Ksiądz Jan Kaczkowski

Ksiądz Jan Kaczkowski (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

ludzie

Ks. Jan Kaczkowski w ostatnim wywiadzie: Lepiej powstrzymać się od szlochów i prób zatrzymywania chorego przy życiu

Jeśli naprawdę chcemy pomóc umierającemu, aby dobrze przeżył swoją śmierć, to najlepszym, co możemy zrobić, jest pełne spokoju i czułości towarzyszenie mu - mówił Katarzynie Jabłońskiej ks. Jan Kaczkowski w książce "Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby". Przypominamy jej fragment, bo już niedługo będziecie mogli zrobić coś, by pomóc tym, o których troszczył się ks. Jan Kaczkowski.

Katarzyna Jabłońska: Ty, Janie, kiedy odwołujesz się do własnej sytuacji człowieka śmiertelnie chorego, chętnie mówisz o klasie: "Chciałbym umrzeć szybko, sprawnie i z klasą". Daruj, ale to "umrzeć z klasą" zawsze powoduje we mnie zgrzyt.

Ks. Jan Kaczkowski: Umrzeć bez klasy to umierać bez godności albo z nadszarpniętą godnością.

Może to moje mówienie o umieraniu z klasą jest wynikiem obawy przed zaufaniem innym, że mogą mnie akceptować także wtedy, kiedy będę mówił od rzeczy i będę całkowicie bezbronny. Jeszcze nie wyrobiłem w sobie zgody na pełne ogołocenie - wymioty, załatwianie się w pieluchę, całą tę przykrą fizjologię, nad którą mogę przestać panować, a inni będą musieli mnie w takim stanie pielęgnować. Jest we mnie lęk, że drugi człowiek się mną zbrzydzi.

Ksiądz Jan Kaczkowski w puckim hospicjum, 2015 r. (fot . Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)Ksiądz Jan Kaczkowski w puckim hospicjum, 2015 r. (fot . Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

Choroba to często konieczność przekraczania kolejnych istniejących w nas barier - choćby korzystanie z pampersa. Kiedy po raz pierwszy musiałem go użyć, czułem się podle. Skoro jednak wielokrotnie zapewniałem pacjentów naszego hospicjum - i wciąż to robię naprawdę szczerze - żeby nie robili sobie wyrzutów, że przy mnie wymiotują czy dzieje się coś z ich fizjologią, co może ich krępować, to paradoksalnie ta moja obrona własnej autonomii jest właśnie bez klasy.

17 maja o godzinie 18.00 w warszawskiej Proximie odbędzie się charytatywny koncert w ramach projektu "Petardy księdza Kaczkowskiego". Ponad 80 muzyków zagra dla Puckiego Hospicjum pod wezwaniem Św. Ojca Pio!

Na scenie zobaczymy m.in.: De Mono, Golden Life, Mech, Turbo, NeuOberschlesien, RSC, Harlem, Chevy, Wild Pig, Limit Dźwięku, The Skrzat oraz Marka Piekarczyka, Maćka Balcara, Wandę Kwietniewską, Danutę Błażejczyk i wielu innych muzyków w specjalnych i zaskakujących, PETARDOWYCH składach!

Gratką dla fanów będzie też premierowy występ nieformalnego bandu "PETARDY" (26 muzyków na scenie) w utworze "Jak płomyk zapałki". Tu liczymy na duży udział publiczności! Numer zapowiada płytę, na której znajdą się utwory zarejestrowane podczas całego koncertu.

Podczas imprezy odbędzie się m.in. licytacja gadżetów z autografami artystów oraz zbiórka do puszek na rzecz puckiego hospicjum.

Koncert poprowadzą: Adam Dobrzyński, Olek Ostrowski, Aleksandra Kutz i Jacek Wroński. Szczegóły znajdziecie na FB Petardy księdza Kaczkowskiego! Wstęp wolny!

Zgoda na tego rodzaju - jak to nazywasz - ogołocenie przychodzi nam łatwiej w odniesieniu do innych niż wobec samych siebie.

- Masz rację, bo przecież ja sam jestem w stu procentach pewien - dałbym się w obronie tej tezy pokroić - że nawet człowiek najbardziej ogołocony ma innym coś do dania. Godność osoby ludzkiej jest w dawaniu. Dawanie ma sens, bez względu na jakość. Nie oznacza to jednak - chciałbym tu być dobrze zrozumiany - rygorystycznego obowiązku. Człowiek ma prawo, a może również powinność powiedzieć: jestem bezsilny, nie daję rady. To nie ma nic wspólnego z szantażowaniem bezsilnością, przeciwnie i paradoksalnie, ta jego autentyczna bezsilność budzi u innych potencjał dawania.

Ks. Jan Kaczkowski podczas posługi duszpasterskiej (fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)Ks. Jan Kaczkowski podczas posługi duszpasterskiej (fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)

W hospicjum przychodzi taki moment, kiedy faktycznie nie możemy już medycznie choremu niemal nic zaproponować, i to nie dlatego, że jesteśmy pod ścianą, ale dlatego, że jest zabezpieczony. Zagwarantowaliśmy mu możliwie pełną kontrolę objawów: chorego nie boli, nie jest mu duszno, jest po prostu w stanie przedagonalnym. Może źle to zabrzmi, ale ja lubię moment, kiedy bardzo otwarcie rozmawiamy z chorym o śmierci. Mam wtedy poczucie, że to, co robimy w hospicjum - opieka medyczna, psychologiczna i duchowa - ma sens. Przychodzę do chorego i mówię na przykład: "Panie Zbyszku, obaj wiemy, że pora umierania się zbliża. Wyobrażam sobie, że to dla pana bardzo trudne. Niech pan jednak przez chwilę pomyśli, dla kogo z pana najbliższych jest to jeszcze trudniejsze?". Wtedy jego lęk schodzi na chwilę na dalszy plan, myśli o żonie i synu, Krzysztofie, który niedawno skończył piętnaście lat i jest w okresie buntu - bo do pana Zbyszka dociera, że dla nich jego śmierć to tragedia. W takiej sytuacji zawsze pytam: "Co wspólnie możemy zrobić, żeby nieco ulżyć ich cierpieniu?". Wtedy ten stojący na progu śmierci człowiek na chwilę przestaje być pacjentem, kimś w centrum uwagi, a staje się mężem i ojcem, zaczyna myśleć o innych, a nie jedynie o swoim umieraniu.

To bardzo ważne, bo człowiek - również ten bardzo chory, zbliżający się do kresu życia - ma coś drugiemu do dania. Chociażby wiedzę o najbliższych, o swoich relacjach, bo to przecież on jest ekspertem od własnej rodziny. I czasem to się udaje. To są te piękne zdarzenia, kiedy ktoś bliski śmierci znajduje w sobie tyle siły, że do końca chce zrobić coś dla drugiego. To są małe, a czasem wielkie cuda. (...)

Ksiądz Jan Kaczkowski w 2015 r. (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)Ksiądz Jan Kaczkowski w 2015 r. (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

Wielokrotnie w tej książce mówiłeś o tym, jak się przygotować, żeby dobrze przeżyć własną śmierć. A jak przygotować się do tego, żeby dobrze towarzyszyć swojemu bliskiemu w umieraniu?

- Najważniejsza sprawa to nie udawać: "Wszystko będzie dobrze", "Na pewno wyzdrowiejesz" etc. Jeśli naprawdę śmierć jest już na horyzoncie i wiemy o tym, nie powinniśmy ukrywać tego przed naszym chorym, zwłaszcza że on najczęściej już o tym dobrze wie i gotów jest na rozmowę na ten temat. Widząc jednak uniki najbliższych, nie zawsze ma siłę przebić się przez tę zmowę milczenia. W hospicjum zazwyczaj w takich sytuacjach wkraczamy z pomocą. Dobrze, żeby taka szczera rozmowa - świadomie się powtarzam - odbyła się, kiedy jest jeszcze trochę czasu i można wspólnie z odchodzącym pozamykać ważne sprawy, odbyć istotne rozmowy i przez jakiś czas cieszyć się jeszcze obecnością siebie nawzajem. Rozumiem, że śmierć ukochanego człowieka to doświadczenie, które trudno unieść, kiedy jednak moment śmierci nastaje, rozpacz jego najbliższych i ich niezgoda na tę śmierć powinny zejść na dalszy plan. Jeśli naprawdę chcemy pomóc umierającemu, aby dobrze przeżył swoją śmierć, to najlepszym, co możemy zrobić, jest pełne spokoju i czułości towarzyszenie mu. Lepiej byłoby powstrzymać się od szlochów, spazmów czy prób zatrzymywania chorego przy życiu.

Zatrzymywania chorego przy życiu?

- Zdarzają się wypadki, że najbliżsi w odruchu rozpaczy błagają: "Nie możesz umrzeć!", "Nie zostawiaj mnie jeszcze!", "Potrzebuję, żebyś żył!". To dla odchodzącego bardzo dramatyczna sytuacja. Mieliśmy kiedyś w hospicjum pacjenta, który nie mógł umrzeć, ponieważ jego córka nie dawała mu na tę śmierć przyzwolenia. Był bardzo wyniszczony chorobą i dobrze przygotowany na śmierć. Na szczęście córka zrozumiała, że tym swoim zachowaniem tylko dokłada tacie cierpienia. Dała mu swoje przyzwolenie na śmierć i dzielnie towarzyszyła w umieraniu.

Ksiądz Jan Kaczkowski i Ireneusz Bieleninik na 21. Festiwalu Woodstock, lipiec 2015 r. (fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)Ksiądz Jan Kaczkowski i Ireneusz Bieleninik na 21. Festiwalu Woodstock, lipiec 2015 r. (fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Wszystkich czuwających przy umierających albo przy tych, którzy nie mogą skonać, zachęcałbym do praktykowania tradycyjnych, czasem bardzo starych, ale skutecznych pobożnych zwyczajów. Przy ludziach konających należy się modlić półgłosem. Obowiązkowo trzeba przy nich siedzieć lub klęczeć, a nie stać, bo kiedy stoimy - a zwłaszcza pochylamy się nad nimi - mają wrażenie, że im duszno. Trzeba siedzieć tak, by widzieli naszą twarz, by nasz głos nie dochodził gdzieś z tyłu ich głowy. (...)

My, ludzie wierzący, mamy również pewne święte czynności - sakramenty (spowiedź, namaszczenie i Komunia Święta w formie wiatyku) i sakramentalia (poświęcenia, błogosławieństwa, inne modlitwy). A także uświęcone tradycją zwyczaje: zapalenie gromnicy, pokropienie wodą święconą - one również pomagają w towarzyszeniu umierającemu.

Ale przecież również ci, którzy nie wierzą, mogą uczestniczyć w procesie pożegnania ze swoim umierającym. Można uklęknąć przy łóżku umierającego nie po to, żeby się modlić, ale po prostu wyszeptać do ucha to wszystko, co jeszcze chcielibyśmy mu powiedzieć. Można to też powiedzieć odchodzącej osobie w myślach, czule gładząc jej dłoń, policzek czy czoło. Sam też zwykłem głośno zwracać się do umierającego człowieka i mówić, że razem z jego najbliższymi jesteśmy przy nim, żeby niczego się nie bał, że będziemy przy nim cały czas. Wymieniam imiona wszystkich obecnych, dyskretnie zachęcam ich, żeby obdarzali odchodzącego bliskiego czułymi gestami.

(fot. materiały promocyjne)(fot. materiały promocyjne)

Jeśli przybliżający się do kresu człowiek ma kilkuletnie lub nastoletnie dzieci, zachęcam, żeby przyprowadzić je zawczasu, aby mogły pożegnać się z odchodzącym rodzicem, poczuć jego ciepło i bliskość. Można zaproponować dziecku, żeby wzięło umierającą mamę za rękę i powiedziało jej w myślach wszystko, co by chciało. Najlepiej, żeby przy tym był psycholog.

Niektórzy uważają, że dzieci nie należy przyprowadzać do umierających.

- To absurdalne. Dziecko też ma prawo pożegnać się z umierającym rodzicem czy którymś z dziadków. Okazać im swoją miłość, przytulić się do jeszcze żywej osoby. Spotkałem człowieka, który postanowił zataić przed własnymi dziećmi śmierć ich mamy. Zamierzał im powiedzieć, że na rok wyjechała do Chin na leczenie. To straszne. Jak dzieci miałyby unieść to, że mama się z nimi nie pożegnała, że w ogóle się z nimi nie kontaktuje? No i przecież mama za ten rok nie wróci. Nie mogę sobie wyobrazić, jak przez ten czas miałaby funkcjonować ta rodzina, w której ojciec okłamywałby dzieci. Taka postawa to piramidalne nieporozumienie. Oczywiście, dla dziecka śmierć rodzica czy innej ukochanej osoby to zazwyczaj doświadczenie traumatyczne. Ale zamiast je okłamywać czy nie dopuszczać do umierającego, namawiałbym, aby pozwolić dziecku pożegnać się z odchodzącym bliskim, a potem otoczyć dziecko czy nastolatka czułą troską w tym bólu po stracie i z delikatnością mu towarzyszyć.

Jeśli nie zadbamy o to, żeby dziecko pożegnało się ze swoim umierającym bliskim, jego ból po stracie może być jeszcze bardziej dojmujący. Może wyrzucać sobie, że nie przeprosiło zmarłego albo nie miało szansy powiedzieć mu, jak bardzo go kocha. Dla bliskich umierającego bardzo trudny jest również ten moment, kiedy śmierć się dopełni. W naszym hospicjum zazwyczaj czuwamy przy zmarłym jeszcze jakiś czas po oddaniu przezeń ostatniego tchnienia. Kiedy jednak śmierć już zostanie domknięta - wspólnie trwaliśmy przy umierającym, trzymaliśmy go za rękę, pocałowaliśmy na pożegnanie, modliliśmy się za niego - trzeba w pewnym momencie umieć wyprowadzić bliskich z pokoju zmarłego.

*Fragment książki ks. Jana Kaczkowskiego i Katarzyny Jabłońskiej "Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby'', którą w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>


Ksiądz Jan Kaczkowski. Ur. 1977. Duchowny rzymskokatolicki, prezbiter, doktor nauk teologicznych, bioetyk. W 2004 r. był jednym z założycieli Puckiego Hospicjum Domowego. Od 2009 r. dyrektor i prezes zarządu Puckiego Hospicjum pod wezwaniem św. Ojca Pio. Autor książki "Grunt pod nogami". Zmarł 28 marca 2016 r. Cierpiał na nowotwór nerki i glejaka mózgu.

Katarzyna Jabłońska. Absolwentka filologii polskiej UW, krytyk filmowy. Sekretarz redakcji kwartalnika "Więź", współautorka książek Między konfesjonałem a kozetką i Wyzywająca miłość. Z ks. Janem Kaczkowskim przeprowadziła dwa wywiady rzeki: ''Szału nie ma, jest rak, który stał się bestsellerem'', oraz ''Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby''. Członkini Zespołu Laboratorium "Więzi". Mieszka w Otwocku.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (41)
Zaloguj się
  • agnrodis

    Oceniono 6 razy 6

    Powiem krotko, KK i Rydzyk, won od polityki i robienia wielkich pieniedzy!!! Powolaniem Koscila jest pomoc slabszym, a nie wyzysk podatnika i zagrabianie dobr Panstwowych za pol-darmo!!!!

  • Andréas Kloss

    Oceniono 8 razy 6

    Do pięt mu nie dorastam. Co tam do pięt. Nie dorastam mu do spodów pięt. Byłeś i jesteś WIELKI. Dziękuję.

  • pogoda58

    Oceniono 14 razy 4

    ale był fajny.

  • agnrodis

    Oceniono 5 razy 3

    I to jest prawdziwy czlowiek, ksiadz z powolania!!! Ten Ksiadz to nie jest kombinator i oszust jak Rydzyk i wiekszosc KK zajmujaca sie wylacznie polityka i szczuciem jednego Polaka na drugiego dla wlasnych polityczno-finansowych zyskow.

  • agnrodis

    Oceniono 4 razy 2

    Polscy Katolicy nie zgadzaja sie z Ks. JK! Ich powolaniem jest popieranie PiSu, opluwanie drugiego sortu i religia Smolenska!!!! Wystarczy poczytac ich komentarze.

  • n29a

    Oceniono 5 razy 1

    Panie Jan, Pan jesteś Człowiek.

  • shipa

    Oceniono 5 razy 1

    Troszczymy sie o godne narodziny, walczymy o godne zycie, ale zamiast godnej smierci odczlowieczamy ten proces, nie wiedzac ani nie potrafiac sie zachowac w obliczu smierci. Kazda dyskusja na ten temat jest wazna i potrzebne, jesli pozwoli spojrzec na smierc jako naturalny proces, a nie zmedykalizowany do granic ludzkich mozliwosci.

    Osobom wierzacym jest o tyle ( odrobine) latwiej, ze umieranie jest otoczone pewnymi rytualami lub wrecz rytami, dodatkowo tradycja czy zwyczaj rodziny moze byc wsparciem dla obu stron procesu: umierajacych i ich najblizszych.

    Jesli bedziemy sie obawiac rozmow o smierci, nie oswoimy jej na tyle, by przestac sie nad jej namacalnosci wokol najblizszej ukochanej osoby. O smieci warto rozmawiac, warto ja tez ( w pewnym stopniu) zaplanowac procesy czy konsekwencje z nia zwiazane.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX