(fot. DecadentFunClubVEVO / YouTube.com)

wywiad Gazeta.pl

Jerzy Nasierowski: Żałuję, że zrobiłem paru osobom krzywdę

Powiedzieć o Jerzym Nasierowskim "postać kontrowersyjna", to nic nie powiedzieć. Aktor teatrów Powszechnego i Narodowego w 1973 roku został skazany na 25 lat więzienia za współudział w zabójstwie popełnionym przez jego kochanka w czasie napadu rabunkowego. Nasierowski nigdy nie przyznał się do winy. Dziś ma 84 lata i dba, by świat o nim nie zapomniał.

Mało kto wiódł tak pełne skrajności życie jak on. Kochliwy, popularny, zamożny, stał się przestępcą, trafił do więzienia, zaznał biedy. Jerzy Nasierowski przez kilka lat był związany z Mieczysławem Gajdą, aktorem, którego głosem mówił m.in. smerf Ważniak. Gdy Gajda zmarł w kwietniu tego roku, Nasierowski nagrał i wrzucił na YouTube wspomnienie o byłym kochanku.

Gajda nie był jedynym mężczyzną w jego życiu. Nasierowski stracił też głowę dla młodszego o 19 lat Andrzeja Rukuszewicza, drobnego złodziejaszka, montera instalacji sanitarnych. I razem z nim okradał dobrze sytuowanych znajomych ze środowiska artystycznego. W efekcie został oskarżony o kradzieże i kierowanie włamaniem, które zakończyło się morderstwem. Jego 21-letni kochanek wraz ze wspólnikiem Maciejem Banasiem odpowiadali przed sądem za kradzieże i morderstwo. Ofiarą była gosposia słynnej aktorki Miry Zimińskiej - rabusie tak mocno ją zakneblowali, że zmarła. Być może Nasierowski nie trafiłby do więzienia, gdyby nie dwoistość jego natury. O morderstwo najpierw oskarżono bowiem niewinnych nastolatków z poprawczaka, którzy - po torturach - przyznali się do winy. Nasierowski, gdy się o tym dowiedział, zgłosił się na milicję i wydał swojego kochanka. Sam też został aresztowany i oskarżony o współudział w zbrodni.

Jego proces był jednym z najgłośniejszych w Polsce w latach 70. Aktor nie odsiedział całego wyroku. Przedterminowo wyszedł na wolność w 1982 roku, bo osobiście wstawił się za nim pisarz Roman Bratny.

Pana życiorys jest tak ciekawy, że spokojnie można by nim obdzielić kilka osób.

- Biorąc pod uwagę mój wiek, to pewnie tak... Obdzielajmy!

Dostałby coś i aktor, i znany homoseksualista, i przestępca...

- ...i więzień.

I skandalista.

- Te skandale to z przypadku. Zbieg okoliczności. Zresztą na jesieni wyjdzie wywiad rzeka ze mną, w którym o tych wszystkich przypadkach opowiem. Pojawi się też wznowienie mojej książki "Zbrodnia i..." [została napisana przez Nasierowskiego w więzieniu - przyp. red.]. O niektórych ludziach pisze się dopiero po śmierci, a mi zależy, żeby to, co ja piszę o sobie, ukazało się jeszcze za mojego życia. Bo przez parę ostatnich lat byłem przykryty grubą warstwą zapomnienia.

Dzięki pisaniu wyszedł pan wcześniej z więzienia. Roman Bratny został mecenasem pańskiej książki...

- Wstawił się za mną. To jemu zawdzięczam późniejsze życie i późniejszą działalność artystyczną.

Warszawa, 1959 r. Teatr Powszechny - sztuka 'Elżbieta Królowa Anglii'. Zofia Tymowska jako Elżbieta i Jerzy Nasierowski jako Plantagenet (fot. Archiwum Fotograficzne Edwarda Hartwiga / Narodowe Archiwum Cyfrowe)Warszawa, 1959 r. Teatr Powszechny - sztuka 'Elżbieta Królowa Anglii'. Zofia Tymowska jako Elżbieta i Jerzy Nasierowski jako Plantagenet (fot. Archiwum Fotograficzne Edwarda Hartwiga / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Można powiedzieć - nowe życie.

- Nowe zwykłe życie to byłoby za mało. Trzeba przecież po wyjściu na wolność coś porobić, odpokutować.

Pan odpokutował?

- Uważam, że absolutnie tak. Siedziałem w więzieniu 10 i pół roku. A dostałem w sumie 32 lata wyroku. Do kary 25 lat doliczono mi 7 lat za przestępstwa skarbowe i grzywny, których nie miałem z czego spłacić.

Zresztą teraz też stoję nie najlepiej. Jestem właściwie bezdomny, choć miałem mieszkanie na Nowym Świecie. Straciłem je, bo przekazałem znajomemu, by wziął pod nie pożyczkę. Interes się nie powiódł, a ja zostałem na lodzie. Mieszkam u przyrodniego brata. Nie jest łatwo, ale cóż, znoszę to. Niemal nie zarabiam, żyję z najniższej emerytury, to jest około 900 zł. Z rzadka grywam w Teatrze Syrena.

I wrzuca pan filmy na YouTube.

- Namówił mnie mój znajomy Michał Mariusz Cechowski, który je współprodukuje. Kupił na raty aparat, poszliśmy nad Wisłę i zaczęliśmy robić różne ujęcia. Jeden filmik, drugi, teraz jest ich już ponad 90. Michał powiedział mi: Jurek, trzeba cię odkurzyć. I ten YouTube ma mnie odkurzyć.

Ale na razie pan na nim nie zarabia?

- Nie. Póki co sprawia mi to przyjemność. Mogę się powygłupiać. I pozachwycać sobą, bo lubię siebie samego wygłupiającego się. Byłoby zabawnie, gdybym znów na dobre zaczął grać.

Ciągle ma pan potrzebę nadrobienia tego, co stracił przez pobyt w więzieniu?

- Na szczęście nie mam poczucia czasu. Nie pamiętam, co było w którym roku. I nie dociera też do mnie, że w sumie długi czas mam już za sobą i krótki przed sobą. To istotne, ale nieuświadomione. I dobrze mi z tym. Zresztą mój optymizm graniczy z głupotą.

A żal? Żałuje pan czegoś w życiu?

- Żałuję, że zrobiłem paru osobom krzywdę. Ale i parę osób uratowałem. Traktuję to jako nagrodę od losu, że przydarzyło mi się tyle ciekawych rzeczy. Był taki czas, że żyłem w bogactwie, w moim mieszkaniu na Nowym Świecie pełno było drogich obrazów i antyków. Ale co ja bym w nim dalej robił? Więc los rzucił mnie do więzienia.

Los? Przecież popełniał pan przestępstwa.

- Owszem, ale jednak los sprawił, że zostałem uwięziony. I dopiero w więzieniu dostałem drugie życie. To był niezły sprawdzian, ale ja sobie świetnie dałem radę. I nie mam żalu, że tak się stało.

A do byłego partnera pan ma żal? Chodzi mi o nieżyjącego już aktora Mieczysława Gajdę, z którym był pan związany i który, jak pan twierdzi, zdradzał pana, a nawet okradł?

- Nie mam. Do innych ludzi też nie mam żalu, nawet jeśli mnie okradli. Bo i ja święty nie jestem. Choć może do Mietka Gajdy mam żal wyłącznie o jedno. Gdy wyszedłem z więzienia bez grosza przy duszy, poprosiłem go o zwrot jednego z kilku drogich obrazów, które mi ukradł, abym miał za co żyć. Ale Gajda oświadczył, że gdyby mi dał jeden obraz, potem chciałbym wszystkie.

Warszawa, 1957 r. Teatr Powszechny - sztuka 'Wojna i pokój'. Od prawej: Jarzy Nasierowski jako Mikołaj Rostow i Wanda Chądzyńska jako Hrabina Rostowa (fot. Archiwum Fotograficzne Edwarda Hartwiga / Narodowe Archiwum Cyfrowe)Warszawa, 1957 r. Teatr Powszechny - sztuka 'Wojna i pokój'. Od prawej: Jarzy Nasierowski jako Mikołaj Rostow i Wanda Chądzyńska jako Hrabina Rostowa (fot. Archiwum Fotograficzne Edwarda Hartwiga / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Co panu ukradł?

- Utraciłem m.in. dwie akwarele Piotra Michałowskiego, oleje Maksymiliana Gierymskiego, Chełmońskiego, Chlebowskiego, Ajdukiewicza, Kotsisa, srebra na 12 osób, rosyjski serwis z XVIII wieku, barokowe aniołki, XVII-wieczne tkaniny i sporo jeszcze.

Nie koloryzuje pan?

- Skąd! Jest o tym szczegółowo w aktach sądowych. Owszem, Gajda chciał mi to wszystko zwrócić, jeśli zerwę z Andrzejem [Andrzej Rukuszewicz, z którym Nasierowski dokonał napadu - przyp. red.]. Jednak gdy oszukałem go, udając, że zerwałem, a tak przecież nie było, zachował wszystkie łupy, a ja machnąłem ręką na kosztowności.

Jak to się stało, że je zabrał?

- W 1971 roku bawiłem ze swym kochankiem Andrzejem w górach. Zazdrosny Gajda, z pomocą swego kochanka, Bohdana Miechowskiego, wywiózł z mych salonów na staromiejskich poddaszach furgonetkę dzieł sztuki. Nic nie było tam z kradzieży. A po tym wszystkim Gajda zarzucił mi, że byłem jego utrzymankiem!

A nie był pan?

- Nigdy nie byłem utrzymankiem Mietka Gajdy. Przecież sąd skazał mnie za przestępstwa skarbowe. Mój przemytniczy zysk to było około 1,5 miliona złotych. Sprowadzałem dzieła sztuki, długopisy, tusze w ilościach hurtowych. Wtedy średnia miesięczna pensja to było 2-3 tysiące złotych. Przewód sądowy wykazał, że wszystkie płynące z tego korzyści czerpałem wyłącznie ja. Otóż wcale nie wyłącznie. W czasie związku z Gajdą finansowałem nasze atrakcyjne pobyty we Francji, Anglii, Włoszech, Niemczech, Grecji. Gdzie Gajda kupował sobie, oj, nietanią garderobę... Pieniądze na to mieliśmy właśnie z mojej przemytniczej działalności. I ja utrzymankiem?

Po śmierci Mieczysława Gajdy nagrał pan specjalne wspomnieniowe wideo na YouTube. Przyznaje pan w nim, że miał fatalnie zły charakter.

-  Ci, którzy ze mną dziś obcują, mówią, że już nie mam. Może się zmieniłem? Zawsze miałem opór przed zrobieniem komuś krzywdy. Gdy podczas jednego z napadów, chyba w 1968 roku, mój współpartner wszedł do domu, w którym nieoczekiwanie była gosposia, związał ją. Ja podłożyłem jej pod głowę poduszkę, więc nie byłem chyba aż taki zły? Zresztą to też jest w aktach sądowych.

Mam wrażenie, że się pan teraz wybiela.

- Skąd! Czy dobrym jest okradać własną cioteczną siostrę? Do tego się przecież przyznaję. Choć czasem uważam, że lepiej jest kogoś okraść, niż psychicznie czy fizycznie zadać mu duży cios.

Siostra wybaczyła?

- Dwa lata temu klęknąłem przed nią na jezdni, niedaleko Zachęty, żeby ją przeprosić. Złapała mnie i powiedziała: Jurek, to wszystko nieważne. Kocham cię. Wzruszający moment. Oczywiście fatalnie zrobiłem, że ją okradłem, więc schyliłbym głowę, gdyby mi nie wybaczyła. Ale złoto, które jej ukradłem, odzyskała.

A z Gajdą pan się pogodził?

- On nie chciał mieć ze mną kontaktu. A ja byłem mu tak życzliwy. W latach 60. byliśmy razem we Włoszech i on zadurzył się w młodym Włochu, który miał na imię Francesco. Zrobiłem wszystko, żeby ten Włoch mógł przyjechać do Polski. To były czasy głębokiego PRL-u, musiałem nieźle kombinować. Francesco był biednym studentem, wysłałem mu pieniądze na podróż. Ale on odpisał, że mu je ukradli, więc wysłałem drugi raz. I przyleciał do Polski.

Nie był pan zazdrosny o Mieczysława?

- Nie, byłem mu życzliwy.

Mieczysław Gajda w 1983 r. (fot. Michał Kułakowski / Reporter / Eastnews)Mieczysław Gajda w 1983 r. (fot. Michał Kułakowski / Reporter / Eastnews)

Jak pan go poznał?

- W szkole aktorskiej. On miał wówczas żonę, Alicję, która po ich rozwodzie wyszła za Jana Suzina.

Podobno fizycznie byliśmy z Mietkiem podobni. On wyglądał jak proletariacki Amor. Zakochałem się w nim i próbowałem go zdobyć. Pojechałem nawet do niego do Łodzi, gdy grał tam spektakl. Taki szalony byłem. Coś mi strzeliło do głowy i już musiałem to zrobić.

I zdobył pan Gajdę.

- Ale zanim się rozwiódł, to trochę trwało. Przez psychoanalityka się rozwodzili. Dziewczynie, która zresztą już była w ciąży, trudno było uwierzyć, że mąż ją rzuca, i to jeszcze dla faceta. We troje chodziliśmy na te rozmowy. Chodziło o to, żeby Alicja zrozumiała, żeby nie cierpiała.

Co ciekawe, po tym wszystkim szła w telewizji sztuka "Nie igra się z miłością". Parę płomiennych kochanków grałem ja i Alicja właśnie. Z kolei we mnie podkochiwał się wtedy Kazio Orzechowski, który został księdzem, gdy go odrzuciłem.

A z Mietkiem byliśmy prawdziwą parą może ze trzy, cztery lata. Zdradzał mnie na potęgę.

Pan jego też.

- Ale dłużej byłem mu wierny niż on mnie. Byłem wtedy dość konserwatywny.

Monogamistami raczej obydwaj nie byliście.

- Na początku byliśmy, ale potem nam się znudziło. Jak w każdym związku. Chemia wygasła.

Był pan rozwiązły?

- Raczej kochliwy, wręcz starodawny, także w seksie.

Nasierowski w 1973 roku został skazany na 25 lat więzienia za współudział w zabójstwie popełnionym przez jego kochanka w czasie napadu rabunkowego, za kratkami spędził jednak ostatecznie jedynie 9 lat (fot. Facebook / Jerzy Nasierowski)Nasierowski w 1973 roku został skazany na 25 lat więzienia za współudział w zabójstwie popełnionym przez jego kochanka w czasie napadu rabunkowego, za kratkami spędził jednak ostatecznie jedynie 9 lat (fot. Facebook / Jerzy Nasierowski)

Dzisiaj też jest pan kochliwy?

- Dzisiaj to ja się zakochuję tak dla śmiechu. Niedawno zakochałem się w aptekarzu. Poszedłem kupić aspirynę i utonąłem w jego oczach. Kilka dni temu zaprosiłem go na spotkanie autorskie. Przyszedł chętnie, przez całe spotkanie byłem wpatrzony w te jego oczy... Znalazłem go na Facebooku i zobaczyłem, że jest w związku z jakąś dziewczyną. Ta przeszkoda w ogóle do mnie nie dotarła, napisałem mu coś miłego. A on odpisał: Szanowny panie, wolałbym żebyśmy pozostali na płaszczyźnie klient-sprzedawca.

Jednoznacznie.

- Ale nie cierpiałem. Zwłaszcza że jakiś czas później spotkałem go przypadkiem na ulicy. Nie spodobał mi się. Co ja w nim widziałem? Sam nie wiem.

Ilu miał pan partnerów?

- Nie tak wielu, może ze 30. Ale takich na poważnie to raptem kilku. 

Był pan żądny przygód. To pana zgubiło. Chociażby w 1965 roku, gdy włamał się pan do mieszkania Franciszka Starowieyskiego.

- Zrobiłem to w sumie dla zabawy, ale wszystko jedno. Właśnie w takich sytuacjach wychodziła moja amoralność, bo ja jestem amoralny.

Na pomysł skoku wpadła Barbara Witek-Swinarska [nieżyjąca już aktorka i reżyserka, żona reżysera Konrada Swinarskiego - przyp. red.]. Podejrzewała żonę Franciszka Starowieyskiego [znany malarz, grafik i rysownik - przyp. red.], Ewę, o romans ze swoim mężem. Chciała się więc zemścić, niszcząc jej paszport.

Dałem się jej namówić, bo byłem przekonany, iż Starowieyska doniosła dyrekcji teatru, że jestem homoseksualistą. Miałem z tego powodu nieprzyjemności. Barbara zagadywała Ewę, a ja wyjąłem z jej płaszcza klucze i zrobiłem odcisk w plastelinie.

I poszedł pan ograbić Starowieyskich?

- Tak, jednak okazało się, że klucz nie pasuje. Wybiłem więc szybę i tak dostałem się do środka. Basię zostawiłem pod domem - to było na Saskiej Kępie - żeby jej nie narażać. Zabrałem kilka starych zegarów, które Starowieyski wycenił na 130 tysięcy złotych. Potem przemyciłem je do Londynu i w tamtejszym domu aukcyjnym Sotheby's sprzedałem za 600 funtów. Później rozmawiałem z Franciszkiem Starowieyskim o tej kradzieży, wyrażałem ubolewanie i współczucie. Ja to wszystko bardzo przeżywałem. Przecież nie chodziło o to, żeby okraść Starowieyskich, tylko o tę zemstę Basi.

Biedna Basia podejrzewała męża o zdradę, nie wiedziała wtedy jeszcze, że Kondzio jest gejem i że z żadną kobietą zdradzić by jej nie mógł. Dowiedziała się o tym dopiero ode mnie. W jakiś sposób ją od niego uratowałem, bo on był dla niej bardzo niedobry. Znęcał się nad nią psychicznie. Potem, gdy już wiedziała, że on jest gejem, to się nawet przyjaźnili. Nigdy się nie rozstali. A on przespał się z połową młodych aktorów.

Zemsta z zazdrości to jedno, ale o co chodziło z tym zabraniem paszportu?

- Ewa [słynna scenografka, pierwsza żona Franciszka Starowieyskiego - przyp. red.] robiła jakąś sztukę  w Niemczech. Chodziło o to, żeby jej ukraść paszport, żeby nie mogła wyjechać. I wtedy kariera by jej się załamała. Ja podczas włamania ten paszport znalazłem i ukradliśmy go. Potem wrzuciłem go do studzienki kanalizacyjnej nieopodal. No a przy okazji zabrałem te żelastwa Franka, bo coś wziąć trzeba było. Wziąłem też jakiś piękny wazon. Wszyscy się potem śmiali, bo kwiaty z tego wazonu jeszcze w domu Starowieyskiego przełożyłem do butelki po mleku, żeby nie zwiędły.

Co na to wszystko Starowieyski?

- Nie miał do mnie o to pretensji. Miał za to o to, że w książce "Nasierowski, ty pedale, ty Żydzie" napisałem, że miał małego fiutka, bardzo małego. Mieliśmy krótki romans na studiach, to wiem. W jakimś wywiadzie, chyba z Mariuszem Szczygłem, Franek dopytywał Szczygła, czy nie wie, czy ta książka będzie miała wznowienia. A on mu odpowiedział, że tak i że nakład będzie duży.

W czasie więziennej odsiadki Nasierowicz napisał książkę 'Zbrodnia i...' (fot. Facebook / Jerzy Nasierowski)W czasie więziennej odsiadki Nasierowicz napisał książkę 'Zbrodnia i...' (fot. Facebook / Jerzy Nasierowski)

A teraz coś pan pisze?

- Dziennik. Wszystko w nim jest.

O naszym spotkaniu też pan napisze?

- Oczywiście! Może go kiedyś pani pokażę. Będzie pani mogła docenić mój celny, prosty język.


Jerzy Nasierowski.
Pisarz i aktor. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Występował w warszawskim Teatrze Powszechnym i Teatrze Narodowym. Jego karierę aktorską przerwało więzienie - w nim zresztą napisał powieść  "Zbrodnia i...". Po wyjściu na wolność grał już tylko epizodyczne role, m.in. w filmach "Pora na czarownice", "Moja Angelika" i "Chłopaki nie płaczą". Mieszka w Warszawie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (142)
Zaloguj się
  • isiah.thomas

    Oceniono 18 razy 10

    Po co ja to właściwie przeczytałem? Co się przeczyta, to się nie odprzeczyta.

  • Wszechbyt Doskonały

    Oceniono 26 razy 10

    "paru osobom krzywdę" - niestety taki dobór słów + taki wywiad pokazuje, że żałuje, ale chyba tylko tego, że poszedł do pierdla. Nie wyczuwam niestety skruchy.

  • elemir

    Oceniono 33 razy 9

    Gazeto - wszystko przed Wami.

    Wywiady z Trynkiewiczem i „Mamą Madzi” powinny się sprzedać jak ciepłe bułeczki.

    Nawiasem mówiąc, jak tam nakład drukowanej wersji GW?

  • dziennikarz12

    Oceniono 31 razy 9

    coz interesujacy czlowiek!!!!! mozna sie duzo nauczyc!!! nie wolno oceniac czlowieka-w sumie nikogo nie zabil!!!!! wczesnieszy system sadownictwa to byla parodia prawa!!!! zreszta jest do dzisiaj,ale wiem z autopsji,ze dzisiaj dostalby jakie 5 lat nie wiecej!!! bez znaczenia czy jest pedalem czy kims innym,przeszedl swoje!!! w sumie niepotrzebnie!!! moze za to dziekowac tylko slepej temidzie,potepianemu w tamtych czasach homosexualismu,zlosliwosci!!! tyle!!! nalezy mu sie szacunek mimio wszystko!!!

  • helwiusz

    Oceniono 12 razy 8

    Jakąś godzine temu umieściłem tu wpis informujący o innej wersji przebiegu przedstawianych w artykule przestępstw p. Nasierowskiego. Wpis ukazał się, a potem znikł. Umieszczam go więc ponownie; mam nadzieję, że tem razem żadna myszka z Czerskiej (bo na Mysiej myszek już nie ma) pazurkiem go nie wyskrobie:

    Prawniczy portal "Temidium" i Onet przedstawiają sprawę rabunku i mordu inaczej. Okradziona artystka to była nie Mira Zimińska, ale mniej znana Mira Grelichowska - w tym skoku Nasierowski wziął udział osobiście. Gosposia nie została zaduszona, tylko pobita, i przeżyła. Nie przeżyła natomiast ofiara innego napadu, pielęgniarka Anna Wujek. W tej zbrodni nas "geniusz" bezpośrednio nie uczestniczył, ale plan włamania był jego autorstwa.

    Ciekawe, ktora wersja jest prawdziwa - ta bardziej efektowna, z Zimińską w roli ofiary, lansowana przez "Fakt' i "Wyborczą" (i powtórzona przez Wikipedię) - czy ta z portalu "Temidium" i Onetu. Ja stawiam na tę drugą.

    www.temidium.pl/artykul/bylismy_jak_bonnie_i_clyde-313.html
    ciekawe.onet.pl/nieprzecietni/jerzy-nasierowski-aktor-celebryta-zlodziej,1,5652023,artykul.html

  • saint_adalbert

    Oceniono 24 razy 8

    Czy naprawdę z każdym degeneratem trzeba robić wywiady? Czy to naprawdę ciekawa osoba?

  • zuuuraw

    Oceniono 43 razy 7

    Po Niesiołowskim, Marcinkiewiczu i Giertychu ("Giertych do wora, wór do jeziora") Michnik znalazł sobie nowy autorytet który będzie teraz lansował ?

  • losiu4

    Oceniono 37 razy 7

    homoś. Kogoś dziwi jego zachowanie? "Smaczkiem" jest natomiast to:
    "A on przespał się z połową młodych aktorów"
    już widać jakie towarzycho tam "rzadzi" i dlaczdego jest zasadniczo o lewackich poglądach

    Pozdrawiam

    Losiu

  • zibi_zd

    Oceniono 41 razy 7

    A wy niestrudzenie, od wielu miesięcy promujecie w taki czy inny sposób homoseksualizm. Berlin już zdobyty, czas na Warszawę...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX