Odział w szpitalu

Odział w szpitalu (fot. Marcin Stępień/AG)

społeczeństwo

"Wszyscy dorabiamy". Lekarze-rezydenci pracują po 250 godzin miesięcznie. Za dwa tysiące

Aby wyżyć do pierwszego, polscy lekarze-rezydenci dorabiają, jak mogą. Za cenę zdrowia i życia rodzinnego. - Zamiast wieźć żonę w ciąży do szpitala, musiałem zostać na dyżurze - mówi nam jeden z nich. Takich historii jest więcej.

- Dwa tysiące na etacie, 300 godzin pracy miesięcznie. Poza etatem w szpitalu musisz dorabiać, np. w prywatnej przychodni. Drugi pewny pieniądz to nocna pomoc lekarska, czyli punkt w niektórych szpitalach, czynny całą noc. Trzeci - nocne dyżury w szpitalu. Kiedy nasz rozmówca, Łukasz, przyznał, że miał po 50 pacjentów w jedną noc, nikt w branży się temu szczególnie nie dziwił - tak pracują w Polsce lekarze-rezydenci. Po reportażu Joanny Mikulskiej napisało do nas wielu jego kolegów po fachu. Oto ich historie.

 Operacja (fot. Kornelia Głowacka-Wolf/Agencja Gazeta)

Rezydentura albo rodzina: wybór należy do ciebie

"Zapomnieliście jeszcze o innym aspekcie tego zawodu - świętach" - napisał do nas pan Piotr, rezydent w jednym z dolnośląskich szpitali. Wyjaśnia:

- Jestem już prawie specjalistą, a od momentu rozpoczęcia specjalizacji nie było świąt, których jako "młody" bym nie spędzał w szpitalu. Długi weekend? Zapomnij - dyżur albo dwa. Jeśli lekarz jest wredny dla ciebie - prawdopodobnie jest zmęczony po wielogodzinnym dyżurze. Zapytaj go o to. Sytuacja wtedy stanie się jasna. Będzie wiadomo, co jest przyczyną jego zachowania.

Podczas jednego z dyżurów Piotrowi przytrafiło się coś, co nie powinno się nigdy wydarzyć.

- Moja żona była w ciąży. Pojawiło się zagrożenie poronieniem. Musiałem ją zawieźć do szpitala. Czy ktoś chciał przejąć dyżur? Oczywiście, że nie - opowiada Piotr. I dodaje: - Każdy normalny mężczyzna w takiej chwili ucieka z pracy, by zawieźć żonę do szpitala. Ja musiałem wydzwaniać po rodzinie i prosić, aby ktoś pomógł żonie.

"Wyzysk, absolutny brak szacunku dla pracownika"

Jacek, rezydent chirurgii ogólnej w jednym ze szpitali w północnej Polsce, nie ma żony ani dzieci. Najbliższą rodzinę zostawił w rodzinnym mieście. Żeby pracować w zawodzie, musiał wyjechać z dużego miasta na prowincję.

- W tej chwili nie doskwiera mi to tak bardzo, jestem zbyt zaaferowany pracą i walką o przetrwanie. Mam nadzieję, że znajdę czas, by ten brak rodziny naprawić. Kiedyś - dodaje smutno.

Chirurgiem chciał być od zawsze. Pracował, stażował, odbywał praktyki. I walczył o stałe zatrudnienie. W pracy chciał mieć dobrą atmosferę i warunki do rozwoju. Znalazł to dopiero kilkaset kilometrów od domu. Bliżej nie było?

- Nie. Był wyzysk, absolutny brak szacunku dla któregokolwiek pracownika. W jednym ze szpitali znam lekarzy pracujących od piątku do niedzieli bez przerwy. Trzy dyżury za pieniądze odpowiadające jednemu dyżurowi. Czyli pozostałe dwie doby robią za darmo - mówi.

 Łódź, 2003 r. Rodzinny przeszczep nerki. Dawcą jest brat pacjenta (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Lekarz na dorobku. Ile zarabia rezydent i dlaczego za mało

Dziś Jacek zarabia 2275 zł netto miesięcznie za etat (7 godzin 35 min pracy dziennie). Po dwóch latach może liczyć na około 300 zł netto podwyżki. - Tak nas ceni ministerstwo zdrowia, tak jest zapisane w ustawie - kwituje lekarz. Do tego bierze dyżury - od dwóch do pięciu w miesiącu. Łącznie dostaje 4 tysiące zł miesięcznie za około 250 h pracy. Jasne, te cztery tysiące dla większości Polaków brzmią całkiem dobrze, ale to wypłata za ponad 1.5 etatu.

W szkoleniu chirurga ogólnego na sześć lat specjalizacji przewidziane są ok. dwa lata staży i kursów poza macierzystym oddziałem. To oznacza dwa lata bez dyżurów, z gołą pensją etatową, często na wyjeździe, gdzie trzeba gdzieś mieszkać, coś jeść, jakoś tam dojechać.

- Więc dorabiamy. Dorabiamy wszyscy. Za dyżury w NPL (nocna pomoc lekarska, pomoc doraźna, opieka całodobowa, jak zwał tak zwał) dostajemy dużo większe pieniądze. Kosztem naszego czasu na odpoczynek, rodzinę, życie prywatne i inne równie istotnie w życiu sprawy łatamy system. W NPLu leczymy "kaszel od 3 dni", chorych, którzy o 4:00 w nocy przychodzą z "bólem gardła od wieczora", słowem zastępujemy lekarzy rodzinnych, do których (według tego co podają pacjenci) nie można się dostać. Bo ich też jest zwyczajnie za mało - mówi  Jacek.

Sam bierze po kilka dyżurów w NPL miesięcznie, wyłącznie dla pieniędzy. Przez kilka miesięcy roboty satysfakcję poczuł dwa razy. Pierwszy raz, gdy o poranku zoperował wyrostek, który rozpoznał poprzedniej nocy w przychodni. Drugi - gdy na swoim oddziale zobaczył zoperowaną w samą porę kobietę, którą sam z trudem przekonał do zgłoszenia się do szpitala.

- W pomocach doraźnych, gdzie dyżuruje, mniej więcej 50-60% dyżurów jest obsadzonych przez lekarzy-rezydentów, jego kolegów i koleżanki ze szpitala - tłumaczy lekarz.

W kilku miejscach zarabiał też mąż Agnieszki. - Przeczytałam wasz artykuł i nie mogę się otrząsnąć. Mój mąż jest lekarzem z 20 letnim stażem. Praca w szpitalu zabrała mu zdrowie i właściwie niemal cale jego życie - napisała do nas. Z tego, co opowiada, wynika, że przez ostatnie kilkanaście lat niewiele się w sytuacji lekarzy-rezydentów zmieniło.

"To już nie był człowiek, tylko wrak"

Mąż zawsze mówił Agnieszce, że w tym zawodzie zacznie zarabiać w najlepszym wypadku po czterdziestce. Kiedyś zaproponował, że może założyć prywatną praktykę i z tych pacjentów wyciągać pieniądze. Ale Agnieszka wiedziała, że byłoby to "wbrew niemu", dlatego odpowiedziała mężowi: "Pracuj zgodnie ze swoim sumieniem, podnoś kwalifikacje, damy radę".

Razem dobrze radzili sobie finansowo, nawet gdy pojawiły się dzieci i kredyt na dom. Ale potem moja firma podupadła w kryzysie i trzeba było oszczędzać i dorabiać - opowiada pani Agnieszka.

Więc mąż pani Agnieszki pracował. Ale nie na etacie - miał własną działalność gospodarczą. - Na etacie mógł pracować za te góra 3 tysiące bez możliwości dorabiania, bo wtedy ma się określone godziny pracy. Zarabiał więcej jako firma, ale kiedy był chory, nie dostawał pieniędzy, a mimo to musiał płacić ZUS. W efekcie nie brał urlopów, bo nie było go stać na niepracowanie - tłumaczy jego żona. I dodaje, że te większe pieniądze miały swoją cenę - zdrowie jej małżonka. Po dyżurach wracał i jedyne, co był w stanie robić, to odstresować się koszeniem trawy i paleniem papierosa za papierosem. Energii na praktykę prywatną już nie miał.

- To już nie był człowiek, tylko wrak, patrzył wokół siebie nieprzytomnym wzrokiem - kwituje kobieta. Bo jak można fizycznie i psychicznie znieść przyjęcie 100 pacjentów na jednym dyżurze?

Rozwiązanie było brutalne, ale skuteczne - rodzina wyjechała do Londynu. Mąż pani Agnieszki znalazł pracę w zawodzie. Tęskni, czasem chciałby wrócić, ale wtedy przypomina sobie, że wtedy nie byłoby go stać na utrzymanie rodziny.

- Za to w końcu zaczął się uśmiechać i rozmawiać. I mamy jakieś inne życie poza domem i pracą - cieszy się nasza rozmówczyni.

Podobną historię opowiedziała w komentarzu pod naszym reportażem pani Ewa:

Piszecie o rezydentach - ja rezydentką już daaawno nie jestem. Jestem lekarzem, któremu bliżej do emerytury niż rezydentury, ale jest identycznie. Pracujee po 300 godzin w miesiącu, bo NIE MA KOMU MNIE ZASTĄPIĆ. Gdy zostaję na dyżurze (zabiegowym), odpowiadam nie tylko za chorych, ale i rezydentów - zwłaszcza tych na pierwszy roku rezydentury. Czy się dorobiłam? Cholernie.... mieszkanie które spłacamy, samochód średniej marki (znacznie gorszy niż sąsiada adwokata, sąsiada ekonomisty, sąsiada inżyniera). Mój syn na szczęście wybrał inny zawód. Do dziś pamięta, że w najważniejszych momentach jego życia nie było nas razem z nim. Na rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego maszerowali dziadkowie. Gdy przystępował do komunii, mąż był ledwo przytomny po dyżurze i wpadł spóźniony (o mało nie zasnął w ławce). Po egzaminie po VI klasie wszystkie dzieci poszły z rodzicami na lody - my byliśmy w pracy. Gdy zdawał maturę miałam dyżur, a po obronie pracy magisterskiej tylko ja mu gratulowałam, bo dyżurował mąż. Nie policzę, ile Wigilii, Sylwestrów, Wielkanocy spędziliśmy w pracy. Ile razy witaliśmy Nowy Rok nie z rodziną i przyjaciółmi, ale z kolegami w pracy (nie musieliśmy się martwić o kreacje). O nocach i niedzielach poza domem nawet nie próbuję sobie przypominać.

 Operacja usuwania glejaka złośliwego (fot. Sebastian Rzepiel/AG)

U rezydentów bez zmian. Czy i kiedy będą?

W reportażu Joanny Mikulskiej opisaliśmy wykorzystywanie lekarzy-rezydentów przez bardziej doświadczonych kolegów. Młodzi muszą wyręczać starszych w pracy, np. brać ich dyżury. Jeżeli odmówią, słyszą, że już "w górę" nie pójdą. Pan Jacek miał szczęście.

- Jestem zachwycony swoim obecnym szpitalem, a raczej ludźmi z którymi pracuję. Do tego stopnia, że nie widzę problemu w tym, że na dyżurze za mojego starszego kolegę zajmę się dokumentacją czy przyjmę jego pacjentów. W zamian za to on o godzinie drugiej w nocy postoi ze mną dwie godziny przy stole operacyjnym, tak żebym mógł bezpiecznie, pod jego opieką, przeprowadzić operację i dzięki temu nabrać doświadczenia i umiejętności. Mimo, że on sam zrobiłby to w godzinę. Ale to wyjątek - w większości miejsc ta chęć młodych do pracy jest wykorzystywana, a starsi koledzy nie oferują nic w zamian - doświadczyłem tego w innych szpitalach - mówi.

Do wielkiego miasta wracać nie zamierza, czeka za to, co zmieni wprowadzenie przez rząd schematu tzw. sieci szpitali. I tak wie, że zostanie w zawodzie. Ma motywację. - Nigdy nie chciałem zmienić pracy, medycyna jest jak narkotyk, uzależnia - podkreśla.

Przypomnijmy: według standardów WHO, aby system ochrony zdrowia działał poprawnie, musi na niego iść co najmniej 6 proc. PKB. W Polsce jest to 4,6 proc. Najniższa składka w Unii Europejskiej. W Polsce na 1000 pacjentów przypada 2,2 lekarza, w Niemczech 4,1 (Raport OECD "Health at a Glance 2015"). Dyrektorzy nie mają kim łatać dziur w grafikach. Wtedy z reguły pada na rezydentów.

Z obawy przed reperkusjami w szpitalach, w których pracują, nasi rozmówcy zastrzegli sobie anonimowość. Imiona bohaterów zostały zmienione. Wszystkie nazwiska do wiadomości redakcji.

Od redakcji: Jesteś lekarzem rezydentem? Lekarzem innej specjalności? Ty też bierzesz nadgodziny i inne prace, żeby jakoś sobie radzić? Masz podobną historię? Opowiedz ją nam. Napisz do nas na Facebooku - Weekend.Gazeta.pl.

Lekarz rezydent - lekarz posiadający pełne prawo wykonywania zawodu w Polsce (tzn. ukończył 6-letnie studia na kierunku lekarskim, zdał egzamin końcowy LEK i odbył 13-miesięczny staż podyplomowy), wykonujący pracę w określonej dziedzinie medycyny na podstawie umowy o pracę, zawartej z jednostką prowadzącą specjalizację na okres specjalizacji, finansowaną ze środków przeznaczonych na ten cel przez Ministerstwo Zdrowia oraz Fundusz Pracy. Przeważnie rozpoczynająca rezydenturę osoba ukończyła 26. rok życia. Średni wiek ukończenia rezydentury w Polsce to 37 lat. Lekarz rezydent odbywa szkolenie specjalizacyjne i jednocześnie wykonuje pełny zakres obowiązków właściwych dla lekarza specjalisty w danej dziedzinie. Może też wykonywać zawód lekarza poza miejscem szkolenia specjalizacyjnego. Czas trwania szkolenia specjalizacyjnego wynosi od 4 do 10 lat (źródło: Wikipedia).
Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz portalu Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (551)
Zaloguj się
  • Patrick Ohern

    0

    Swego czasu trafiłem do szpitala w Chicago. Specjalistyczna klinika naczyniowa (ale również z ostrym dyżurem - "emergency").
    Szpital na 700 miejsc (pokoje 1-osobowe z łazienkami). Pracuje na stałe ponad 700 dyplomowanych lekarzy (łącznie pracowników blisko 7 tysięcy osób!). Z każdym lekarzem łazi stado studentów i wolontariuszy, którzy się uczą praktycznie, każdy zabieg/operacja robiona również przy udziale (z osobnej galeryjki za szkłem) grupy młodych ludzi.
    Cennik - pobyt w szpitalu ok. 1000$, operacja (szycie tętnicy) łącznie z koronografią i późniejszą opieką / rehabilitacją itp. ok. 12 tysięcy $. Trzymają w szpitalu 2 dni - tyle ile trzeba. Ja wiem, czy drogo? Jakość nieporównywalna. Szpital prywatny, ubezpieczenie zwraca wszystko (bo to wypadek).
    Więc o czym my tu mówimy?

  • Patrick Ohern

    0

    Swego czasu lekarz (u którego byłem prywatnie) skierował mnie na zabieg do swego kolegi na Akademii Medycznej (miasto pominę :)...). Skierowanie polegało na zaprowadzeniu do gabinetu, gdzie pan docent przyjmował (w Akademii, za pieniądze podatników). Pan docent OK, przerwał aktualnego pacjenta; obejrzał mój temat i kazał przyjść za 2 godziny pod inny gabinet i tam czekać. Lekarz wprowadzający mnie powiedział, że rozliczę się z docentem.
    Przyszedłem, czekam (a tam ze 2 konkurencyjne kolejki + kupa innych przypadkowych ludzi się tłoczy - bo to wybitny specjalista), jedni z Funduszu, inni z nie wiadomo czego), punktualnie pojawił się pan docent, rozgarnął wszystkich pchających się, otworzył drzwi i "proszę teraz pan". Wszedłem, a w środku kupa studentów, okazało się że będę "uczestniczył" w zajęciach jako jakiśtam przypadek. Docent mnie ułożył, miejscowo znieczulił, wyciął co miał wyciąć, przez cały czas głośno prowadził wykład - opowiadał studentom co robi i dlaczego tak. Gdy skończył, zrobił opatrunek i mówi "to wszystko", pielęgniarki sprzątały stanowisko, studenci stali i się patrzyli, ja się ubrałem no i tak trochę niezręcznie - jak tu się rozliczyć - próbuję tak go na bok odciągnąć i coś tam pokazuję delikatnie na migi - a docent załapał i na cały regulator "za zabieg należy się .... (nie było to 100pln)". Rozliczenie na oczach wszystkich :D
    No i studenci mieli piękne i pouczające zajęcia - i cześć teoretyczna, i praktyczną, i superpraktyczną czyli jak odwalać dobrze płatną fuchę w godzinach pracy.
    Zobaczyli - no to działają. A że do gó...arzy bez doświadczenia i marki nikt się nie pcha i pieniędzy garściami nie daje, to wątroba boli i trzeba zadziałać żeby 2 albo więcej średnich krajowych zaraz po szkółce było.

  • juzef1977

    0

    Lekarze rezydenci odpracujcie za studia z naszych podatków, lub oddajcie kasę za nie a potem se strajkujcie...

  • Anna Krawczyk

    0

    Ludzie, przecież Wy też będziecie pacjentami! Naprawdę chcecie, żeby was leczył sfrustrowany i przepracowany lekarz? Czy śmierć 4 lekarzy na dyżurze w ciągu 4 tygodni to jeszcze za mało? Obowiązkiem nas pacjentów, jest wesprzeć lekarzy. Obowiązkiem dziennikarzy jest nagłasniać problem i uswiadamiać ludzi. Dziennikarze, pacjeci, pobudka!!!

  • kkapiotrek

    0

    a jeszcze wyliczenia :etat średnio 160 godzin - 2275, pięć dyżurów to 4000-2275=1725, za jeden dyżur 345 i 250-160=90, to jeden dyżur ma 18 godzin.

  • kkapiotrek

    0

    nie wierzę, po prostu nie wierzę - 300 godzin to jest możliwe tylko w przypadku, gdy pracuje w szpitalu i równocześnie pełni dyżur, czyli pracuje na dwóch etatach równocześnie. W którym zawodzie jest to możliwe? Pielęgniarki w szpitalach odbijają karty lekarzy, żeby zaliczyć im godziny pracy. powiedzcie proszę w którym szpitalu są lekarze po 14, albo w którym rozpoczynają pracę o 7.00. Ja jestem zawsze przed czasem i pracuję 8 godzin każdego dnia. Jeżeli wyjdę z pracy to muszę to odpracować. Lekarze często w trakcie dyżuru przyjmują w przychodni w szpitalu - wiem , bo mam dzieci. Jeżeli jest 10-20 na jedno miejsce na studiach to nie może być źle. Może uczciwi lekarze mają gorzej, jednak najpierw zwalczmy patologię , a potem możemy rozmawiać o zarobkach.A w artykułach proszę o więcej obiektywizmu i nie opowiadanie się tylko po jednej stronie

  • kzet69

    0

    Ponad 500 komentarzy wyrzuciliście do śmieci.... "czy cenisz dobre dziennikarstwo"??????

  • armada91

    0

    to ja jako spawacz, pracując 170 godzin miesięcznie na spokojnie zarabiam te 2800-3000zł , oczywiście przez pięć dni w tygodniu bo weekend jest dla rodziny;-)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX