiedy sami byli dziećmi, na coś im nie pozwalano, ich opiekunowie byli wobec nich restrykcyjni. Teraz myślą, że jeżeli stworzą swoim dzieciom idealne warunki do życia, one będą szczęśliwe.

- To takie słynne mówienie: "myśmy nie mieli nic, wy macie wszystko". Dzieci nie dostają depresji dlatego, że mają za dużo telefonów czy zabawek, tylko dlatego, że czują się niekochane i nie poświęca im się czasu, nie daje bliskości. A media, internet i to, co się dzieje w wirtualnej rzeczywistości, nie sprzyjają jej budowaniu - dziecko siedzi samo z tabletem, a obok ma rodziców, którzy bawią się smartfonem.

Przerażające są też dane, że 61 proc. nastolatek uważa się za zbyt grube, chociaż tylko trochę ponad 6 proc. ma realny problem z nadwagą. To dotyczy nawet 11-latek: co druga uważa, że jest za gruba, a naprawdę ma prawidłową masę ciała.

- Zaburzenia odżywiania u dziewcząt, a u chłopców anoreksja i bigoreksja (przekonanie, że ciało jest zbyt chude, nieumięśnione - przyp. red.) są w tym pokoleniu coraz popularniejsze. Te dzieciaki są niezadowolone ze swojego ciała, a wpływają na to te wszystkie aspekty, o których mówiliśmy wcześniej. Trzeba też pamiętać, że z nimi się na takie tematy nie rozmawia, nie pokazuje wzorców. Rodzice sprzeciwiają się edukacji seksualnej w szkołach, zapominając, że nie chodzi tu tylko o pokazywanie "jak włożyć i wyjąć". Słowo "seks" pochodzi od łacińskiego "sexus", czyli płci, która przejawia się m.in. w naszej fizyczności. Częścią edukacji powinny być właśnie rozmowy o ciele, o naszym stosunku do niego, seksualizacji, jak na jego wygląd wpływają media. Tymczasem w szkołach uczymy dzieci mnóstwa wiedzy teoretycznej, która ma się im przydać w życiu, ale nie rozmawiamy z nimi na proste, ludzkie tematy.

Na Uniwersytecie SWPS organizujemy wykłady dla nastolatków, które przyjeżdżają do nas na uczelnię. Są szkoły, które przywiozą 200 osób na wykład o depresji, ale kiedy tematem ma być cielesność, słyszę od nauczycieli, że nie przyjadą, a pani pedagog mówi: "bardzo nam przykro, ale dyrekcja zabroniła". To się dzieje cały czas.

Dorośli ochoczo unikają rozmów na zwykłe, ludzkie, choć czasem trudne tematy. To przyczyna się do typowego dla wielu nastolatków poczucia zagubienia (fot. pixelfit / iStockphoto.com)Dorośli ochoczo unikają rozmów na zwykłe, ludzkie, choć czasem trudne tematy. To przyczyna się do typowego dla wielu nastolatków poczucia zagubienia (fot. pixelfit / iStockphoto.com)

Nie ma się co dziwić, jeżeli nawet w podręcznikach do wychowania do życia w rodzinie wszelkie rozmowy o seksie dotyczą prokreacji i przyszłego życia w małżeństwie.

- Wszyscy znamy słynny podręcznik Marii Ryś, która pisze o tym, że dziewczęce serce jest głodne miłości, a nastolatki marzą tylko o tym, żeby jakiś chłopak zwrócił na nie uwagę, bo np. spodobają mu się ich długie, ciemne włosy. Gorzej, jak jesteś gruba i masz dredy, wtedy ciebie, według szkoły, w ogóle nie ma.

Co w takim razie mogą zrobić dorośli, żeby pomóc dziecku budować pozytywny obraz swojego ciała?

- Wiedzieć, jak sami wyglądamy, jaki mamy stosunek do własnego ciała. Zwracać uwagę na to, jak dziecko się zachowuje, jak wygląda. Ale przede wszystkim wspierać, kochać, mówić mu pozytywne rzeczy. Po prostu. I jakkolwiek w tym okresie  - wzmożonego krytycyzmu wobec samego siebie - będzie to mniej słyszalne, to jeżeli wychowamy dziecko w ten sposób, będzie miało większe szanse na samoakceptację w późniejszym wieku. Oczywiście są jeszcze media i ich przekaz, one mają ogromny wpływ na młodego człowieka. Pozytywna więź z dzieckiem zawsze będzie jednak czymś, co będzie je wspierało i pomoże mu się prawidłowo rozwijać.

I jeszcze jedno: od małego trzeba dostarczać dziecku alternatyw do bycia online. Przykładowo, nie ma lepszego sposobu na spędzanie czasu z dzieckiem niż czytanie mu książek na głos - to rozwija wyobraźnię, koncentrację, pomaga w nawiązaniu więzi. Można też z nim po prostu siedzieć i rozmawiać, wyjść na spacer, lepić garnki z gliny, cokolwiek. My niby to wszystko wiemy, ale kiedy przychodzi co do czego, jakoś o tym zapominamy.

Michał Pozdał (fot. Centrum Prasowe SWPS)Michał Pozdał (fot. Centrum Prasowe SWPS)

Czym skutkują w przyszłości problemy z samooceną? Jacy dorośli wyrastają z zakompleksionych nastolatków?

- Mogą się one przerodzić w różnego rodzaju zaburzenia odżywiania, problemy z pewnością siebie. Ktoś taki będzie mieć poczucie, że ciągle coś musi w sobie zmienić, poprawiać. Że cały czas będzie zależny od opinii bliskich. To może spowodować, że nawet w dorosłych związkach będzie mu trudno wejść w bliską relację - bo wtedy ktoś zobaczy go takim, jakim jest naprawdę, bez Photoshopa. I myślę też, że starość będzie dla nich okrutna.


Michał Pozdał. Psychoterapeuta i seksuolog, założyciel i kierownik zespołu Instytutu Psychoterapii i Seksuologii w Katowicach, gdzie prowadzi swoją praktykę kliniczną. Od kilku lat prowadzi spotkania psychologiczne w ramach projektu Strefa Młodzieży Uniwersytetu SWPS - miesięcznie spotyka się z około tysiącem licealistów z całej Polski, ich nauczycielami i rodzicami.

Aneta Bańkowska. Dziennikarka portalu Gazeta.pl. W dzień pisze newsy, a po pracy biegnie na zajęcia, by w przyszłości zostać tuzem polskiej seksuologii. Za nietypowe oprawki okularów odda każde pieniądze.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (73)
Zaloguj się
  • antykonformista

    Oceniono 19 razy 11

    Współcześni rodzice nie umieją zbudować więzi ze swoimi dziećmi. Nie ma rozmów na poważne tematy, jakiekolwiek. Rodzice są tak oderwani od rzeczywistości dzieciaków, że mi się to w pale nie mieści jak najbliższe teoretycznie istoty na Ziemi mogą ze sobą zbudować tak wynaturzone relacje!

    Jest kilka typów. Rodzice-hodowcy przeważają, pisałem to od lat. Dadzą smartfon i niech się dzieciak sam sobą zajmie. Dalej są rodzice-sekciarze, czyli totalna dominacja, wychowanie jak w sekcie, dziewczyna nawet w swoim pokoju nie zna dnia i godziny jak skretyniały tatuś, bez pukania, wparuje jej do pokoju; przebierać się musi w łazience. A tatuś nadaje się do psychoterapii i to z marszu!

    Ale najgorsi i tak są rodzice, dla których najważniejsza jest otoczka, pozory. Taką udaną rodziną jesteśmy - myślą sobie. A tak naprawdę gó... wiedzą o swoich dzieciach. A dzieciaki uciekają na Snapa, na Instagrama, i tworzą tam swoje zamknięte społeczności, "bańki" do których rodzice wstępu nie mają. A w tych bańkach dzieją się różne rzeczy, jest przemoc, jest namawianie do zachowań ryzykownych, ale przede wszystkim straszna presja i rywalizacja. Czy rodzice o tym wiedzą? Nie.

    Dzieciaki to dziś wielki przemysł. Mają muzykę dla dzieciaków, seriale dla dzieciaków, aplikacje dla dzieciaków. Rodzicom wstęp wzbroniony. Są odsunięci na boczny tor i niespecjalnie umieją to zmienić. Dodatkowo sami są zajęci karierą, mają swój świat.

    Niespecjalnie widzę szansę, żeby to się miało zmienić. Jedna na 10 rodzin, może mniej, jest normalna, zdrowa. Wspaniałych, prawdziwych wartościowych rodzin jest jeszcze mniej. No ale... przecież to i dziennikarze są temu winni. Lansują pustaki z Instagrama tu na tym portalu po kilka razy dziennie. A później się dziwią. Dziwią? Pewnie nie. Pewnie to zaplanowane. Wzmocnienie negatywne, wzmocnienie pozytywne. Umiecie warunkować ludzi, nie od dziś. Sami z siebie, tak wyszło? Wątpię. Takie czasy nastały. Wszystko można kupić. Nawet "misję".

  • scepty11

    Oceniono 18 razy 10

    Niestety po zmianach ustrojowych przejęliśmy z zachodu wszystko co najgorsze. Kultura korporacyjna jest u nas dokładnie na takim poziomie, jak w serialu "Mad Men", którego akcja toczy się w latach 60 ubiegłego wieku w US, wyznacznikiem klasy danej osoby są głównie jej zarobki, wygląd staje się wzorcem i jedną z głównych zalet a za opiniotwórcze uważa się osoby, które wręcz wstydzą się, że są polakami kopiując z zachodu wszystko co się da, od jakichś głupkowatych diet, poprzez sportowy tryb życia z opaską za 1000 zł na ręku mierzacą tętno i butami za 500 zł do biegania, tak jakby się normalnie nie dało bez tego biegać, kończąc na lansowaniu zagadnień w rodzaju poliamori, otwartości seksualnej i ogólnie braku szacunku do partnera, bo przecież zawsze będzie następny. Nigdzie indziej nie widziałem tyle pogardy okazywanej sobie z najmniejszego powodu co u nas. Na zachodzie jest dużo większy problem otyłości, ale tam kobieta jak ma ochotę wyjść w leginsach po zakupy, to nie zastanawia się, ile osób ją wyśmieje.
    Do tego dochodzą programy w rodzaju "Warsaw Shore", czy "top model" z których małolaci się dowiadują, że można być skończonym debilem, jeśli jest się atrakcyjnym. A potem zaskoczenie, że nastolatki mają kompleksy

  • antey

    Oceniono 16 razy 6

    Z czebo się bierze otyłość ? Z biedy i g...a żarcia, niskiego kapitału społecznego. Szkoły i słabej infrastruktury które nie zachęcają do rozumnej aktywności (w tym fizycznej). Poza tym, dzieci z reguły rozumieją więcej niż potrafią wyrazić - wiec wiedzą, jak rodzice, z których połowa zarabia < 500 EUR / mc (o ile pracują) są zaganiani, upodlani przez tak urzędników jak i pracodawców, widzą chamstwo i na około słyszą w jakim to beznadziejnym kraju żyją (i co gorsza, to prawda). Samymi dziećmi w miastach ora się gorzej niż kiedykolwiek na wsi - masa zajęć dodatkowych, żeby kiedyś mieć szansę na tę średnią krajową, w wysokości zachodniego zasiłku dla bezrobotnych.

    Dziwne ?

  • humidorek

    Oceniono 5 razy 3

    Nie tylko rodzice są winni temu, że dzieci są grube (fakt, karmią je źle i nie angażują w aktywność fizyczną), także szkoły i media (reklamy czipsów, napojów słodzonych itd).

  • regina-phalange

    Oceniono 33 razy 3

    Współczesne nastolatki z jednej strony mają fundamentalizm religijny, restrykcyjne podejście do seksu i ciała, zero wiedzy o seksie - kuleje biologia i podejście, że seks to wcale nie jest zło i nieczystość. Mają kobietę sprowadzoną do roli inkubatora, który ewentualnie może się domagać, żeby ciąża go nie zabiła.
    Z drugiej strony kobieta sprowadzona do roli łapaczki mężczyzny do związku, tyłki Kardashianek, traktowanie ciała jako narzędzia i towaru, seks jako element zabawy, który wypada uprawiać - nie dlatego, że się chce, tylko dlatego, że taki trend.
    Skomercjalizowany obraz ciała - z jednej strony poprawione chirurgiczne twory, z drugiej fit-trenerki (chociaż one, propagując ruch robią trochę dobrego), z trzeciej strony groźne i niezdrowe, czego na razie się nie zauważa - niby akceptujące się grube kobiety, które są częścią tej samej machiny marketingowej.
    Jak młode dziewczyny mają w tym nie zwariować?

  • sushi2010

    Oceniono 28 razy 2

    Nie ma nic złego w tym, że się chce ładnie wyglądać. Chodzi o umiar. Kilkanaście selfie dziennie to już choroba. Dzieci nie potrafią się nudzić, są przestymulowane, rodzice organizują im wolny czas co do minuty, cały tydzień zajęcia po szkole. Potem dziecko samo nie wie, czego chce w życiu, bo nigdy nie miało czasu, żeby się nad tym zastanowić.
    Zabawy z dzieciakami i znajomymi: chowanego, państwa-miasta, podchody (cały dzień może zejść), sadzimy drzewa, fikołki na trzepaku, skakanie w gumę, skakanie przez linę (potrzeba przymajmniej trzech osób), kapsle. Albo zostawić dzieci samym sobie pod czujnym okiem rodziców, niech z nudów wymyślą jakąś zabawę.

  • myslacyszaryczlowiek1

    0

    Jeśli chodzi o otyłość. Należy wrzucić w google hasło cukier kukurydziany i sobie trochę o nim poczytać, a ten syrop wyparł tradycyjny cukier w przemysłowej produkcji żywności.

  • semigetuza

    Oceniono 18 razy 0

    @skaut001
    niestety mylisz się. Rozmawialem z adwokatem od rozwodow. Ma lat 43, "rozwiodl" juz ponad 4tys par. Wlasnei on uzyl tego słowa "hodowla", w Polsce dzieci się nie wychowuje, tylko je hoduje.
    Smutne to i trzeba by poszukać powodow tego zjawiska.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX