Wanda Rutkiewicz w górach

Wanda Rutkiewicz w górach (fot. z archiwum Eugeniji Murauskiené)

ludzie

Anna Kamińska: Wanda Rutkiewicz o swoich górskich wyprawach mówiła, że igra ze śmiercią, bo tego właśnie potrzebuje, by żyć

Chciałam się dowiedzieć, z czego tak naprawdę była zbudowana kobieta, o której słyszałam, że chodziła w góry "jak na zatracenie" i "szła po trupach do celu". Ciekawiło mnie, czy rzeczywiście tak było. A jeśli - to z czego to wynikało. Odpowiedź na wiele pytań znalazłam w dramatycznej historii rodzinnej Wandy - mówi Anna Kamińska, autorka książki o himalaistce Wandzie Rutkiewicz.

Wanda Rutkiewicz była legendą himalaizmu, pierwszą Europejką na Mount Evereście i pierwszą kobietą, która weszła na K2. Wzbudzała kontrowersje. Kochano się w niej, doceniano jej niezwykłą determinację w górach, a także elegancję, urodę, wdzięk, którymi oczarowywała po powrocie z wypraw. Ale widziano w niej także "królową lodu". Zarzucano wyrachowanie, dyktatorskie zapędy, a nawet oszustwa dotyczące górskich sukcesów. Nade wszystko ceniła wolność. Jej kolejne związki się rozpadały, większą część życia prowadziła w górach i wiedziała, że tam zginie. 12 maja 1992 roku, w wieku 49 lat, zaginęła w tajemniczych okolicznościach na górze Kanczendzonga w Himalajach. Jej ciała nigdy nie odnaleziono, a jej matka jeszcze wiele lat później wierzyła, że Wanda żyje gdzieś w jednym z tybetańskich klasztorów buddyjskich. Tę i inne zagadki usiłuje rozwikłać Anna Kamińska w wydanej właśnie biografii "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci".

Po lewej: rodzice Wandy, Maria (Mary) i Zbigniew Błaszkiewiczowie, Płungiany na Litwie, 9 sierpnia 1940 r. Po prawej mała Wanda podczas przejażdżki rowerowej z ojcem i starszym bratem Jureczkiem, Wrocław, lata czterdzieste XX w. (fot. archiwum Jana Bortkiewicza / fot. archiwum Niny Files)Po lewej: rodzice Wandy, Maria (Mary) i Zbigniew Błaszkiewiczowie, Płungiany na Litwie, 9 sierpnia 1940 r. Po prawej mała Wanda podczas przejażdżki rowerowej z ojcem i starszym bratem Jureczkiem, Wrocław, lata czterdzieste XX w. (fot. archiwum Jana Bortkiewicza / fot. archiwum Niny Files)

Anna Sańczuk: Wspinasz się?

Anna Kamińska: Tak, w domu po schodach. (śmiech). Kiedyś, tylko raz w życiu, byłam na ściance. Wróciłam do domu z poharatanymi rękoma. Moja profesor od wiolonczeli prawie wyrzuciła mnie wtedy ze szkoły, bo miałam bąble na palcach i nie mogłam grać, a zbliżał się koncert. Nigdy potem nie miałam już zapędów, by się wspinać. Świat gór był mi obcy. Żeby napisać książkę, musiałam więc wejść w kompletnie nowe środowisko. Na początku miałam opory, żeby zadzwonić do tych największych spośród lodowych wojowników, którzy znali Wandę, np. do Krzysztofa Wielickiego czy Leszka Cichego, czyli pierwszych zdobywców Everestu zimą. Wiedziałam o napięciach między nimi a Wandą, naczytałam się też o tym, jakimi są herosami i musiałam się długo przełamywać. Widywałam ich na festiwalach filmów górskich i przez pół roku nie potrafiłam podejść do żadnego. Oczywiście te lęki były niepotrzebne, bo gdy w końcu zadzwoniłam, obaj bez problemu zaprosili mnie do swoich domów, usiedliśmy na spokojnie, porozmawialiśmy i było bardzo OK.

Może obawiałaś się tego, co powiedzą o Wandzie Rutkiewicz? Bo była to w końcu postać budząca skrajne reakcje. Podziwiana, ale trudna.

- Tak, to była skomplikowana osobowość, którą chciałam pokazać z wielu stron, nie zamieniać w pomnik, ale i nie odbrązawiać. Napisałam tę książkę dlatego, że nie dość, że Wanda była tak jednowymiarowo przedstawiana w różnych tekstach, to jeszcze - co odkrywałam ze zdumieniem - portretowano ją nierzetelnie. Wiele osób, które o niej pisały, nie dotarło do istotnych dokumentów czy ważnych ludzi - choćby do pierwszego męża Wandy, Wojciecha Rutkiewicza. I wciąż napotykałam kolejne błędy. Tym bardziej chciałam się dowiedzieć, z czego tak naprawdę była zbudowana kobieta, o której słyszałam, że chodziła w góry "jak na zatracenie" i - co mówiono najczęściej - "szła po trupach do celu". Ciekawiło mnie, czy rzeczywiście tak było. A jeśli tak, to z czego to wynikało. Odpowiedź na wiele pytań znalazłam w dramatycznej historii rodzinnej Wandy Rutkiewicz.

Po lewej: W liceum Wanda trenowała lekkoatletykę, lata pięćdziesiąte XX w. Po prawej Wanda jako dwudziestolatka (fot. Zbigniew Błaszkiewicz / archiwum Eugeniji Murauskiené)Po lewej: W liceum Wanda trenowała lekkoatletykę, lata pięćdziesiąte XX w. Po prawej Wanda jako dwudziestolatka (fot. Zbigniew Błaszkiewicz / archiwum Eugeniji Murauskiené)

W jej życiorysie interesował mnie też etap życia przed wejściem na Mount Everest. Po tym sukcesie rozpoczęła się jej wielka górska kariera, która w naturalny sposób się rozwijała: jako zdobywczyni Everestu, znana na świecie, podejmowała kolejne wyzwania, znajdowała sponsorów swoich wypraw - taki mechanizm kuli śniegowej. A dla mnie najciekawsze było to, co zaprowadziło ją na Dach Świata. To, co ją stworzyło, zahartowało i sprawiło, że zdobyła "sku**ysyna", jak nazwał Everest jego pierwszy zdobywca Edmund Hillary. Wanda zresztą, już po wejściu na Dach Świata, niczym profesjonalny coach, forsowała na swoim przykładzie hasło: Każdy ma swój Everest.

Wielu twoich rozmówców, nawet tych, którzy się nie wspinali, ale byli blisko Wandy, mówiło, że w ciężkich sytuacjach często się odwoływali do tego powiedzenia. Skoro jej się udało, to i mnie się uda!

- Wanda nawet nie musiała tego mówić, ona to pokazywała w działaniu. Kiedy weszła w 1986 roku na K2, wszyscy ze środowiska byli pod wrażeniem i wspominają te emocje do dziś. Himalaistka Anna Czerwińska mówi, że ten sukces Wandy to jest dla niej "najbardziej motywująca sprawa w życiu", bo dwa lata wcześniej pod tą górą były razem, próbując wejść na szczyt. Wanda była wtedy w kiepskiej kondycji, utykała na nogę, a po dwóch latach: bach! Nie spodziewałam się tego wyznania po Annie Czerwińskiej, bo ona nie sympatyzowała specjalnie z Wandą. Świadczy to tylko o tym, że himalaiści - mimo różnych pretensji - mają do siebie szacunek. Kiedy się z nimi rozmawia, wielu obiektywnie mówi o słabościach Wandy Rutkiewicz i o tym, że im zalazła za skórę, ale na koniec zawsze pada tekst, że to była niezwykła kobieta. Himalaista Bogdan Stefko powiedział mi zresztą, żebym się nie fiksowała na punkcie zadziorów, które Wanda miała z innymi, bo to jest jak w rodzinie. Ludzie się nie cierpią z różnych powodów, ale jako środowisko są solidarni, chronią wzajemnie swoje tajemnice i kiedy trzeba, pójdą razem w góry.

Wspinaczka na Krzywej Turni, lata sześćdziesiąte XX w. (fot. Seweryn Bidziński)Wspinaczka na Krzywej Turni, lata sześćdziesiąte XX w. (fot. Seweryn Bidziński)

Na końcu jej drogi była śmierć: tajemnicza, osadzona w micie gór, niewyjaśniona. Jej ciała do dziś nie znaleziono. Ale już zaczynając całą tę opowieść, w domu dziadków Wandy na Litwie, pokazujesz, że śmierć była obecna w tej rodzinie od początku. To raczej nie przypadek, że Wanda Błaszkiewicz, bo takie było jej panieńskie nazwisko, w życiu zajęła się czymś, co kazało jej nieustannie mierzyć się z odchodzeniem?

- Śmierć, żałoba i odchodzenie były najprawdopodobniej w rodzinie Wandy nieprzepracowane. A jak mówi Carl Gustav Jung, właśnie to "nieprzepracowane" wraca do nas w postaci przeznaczenia, podświadomie steruje naszym losem. Dwie psychoterapeutki, którym opowiadałam o jej rodzinie, w ogóle nie były zdziwione, że wybrała taką, a nie inną pasję.

W domu Wandy Rutkiewicz nie mówiło się o śmierci. To był temat tabu, choć przecież ciągle obecny. Zaczęło się na Litwie od tragedii wuja Wandy, skłóconego z rodziną z powodów politycznych, a zagłodzonego w łagrze. Milczało się o tej i potem już o każdej kolejnej śmierci. Tak było, kiedy po wojnie w czasie wybuchu pocisku zginął we Wrocławiu starszy brat Wandy - Jurek.

Dzisiaj ludzie mogą iść do terapeuty, żeby przepracować stratę, żal, wtedy takiej możliwości nie było. Z tego, co dowiedziałam się od najbliższej rodziny Wandy, jej mama mogła mieć kłopot z przejściem przez proces żałoby, a jak ktoś przez to nie przejdzie, to trudno mu poradzić sobie z życiem. I mama Wandy nie radziła sobie z codziennością.

Po lewej: W Pirenejach, 1969 r. Po prawej: W Karakorum, 1975 r. (fot. Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki / Ewa Abgarowicz)Po lewej: W Pirenejach, 1969 r. Po prawej: W Karakorum, 1975 r. (fot. Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki / Ewa Abgarowicz)

Wiele lat później brutalnie został zamordowany ojciec Wandy. A do tego w górach traciła bliskich, kilkadziesiąt osób, z którymi się wspinała. Wchodząc na szczyty, sama mierzyła się ze śmiercią, wchodziła w ryzykowne sytuacje. To, że udawało się wyjść z opresji, na pewno ją wzmacniało, jak każdego wspinacza, na zasadzie: pokonałem tyle trudnych sytuacji i żyję! Ale jednocześnie nakręcało, by sprawdzać, ile jeszcze można. Jeśli igram ze śmiercią, widocznie tego potrzebuję - mówiła Wanda. I tłumaczyła: Kocham przygodę i ryzyko. One są częścią mojego życia. Jeśli wierzyć Freudowi, że kierują nami dwie przeciwstawne siły: popęd życia i popęd śmierci, to trudno o lepszą ilustrację tej tezy, niż historia Wandy Rutkiewicz.

Bardzo ważna była też chyba dla Wandy relacja z ojcem, Zbigniewem Błaszkiewiczem. Ich osobowości się jakoś rymują. Poruszyło mnie, że ten ojciec sprzed śmierci syna to jest ktoś jakby nie z tamtej, patriarchalnej epoki. To on ubiera dzieci, pierze im, gotuje. Jako zdolny inżynier-wynalazca składa im rowery, kajak i hulajnogę. A potem, po śmierci brata Wandy, nagle znika z życia pozostałych dzieci. Mówi się, że "wyizolował się z rodziny".

- Zbigniew Błaszkiewicz to jest absolutnie fascynująca postać i jedno z moich największych odkryć w historii rodzinnej Wandy. Pracowałam na dokumentach i pisanych przez niego listach, żeby się czegokolwiek o nim dowiedzieć, bo Wanda, z różnych powodów, m.in. ze względu na prośbę matki, nie wypowiadała się na temat ojca.

Wanda Rutkiewicz podczas wyprawy na Gaszerbrumy (fot. archiwum Marka Janasa)Wanda Rutkiewicz podczas wyprawy na Gaszerbrumy (fot. archiwum Marka Janasa)

To był typ przedwojennego profesora. Otwarty umysł, szerokie horyzonty, poliglota, inżynier po studiach we Lwowie. Zwariowany wynalazca - mówią o nim znajomi Wandy Rutkiewicz z Wrocławia. Człowiek, który nie bał się zmian w życiu, przeprowadzał się wiele razy, miał szerokie zainteresowania, które rozwijał, ćwiczył jogę, karate, był pływakiem, strzelcem. To właśnie on, z tego co wiem m.in. od jej kuzynki, Barbary Grabowskiej, był inspiracją i motorem napędowym wielu działań w życiu Wandy. Chciała zaimponować ojcu i to on stoi za rozwojem jej nadludzkiej ambicji i sukcesów w różnych dziedzinach sportu i w życiu. Wanda była niezwykle twórczą kobietą. Wszystkie te organizowane przez nią wyprawy były jak wielkie spektakle, w których była reżyserem i główną aktorką. Od dziecka lubiła być w centrum uwagi, ale przede wszystkim musiała być "człowiekiem akcji", który wesprze mamę w codziennych obowiązkach, bo skonfliktowani rodzice nie potrafili się porozumieć, a poza tym, jak wspomniałam, jej mama nie radziła sobie z codziennym życiem.

Ktoś nawet mówi, że to Wanda była głową rodziny. Jako 10-latka! Do szkoły poszła w wieku 6 lat, i od razu do II klasy. Potem, jako nastolatka, zarabiała na siebie i rodzinę korepetycjami, opiekowała się rodzeństwem. Do tego piątkowa uczennica i sportsmenka. Musiała żyć w niesłychanej samodyscyplinie!

- Tak, to wydaje się na pierwszy rzut oka imponujące, ale tak naprawdę mamy tu przecież smutną, podręcznikową wręcz historię zgubionego dzieciństwa. Czas beztroski trwał w przypadku Wandy bardzo krótko. I niby wszystko było OK, w zeszycie piątki, na bieżni i na boisku sukcesy, ale w grupie dzieci Wanda odstawała. Późniejszy brak umiejętności budowania głębokich relacji z ludźmi, co sugeruje wielu jej znajomych, wynikał prawdopodobnie między innymi z tego okresu. Jej szkolni koledzy mówią, że Wanda chodziła, jak kot, własnymi ścieżkami, nie nawiązywała bliższych kontaktów i mieli wrażenie, jakby była za szybą.

Światowa prasa o sukcesie wyprawy polskich himalaistek na Gaszerbrumy. Wyprawą kierowała Wanda Rutkiewicz (fot. archiwum Marka Janasa)Światowa prasa o sukcesie wyprawy polskich himalaistek na Gaszerbrumy. Wyprawą kierowała Wanda Rutkiewicz (fot. archiwum Marka Janasa)

Często pojawia się zarzut, że nawet w bliskich relacjach, np. w związkach z mężczyznami, traktowała ludzi przedmiotowo. O jej drugim mężu, austriackim lekarzu i ekologu Helmucie Sharfetterze, mówiono wręcz, że go sobie "wzięła", bo potrzebowała leczenia po kontuzji i operacji nogi.

- Nie chciałabym niczego upraszczać ani oceniać. Napisałam, jak ten związek wyglądał i nie wiem, co mogę jeszcze powiedzieć poza tym, że wszyscy ludzie, którzy go obserwowali, mówią dziś, że był na zasadzie "wyszłam za mąż, zaraz wracam". Tu trzeba by raczej postawić pytanie, czy w domu nauczono ją kochać? Wanda w dzieciństwie zamiast rozwijać w sobie beztroskę i ćwiczyć budowanie więzi z innymi dziećmi w szkole, była skupiona na zadaniach, celach i obowiązkach, którym musiała sprostać. I potem miała kłopot w budowaniu więzi nie tylko z mężczyznami, ale w ogóle z ludźmi.

W książce padają obok siebie zaskakujące zdania: "nie nadawała się do lubienia" - mówi ktoś, a zaraz potem: "kochali się w niej wszyscy". Jak to możliwe? Jaka w końcu była?

- To dwie różne sprawy. O lubieniu i nielubieniu opowiedziała mi jej koleżanka z pracy. Wanda była zamknięta w sobie, nie integrowała się z kolegami i nie dawała sobie pomóc. Wszystkich nas denerwują ludzie, którzy trochę odstają, bo nie wiadomo, czy ten dystans wynika z tego, że nam nie ufają, czy nie chcą z nami rozmawiać, bo mają nas za nic.

A że wspinacze się w niej kochali. to jest oczywiste. Wszyscy byli pod wrażeniem jej urody. Wystarczyło, że się uśmiechnęła, czy to do mężczyzny, czy do kobiety, i świat należał do niej. Miała tego świadomość i wszyscy mówią, podając mnóstwo zabawnych przykładów, że chętnie z tych atutów korzystała, by załatwić jakąś sprawę. No właśnie - załatwić sprawę, a nie zadurzyć się na śmierć i życie, bo taki odlot, jak by to ujęli wspinacze, nie był w stylu Wandy.

Po lewej: Dzień ślubu Wandy i Wojciecha Rutkiewiczów, 24 kwietnia 1970 r. Po prawej: Wanda po sukcesie zdobycia Mount Everestu, 1978 r. (fot. archiwum Eugeniji Murauskiené / zbiory Muzeum Sportu i Turystyki)Po lewej: Dzień ślubu Wandy i Wojciecha Rutkiewiczów, 24 kwietnia 1970 r. Po prawej: Wanda po sukcesie zdobycia Mount Everestu, 1978 r. (fot. archiwum Eugeniji Murauskiené / zbiory Muzeum Sportu i Turystyki)

To była kobieta pełna paradoksów. Ujęła to ładnie Hanna Wiktorowska, wieloletnia sekretarz Polskiego Związku Alpinizmu, która powtarzała, że osobowość Wandy była tak pojemna, że mogłaby swoimi cechami obdzielić wiele innych bab. Według niej była jedna Wanda - pełna wdzięku, chodząca subtelność i delikatność, oraz druga Wanda - "zaraza". To, co łączy te dwa oblicza i co jest jedną z porywających cech Wandy, to fakt, że nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Pokonywała wszelkie granice i niczym sztandarowa feministka przebijała wszystkie sufity. Wanda szłaby dziś w pierwszej kolumnie w czarnym proteście - powiedziała mi jedna z jej znajomych, bo Rutkiewicz walczyła o prawa kobiet w górach i było dla niej ważne, by kobiety także "na dole" mogły o sobie decydować. Jak podkreśla w mojej książce jedna z jej koleżanek, alpinistka z Wrocławia: Wanda wszelkie szklane sufity miała w d*pie.

W twojej książce widać jasno, że w czasach Wandy ton nadawali mężczyźni, kobiety dopiero zaczynały chodzić w wysokie góry. Całe to środowisko wysokogórskie było mocno szowinistyczne.

- Jeden starszy, mądry i doświadczony himalaista ze Śląska powiedział mi wprost, że tak jest niestety do dziś. 

Podobno po zdobyciu przez Wandę Mount Everestu jeden z zazdrosnych polskich himalaistów powiedział: A mówiłem, żeby baby tam nie posyłać!

- To powiedział śp. Andrzej Zawada, bardzo go zresztą lubię, jako postać literacką, znaną mi tylko z książek, choćby za powiedzenie: dajemy z siebie wszystko, a potem się ułoży. Jak twierdzi Leszek Cichy, Zawada rok po wejściu Wandy Rutkiewicz na Dach Świata powiedział też na zimowej wyprawie everestowskiej do męskiego zespołu: Kobieta weszła, a wy nie wejdziecie?!

W Karakorum drogę do bazy pod K2 Wanda przeszła o kulach, 1982 r. (fot. Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki)W Karakorum drogę do bazy pod K2 Wanda przeszła o kulach, 1982 r. (fot. Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki)

Jestem ciekawa jej innego wejścia na szczyt. Jak ty uważasz: czy Wanda w 1991 roku weszła na tę Annapurnę, o której plotkowano, że jej nie zdobyła, czy nie weszła?

- Wierzę, że weszła. Biorę jednak pod uwagę to, co zasugerował Bogdan Stefko, który był z Wandą na tej wyprawie, że po drodze mogły jej się przytrafić halucynacje. I może w wyniku omamów koło wierzchołka wydarzyło się coś, co odbiegało od normy, dlatego koledzy Wandy do dzisiaj mówią o swoich wątpliwościach.

O matko, himalaiści, którzy to czytają, krzyczą pewnie w głos: Jak ona śmie się wypowiadać na takie tematy!? (śmiech). To środowisko, delikatnie mówiąc, przeczulone na własnym punkcie i bardzo niezadowolone, gdy ktoś wkracza w ich "przestrzeń". Nie mówię tego jednak złośliwie, bo taki ostry rodzaj "najeżenia" w ludziach nawet czasem lubię i poznałam w tym gronie wiele wspaniałych osób. Dla mnie, jako laika, ciekawszy jest jednak w tym przypadku nie wyczyn sportowy, ale to, że Wanda w wieku 48 lat była tak "rockandrollowa" i miała ciągle parę, by iść naprzód i zdobywać ten szczyt tak samo, jak młodsi od niej o wiele lat wspinacze. 

Podobno na ostatnie wyprawy nikt z doświadczonych himalaistów nie chciał już z nią chodzić w góry. Dlaczego?

- Myślę, że jest tak, jak powiedział Krzysztof Wielicki - podczas jednej z wypraw nie można było się połączyć z Wandą przez radiotelefon, nie chciała najprawdopodobniej współpracować i wykonywać poleceń kierownika wyprawy. Z racji wieku była też wolniejsza, nie tak mocna jak kiedyś, a chciała koniecznie zrobić wynik. I to wszystkich wkurzało. Niektórzy widzieli w tej dysproporcji ambicji i możliwości wręcz autodestrukcję.

Folder kierowanej przez Wandę kobiecej wyprawy na K2, 1982 r. (fot. Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki )Folder kierowanej przez Wandę kobiecej wyprawy na K2, 1982 r. (fot. Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki )

Wanda była absolutną indywidualistką, a ludzie, którzy z nią jeździli na wyprawy, to byli często faceci, którzy czuli się dobrze w grupie i sukces zespołu był dla nich ważny, a nie to, kto wejdzie. Natomiast dla Wandy liczył się jej własny rekord. Odpowiedź na twoje pytanie jest jednak złożona, bo jest też związana z traktowaniem swojego ciała tak, a nie inaczej przez Wandę, forsowaniem granic swojej wytrzymałości. Wydaje mi się istotne to, co mówi Anna Czerwińska, która po jednej z wypraw z Wandą i sytuacji na wysokości, w której źle oceniła swoje możliwości i była obciążeniem dla zespołu, też zdecydowała się powiedzieć: Wandziu, bye.

I tu dochodzimy do tajemnicy jej ostatniego wejścia, kiedy dołączyła do ekspedycji Meksykanina Carlosa Carsolio. Podczas tej wyprawy zaginęła. Niektórzy mówią, że to było świadome pójście na śmierć. Jakie jest twoje zdanie?

- Z mojej rozmowy z lekarzem, który badał ją przed wyjazdem, profesorem Lechem Korniszewskim, jasno wynika, że Wanda, wyjeżdżając w 1992 roku na Kanczendzongę, nie była osobą zdrową, zdawała sobie sprawę, że jest chora. Myślę jednak, że na tyle, na ile poznałam bohaterkę mojej książki i kreowaną przez nią samą jej własną legendę, mogła bardzo chcieć, by odpowiedź na to pytanie była do końca owiana tajemnicą. Zaginięcie Wandy jest częścią jej legendy. Wydaje mi się, że jest dokładnie tak, jak mówi o tym managerka Wandy Austriaczka Marion Feik: Wanda chciała żyć, ale nie miała nic przeciwko śmierci.

Książka Anny Kamińskiej ''Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci'' ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego (fot. archiwum prywatne / materiały prasowe)Książka Anny Kamińskiej ''Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci'' ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego (fot. archiwum prywatne / materiały prasowe)

Premiera książki ''Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci'' będzie miała miejsce w ten weekend na warszawskim Big Book Festival.

Na spotkanie z autorką zapraszamy w niedzielę (25.06), o godz. 18, w Sali od polskiego, przy ul. Emilii Plater 31.

Rozmowę poprowadzą Anna Sańczuk i Maciej Ulewicz. Wstęp wolny!

Książkę Anny Kamińskiej "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci" w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

Wanda Rutkiewicz
. Urodzona w 1943 roku w Płungianach na Litwie jako Wanda Błaszkiewicz. Po wojnie wraz z rodziną przeniosła się do Wrocławia, gdzie skończyła studia na Wydziale Łączności Politechniki Wrocławskiej. Ikona światowego himalaizmu, z zawodu inżynier-elektronik. Była autorką i współautorką książek oraz publikacji z dziedziny himalaizmu. W 1978 roku, jako pierwszy Polak i pierwsza Europejka, a trzecia kobieta na świecie, weszła na najwyższy szczyt Ziemi - Mount Everest. W 1986 roku jako pierwsza kobieta i pierwszy Polak zdobyła K2. Zaginęła 12 maja 1992 roku pod szczytem Kanczendzongi w Himalajach.

Anna Kamińska. Autorka tekstów i książek. Publikowała m.in. w "Gazecie Wyborczej" oraz w magazynach "Zwierciadło", "Uroda życia" czy "Pani". Pracowała jako wydawca programów telewizyjnych. Autorka książki "Odnalezieni. Prawdziwe historie adoptowanych" (Wydawnictwo Literackie 2010), a także bestsellerowej biografii "Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak" (Wydawnictwo Literackie 2015). W górach jeździ jedynie na nartach, a na nizinach - oprócz grania himalaistom na nerwach - potrafi zagrać też na fortepianie i wiolonczeli.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "Kultura do kwadratu" na antenie Polsat News 2. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (77)
Zaloguj się
  • domektomek

    Oceniono 24 razy 8

    Rutkiewicz po trupach do celu???
    Wcale nie dziwi mnie taki tytuł.
    Pamiętam wypowiedź pani Wandy, kiedy na jednej z samotnych wypraw mijała drugą samotną alpinistkę. Rutkiewicz miała świadomość że Francuzka jest na skraju wyczerpania, nie ma sprzętu i zginie w górach. Co zresztą nastąpiło, bo Francuzka nie pojawiła się w bazie. Rutkiewicz minęła ją jak powietrze.
    Przeraziła mnie wówczas jej wypowiedź, świadcząca o skrajnym braku człowieczeństwa i egoiźmie.
    Wówczas całkowicie straciłem szacunek do niej i jej wyczynów.

  • lignan

    Oceniono 38 razy 6

    Wanda Rutkiwicz była odmiennej orientacji i stad jej nieudane życie osobiste, ale i sukcesy w typowo męskim himalaizmie... A to nie były czasy, ze jakies coming outy były możliwe. Taka Navratilova himalaizmu... to tez powodowało, ze igrała ze śmiercią, bo nie była szczęśliwa...

  • Marek Rydzewski

    Oceniono 44 razy 4

    Wanda Rutkiewicz (Blaszkiewicz)
    To rzeczywiscie byla zadziwiajaca dziewczyna! Poznalem ja jako starsza siostre mego kolegi z klasy Michala Blaszkiewicza na tzw "prywatce" u Michala a bylismy wtedy w 8 czy 9 klasie II liceum we Wroclawiu (rok 1963- 64?) Michal rowniez byl chlopakiem wysportowanym - pozniej skonczyl Fizyke na Uniw. wroclawskim; w czasie prywatki Wanda interweniowala, ze muzyka jest za glosna i kazala wyciszyc, byla dosc obcesowa i stanowcza ale nasze protesty, ze to The Beatles nie pomogly.
    To jako wspomnienie. O Wandzie, niewatpliwie niezwyklej kobiecie! Pisze to z Zambii gdzie przebywam jako geolog rowniez po Uniw.Wrocl.od wielu lat (od 1989r)

  • a.d.b

    Oceniono 16 razy 2

    Książka jest naprawdę dobra. Już miałam okazję ją przeczytać. Rzeczywiście pokazana "druga strona księżyca", masa opinii różnych ludzi, niekoniecznie przyjaciół. Czyta się "Wandę" świetnie, szczególnie te partie, które właśnie najmniej dotyczą gór.

  • Anna Karenina

    Oceniono 5 razy 1

    Niestety moje zdanie o alpinistach jest takie, że wszyscy z nich chcą realizować jakieś swoje chore ambicje. Poświęcają mnóstwo pieniędzy, czasu i zdrowia na realizację swoich egoistycznych celów, zaniedbując w tym czasie to co naprawdę wartościowe. Wspinając się nie robią nic dobrego na innych, a jedynie coś sobie udowadniają, szukając przy tym chorej sławy. W pewnym sensie to nieszczęśliwi ludzie, którym raczej należy współczuć.

  • Anna Karenina

    0

    @foolbuster12
    Widzisz tylko to co chcesz widzieć. Kluczowym fragmentem mojej wypowiedzi była wzmianka o stwierdzonych faktach czyli o tym jak wiele osób zginęło już w górach, pozostawiając często osierocone dzieci, partnerów nie pozostawiając im żadnego wyboru, o tym, że ta pasja polega na sprawianiu przyjemności i dostarczaniu ekstremalnych wrażeń samemu sobie (zwykły egoizm i egocentryzm) co jest przekładane w hierarchii ważności nad własną rodzinę. Nikt inny nic z tego nie ma, jedyne co ma to obawę że tatuś/ mąż/ żona już może nie wróci. Oczywiście każdy ma prawo do własnego zdania. Moje zdanie jest właśnie takie.

  • anders76

    Oceniono 4 razy 0

    Mialem pewna ilosc przyjaciol i znajomych wspinajacych sie ostro, ale !byli chlopcy, byli, ino sie skoncyli", zostala dwojka, przestali w pore.
    Czesc ludzo odczuwa niekontrolowana potrzebe ekstremizmu dla ciaglego potwierdzania swojej wartosci. Nigdy dosyc, nigdy stop. Dopuki ryzykuja sami soba to ok, aczkolwiek i tak ich szkoda, mogliby innym dac duzo radosci i wartosci gdyby nie odeszli. Szkoda Jej jak i wszystkich innych lezacych gdzies w himalajskich sniegach i lodowcach. Za pareset lat lodowiec ich odda w nienaruszonym stanie, w takim jakim byli gdy ich pochlonal.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX