Marta Dymek

Marta Dymek (fot. Zuza Krajewska)

kuchnia

Marta Dymek: Opracowałam wegańską mapę świata. Zrozumiałam, że nikt tego za mnie nie zrobi

Oto jest - nowa książka Marty Dymek, twórczyni bloga Jadłonomia, autorki wielokrotnie wznawianego debiutu "Jadłonomia - przepisy kuchni roślinnej". Choć pisała ją na Podlasiu przy trzaskającym mrozie, a zdjęcia potraw robiła na kuchennym parapecie w Warszawie, to sercem "Nowej Jadłonomii" są egzotyczne podróże, korzenne przyprawy i przywiezione z daleka patenty.

Długo pracowałaś nad "Nową Jadłonomią".

- Dwa lata. Już po roku od publikacji "Jadłonomii - kuchni roślinnej" wszyscy - wydawca, rodzice, przyjaciele - pytali, kiedy kontynuacja. Panował konsensus, że powinnam działać jak najszybciej, skoro mój debiut odniósł taki sukces [''Jadłonomia'' doczekała się siedmiu dodruków -przyp. red.]. Ja nie do końca w to wierzyłam, bo czułam, że jeśli pierwsza książka została tak dobrze przyjęta i pokazała kuchnię roślinną i wegańską szerszym masom czytelniczym w Polsce, to druga musi być jeszcze lepsza. Nie wyobrażałam sobie, że teraz będę odcinać kupony i napiszę "Kuchnię wegańską łatwą" i "Moją kuchnię wegańską", i "Twoją kuchnię wegańską"... (śmiech). Szukałam więc tematu.

(fot. materiały promocyjne)Czekoladowa gryczanka. Przepis z nowej książki Marty Dymek ''Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata'' (fot. materiały promocyjne)

Nie zakładałaś, że podróżowanie odegra w nowej książce tak dużą rolę?

- Nie. Na początku zintensyfikowałam podróże, by mniej odczuwać presję. Wyjeżdżałam, żeby od niej odpocząć. Myślałam sobie, że temat się pojawi, kiedy będę gotowa, a póki co będę się uczyć, poznawać nowe rzeczy. Przy okazji odkryłam, że podróże mają szczególne znaczenie dla osób, które gotują wegańsko. Pomyśl - o każdej kuchni są już przewodniki, całe encyklopedie, bo wiele pokoleń na to harowało. Praca całych generacji złożyła się na wiedzę o rodzajach steków i kotletów mielonych. Natomiast kuchnia wegańska nie była dotąd sklasyfikowana. Nie ma ksiąg, które ją opisują na świecie, nie ma oczywistych autorytetów. Ta wiedza istnieje, ale jest rozproszona, ukryta. Podróżując, tworzyłam więc właściwie leksykon kuchni wegańskiej sama dla siebie. Przyglądałam się, jak różnie ludzie przygotowują warzywa, sprawdzałam, co jedzą, gdy nie jedzą mięsa. Musiałam opracować wegańską mapę świata.

To jakieś zadanie totalne!

- Myślę, że to zajęcie na całe życie dla kilku osób. Ta książka to ledwie początek.

(fot. materiały promocyjne)Awokado z kokosowym bekonem. Przepis z nowej książki Marty Dymek ''Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata'' (fot. materiały promocyjne)

Któreś państwo cię rozczarowało?

- Nie. Zawsze, gdy gdzieś jadę, otwieram dane miejsce kulinarnym kluczem. Kraje mogą mieć bogatą kuchnię roślinną z wielu powodów. Mogą być jak Izrael, gdzie ze względu na uwarunkowania klimatu i kultury - koszerność - powstaje silna scena wegańska. Mogą być jak Berlin, który jest wegański z innych przyczyn - powiedzmy, że nie bez wpływu są tutaj XXI-wieczne mody zachodniego człowieka. Zdarzało mi się wybierać do państw, które nie mają tej wegańskiej famy, i słyszeć ciągle: "o, tam będziesz głodna", "byłem tam i nie mają nic bez mięsa". Ale ja bardzo lubię wyzwania. Takie miejsca mnie niezwykle stymulują, bo trzeba się tam bardziej postarać. Dla mnie oznaczało to jeszcze więcej przygotowań przed wyjazdem, jeszcze dogłębniejszą szperaninę. Koniec końców wszędzie udawało mi się znaleźć mnóstwo roślinnych dań. Trzeba było tylko włożyć w to więcej wysiłku. Ale jaka była satysfakcja, gdy z miejsca, gdzie pozornie nie jada się nic bez mięsa, udawało się przywieźć dużo wegańskich przepisów i inspiracji.

Jakie kraje masz na myśli?

- Na przykład Gruzję i Armenię. W Gruzji po raz pierwszy byłam lata temu, nim jeszcze Marcin Meller ją dla nas oswoił. Faktycznie, mówiono mi, że tam się jada tylko mięso, mięso i mięso. I co się okazało? Że to nieprawda, trzeba tylko poszukać. Bo wiem z doświadczenia, że ci, którzy mięso jedzą, mają w podróży inną perspektywę. Dostają od razu, z marszu, inne potrawy i nie dopytują o nic więcej, bo nie mają takiej potrzeby. Ja natomiast, kiedy objawiam się jako weganka, uruchamiam w umysłach rozmówców znacznie więcej skojarzeń.

(fot. materiały promocyjne)Żurkowy krem z selera. Przepis z nowej książki Marty Dymek ''Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata'' (fot. materiały promocyjne)

Na twój widok w głowach kucharzy otwiera się jakaś klapka?

- Tak. I na przykład w Gruzji większość dań głównych jest rzeczywiście mięsna. Ale światem bezmięsnych potraw są przystawki. Gość, który je mięso, automatycznie dostanie te wszystkie świnie, króliki, kozły i barany. Ja zaś mogę czerpać z zasobów przystawek, a nawet dostać jeszcze coś ekstra.

W którymś momencie zrozumiałam, że jeśli sama nie wybiorę się w drogę i nie stworzę tego bezmięsnego leksykonu, to nikt tego za mnie nie zrobi.

Ja mam takie wspomnienie z wyjazdu dziennikarskiego na Białoruś, gdzie przebywaliśmy kilka dni w domu pod miastem. Gotowała dla nas pani, która na wieść o tym, że nie jem mięsa, zbladła, załamała ręce i zaserwowała mi zupę mleczną. To było dla mnie graniczne doświadczenie kulinarnego braku.

- W tej historii świetnie unaocznia się inna kwestia: że wielu miejscom na świecie bliskie jest myślenie o mięsie jako o jedzeniu odświętnym, wytwornym, dobrym dla gościa. Może być tak, że ta pani klei najlepsze pierogi z ziemniakami, ale ci ich nie dała, bo spanikowała i uznała, że to nie jest odpowiednie jedzenie dla gości. A gdybyś z nią usiadła i zapytała, co je w dni postne, toby się okazało, że ma w głowie milion dań.

Marta Dymek (fot. Zuza Krajewska)Marta Dymek (fot. Zuza Krajewska)

Miałaś zapędy, żeby przy okazji tych podróży pokazać też trochę etnografii kulinarnej?

- Najpierw sądziłam, że w książce będzie tego więcej, ale ostatecznie poczułam, że potrzebowałabym na to jeszcze 15 lat. Na razie więc "Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata" jest moją impresją na temat tego, jak na świecie jedzą ludzie, gdy nie jedzą mięsa. Istotą tej publikacji jest próba pokazania świata w oparciu o polskie warzywa i owoce. Bo wiadomo, że fajnie jest pojechać do Tajlandii i zjeść sticky rice [danie z kleistego ryżu - przyp. red.] z mango, ale w Polsce mango będzie bez sensu.

Bo niedojrzałe i niesmaczne?

- Tak! Próbuję więc te smaki z podróży, to bogactwo wegańskich kuchni świata przenieść na grunt kuchni polskiej. Dlatego w książce jest sticky rice, ale z gruszką, co ma więcej sensu, bo mango kupimy w Polsce w odmianie włóknistej, a przecież na sticky rice kładzie się je w całości, właśnie po to, żeby je zjeść łyżką, bo jest mięciutkie i włókien pozbawione. A gruszka nadaje się do tego idealnie - jest słodka i mięsista.

To w czym w książce wyraża się ta przywieziona z podróży egzotyka?

- W przyprawach. Głęboko wierzę w to, że są najlepszą inwestycją w kuchni. Za 100 złotych można kupić tak dużo świetnych przypraw, że zaopatrzymy się na rok i damy radę ugotować wszystko: dania kuchni indyjskiej i gruzińskiej, włoskiej, tajskiej i wietnamskiej. A nawet gdy wydamy dwie dychy, to też zgromadzimy kilka fajnych dodatków. Wtedy wystarczy pójść do warzywniaka i kupić trzy warzywa na krzyż, jakiegoś buraka, selera czy pory. Selera łączymy z pieprzem syczuańskim, żeby otrzymać selera kung pao, a buraki z kozieradką i już mamy buraczane lankijskie curry. Można kupować na bieżąco, sezonowo, niczego nie marnując. Zwiędniętą kapustę, która już nie nadaje się na surówkę, przeznaczymy wtedy na kimchi, bo mamy na półce paprykę gochugaru. To jedzenie sezonowe i regionalne, czyli lepsze dla środowiska i lepsze dla nas.

(fot. materiały promocyjne)Orecchiette z rzodkiewką i czosnkiem. Przepis z nowej książki Marty Dymek ''Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata'' (fot. materiały promocyjne)

Prezentujesz też ściągawki z egzotycznych technik: sposób na spring rollsy, które się nie rozpadają, czy stadia przygotowywania wegańskiej zupy pho.

- Tak. Starałam się wybrać te techniki, które najłatwiej odtworzyć w domowej polskiej kuchni, żeby nie zmuszać ludzi np. do kupna woka. Wok na zwykłej kuchence, a nie postawiony na żywym ogniu, nie da nam wiele. Starałam się też dobrze wytłumaczyć w książce, jak zrobić w domu pastę curry, bo jak się tego raz nauczymy, to potem będziemy trzymać zapas w lodówce i traktować nią każde zwiędłe warzywo. I z tego będzie superobiad.  To są rzeczy proste i uniwersalne.

Nie ustajesz w misji popularyzatorskiej, wietrzę kolejny sukces!

- Wciąż najważniejsze jest dla mnie przekonanie ludzi, że można jeść mniej mięsa. Nie mówię już, żeby pozbyć się go z jadłospisu całkowicie, bo to jest wyższy cel. Ale jeść go po prostu mniej. Jestem głęboko przekonana, że ludzie są z gruntu dobrzy i jeśli jedzą za dużo mięsa, to przede wszystkim dlatego, że nie wiedzą, z czym to się wiąże. A jeśli już nawet mają tę świadomość, to są wobec niej bezradni, nie wiedzą, czym mięso zastąpić. Dlatego moją misją jest pokazać im, że tak naprawdę mają masę możliwości. Odczuwam ogromną presję, żeby to, co pokazuję w książce i na blogu, było pyszne, proste i tanie. Przepisy muszą zawsze wychodzić. Czuję bowiem, że docieram do ludzi, którzy często są jeszcze nieprzekonani i sięgają po tę czy tamtą moją książką wtedy, kiedy zaczynają myśleć o zredukowaniu mięsa w diecie. Jeżeli ja ich rozczaruję, przepis nie wyjdzie, to szansa przepada, a człowiek myśli: oj, to nie dla mnie.

Duża odpowiedzialność!

- Pewnie trochę ją sobie wymyśliłam. Ale też dostaję tyle maili od ludzi, którzy nierzadko całymi rodzinami przeszli na wegetarianizm, że wiem, że ci przekonani liczą się już w tysiące. Wiem też z rozmów z czytelnikami, że osoby, które za sprawą bloga czy książki przestały jeść mięso, to u mnie szukają pomysłów na nowe dania. I znowu czuję, że jeśli nie dostarczę im dobrych, sprawdzonych, dopracowanych przepisów, mogą stracić motywację. Mam świadomość, że istnieje całe mnóstwo innych źródeł wiedzy, ale mimo wszystko nie chciałabym rozczarować tych, którzy raz mi zaufali.

(fot. materiały promocyjne)Włoskie ciasto cukiniowe. Przepis z nowej książki Marty Dymek ''Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata'' (fot. materiały promocyjne)

To teraz opowiedz, jak przygotowywałaś się do podróży.

- Wiele osób mnie o to pyta i zorientowałam się, że gdy mówię prawdę, czyli że dużo się przygotowuję zawczasu, dużo czytam i notuję, to jest to dla rozmówców rozczarowujące. Każdy liczy, że powiem: no wiecie, szczęście, przypadek! (śmiech)

Ja się raczej spodziewałam, że przeczesujesz internet i wypytujesz innych podróżników. Taka droga jest przynajmniej możliwa do naśladowania, nie to co łut szczęścia.

- Szczęście jest pomocne, ale nie będę ściemniać, że przyjeżdżam i coś się dzieje samo. Najczęściej gdy planuję wyprawę do jakiegoś kraju rozwijającego się, moją bazą są encyklopedie tamtejszej kuchni. Potem zawężam wyszukiwanie do kuchni regionalnych, a następnie do dań wegańskich. W końcu sprawdzam, gdzie się je serwuje. W Wietnamie na przykład często korzystałam ze wsparcia stron ministerialnych, które promują lokalne specjały, szukałam dobrych przewodników, którzy przekazywali mnie potem kolejnym osobom. Na długo, zanim dokądś pojadę, mam już rozplanowany dzień po dniu, wiem, gdzie będę i po co. Wiem więc, że w tym mieście jest targ, gdzie sprzedają unikatowe kiszone tofu, a w tamtej wsi mieszka pani, która sama uciera mąkę na naleśniki ryżowe i smaży je w porze lunchu. Natomiast w krajach bardziej rozwiniętych technologicznie, jak Korea czy Tajwan, chętnie korzystam z blogosfery, Instagrama, Facebooka, FourSquare'a.

Ze zdziwieniem odkryłam dzięki twojemu blogowi, że Tajwan to taka mekka dla wegetarian.

- Też byłam tym zaskoczona. O Tajwanie przeczytałam w zeszłym roku, że zaczyna wybijać się na tym tle spośród krajów azjatyckich, dlatego zaplanowałam tam wypad z Singapuru. I zobacz: znów, gdyby ktoś pojechał bez tej wiedzy, którą ja zgromadziłam, mógłby łatwo uznać, że Tajwan to piekło. Nikt nic nie rozumie po angielsku, wszystkie napisy są po chińsku, wszystkie dania na oko są mięsne. Ale znów, jeśli zajrzymy pod powierzchnię, okaże się co innego.

(fot. materiały promocyjne)Lody z masłem orzechowym i curry. Przepis z nowej książki Marty Dymek ''Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata'' (fot. materiały promocyjne)

Zidentyfikowałam przy okazji jeszcze jeden problem: wielu wegetarian, szukając jedzenia w podróży, pyta autochtonów właśnie o dania wegetariańskie, nawet używając lokalnego języka. Bardzo często spotykają się z niezrozumieniem i koniec końców i tak dostają mięsną zupę. To wszakże nie znaczy, że w tym kraju nie znają konceptu dań bez mięsa; słowo "wegetariański" może po prostu być tam semantycznie puste. To jest trochę tak, jakby ktoś zapytał przypadkowego Polaka, czy w kuchni polskiej są dania koszerne. Wiele osób nie wiedziałoby, co odpowiedzieć, co nie znaczy, że dań koszernych nie ma.

Autochton nie łączy słowa "wegetariański" z desygnatem "jedzenie, w którym nie ma mięsa"?

- Tak. Gdy mu wytłumaczymy, że to danie ma nie mieć tego i tego - np. kawałków mięsa i mięsnego bulionu - to nasz rozmówca pojmie w lot, o co chodzi. Z drugiej strony my sami często nie wiemy, że w danej kulturze są podobne koncepty, które pomogłyby nam otrzymać bezmięsne danie. Dla przykładu w całej Azji Południowo-Wschodniej znany jest termin "ciaj", "jaj" czy "dżaj" - różnie wymawiany w zależności od kraju. To wegetarianizm buddyjski, powiązany z praktyką religijną. Obejmuje dania, które nie zawierają mięsa i jego pochodnych, ale też jajek, czosnku i cebuli. Nie znając tego słowa, nie wpadlibyśmy na pomysł, żeby poprosić o takie danie. Podróże nauczyły mnie już dawno temu, że trzeba się wyzbyć roszczeniowości. Warto porządnie się przygotować, uzbroić w cierpliwość i mieć świadomość, że jedziemy do innego kręgu kulturowego. Tam dań spełniających nasze kryteria wegetarianizmu i weganizmu może być mnóstwo, ale będą się np. inaczej nazywać.

Dużo jeździłaś sama?

- Mniej więcej połowę czasu. Na początku zakładałam, że będziemy wszędzie jeździli z moim chłopakiem. Szybko jednak okazało się, że to nie do końca zdaje egzamin. Bo kiedy on chciałby odsapnąć i dłużej pospać, zobaczyć jakiś zabytek, ja mam listę miejsc do odwiedzenia. Jest na niej ta knajpa na drugim końcu miasta i ta buda na bazarku, którą muszę odnaleźć... Zawsze obiecuję, że to już ostatnia buda, a potem zrobimy to, co on chce, ale to się rzadko wydarza. Z drugiej strony, kiedy ja chcę się przemieszczać, działać, on musi akurat popracować i potrzebuje miejsca z dostępem do internetu, gdzie mógłby posiedzieć. W którymś momencie zrozumiałam więc, że łączenie urlopu z moim podróżami kulinarnymi się nie udaje. Dlatego zaczęłam jeździć sama. Na początku trochę się tego bałam, byłam niepewna i nieco wolniej działałam, jeszcze dłużej się przygotowywałam. Ale z czasem zyskałam więcej pewności i polubiłam te moje samotne kulinarne wypady.

(fot. materiały promocyjne)Kawa po islandzku. Przepis z nowej książki Marty Dymek ''Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata'' (fot. materiały promocyjne)

Co się zyskuje, będąc samej?

- Myślę, że to samo, co w sytuacjach, gdy przekraczamy swoją granicę komfortu. Dla każdego to znaczy trochę co innego. Grunt, że trzeba wtedy przeskoczyć siebie i zrobić rzeczy, na które nie do końca mamy ochotę i chętnie poprosilibyśmy, żeby ktoś zrobił je za nas. Końcowy bilans przeważnie wychodzi na plus, bo jeżdżąc sama, poznawałam jeszcze więcej osób. Jedyna przykra rzecz, jaka mnie spotkała, to dur brzuszny. Wylądowałam wprawdzie w szpitalu, ale myślę, że to i tak niezły wynik jak na te wszystkie kraje, gdzie jadłam na ulicy w skrajnie niehigienicznych warunkach. Ciekawe, że przez lata jedzenia na ulicy nic mi nie było, a w Indiach pokonała mnie "dobra" restauracja! Bardzo krzepiące było natomiast to, że zawsze trafiałam na życzliwe, otwarte osoby. Nawet tam, gdzie bariera językowa była duża, gdy dochodziło do jedzenia, znikała. Udawało mi się jakoś pogadać i pogotować ze sprzedawcami ulicznymi, wejść do różnych kuchni bez znajomości jednego wspólnego słowa. Bywało, że sami mnie zapraszali, widząc, że siedzę gdzieś już trzecią godzinę i patrzę, jak coś smażą.

Napotkałaś rośliny, których nazw nie znasz do dziś?

- O tak. W Korei spędziłam kilka dni z mniszką, która oprócz realizacji swojego duchowego powołania często oddaje się też pasji gotowania. Mieszka niedaleko Seulu, gotuje bardzo dużo, karmi osoby starsze i te znajdujące się w trudnym położeniu. Zgodziła się przyjąć mnie do siebie na lekcję gotowania i gdy pokazywała mi swoją spiżarnię i ileś rodzajów fermentowanych sosów sojowych, już w połowie się zgubiłam i nie miałam pojęcia, czym się od siebie różnią. A potem specjalnie dla mnie przyrządziła kilka autorskich przepisów. Duża część z nich była oparta na jadalnych roślinach pochodzących z okolicy. Do dzisiaj nie wiem, co było w części tych dań, a długo o nich rozmawiałyśmy. Pamiętam za to ich smak i formę.

Będzie ci czegoś brakowało z bycia w drodze? Albo z konkretnych krajów?

- Wielu rzeczy. Przede wszystkim tego, że kiedy podróżuję jako weganka, to gdy już trafiam na podobnych ludzi, nawet wywodzących się z kompletnie innego świata, następuje niesamowite połączenie. Chcą mi przynosić jedzenie, są w stanie przyprowadzić wujka anglistę, żeby mi opowiedział w detalach jakąś historię. Roślinne jedzenie występuje często jako gwarant nici porozumienia.

(fot. materiały promocyjne)Smalec z porów i gruszek. Przepis z nowej książki Marty Dymek ''Nowa Jadłonomia. Roślinne przepisy z całego świata'' (fot. materiały promocyjne)

Na pewno będzie mi też brakować uczenia się. I tego momentu, gdy uświadamiam sobie, jak mało wciąż wiem. Uśmiecham się wtedy i mówię sobie, że kuchnia wegańska jest tak szeroka, że życia mi nie starczy, by ją zgłębić. A z prozaicznych rzeczy tęsknię za niektórymi produktami, np. za liśćmi pandanu. Mam na ich punkcie fioła, gdybym mogła, najchętniej używałabym ich do wszystkiego, ale niestety są w Europie trudno dostępne. Ostatnim razem przywiozłam sobie ze 20 wiązek i mam nimi teraz wypchaną zamrażarkę. I jeszcze będzie mi brakowało tanich buddyjskich jadłodajni, gdzie za pięć złotych najadam się do syta i jeszcze dostaję resztę. Kocham podróże, czuję, że zawsze będzie mnie nosić, ale lubię tu wracać. Cieszę się, że wyjazdy są jednak od święta, a nie na co dzień.

Czy widziałaś w podróży coś, co miałoby potencjał przeszczepienia do naszej kuchni?

- Kilka rzeczy. W Azji bardzo lubiłam ludzi sprzedających śniadania od wczesnego rana. W Wietnamie było to pho, z którego mniej korzystałam, chyba że znalazłam wegańskie, w pozostałych krajach bywały to najczęściej rozmaite zupy i kleiki ryżowe. Naprawdę marzyłabym, żeby w drodze do metra mijać panią, która ma kocioł z ryżową zupą, nalewa mi ją do woreczka, a ja w pięć sekund mam świetny lunch i nie muszę kupować bułki.

Street food, jaki znamy i odtwarzamy w Polsce, jest przeważnie podkolorowany. Robią go najczęściej młodzi ludzie w ładnych autkach, serwujący fajne, hipsterskie dania. A to, czego mi brak, to panie sprzedające na ulicy tę samą zupę całe życie. O 10 rano już ich nie ma, idą umyć ten swój garnek i nastawić ryż, żeby rano powrócić ze świeżą porcją. W tym zjawisku mieści się wiele rzeczy: przywiązanie do tradycji, szacunek, a także coś właściwego dla Azji, czyli ogromna praca nad tym, żeby dopracować jedno danie do perfekcji. W Polsce panie mogłyby sprzedawać zupę mleczną albo najlepsze na świecie drożdżówki. Albo pierogi!

''Nowa Jadłonomia'' Marty Dymek ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy (fot. materiały prasowe / Zuza Krajewska)''Nowa Jadłonomia'' Marty Dymek ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy (fot. materiały prasowe / Zuza Krajewska)

Tak można by też zatrudniać osoby, które nie są już produktywne na innych polach.

- Brak wystarczającej opieki emerytalnej w Wietnamie nie jest akurat niczym wesołym, ale fajnie byłoby, gdyby w Polsce osoby mające kulinarną pasję i chęci mogły również działać w ten sposób.

A drugą rzecz do przeszczepienia podpatrzyłam w San Francisco, gdzie mieszkałam kilka tygodni. To było na Mission, czyli w nader barwnej i wielokulturowej dzielnicy. Pamiętam, jak któregoś wieczoru moja gospodyni Kasia spytała, czy jadłam kiedyś tamales [zawiniątka z mąki kukurydzianej, często z farszem, opakowane w liście kukurydzy - przyp. red.]. Odparłam, że nie, że bardzo bym chciała i że muszę jechać do tej znanej knajpy, gdzie ponoć serwują najlepsze. Kasia na to, że nie muszę nigdzie jechać, bo co piątek o 20 świetne tamales sprzedaje jej sąsiadka na rogu. I faktycznie, w piątek nagle kilka domów zmieniło się w wielki grill. Sąsiedzi gotowali dla siebie i ze sobą, a nadwyżki sprzedawali. Oczywiście poszłam po te tamales i patrzyłam, jak ludzie z okolicznych domów wysyłają po nie dzieciaki z pięcioma dolarami w garści. Podobała mi się ta sąsiedzka życzliwość. Kiedy robisz imprezę i umiesz przyrządzić doskonałą rzecz, czemu nie zakrzyknąć: hej, chodźcie, zjedzcie z nami, odsprzedamy wam trochę. Nie tyle więc brakuje mi samych tamales czy empanady, ile tej autentycznej, sąsiedzkiej życzliwości, która zawiązywała się i umacniała dzięki jedzeniu.

To może będziemy wpadać do ciebie na zupy?

- Chciałabym bardzo! Moim wielkim celem na najbliższe lato jest robić pikniki i gotować dla siebie i różnych miłych, dobrych ludzi.


Marta Dymek. Autorka kultowego roślinnego bloga Jadłonomia i książki pod tym samym tytułem. Współpracuje z najciekawszymi polskimi magazynami kulinarnymi, prowadzi też autorski program kulinarny ''Zielona Rewolucja Marty Dymek'' na kanale Kuchnia+. Uwielbia pieczone bakłażany, nie zawsze ma cierpliwość do ucierania pasty curry i wciąż tak samo cieszy ją każda kolejna osoba przekonana do tego, że kuchnia roślinna jest niewyczerpanym źródłem inspiracji.

Agata Michalak. Dziennikarka, redaktorka, z wykształcenia kulturoznawczyni, pisze o przyjemności płynących z kultury (i) jedzenia. Współtworzyła i prowadziła magazyn kulturalno-kulinarny "Kukbuk", szefowała miesięcznikowi "Aktivist", pisała do berlińskiego dwutygodnika "Zitty", "Wysokich Obcasów" i "Exklusiva". Prowadziła autorską audycję w Radiu Roxy i bloga o ekodizajnie. Ciekawi ją życie wielkich miast. Autorka książki "O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (169)
Zaloguj się
  • feelek

    Oceniono 32 razy 16

    Jestem przekonany, że gdyby ludzie się ode mnie odczepili ze swoimi filozofiami, to jedząc co sobie zechcę miałbym święty spokój.

  • mietekkowalski

    Oceniono 24 razy 12

    Rozumiem w inny dzień, ale niedziela to rosół i kotlety schabowe! Może od jutra się zastanowie:)

  • alberto_srapovoli

    Oceniono 25 razy 11

    "Kokosowy bekon", "smalec z gruszek"... WTF??? Znowu ta koszmarna maniera, ktora pokazuje, ze weganie sami jacys gorsi sie czuja i czuja potrzebe pokazania swiatu, ze przeciez oni z niczego nie rezygnuja - patrz, jemy boczek i smalec (a takze "smietane" z kalafiora). Jedz sobie (albo nie jedz), co chcesz, ale nie osmieszaj sie i nie tworz alternatywnej rzeczywistosci, bo to nie jest boczek, ani smalec, ani smietana.

    No to pa, ide zjesc marchewke z wolowiny, brokuly z piersi kurczaka i liscie salaty ze schabu wieprzowego.

  • wlodzimierz.il

    Oceniono 25 razy 9

    Kolejna, która chce zbawić świat nie jedząc tego czy owego.
    Dieta bezmięsna, bezcukrowa, beztłuszczowa, bezglutenowa i bezsmakowa.

  • b0sy

    Oceniono 24 razy 8

    w sumie taka jest prawda, że ludzie już nie wiedzą, z czym się to wiąże, bo otrzymują gotowy produkt - mięso mielone, kiełbasę, szynkę, obiad. natomiast dawniej wiedzieli, z czym to się wiąże, bo zabijali zwierzęta. dziś to zajęcie tylko i wyłącznie rzeźnika a później masarza (w masowej hodowli).

  • Te Pe

    Oceniono 23 razy 7

    Nieszczęściem nie jest to że ludzie jedzą mięso. Zasadniczym problemem jest to, że 1/5 populacji świata zrobiła sobie z mięsa tanie żarcie kosztem godności zwierząt i zasobów przyrody.

  • aw34

    Oceniono 13 razy 5

    Człowiek jest wszystkożernym stworzeniem i powinien jesc wszystko kierując się rozsądkiem, wiedzą i umiarem. Polecam artykuł "Dlaczego weganie umierają na zawał". Taka niby zdrowa dieta a potrzebuje suplementów.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX