Kadr z filmu ''Erase and Forget''

Kadr z filmu ''Erase and Forget'' (fot. materiały prasowe)

ludzie

James ''Bo'' Gritz - pierwowzór Rambo i jego prawdziwa historia

Kim naprawdę jest James ''Bo'' Gritz i czy rzeczywiście można mu przypisać wojenne zasługi, o których często i chętnie opowiada? Co czuje człowiek, który ma na koncie ponad 400 ofiar? I który jest pierwowzorem filmowego Rambo? Szukając odpowiedzi na te pytania, reżyserka i artystka Andrea Luka Zimmerman spędziła z ''Bo'' długie godziny. Tak powstawał dokument ''Erase and Forget''.

James "Bo" Gritz służył w armii USA przez 22 lata. Działał między innymi w Wietnamie, Laosie i Birmie. W latach 80. był odpowiedzialny za pozyskanie informacji o miejscu przebywania amerykańskich jeńców wojennych w Wietnamie. Ta najważniejsza dla niego misja zakończyła się prawdziwym skandalem. Zamiast z konkretną lokalizacją i planem odbicia, "Bo" wrócił z niej z nagraniem zeznania lokalnego wietnamskiego watażki przeciwko wysoko postawionym urzędnikom amerykańskiej administracji. Choć ta i podobne wpadki dyskredytowały Gritza w strukturach wojskowych, jego nietuzinkowa osobowość i upodobanie do świateł jupiterów uczyniły z niego niemal bohatera popkultury. Nic dziwnego, że po historię "Bo" zaczęło chętnie sięgać Hollywood.

Po lewej salutujący Gritz w wieku 3 lat. Po prawej już jako dorosły mężczyzna, wśród żołnierzy. Kadry z filmu ''Erase and Forget'' (fot. materiały prasowe)Po lewej salutujący Gritz w wieku 3 lat. Po prawej już jako dorosły mężczyzna, wśród żołnierzy. Kadry z filmu ''Erase and Forget'' (fot. materiały prasowe)

Kiedy do kin trafił film "Rambo II" z 1985 r. (reż. George Cosmatos, w roli głównej Sylvester Stallone), w którym emerytowany komandos poszukuje w Wietnamie zaginionych w akcji jeńców wojennych i w pojedynkę wymierza sprawiedliwość, opinia publiczna od razu wychwyciła analogie do przeszłości Gritza. Nikt też zresztą specjalnie nie ukrywał, że wojenne losy "Bo" posłużyły za kanwę tej i innych opowieści, które okazywały się zwykle przebojami wypożyczalni kaset VHS - serialu "Drużyna A", w którym postać przywódcy bandy "Hannibala" Smitha inspirowana była doświadczeniami Gritza, a także "Zaginionego w akcji" Josepha Zito z 1984 r. z Chuckiem Norrisem w roli głównej.

James "Bo" Gritz, bohater pani filmu "Erase and Forget" pokazanego na ostatnim festiwalu w Berlinie, sprawia wrażenie żądnego sławy mitomana. Słuchając o jego fascynującym życiu pełnym przygód, ma się ochotę czasem krzyknąć "sprawdzam!". Niektóre opowieści brzmią naprawdę niewiarygodnie.

- Miałam podobne wątpliwości, kiedy zbierałam materiały do filmu o "Bo". Okazało się jednak, że na temat misji, w których brał udział, jest bardzo dużo archiwaliów - dokumentów, zdjęć, filmów. To wprost nie do wiary. Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: jak to możliwe, żeby jeden człowiek uczestniczył w tylu operacjach. Każdy element sprawdzałam jednak wielokrotnie, tak bardzo niewiarygodne życie prowadził mój bohater. Czy rzeczywiście był w Wietnamie, a potem jeździł po południowo-wschodniej Azji szukać jeńców w Laosie i Birmie? Czy faktycznie rozmawiał z narkotykowym baronem, "Królem Złotego Trójkąta" - Khunem Sa, by dowiedzieć się, gdzie mogą być przetrzymywani Amerykanie? Czy pracował w Pentagonie i przy zadaniach zleconych przez najwyższe rangą dowództwo wojskowe? Czy naprawdę zabił 400 ludzi, do czego się przyznaje? Takich historii jest dużo więcej, ale odpowiedź jedna - tak, on zrobił te wszystkie rzeczy.

James Gritz (tyłem, trzeci od prawej). Kadr z filmu ''Erase and Forget'' (fot. materiały prasowe)James Gritz (tyłem, trzeci od prawej). Kadr z filmu ''Erase and Forget'' (fot. materiały prasowe)

"Bo" Gritz wykorzystał swój czas w armii do maksimum. Potem odtwarzał różne wersje siebie samego w wielu filmach fabularnych, choćby w wojennym "Rescue Force" Charlesa Nizeta z 1990 r., gdzie wystąpił w jednej z głównych ról, i w filmach dokumentalnych. Najczęściej jednak grał role epizodyczne i jego nazwisko nie było nawet uwzględniane w napisach końcowych. Zgadzał się też, właściwie bez wahania, na wykorzystanie wizerunku w kinowych hitach. Teraz, w moim dokumencie, znowu jest w roli głównej. Ale Gritz to nie maskotka. To prawdziwa maszyna do zabijania, chociaż wchłonięta przez kulturę masową i przetworzona na potrzeby masowego odbiorcy.

Wiemy, że "Bo" wykonywał misje w odległych zakątkach świata, w niesamowitym napięciu, nierzadko ryzykując wszystko. O czym z życia swojego bohatera nie mówi pani w filmie?

- Dobre pytanie. "Bo" zawsze bardzo dużo opowiadał o Wietnamie, te wspomnienia nadal są w nim bardzo żywe. Często też wspominał, że od powrotu stamtąd nigdy nie przespał spokojnie całej nocy. Codziennie bierze bardzo silne proszki, bo bez nich ma powracające koszmary. Nie jestem pewna, czy go kiedykolwiek naprawdę diagnozowano, ale to, przez co przeszedł, i jak się zachowuje dzisiaj, to dla mnie najbardziej klasyczne i oczywiste oznaki stresu pourazowego.

W czasie realizacji filmu dużo rozmawialiśmy o uczuciach, ale to jest dla niego trudny temat, którego nie lubi poruszać. Myślę, że się go trochę boi. Nie pokazałam tego w "Erase and Forget", bo nie chciałam, aby uczucia stały się tematem przewodnim, gdyż łatwo wpaść wtedy w sentymentalizm, którego chciałam uniknąć.

Richard Crenna i Sylvester Stallone w filmie ''Rambo: First Blood Part II'' (fot. Mary Evans Picture Library / Eastnews.com)Richard Crenna i Sylvester Stallone w filmie ''Rambo: First Blood Part II'' (fot. Mary Evans Picture Library / Eastnews.com)

Jak to się stało, że w ogóle trafiła pani na tę postać?

- Jakieś 15 lat temu zaczęłam badać odtajnione akta CIA, głównie dotyczące akcji w południowo-wschodniej Azji w latach 60., do swojej pracy naukowej. "Bo" był na długiej liście osób, które przepytywałam, żeby uwiarygodnić to, o czym czytałam w znalezionych papierach. Rozmawialiśmy o operacjach w Indonezji, Afganistanie i wielu innych miejscach. Na początku wszystko opierało się jednak na dokumentach służb. Potem okazało się, że "Bo" dysponuje ogromną wiedzą i świetnie pamięta szczegóły tamtych wydarzeń. Na wszystko miał dowody: fragmenty rozkazów, zdjęcia, mapy z zaznaczonymi lokalizacjami. A ja całe badanie i analizę opierałam na materiałach źródłowych, zresztą to było jeszcze przed erą YouTube'a czy Wikipedii. Po jakimś czasie ktoś powiedział, że widział "Bo" w filmie. Dopiero wtedy obejrzałam "Rescue Force". Zaczęłam bliżej poznawać jego biografię i okazało się, że to niezwykle barwna i kontrowersyjna postać.

Dzisiaj "Bo" wygląda jak przeciętny osiemdziesięciolatek, który uwielbia opowiadać swoim wnukom różne historie z przeszłości. Jakie wrażenie sprawia przy pierwszym spotkaniu?

- Długo zastanawiałam się, ile jest w nim rzeczywiście tego popkulturowego Rambo, a na ile to media ukształtowały nasz odbiór tego człowieka. Kiedy go spotkałam po raz pierwszy, był bardzo otwarty i towarzyski, ale jednocześnie widać było, jak wielkie piętno wywarły na nim lata pracy pod wielką presją. Niedawno znajomy "Bo" powiedział mi, że jemu dużo trudniej jest żyć, niż umrzeć, a bycie na emeryturze traktuje jako karę za wszystkie lata spędzone w armii. Podobnie zresztą jak wielu weteranów, którzy widzieli swoich towarzyszy broni umierających na polu bitwy, chociaż sami zostali wśród żywych.

Przez lata media uczyniły sobie z Gritza na przemian maskotkę i chłopca do bicia, ale nie wydaje mi się, że robi to na nim jeszcze jakieś wrażenie. Bardzo często natomiast opowiada o swoich 400 ofiarach. Wydaje mi się, że z biegiem lat stały się numerem jeden w jego rozmyślaniach. Zapytałam go kiedyś, co by się stało, gdyby nagle umarł. Z mieszaniną smutku i melancholii w głosie stwierdził, że nie jest jeszcze gotowy, bo nie wie, co miałby powiedzieć tym 400 osobom, które zabił. On wciąż zmaga się z własnym sumieniem. Przez większość życia myślał, że wykonuje rozkazy, że to, co robi, jest czymś podyktowane, że ma sens. Po latach okazało się, że nie do końca tak było.

Gritz w 2005 r. (fot. Eastnews.com)Gritz w 2005 r. (fot. Eastnews.com)

Czy "Bo" nie ma żalu do amerykańskiej armii, że go opuściła, pozostawiła na pastwę losu po zakończeniu ostatniej misji? Gritz twierdzi, że nie dostał pomocy psychologicznej ani innego wsparcia po powrocie do ojczyzny.

- Dla "Bo" armia zawsze była rodziną. Wychowywał się bez ojca, z dziadkami, nie pochodzi z uprzywilejowanego środowiska. Wydaje mi się, że jego odwaga na frontach była jakimś przedziwnym zaprzeczeniem smutnego w gruncie rzeczy dzieciństwa. Jakby przez swoją nieludzką wręcz aktywność na polu bitwy starał się zrekompensować stracone lata, jakby nieobecnemu ojcu chciał udowodnić, ile naprawdę jest wart. Przez takie tęsknoty i dążenia dał się zaprząc tej niesamowitej maszynie wojennej, podobnie zresztą jak Rambo, któremu posłużył za pierwowzór. I - podobnie jak Rambo - "Bo" w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że to przez wojsko jest, jaki jest i znajduje się w miejscu, w którym się znajduje. Stał się człowiekiem bez przeszłości, z setkami ofiar na sumieniu, we własnym kraju traktują go jak dziwaka uwielbiającego być w centrum uwagi.

Ale kiedy podchodzą do niego młodzi chłopcy, głównie na targach broni, na których często się pojawia, "Bo" zachwala armię.

- Bardzo długo zastanawiałam się, dlaczego. Mógłby przecież zgodnie z prawdą powiedzieć, żeby nie szli do wojska, uciekali gdzie pieprz rośnie. Ale prawda jest taka, że w Ameryce często nie ma alternatywy. Jeśli jesteś biedna i nie idzie ci w szkole, możesz albo pracować dla armii, albo iść na bezrobocie. Jest niezwykle trudno wyrwać się z tego zaklętego kręgu. Na pewno dużo trudniej niż w Europie, gdzie mamy jednak określoną społeczną strukturę i zapewniony choćby podstawowy poziom opieki państwa. "Bo" do tej pory jest przekonany, że dla tych chłopców to jedyna szansa na odmianę losu, wykazanie odwagi na polu bitwy. Inaczej czeka ich depresja, alkohol i narkotyki. Niestety, niełatwo to zmienić.

Jednym z tematów pani filmu jest szeroki dostęp do broni w Stanach Zjednoczonych. "Bo" z całą mocą popiera jej posiadanie i korzystanie z niej w sytuacji zagrożenia. We własnym domu trzyma bardzo wiele sztuk broni, w kuchni, sypialni, w każdym niemal pomieszczeniu.

- Ja tego nie rozumiem, jestem wielką przeciwniczką broni i łatwego do niej dostępu. Wielokrotnie pytałam go, dlaczego jest mu tak niezbędna. Powiedział, że dzięki niej czuje się bezpiecznie. Po chwili jednak dodał, że już nie zabija ludzi. Co z tego, skoro wciąż potrzebuje mieć pod ręką strzelbę? W jego mniemaniu nie ma innego środka bezpieczeństwa. Zresztą nic dziwnego, skoro w armii miał przestrzegać jednego rozkazu: "zabij! zabij! zabij!". Teraz śpi z pistoletem pod poduszką. Wielu weteranów funkcjonuje podobnie, w ciągłym strachu, z zabezpieczeniem w postaci broni palnej. Zresztą nie tylko weteranów. W Ameryce z racji cięć budżetowych ubywa na przykład policyjnych patroli w weekendy, ogranicza się też częstotliwość funkcjonowania publicznego transportu. Ludzie się po prostu boją, że nikt ich nie obroni.

Stallone w trzecim z serii filmów o Rambo (fot. Everett Collection / Eeastnews)Stallone w trzecim z serii filmów o Rambo (fot. Everett Collection / Eeastnews)

"Bo" jest za dostępem do broni, ale podczas jednego z pokazów, na którym jest pani z kamerą, człowiek popełnia samobójstwo, korzystając z pistoletu "Bo". Nie wierzę, że pani bohater tego osobiście nie przeżył.

- Jaime, o którym mówimy, osierocił dwójkę dzieci i zostawił żonę. Może nadal by żył, gdyby nie pojawił się wtedy na pokazie, na którym był też "Bo" i cała ekipa filmu. Najgorsze jednak było to, że "Bo" chwilę wcześniej zadeklarował pomoc Jaimemu. Naprawdę chciał to zrobić. Jaime miał problemy natury prawnej. Był Meksykaninem, nie miał legalnych papierów, ubezpieczenia, niczego. Nie wiedział, co robić. Do tego przydarzył mu się poważny wypadek w pracy, ale amerykański pracodawca nie chciał pokryć kosztów pobytu w szpitalu. Czekał na poważny proces, mogło go to kosztować setki tysięcy dolarów. Poza tym nie wrócił po wypadku do pełni sił, bardzo dokuczał mu ból pleców, żył w ciągłym stresie.

Kiedy usłyszeliśmy strzał i zobaczyliśmy, co się stało, uważnie obserwowałam "Bo". Zdziwiła mnie jego reakcja. Był jakby nieobecny, nie reagował jak inni. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że po pierwsze "Bo" słyszał już dziesiątki podobnych, dramatycznych historii. Był przecież częstym gościem takich imprez, na których ludzie chętnie dzielą się opowieściami z życia. Po drugie - widział już bardzo dużo cierpienia i ludzkich tragedii. Najwyraźniej mając to wszystko w pamięci, nie potrafił wykrzesać z siebie więcej.

Co robił "Bo" po opuszczeniu armii?

- Zajmował się trochę teoriami spiskowymi, ale chciał przede wszystkim pozostać blisko armii. Niektórzy odwrócili się wtedy od niego, twierdzili, że przesadza, albo że chce pozostać na świeczniku, jak to było po misjach odbicia jeńców. Kiedyś kandydował nawet na stanowisko wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, zresztą razem z byłym członkiem Ku Klux Klanu Davidem Duke'em, choć z powodu nieporozumień wycofał się w końcu z wyścigu. Był Mormonem, ale po kilku latach zrezygnował. Myślę, że desperacko pragnie gdzieś przynależeć, do życia niezbędna jest mu struktura.

Wzruszony Gritz odtwarza sceny z akcji bojowych na planie filmu Wzruszony Gritz odtwarza sceny z akcji bojowych na planie filmu "Erase and Forget" (fot. materiały prasowe)

Czy sądzi pani, że "Bo" żałuje, że późno założył rodzinę, że w kluczowym dla niego momencie był właściwie sam i polegał wyłącznie na wojsku?

- Myślę, że tak. Wydaje mi się też, że mimo dwóch małżeństw "Bo" jest bardzo samotny. Wielokrotnie podkreślał istnienie tego prześladującego go uczucia. Powiedział mi kiedyś, że desperacko pragnie miłości. To jedyne, na czym mu zależy. Początkowo umieściłam to zdanie na końcu filmu, ale potem je rozmyślnie usunęłam. Nie chciałam, żeby "Erase and Forget" kończył się w ten sposób, myślę, że "Bo" też by tego nie chciał. Podejrzewam, że wolałby, by go nie uznawać za nadmiernie sentymentalnego. To kłóci się z jego popularnym wizerunkiem - Rambo, Hannibala z "Drużyny A", pułkownika Kurtza z "Czasu Apokalipsy".

Czy "Bo" widział pani film? Jak zareagował? Wydaje się, że odsłania pani jego największe tajemnice.

- Pokazałam "Bo" prawie gotowy film. Chciałam, żeby go zobaczył, zanim zrobi to szeroka publiczność. Zareagował bardzo ostro, szczególnie kiedy pokazujemy fragmenty dotyczące jego zaangażowania w Birmie i epizod z odbijaniem jeńców. Był po prostu zły, cały czas buzują w nim emocje dotyczące tamtego okresu. Nie dostrzegał, w jaki sposób ujęliśmy tę trudną kwestię, widział tylko siebie w tamtych okolicznościach, na nowo przeżywał. Ale potem powiedział, że film mu się podoba. Chyba ponownie zdał sobie sprawę, że był tylko częścią ogromnej wojennej machiny, maleńkim trybikiem, od którego niewiele tak naprawdę zależało.

Andrea Luka Zimmerman. Urodzona w Monachium mieszkanka Londynu. Artystka i reżyserka zajmująca się w pracy naukowej w londyńskim Central Saint Martins College of Art And Design tematami politycznego oporu, globalizacji oraz podziałem władzy. Współzałożycielka artystycznego kolektywu Fugitive Images. Jej filmografia zawiera m.in. dokument ''Estate, a Reverie'', za który była nominowana do Nagrody Griersona.

Magdalena Maksimiuk. Dziennikarka filmowa współpracująca z polskimi i amerykańskimi mediami. Doktorantka Polskiej Akademii Nauk, wykładowca w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Uwielbia chodzić po dużych miastach i londyńskich teatrach.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (55)
Zaloguj się
  • tece92a

    Oceniono 21 razy 7

    Kocham blagierów z polotem; w dzieciństwie pewien żołnierz wyklęty opowiadał mi,jak po wojnie: spalili całą wieś i jeszcze zostało.

  • onduma

    Oceniono 9 razy 5

    Dobry na skrytobojce. Na fronie nie ma Rambo. Nie przetrwaliby tygodnia

  • kkorzempa

    Oceniono 4 razy 4

    Nasz Pan Antoni wciągnąłby tego gościa nosem.

  • jan.go

    Oceniono 4 razy 2

    Mity popkultury Autor coś stworzy a później postacie żyją własnym życiem Kim innym był Rambo stworzony w książce a kim innym jego wersja filmowa szczególnie następne części Prawdziwy Rambo nie był bohaterem walczącym z komunistami tylko przetrąconym psychicznie człowiekiem którego stworzyła i i wypluła armia Drugi mit to pułkownik Kurtz z "Czasu Apokalipsy" Nie był postacią z 'Jądra Ciemności " jak piszą jedni ani "Bo " jak tu się sugeruje wystarczyło spytać scenarzysty otóż w Wietnamie takich dezerterów jak Kurtz były całe stada

  • stefan4

    Oceniono 3 razy 1

    Kiedyś Gazeta propagowała wartości humanitarne. Teraz oklaskuje seryjnego mordercę, maszynę do zabijania na rozkaz, bez śladu refleksji nad swoimi zbrodniami. Stał się obiektem zainteresowania brukowych mediów z powodu liczby -- one lubią pisać o potworkach z 2 głowami, albo 3 rękami, albo 400 trupami na sumieniu, albo 400 kg żywej masy.

  • kreesdebarg

    Oceniono 17 razy 1

    W Afganistanie Radziecki Rambo układał cywilów na drodze i rozjeżdżał czołgiem , kobiety w ciąży również - takie to były radzieckie Ramby , onuce pieprzone

  • eclipse23

    Oceniono 11 razy 1

    Rambo Nie twoja sprawa bambo

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX