(fot. tzahiV / iStockphoto.com)

wywiad Gazeta.pl

Anna Pamuła: W mentalności Kostarykan Polaco to po prostu Żyd. Słowa Polak i Żyd stały się synonimami

Przybywali z Polski do Kostaryki w latach 20. i 30. XX wieku w poszukiwaniu lepszego życia. A w latach 40. - by przeżyć. Dziś 74. rocznica powstania w warszawskim getcie. A my sprawdzamy, dlaczego w Kostaryce Żydów nazywa się "Polacos".

Anna Sulińska: Tytuł twojej książki "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" sugeruje, że będziemy czytać o Polakach emigrujących do Ameryki Południowej. Tymczasem nie do końca o tym jest ta książka. Co znaczy tytułowe Polacos?

Anna Pamuła: Zacznę od anegdoty. Gdy Karol Wojtyła został wybrany na papieża, Kostarykanie dzwonili do polskich Żydów, żeby im pogratulować, choć nie bardzo rozumieli, jak Żyd mógł zostać papieżem.

Na początku XX wieku Polacos oznaczało polskich Żydów mieszkających w Kostaryce. Obecnie słowo to tłumaczy się jako sprzedawca obwoźny, a czasownik polaquear, dosłownie polakować, znaczy handlować. Jednak w mentalności Kostarykan Polaco to po prostu Żyd.

Polscy Żydzi emigrowali na Kostarykę w latach 20., 30. i 40. XX wieku (fot. Montes-Bradley / iStockphoto.com)Polscy Żydzi emigrowali do Kostaryki w latach 20., 30. i 40. XX wieku (fot. archiwum prywatne)

Kostarykanie gratulowali papieża, ponieważ utożsamiają Polaków z Żydami?

- Pod koniec lat 20. XX wieku do Kostaryki przypłynęli pierwsi Żydzi z Polski. Gdy schodzili ze statku, wypełniali dokumenty przewozowe, w których należało podać narodowość. Pisali Polaco. Kostarykanie nie znali wcześniej ani Żydów, ani Polaków. Polak i Żyd stały się więc dla nich synonimami. W 1941 roku, gdy robiono antysemicki spis Żydów zamieszkujących Kostarykę, automatycznie zostali do niego włączeni także polscy katolicy.

Kiedy przyjechałam do Kostaryki w 2009 roku i przedstawiałam się jako Polaca, czyli Polka, wszyscy myśleli, że jestem Żydówką. Trudno było wytłumaczyć, że jestem z Polski, ale nie jestem Żydówką. Obecnie, by odróżnić Polaków od polskich Żydów, Polaków określa się słowem Polones.

Jak to się stało, że polscy Żydzi trafili do Kostaryki?

- Przez przypadek. Zaczęli migrować dość późno, bo pod koniec lat 20. XX wieku. Stany Zjednoczone i Argentyna zamknęły już wtedy granice dla imigrantów, ustaliły kwoty. Polscy Żydzi bardzo chcieli wyjechać za ocean, co wykorzystywali agenci sprzedający bilety. Oszukiwali ich mówiąc, że Kostaryka graniczy ze Stanami Zjednoczonymi.

Żerowali na naiwności?

- Tak, choć byłabym daleka od tego, by wyobrażać sobie tych imigrantów jako ludzi zupełnie nieposiadających wiedzy o świecie. Teraz jest jednak łatwiej, bo mamy internet, ale wyobraźmy sobie sytuację jednej z moich bohaterek. W latach 30. XX wieku ma 26 lat i sześcioletniego syna. Jej mąż wyjechał do Kostaryki sześć lat wcześniej. Cała rodzina, łącznie z nim, była przekonana, że udaje się do Ameryki. Obraz kraju, w którym przebywa mąż, mogła sobie stworzyć albo na podstawie listów, które przysyłał raz na kilka miesięcy, albo w oparciu o zasłyszane opowieści.

Inaczej niż dziś.

- I tak, i nie. Rok temu w Żelechowie, czyli miejscowości, z której bardzo wielu polskich Żydów wyjechało do Kostaryki, spotkałam się z blisko setką dzieci z podstawówki i gimnazjum. Zapytałam je, gdzie leży Kostaryka. Nie wiedziały. Pytałam, z czym kojarzy im się ten kraj. Mówili, że pewnie jest tam bogato. To są dokładnie takie same wyobrażenia, jakie żelechowianie mieli w latach 30. XX wieku. Zresztą, gdy po raz pierwszy przyjechałam do Kostaryki, także nie przewidziałam wielu rzeczy, mimo że przygotowywałam się do podróży. Przez cały rok uczyłam się, jak pozbyć się nietoperzy z łazienki czy karaluchów z kuchni.

W kontekście tego, co się teraz mówi o imigrantach, ciekawe jest, że wtedy nie wyjeżdżały całe rodziny. Najpierw za ocean płynęli mężczyźni.

- Też o tym myślałam. Mieszkam w Paryżu i jeśli chodzi o imigrantów, młodych mężczyzn jest tutaj najwięcej, ale jak pokazuje historia, to jest jak najbardziej naturalne. Pamiętajmy, że taki wyjazd kosztuje. Wtedy, podobnie pewnie jak teraz, ludzie nie mieli pieniędzy, by kupić bilety dla całej rodziny. Oszczędzali na wysłanie w świat jednej osoby. Ten, kto pojechał pierwszy, musiał zarobić na podróż dla pozostałych. Trwało to od dwóch do nawet ośmiu lat. Na pewno imigranci byli różni: jedni ciężko pracowali, inni może część pieniędzy przepili lub przegrali. Dlatego ważne jest, by opowiadać pojedyncze historie, bo one pokazują, że ludzie mimo upływu czasu są do siebie podobni.

Najstarsi spośród współczesnych Żydów mieszkających na Kostaryce nadal najchętniej mówią po polsku (fot. archiwum prywatne)Polscy Żydzi na paradzie z okazji 11 listopada w Kostaryce (fot. archiwum prywatne)

Czym imigranci zajmowali się po przyjeździe?

- Polaco oznacza handlarza obwoźnego, bo 99 procent przybyszów z Polski trudniło się handlem obwoźnym. Oni do Kostaryki przyjeżdżali z niczym. Na początku nie znali języka, musieli dogadywać się na migi. Brali na kredyt towary, które sprzedawali, chodząc od wioski do wioski. Kostaryka jest bardzo górzystym krajem. To była trudna praca. Była też grupa Żydów, którzy przywieźli z Polski maszyny tkackie, ale na miejscu okazało się, że jest gorąco i nikt nie nosi swetrów. Zamiast ciepłych ubrań szyli więc kostiumy kąpielowe.

Nie wszystkim Kostarykanom podobało się, że przybysze tak dobrze radzą sobie w nowej rzeczywistości.

- Lokalni kupcy zaczęli się denerwować, że polscy Żydzi zabierają im klientów. Gdy w 1936 roku prezydentem kraju został León Cortés, chciał deportować przybyszów. Pomogła im wtedy polska ambasada. To fakty, do których dokopałam się sama. Dzięki staraniom tajemniczej organizacji Casa da Polonia - jej historię zdradzam w książce - i ambasadora Mieczysława Marchlewskiego polscy Żydzi mogli pozostać w Kostaryce.

Wiele było takich informacji, do których musiałaś się dogrzebać?

- W trakcie pisania książki stworzyłam bardzo dużo tabelek Excela, by wszystko uporządkować. Ten temat w ogóle nie był zbadany. Interesowało mnie na przykład, kto pierwszy przypłynął do Kostaryki. Ustaliłam to na podstawie list pasażerów statków i zasłyszanych historii. Bardzo się wkręciłam w temat, stał się moją pasją. Miałam całą ścianę wyklejoną hasłami i strzępkami historii, które próbowałam posklejać.

Współcześnie Żydzi odgrywają istotną rolę na Kostaryce. Na zdjęciu (z prawej) jeden z wiceprezydentów tego kraju, wywodzący się z rodziny żydowskiej Luis Liberman, który sprawował urząd w latach 2010-2014 (fot. Mayela Lopez / Eastnews)Współcześnie Żydzi odgrywają istotną rolę w Kostaryce. Na zdjęciu (z prawej) jeden z wiceprezydentów tego kraju, wywodzący się z rodziny żydowskiej Luis Liberman, który sprawował urząd w latach 2010-2014 (fot. Mayela Lopez / Eastnews)

Spotykałaś się z osobami, które wyjechały z Polski jako dzieci lub urodziły się już w Kostaryce. Twoi bohaterowie mają po 80, 90 lat. Ty, gdy z nimi rozmawiałaś, miałaś dwadzieścia kilka lat. Jak ta różnica wieku wpływała na wasze relacje?

- Lubię starszych ludzi. Myślę, że to dzięki mojej babci, z którą się przyjaźniłam, a która, niestety, zmarła dwa lata temu. W Paryżu mam znajomych, którzy są w wieku mojego dziadka. Moje związki ze starszymi ludźmi zaczęły się od tego, że na koniec roku szkolnego w trzeciej klasie liceum dostałam pałę z matematyki. Za karę rodzice kazali mi przez dwa miesiące pracować w domu opieki społecznej dla osób starszych w Krakowie. Na początku byłam przerażona, ale potem nauczyłam się pokory i respektu.

W osobach starszych jest coś, co uwielbiam. Otóż one już doskonale wiedzą, co myślą, co lubią, a czego nie znoszą. Gdy ktoś ma 96 lat i jest jeszcze w stanie opowiedzieć mi historię swojego życia, naprawdę nie będzie się już przejmował tym, jak wypadnie, nie będzie się krygował.

Będzie prawdziwy.

- Tak! Ale też słuchając swoich wywiadów sprzed kilku lat mam wrażenie, że wykazałam się niezwykłą naiwnością. Zadawałam dużo pytań i myślę, że wiele osób właśnie to do mnie przekonało. Byłam bardzo młoda - miałam 25 lat. Przyjechałam do Kostaryki, znając portugalski i francuski, ale nie mówiąc po hiszpańsku - wszystko rozumiałam, ale nie zawsze umiałam odpowiedzieć. Uczyłam się tego języka w knajpie, gdzie pracowałam jako kelnerka. W czasie pierwszych wywiadów w ogóle nie potrafiłam jeszcze używać czasu przeszłego, a pytałam o przeszłość. Moi bohaterowie mieli do mnie dużo cierpliwości, spotykaliśmy się wielokrotnie, po kilka godzin dziennie. Traktowali mnie jak wnuczkę, z wieloma się zaprzyjaźniłam. W zrozumieniu tego, co mówią, pomagał mi ich łatwy akcent. Twardy, polski.

Dziś na Kostaryce mieszka 2,5 tys. osób deklarujących się jako wyznawcy judaizmu (fot. Claudiad / iStockphoto.com)Dziś w Kostaryce mieszka 2,5 tys. osób deklarujących się jako wyznawcy judaizmu (fot. Claudiad / iStockphoto.com)

Rozmawialiście także po polsku?

- Przeprowadziłam kilka rozmów po polsku, co było, także dla mnie, niesamowitym przeżyciem. Trzeba sobie wyobrazić tę scenerię: siedziałam w domu spokojnej starości dla Żydów w Kostaryce, było potwornie gorąco, za oknem padał tropikalny deszcz, z palm zwisały banany, a my rozmawialiśmy po polsku. Część osób miała wschodni albo przedwojenny warszawski akcent. Wielu mówiło, że po raz pierwszy od 80 lat używa języka polskiego. Czułam, że te zdania wypowiadane po polsku sprawiają im radość. Jedna z moich bohaterek powiedziała, że gdy "wskoczyła" w język polski, to tak jakby zapadła się w wygodną kanapę. Odpoczywała. Inna swoją historię do momentu wyjazdu do Kostaryki opowiadała po polsku, o podróży mówiła w dwóch językach, a o pobycie w Kostaryce wyłącznie po hiszpańsku. To przejście z polskiego na hiszpański, zmiana tożsamości w czasie podróży były niesamowite. Przecież imigranci po przybyciu do Kostaryki zmieniali nie tylko język, ale także imiona i nazwiska, zwyczaje, pożywienie. Wszystko. Podróż była dla nich bramą do nowego życia.

Ja stanowiłam dla nich połączenie z dzieciństwem, którego już nie ma. Mogli mi opowiedzieć o tych jabłoniach, które pamiętali, o krajobrazie. Myślę, że gdy spotykamy kogoś, kto ma coś wspólnego z naszą młodością, odczuwamy ulgę, że nie musimy mu wszystkiego tłumaczyć.

Wytwarza się jakiś rodzaj wspólnoty?

- Tak. Moi rozmówcy cieszyli się także, że poprawnie wymawiałam nazwiska ich ojców i dziadków, czego Kostarykanie nie potrafią. Niemal wszyscy po przybyciu do Kostaryki zmieniali imiona i nazwiska, żeby innym łatwiej je było wypowiadać.

U części osób język zardzewiał, ale z każdym kolejnym zdaniem zaczynali sobie przypominać pojedyncze słowa. Inni w ogóle nie pamiętali polskiego. Chcieli go zapomnieć.

Wielu Żydom, którzy w pierwszej połowie XX wieku przybyli do Kostaryki, Polska kojarzyła się przede wszystkim z antysemityzmem (fot. archiwum prywatne)Wielu Żydom, którzy w pierwszej połowie XX wieku przybyli do Kostaryki, Polska kojarzyła się przede wszystkim z antysemityzmem (fot. archiwum prywatne)

Dlaczego?

- Ze względu na okropne doświadczenia, jakie mieli w Polsce. Choć język i tak wracał w dwóch, trzech słowach. Na przykład "kołdra puchowa", "czerwony kwiat" albo "kapusta". Polski był dla nich także językiem sekretów albo kłótni między rodzicami. Rodzice znali polski, ale dzieci w Kostaryce nie były już go uczone.

Piszesz, że nie wszyscy imigranci chcieli z tobą rozmawiać.

- To było dość skomplikowane. Pojawiła się nieufność ze strony osób, które zarządzały wspólnotą żydowską. Ale też niesamowita była otwartość innych. Na przykład poznałam Guitę, starszą panią, której mąż pochodził z Krakowa. Do tej pory się przyjaźnimy. To z nią i jej dwiema 80-letnimi przyjaciółkami prowadziłam przez rok śledztwo dotyczące historii Żydów w Kostaryce.

Gdy pojechałam do Kostaryki po raz pierwszy, istniała możliwość, że któraś z moich pra, prababć była Żydówką. Okazało się, że to jest fałszywy trop, ale będąc tam, jeszcze tego nie wiedziałam i na pytanie, czy jestem Żydówką, zdarzało mi się mówić, że może prababcia była. Kiedy wróciłam do Kostaryki po pięciu latach, w 2015 roku, ponownie spotkałam się z wieloma bohaterami. Miałam już wtedy pewność, że nie jestem Żydówką, a to oznaczało, że niektóre moje rozmowy będą wyglądać inaczej. Szczególnie zapamiętałam jedną. Córka mojej bohaterki zaczęła płakać i mówić: "Ty jesteś z Polski. Jak to jest w ogóle możliwe? Słyszałam same złe rzeczy o Polakach, a ty przyjeżdżasz i badasz naszą przeszłość". Z jednej strony ją to cieszyło, ale z drugiej nie miała do mnie zaufania i ja to rozumiem. Ta konfrontacja była dla nas obu bardzo ważna. Jestem zdania, że zawsze należy rozmawiać o rzeczach najtrudniejszych. Jeden z moich bohaterów powiedział mi: "Polacy zabili moją rodzinę. Jesteś pierwszą Polką, którą spotykam w życiu". I potem rozmawialiśmy przez wiele godzin. Wiem, że część wspólnoty żydowskiej, mimo że mnie poznała, boi się, że napisałam książkę antysemicką. Na ich postrzeganie Polaków bardzo wpływają historie, które słyszeli od rodziców.

Obecnie, by odróżnić Polaków od polskich Żydów, Polaków określa się słowem Polones (fot. pixabay.com)Obecnie, by odróżnić Polaków od polskich Żydów, Polaków określa się słowem Polones (fot. pixabay.com)

Co opowiadali im rodzice?

- Większość moich bohaterów i ich rodziców, którzy przyjechali do Kostaryki w latach 30., doświadczyła w Polsce antysemityzmu i przemocy ze strony Polaków, ale wyjeżdżali głównie z powodów ekonomicznych. Z drugiej strony spotkałam też osoby, które czule wspominały Polskę, bo był to dla nich okres beztroskiego dzieciństwa. Ale i tych, którzy przypłynęli po II wojnie światowej i Polska była miejscem pogromów i obozów zagłady. Oczywiście były to obozy nazistowskie, ale na terenie Polski. Jedna pani powiedziała mi, że gdy wróciła kilka lat temu do Polski, było jej bardzo trudno. Mówiła, że to jest piękny kraj, ale nie dla niej. Gdziekolwiek spojrzała, myślała: "Tu zabili Żyda, tam zabili Żyda". Wróciła do Kostaryki bardzo smutna.

Czyli zdarzało się, że imigranci po latach odwiedzali Polskę?

- Tak, wielu przyjeżdżało zobaczyć, jak teraz wyglądają miejsca, które pamiętają z dzieciństwa, albo o których opowiadali im rodzice. Ale bardzo duża grupa nie zdecydowała się na przyjazd. Już prawie kupowali bilety, ale w ostatniej chwili zmieniali zdanie. Był w nich ogromny strach przed krajem dzieciństwa.

Czego konkretnie się bali?

- Wspomnień. Tego, że będą dla nich zbyt bolesne. Wiem, że teza jest kontrowersyjna, ale jeden z żydowskich historyków w Kostaryce powiedział mi, że ten strach może być związany z poczuciem winy.

Po lewej strona dziennika 'Pod Pręgierz', 1937 rok. Po prawej ilustracja z tego samego tytułu (fot. z zamkniętych zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu / Wikimedia.org / Domena publiczna)Po lewej strona dziennika 'Pod Pręgierz', 1937 rok. Po prawej ilustracja z tego samego tytułu (fot. z zamkniętych zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Że oni ocaleli, a ich rodzina w Polsce zginęła?

- Tak. Albo raczej że mogli uratować bliskich, ale tego nie zrobili. Oczywiście nie oznacza to, że rzeczywiście mieli taką możliwość. Wyobraźmy sobie, że ktoś wyjechał z Polski w 1931 roku. Zarobił, sprowadził żonę i dzieci, ale nie udało mu się już ściągnąć rodziców albo teściów. Po wojnie myślał, że może gdyby jeszcze ciężej pracował, jeszcze bardziej się starał, kupiłby także bilet dla mamy i dla taty. To są potworne wyrzuty sumienia. Ten temat pojawiał się w rozmowach, ale dopiero po jakimś czasie.

Jak odebrali Polskę po tych wszystkich latach?

- Wrażenia tych, którzy zdecydowali się przyjechać, bardzo zależały od tego, jak zostali przyjęci.  Wiem, że na przykład w Żelechowie byli tacy, którzy zamykali im drzwi przed nosem i mówili: "Żydy przyjechały, domy nam zabiorą". Ale spotkali i takich, którzy są ciekawi żydowskiej przeszłości miasteczka, mówią, że ci Żydzi to przecież byli żelechowianie. I na tym powinnyśmy się skupić, rozmawiając o rzeczach najbardziej bolesnych. Bez strachu i poczucia winy. Bo w życiu jest tak, jak powiedział mi jeden z moich bohaterów: "Jak ktoś był świnią przed wojną, pozostał nią w trakcie wojny, nieważne, czy był Polakiem, Żydem czy Niemcem".

Książka Anny Pamuły ''Polacos. Chajka płynie do Kostaryki'' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. materiały prasowe)Książka Anny Pamuły ''Polacos. Chajka płynie do Kostaryki'' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. materiały prasowe)


Anna Pamuła
. Ur. 1984. Reporterka związana z "Gazetą Wyborczą". Studiowała stosunki etniczne i migracje międzynarodowe na Uniwersytecie Jagiellońskim, a także afrykanistykę w Paryżu. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, stypendystka The Ryoichi Sasakawa Young Leaders Fellowship Fund. Pisała m.in. dla "Newsweeka", "Polityki", "Przeglądu", "Kuchni" i "Dziecka". Jest autorką przewodnika po Portugalii. Mieszkała w Kostaryce i Portugalii, od czterech lat żyje w Paryżu.

Anna Sulińska. Absolwentka socjologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Publikowała w "Wysokich Obcasach" i "Dużym Formacie". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się jej debiutancka książka "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (224)
Zaloguj się
  • lubella69

    Oceniono 28 razy 24

    Najlepsza klamra dla takich dywagacji:
    "Zarówno heroizm ludzi, którzy pomagali Żydom, jak i podłość antysemitów są składnikiem polskiego dziedzictwa. I jest to dziedzictwo tym bardziej kłopotliwe, że wśród tych pierwszych byli także komuniści, późniejsi gloryfikatorzy stalinowskiego terroru, a wśród tych drugich także bohaterowie antyhitlerowskiego podziemia i ofiary stalinowskich procesów."
    Źródło: Bunt i milczenie, „Gazeta Wyborcza”, 17–18 kwietnia 1993

  • augenthaler

    Oceniono 30 razy 22

    To trochę jak nazywanie Cyganów Rumunami.

  • majmx

    Oceniono 14 razy 12

    Kilka dni temu w Guatemali poznalem wielu Kostarykanczyków, którzy mi powiedzieli ze sprzedawca w Costaryce jest "Polaco". Domyslilem sie ze chodzilo o polskich Zydów, co rozmówcy potwierdzili. O ile mi wiadomo, na Kubie mialo miejsce podobne zjawisko (znaczy Polski Zyd = Polaco, Polak = Polones). Bylem jakis czas temu w Kostaryce i nie zauwazylem tego zjawiska (moze za szybko "bylem") ale dowiedzialem sie, ze jeden z prezydentów nazywal sie Teodoro Picado MIchalski (musial uciekac z kraju do Nicaragui, bo zrobiono zamach stanu przeciwko niemu). Matka jego urodzila sie w Polsce: wg. jednych danych byla Polka, wg. innych, Polska Zydówka.
    Pozdrawiam

  • mr_osjano

    Oceniono 21 razy 11

    A ja dziwię się tym, którzy się czemukolwiek dziwią. No bo myśląc logicznie powinniśmy być potomkami świata antycznego i jego kultury. Tymczasem wmawia się nam jednak, że nasza kultura ma korzenie chrześcijańskie. Chrześcijaństwo zaś to pożydowska nowa forma religijna rozprzestrzeniona po świecie przez apostołów. Jezus był Żydem, jego mamusia także, apostołowie także, myśmy chrztem Polski "przyjęli" to o czym pisze Biblia, a więc stary i Nowy testament z żydowskim bogiem Abrahama Jehową i Jego synem Jezusem. Żyda obwołaliśmy Królem Polski. No to jak tu się dziwić, że na świecie ktoś stawia znak równości między Polakiem i Żydem co wydaje się przecież oczywiste. Oni myślą logicznie, tylko my jakoś nie możemy tego pojąć!

  • anias54

    Oceniono 14 razy 6

    Niedawno byłam w Portugalii. Co tam zrobiono z Źydami przed wiekami? Palono na stosach, wypędzono, skonfiskowano majątki! To samo w Hiszpanii i w innych krajach. Przywedrowali do Polski, która dla nich stała się Polin i mogli tu swobodnie zyć, rozwijać się i bogacić przez wieki! Niemiecki Holokaust zakończył niemalze całkowicie ich żywot w Polsce! Nie można nie wspomnieć o Zydach komunistach, którzy wespół z bolszewickimi oprawcami mordowali Polaków po wojnie. Ale to tylko żydzi są pokrzywdzeni. Czasem odnoszę wrażenie,że oni uzurpują sobie prawo do " tego kraju ", a Polacy powinni się stąd wynieść....

  • ateistaoddziecka

    Oceniono 14 razy 6

    Tja..... to już wiem co wygnało z Polski Stefana Michnika i Wolińską, że jak uciekli z Polski tak już nie odważyli się wrócić.
    To ten okropny polski antysemityzm!
    A najgorsze jest to, że takich wstrętnych Żydów jak Michnik, Wolińska, Gross, Bauman czy inny Kosiński, jest na świecie całe mnóstwo. I każdy z nich opowiada o okropnych polskich antysemitach, przez których musiał rzekomo uciekać z Polski.

  • jestem_synem_roma

    Oceniono 20 razy 6

    Akurat z tym papieżem-żydem to jest sporo prawdy. Matka Karola Wojtyły to Emilia Kaczorowska Katz i najprawdopodobniej była żydówką. Nie uważam, że to cokolwiek złego (nie jestem antysemitą), ot ciekawostka i psikus historyczny.

  • lukibb

    Oceniono 20 razy 6

    Nie tylko tam. Ogólnie Polacy są tak zadufanym w sobie i roszczeniowym narodem, że mogą się równać jedynie z Żydami. Tak jak wśród Polaków i Żydów są osoby doceniane w swoich dziedzinach, cenione jako specjaliści oraz często stawiane za wzór cnót i walki o prawa własne i innych, to jednak ogół obrazy obu nacji jest niezbyt lubiany.
    Stereotypy na temat obu narodów są z jednej strony zwalczane, z drugiej przez najgłośniejsze mniejszości tych społeczeństw umacniane.
    To dwie najbardziej nielubiane nacje, ale i dwie najbardziej wyróżniające się (często w pozytywnym znaczeniu).

  • krunghtep01

    Oceniono 15 razy 5

    Bardzo ciekawy artykul!! Latam troche po Swiecie i tez staram sie znajdowac takie polskie i polsko-zydowskie slady.O Kostarykanskich do tej pory nie slyszalem.Dziekuje autorce !!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX