(fot. iStockphoto.com)

kuchnia

Mamy kłopot z mięsem. ''Żadne inne jedzenie nie wywołuje takich emocji''

Dlaczego drapieżne pandy wielkie straciły smak na mięso, a człowiek ciągle go ma? Ile w tym, że mamy apetyt na krwiste steki, "winy" reklam, a ile naszego gadziego mózgu? Czy prawdziwy facet musi jeść żeberka i kiełbasy, a kobiety mięsna dieta wpędza w nimfomanię? - pytamy o to Martę Zaraskę, autorkę książki "Mięsoholicy".

Kiedy ostatnio jadła pani mięso?

- Ojej, musiałabym się zastanowić. Chyba ze dwa lata temu... Tak. To był kebab w Stambule. Przy okazji pisania książki też próbowałam mięsa. Na przykład steku w Indiach. Ale to było w 2013 roku.

Marta Zaraska (fot. archiwum prywatne)Marta Zaraska (fot. archiwum prywatne)

A ten turecki kebab to była chwila słabości?

- Po prostu byłam w Turcji i uznałam, że trzeba go spróbować. Jeżeli nie tam, to gdzie?

Ja w ogóle nie jestem zwolenniczką religijnego podejścia, jeżeli chodzi o dietę. Wiem, że wśród wegetarian nie mogę nazywać się wegetarianką, bo mniej więcej co półtora roku jem mięso. Niedużo, bo pewnie jakieś 50 gramów na raz, ale jednak jem.

Dlaczego?

- No kusi mnie, ładnie pachnie.

I dlatego powstali "Mięsoholicy" - bo nie mogła się pani od tego mięsa tak do końca uwolnić?

- Zaczęłam pisać "Mięsoholików", bo obserwując podejście ludzi do mięsa, dostrzegłam, że żadne inne jedzenie nie wywołuje takich emocji, nie staje się takim ważnym tematem rozmów.

Kiedy mówię komuś, że jestem wegetarianką, to najpierw zaczyna się dyskusja, padają pytania, z czego to wynika, kiedy i jak podjęłam decyzję o przejściu na dietę roślinną. Zdarzają się uwagi w stylu: "Ale przecież cię widziałem, jak trzy miesiące temu zjadłaś  plasterek kiełbasy. To znaczy że nie jesteś wegetarianką!".

Według danych GUS, Polacy zjadają średnio 73,9 kg mięsa na osobę rocznie (fot. Lisovskaya / iStockphoto.com)Według danych GUS, Polacy zjadają średnio 73,9 kg mięsa na osobę rocznie (fot. Lisovskaya / iStockphoto.com)

Nie przepadam za takim konserwatywnym podejściem. Jeśli ktoś deklaruje, że będzie segregować śmieci i raz zdarzy mu się wrzucić plastikową butelkę do kosza ze szkłem, to nikt nie oskarża go o to, że nie jest proekologiczny, nikt nie mówi, że wszystko przepadło. Albo kiedy ktoś deklaruje, że przestaje jeść białe pieczywo, a pół roku później bierze kęs bagietki - nikt go nie posądza o hipokryzję. Ludzie często kłócą się, kiedy rozmawiają o przechodzeniu na wegetarianizm. O kawałek białej bułki nikt się nie spiera.

Z czego się bierze przyjemność jedzenia mięsa?

- Z tego, co czują nasze kubki smakowe i z zapachów. To zmysły mówią nam, że coś jest albo może być smaczne. Na większość ludzi chyba najmocniej działa zapach pieczonego czy smażonego jedzenia - wszystko to za sprawą reakcji Maillarda, czyli serii reakcji chemicznych, które zachodzą podczas ogrzewania niektórych produktów spożywczych. Idealny przykład to bekon: smażony na patelni staje się chrupki, lekko zbrązowiony. Kiedy plasterek skwierczy i paruje, reagują znajdujące się w boczku węglowodany i aminokwasy, wydziela się wtedy charakterystyczny słodki, przyjemny zapach. Jest w tym coś atawistycznego i niezmiernie kuszącego. Poza tym duże znaczenie ma też tłuszcz w mięsie.

Proszę wyjaśnić.

- Z tłuszczem jest podobnie jak z cukrem. Ewoluowaliśmy tak, że aby przetrwać, powinniśmy pożądać jednego i drugiego. To bardzo kaloryczne składniki, a kiedyś im więcej  kalorii, tym było lepiej. Dzisiaj większość ludzi stara się je ograniczać, albo przynajmniej się o to martwi. Dawniej martwiliśmy się czymś zupełnie przeciwnym - jak zdobyć kaloryczne jedzenie.

Nasze zamiłowanie do mięsa jest zapisane w genach i w kulturze (fot. ALLEKO / iStockphoto.com)Nasze zamiłowanie do mięsa jest zapisane w genach i w kulturze (fot. ALLEKO / iStockphoto.com)

Nasze zamiłowanie do mięsa jest zapisane gdzieś w genach czy w kulturze?

- Wpływ ma i jedno, i drugie. Choć moim zdaniem silniejsza jest kultura. To ona kształtuje nasze gusta. Ale kultura też opiera się na tej bazie biochemicznej, neurologicznej. Ponieważ mięso było wartościowym pokarmem dla naszych przodków, a jednocześnie trudnym do zdobycia, wokół mięsa rozwinęła się cała symbolika - zaczęło oznaczać choćby władzę i prestiż. Tak już działa nasz mózg, że jeśli coś jest trudno dostępne, tym bardziej tego pożądamy. Do tego dochodzi powiązanie mięso-męskość. Ponieważ to mężczyźni polowali - są w końcu od nas, kobiet, zwykle więksi i silniejsi - to oni zdobywali te kaloryczne kawałki i decydowali, kto zapełni sobie brzuch, a kto nie. Do dziś tak jest w niektórych plemionach łowców-zbieraczy. Czasem do tego stopnia, że kobietom nie wolno jeść najtłustszych kawałków mięsa pod karą gwałtu albo nawet śmierci.

Może więc jesteśmy skazani na jedzenie mięsa?

- Absolutnie nie. Choć nie jesteśmy stricte roślinożercami, tak jak krowy czy konie, nie jesteśmy też mięsożercami sensu stricto, takimi jak na przykład koty. Gdyby kot przeszedł na wegetarianizm, po prostu by zdechł, bo jego organizm nie byłby w stanie samodzielnie wygenerować np. witaminy A. Pies, choć pewnie byłby nieszczęśliwy, mógłby być wegetarianinem. Człowiek tak samo, nie grozi mu śmierć z braku mięsa, nie jest przymusowym mięsożercą. Ludzie, jak szczury i karaluchy, są wszystkożercami. Niezbyt chlubna to grupa, ale za to silna i uprzywilejowana.

Czyli mamy wybór.

- Dokładnie. Możemy jeść mięso, ale w żadnym wypadku nie potrzebujemy go do przetrwania.

Nasi przodkowie przez setki lat jadali mięso bardzo rzadko. To dowodzi, że mięso samo w sobie nie jest nam potrzebne do przetrwania (GMVozd / iStockphoto.com)Nasi przodkowie przez setki lat jadali mięso bardzo rzadko. To dowodzi, że mięso samo w sobie nie jest nam potrzebne do przetrwania (GMVozd / iStockphoto.com)

Zwłaszcza dzisiaj. Jesteśmy w stanie funkcjonować tylko na diecie roślinnej, czego zresztą dowodziły pokolenia naszych przodków. Wiadomo, że przez tysiąclecia jadaliśmy niezmiernie mało mięsa. Pewnie niektórzy nasi przodkowie widywali je raz do roku albo i rzadziej, w zależności od tego, gdzie i kiedy mieszkali. To, że trawimy mięso, jest w zasadzie przywilejem.

Teraz jadamy go bardzo dużo.

- Gigantyczne ilości! Tak samo zresztą jest z cukrem. Cały czas idziemy za naszymi kubkami smakowymi, które funkcjonują, jakbyśmy żyli na sawannie milion lat temu. Wciąż rządzi nami nasz gadzi mózg, najstarsza część mózgu, która uruchamia mechanizm obronny. Tyle że jesteśmy w Polsce w XXI wieku, niewiele grozi naszemu przetrwaniu. Żyjemy w kulturze obfitości, co chwila kuszą nas jakieś ciasteczka, czekoladki albo właśnie burger, kanapka z pastrami czy stek. A nasze kubki smakowe i mózg dalej mówią nam: jedz jak najwięcej!

A nie jest tak, że programuje nas też przemysł spożywczy?

- Na pewno też. Wielkie korporacje bazują na "głodzie" cukru i tłuszczu, napędzając jeszcze nasze potrzeby. Dokładnie tak samo, jak firmy produkujące napoje gazowane czy słodycze, działa przemysł mięsny. Tu też jest produkt: wołowina, drób czy wieprzowina, który trzeba sprzedać, i to w jak największej ilości. W pewnym sensie nie można się na to obrażać. To jest biznes. Mięso jest takim samym dobrem, jak samochody czy telefony.

Sieć McDonald's co sekundę sprzedaje 75 mięsnych burgerów (fot. badmanproduction / iStockphoto.com)Sieć McDonald's co sekundę sprzedaje 75 mięsnych burgerów (fot. badmanproduction / iStockphoto.com)

To jak namawia się nas na jedzenie mięsa?

- Znam się bardziej na rynku amerykańskim niż na polskim, ale zakładam, że mechanizmy są bardzo podobne, a strategii wiele. Firmy chcą dostawać dotacje - w Stanach chodzi przede wszystkim o pokaźne dopłaty do upraw kukurydzy i soi, których używa się głównie jako pasz dla zwierząt. Pilnują więc, aby przypadkiem rząd nie zmienił zaleceń dietetycznych, by nie zostały przeforsowane te, które oznaczają zmniejszenie porcji mięsa. Do tego dochodzi oczywiście reklama, na którą przeznacza się nieprawdopodobne budżety. Jednym z największych reklamodawców na świecie jest McDonald's - wydaje miliardy dolarów rocznie na reklamę. Według danych sprzed kilku lat sieć co sekundę sprzedaje 75 burgerów. To naprawdę dużo mięsa.

Jesteśmy bombardowani mięsnymi zdjęciami - w telewizji, w social mediach, na billboardach. Zdjęcie kawałka surowego mięsa w reklamie supermarketu jakoś nas nie dziwi.

- Mam wrażenie, że najbardziej wyeksponowani na ten przekaz są mężczyźni. Nie ma w naszej kulturze takiego założenia, że kobiety powinny jeść dużo mięsa, według stereotypu jesteśmy bardziej skłonne do lekkich sałatek i w ogóle zielonych rzeczy. W czasach wiktoriańskich uważano nawet, że lepiej by było w ogóle nie dawać kobietom mięsa, bo taka dieta wpędziłaby je jeszcze w nimfomanię.

Dlaczego to mężczyźni są odbiorcami "mięsnego" przekazu?

- No bo jeśli są prawdziwymi facetami, to przecież powinni jeść te wszystkie krwiste steki, żeberka i kiełbasy. Oczywiście to absurd absolutnie niczym niepoparty - tylko marketingiem firm sprzedających mięso.

W czasach wiktoriańskich uważano, że kobietom w ogóle nie należy dawać mięsa. Spożywanie go miało bowiem rzekomo wpędzać je w nimfomanię (fot. villagemoon / iStockphoto.com)W czasach wiktoriańskich uważano, że kobietom w ogóle nie należy dawać mięsa. Spożywanie go miało bowiem rzekomo wpędzać je w nimfomanię (fot. villagemoon / iStockphoto.com)

Nie świadczy to o nas zbyt dobrze, że nadal wierzymy tym stereotypom.

- Chodzi o symbolikę zakorzenioną w naszej kulturze od co najmniej 2 milionów lat. Jak już wspomniałam, to mężczyźni polowali, oni przynosili mięso plemieniu i decydowali, kto je zje. Poza tym gdzieś podświadomie wierzymy - jest tak w każdym zakątku świata - że stajemy się tym, co jemy. Niektóre plemiona są przekonane, że aby dzieci szybko rosły, powinny jeść szybko rosnące rośliny. Albo żeby nie być tchórzliwym, trzeba unikać jedzenia tchórzliwych zwierząt. Były kiedyś badania, które dowiodły, że nawet Amerykanie wierzą w podobne rzeczy. Bardzo podświadomie, a jednak.

Mięso to siła - na tym stereotypie do dziś się gra?

- Tak. Więcej siły przecież potrzeba, żeby powalić krowę, niż wyrwać marchewkę z grządki. Na poziomie symbolicznym chodzi o to, że zjadając jakieś zwierzę, pożeramy jego siłę. Zresztą w religii voodoo myśli się o tym dosłownie. Wszyscy mamy to mocno zinternalizowane. Często słyszymy na przykład, że jedzenie ciemnego mięsa uchroni nas przed anemią, a to kompletna bzdura. Badania wykazują, że żelazo niehemowe, które jest w roślinach, w zupełności nam wystarcza.

Słabo wypadamy przy takiej na przykład pandzie, która odzwyczaiła się od jedzenia mięsa.

- Drapieżne pandy wielkie faktycznie straciły smak na mięso. Ale same nie podjęły decyzji. Przez wieki zmieniały się warunki ich życia, zaczęło brakować pokarmu. Pandy musiały się przestawić na pędy bambusa, których wtedy było pod dostatkiem. Jadły je przez tyle pokoleń, że straciły receptor smaku umami, który odpowiada za "odczuwanie białka" i przyjemnego mięsnego smaku.

Głównym pokarmem pandy wielkiej są dziś liście bambusa (fot. GoodOlga / iStockphoto.com)Głównym pokarmem pandy wielkiej są dziś liście bambusa (fot. GoodOlga / iStockphoto.com)

Jak opisać umami, czyli piąty smak?

- Umami znaczy po japońsku pyszny. Można go określić jako pełny, intensywny, sycący, solidny. Najlepszym przykładem jest pizza, bo są na niej bogate w umami składniki: sos pomidorowy, parmezan, szynka. Jeśli smak się potęguje, to jest tzw. bomba umami. Dlatego cheeseburger jest taki smaczny, bo jest tam i smażone mięso, i żółty ser. Dużo umami jest też w rybach i glonach. To zresztą w wodorostach odkryto związek odpowiedzialny za ten smak.

To się stało chyba stosunkowo niedawno.

- No, już jakiś czas temu - w 1908 r. w laboratorium japońskiego profesora. Kikunae Ikeda zastanawiał się, skąd się bierze intensywny mięsny smak zupy, którą przyrządzała jego żona. Chodziło o tradycyjny bulion dashi. Ikeda zaczął badać suszony glon kombu używany do gotowania wywaru. I odkrył w nim kwas glutaminowy. Wyizolował go, opatentował i zaczął produkować glutaminian sodu, uniwersalną przyprawę.

Ale my, Europejczycy, wciąż nie do końca rozumiemy, o co chodzi z tym piątym smakiem. Nie jest dla nas tak rozpoznawalny jak gorzki czy kwaśny.

- Też go oczywiście odczuwamy, bo mamy takie same języki jak Japończycy. Po prostu w naszej kulturze na pierwszy plan wysunął się słodki i słony. Ale jest metoda na to, by go poczuć. Wystarczy kupić w sklepie z azjatycką żywnością MSG, czyli właśnie glutaminian sodu, wziąć dwie próbki zupy, do jednej wsypać odrobinę białych kryształków i spróbować najpierw czystej zupy, a potem tej z glutaminianem. Od razu czuć różnicę, tę niesamowitą pełność w ustach! Zupa z glutaminianem wyda się bogatsza w smaku, bardziej sycąca. Jak już raz się poczuje tę różnicę, łatwiej jest odnaleźć ten smak w innych produktach.

Dania doprawione MSG kojarzą się głównie z kuchnią azjatycką. Niesłusznie (fot. Peter_Cho / iStockphoto.com)Dania doprawione MSG kojarzą się głównie z kuchnią azjatycką. Niesłusznie (fot. Peter_Cho / iStockphoto.com)

Wszyscy straszą glutaminianem, a pani namawia do takich eksperymentów?!

- Glutaminian sodu to sól sodowa kwasu glutaminowego, substancji występującej naturalnie w jedzeniu. Trudno powiedzieć, żeby była szkodliwa. Nie jestem ekspertem, ale logika wykazuje, że skoro jest nawet w nieprzetworzonych produktach: pomidorach, grzybach, glonach, to nie jest szkodliwa. A tzw. syndrom chińskiej restauracji już dawno podważono. To mit - nie ma czegoś takiego jak alergia pokarmowa wywołana przez zjedzenie dania doprawionego MSG, kojarzonego głównie z azjatyckimi knajpami. Najpewniej ten wzmacniacz smaku kojarzy się źle, bo jest dziś masowo dodawany do wątpliwych w smaku fast foodów czy chińskich zupek - po to, żeby w ogóle jakoś smakowały. Ale one same w sobie nie są zdrowym pożywieniem.

Skoro pandy porzuciły zamiłowanie do mięsnego smaku, to ludzie też mogą. Tylko czy najpierw, podobnie jak pandy, nie musielibyśmy doświadczyć jakiejś katastrofy, która by nas odcięła od źródła mięsnego pożywienia?

- Mam nadzieję, że jesteśmy mądrzejsi od pand. Liczę, że stopniowo nasza świadomość będzie się zwiększać, że zrozumiemy, jak nasze mięsne obżarstwo nam szkodzi, że jest zupełnie niepotrzebne i przyczynia się nie tylko do cierpienia zwierząt, ale i do zniszczenia planety. Dlatego też napisałam "Mięsoholików", żeby powiedzieć: nie działajmy automatycznie, nie dawajmy się wodzić za nos. Najgorzej jest, kiedy robimy pewne rzeczy, ale sami nie wiemy dlaczego. Chciałam wytłumaczyć, z czego wynika nadmierna konsumpcja mięsa i że możemy się jej oduczyć. Nie mówię, że zaraz wszyscy powinniśmy rzucić mięso. Ale znając pewne fakty, łatwiej nam będzie samodzielnie decydować.

A co możemy robić w ramach tego oduczania się?

- Jeśli na przykład wiemy, co się składa na smak mięsa, możemy świadomie zastępować je równie dobrymi roślinnymi odpowiednikami. Czasem wydaje nam się, że mamy "smaka na mięso", ale może właśnie mamy chęć na białko albo na coś tłustego. Może wystarczy porcja pysznych, tłustych lodów? Trzeba się uczyć swojego ciała.

Zagranicą naukowcom już kilkakrotnie udało się wyhodować mięso w... laboratorium (fot. AlexRaths / iStockphoto.com)Zagranicą naukowcom już kilkakrotnie udało się wyhodować mięso w... laboratorium (fot. AlexRaths / iStockphoto.com)

A jak jest z tym mięsem z probówki?

- Czekam na nie z niecierpliwością. Przynajmniej mogłabym codziennie na śniadanie jeść bekon (śmiech).

Chyba jeszcze pani poczeka, podobno to bardzo drogie w produkcji.

- Już coraz tańsze. W 2013 roku wyhodowany w laboratorium burger kosztował chyba 325 tysięcy dolarów. Rok temu w Stanach powstały klopsiki - porcja kosztowała już tylko 18 tysięcy. Więc myślę, że kiedy naukowcy opracują skuteczne metody produkcji, zwiększy się ona, spadną ceny i takie mięso trafi do sklepów.

Z czego powstaje to mięso?

- Z takich samych komórek, jakie są w krowie, w pani czy we mnie, komórek macierzystych. Pobiera się je np. z tej na przykład krowy - przez biopsję, przy miejscowym znieczuleniu. Potem się je karmi, np. cukrami i one się namnażają. Mięso sobie rośnie w laboratorium, dokładnie tak samo, jak rośnie w krowie. Tyle że bez krowy. To jest proces podobny do gojenia. Jeśli się pani zatnie, to rana "zarasta" komórkami. Tak samo namnażają się one w laboratorium, żeby powstały klopsiki. Tę samą metodę stosuje się już w medycynie - wstrzykuje się np. komórki macierzyste, żeby "naprawić" serce.

''Mięso z probówki'' ma szansę okazać się zdrowszym zamiennikiem tego, które produkuje się poza laboratorium (fot. anyaivanova / iStockphoto.com)''Mięso z probówki'' ma szansę okazać się zdrowszym zamiennikiem tego, które produkuje się poza laboratorium (fot. anyaivanova / iStockphoto.com)

Czy to laboratoryjne mięso jest smaczne?

- Nie próbowałam, ale wąchałam, kiedy się smażyło. Pachniało jak każdy inny burger i podobno smakowało prawie jak burger, tyle że w 2013 roku w mięsie z laboratorium jeszcze nie było tłuszczu. Teraz już jest, komórki tłuszczowe hoduje się oddzielnie, potem się je miesza z mięśniowymi.

Ale na smak tłuszczu wpływa też to, czym zwierzę się żywi. Jesteśmy w stanie to odtworzyć w laboratorium?

- Jeśli myślimy o totalnych smakoszach, którzy potrafią stwierdzić, czym się krowa żywiła, to pewnie będą mieli problem. Ale my mówimy o przemysłowej, masowej produkcji mięsa, które - umówmy się - nie jest wcale wybitnie smaczne czy wyjątkowe. Przeciętny konsument, jedząc kotleta, nie zastanawia się, czy krowa pasła się na południowym stoku wzgórza w północnych Włoszech. Zwierzęta, których mięso trafia do supermarketów, karmione są raczej paskudnymi rzeczami. A mięso z probówki nie tylko jest produkowane w sposób etyczny, ale też jest zdrowsze. Nie ma ryzyka występowania salmonelli czy bakterii E.coli. Jeśli wejdzie do użytku, to może nasi prawnukowie będą się zastanawiać z obrzydzeniem, jak mogliśmy jeść takie "brudne" mięso.

A gdybym pani powiedziała, że mam teraz ochotę na krwistego steka, to co by mi pani zaproponowała w zamian?

- Jest tego tyle! Mogłaby pani oczywiście pójść w podobne klimaty, czyli zjeść jakiegoś wegeburgera. Ale myślę, że radę dałaby też pizza z dużą ilością składników bogatych w umami: parmezanu, grzybów, sosu pomidorowego.

Książka ''Mięsoholicy'' w Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca (fot. materiały prasowe)Książka ''Mięsoholicy'' w Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca (fot. materiały prasowe)

Na jednym z holenderskich uniwersytetów wyprodukowano niedawno wegetariański stek, więc takie rzeczy niedługo też będą alternatywą dla prawdziwego mięsa.

Cały czas się trzymamy tego mięsnego nazewnictwa: wegetariański burger, kotlety albo kiełbaski sojowe. Dlaczego?

- Co do zasady ludzie nie lubią zmian, bo są stresujące. Jeśli początkujący wegetarianin jadał wcześniej schabowe i ziemniaki, to lepiej, żeby nie rzucał się na głęboką wodę i nie przestawiał od razu na sałatki z nasionami chia. Kiedyś doradzałam wegetariańskiej organizacji, która zachęcała ludzi do wprowadzenia tzw. bezmięsnych poniedziałków. Przy okazji chciała też przemycić ideę zdrowego żywienia: żadnych frytek, fast foodów itd. Poradziłam wtedy, że lepiej zacząć od jednego małego kroku. Bo rezygnacja z jedzenia mięsa to wystarczający stres. Jak się ludziom zabierze wszystkie inne "przyjemności", może to odnieść odwrotny skutek.

Większość zatwardziałych mięsożerców krzywi się przede wszystkim na smak wegetariańskich dań i substytutów mięsa.

- Są lepsze i gorsze - jak każde jedzenie. Jasne, że niektóre wegetariańskie produkty mogą być koszmarem. Mogą być naładowane chemią albo źle smakować. Ale podobnie jest z jogurtami - znajdzie pani na rynku pyszne, prawdziwe, z najlepszego mleka, a gdzieś obok na półce stoją jogurtopodobne twory zawierające konserwanty i barwniki. To jest chyba największy problem z wegetariańskimi daniami, że jak ktoś spróbuje jednej kiepskiej wegekiełbaski, to potem już wyrabia sobie zdanie i fuka na inne roślinne zamienniki. Gdyby poszła pani do restauracji i dostała prawdziwą kiełbasę, która byłaby wstrętna, to nie powiedziałaby pani, że już nigdy w życiu nie tknie kiełbasy, tylko szukałaby lepszej knajpy. Nie dajemy drugiej szansy jedzeniu wegetariańskiemu. A naprawdę warto.


Książkę Marty Zaraskiej ''Mięsoholicy'' w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>


Marta Zaraska.
Dziennikarka i pisarka, tematyką naukową zajmuje się od kilkunastu lat. Korespondentka zagraniczna, publikuje m.in. w "The Washington Post", "Scientific American", "New Scientist". Odwiedziła ponad 80 krajów i mieszkała w sześciu z nich. Obecnie mieszka we Francji z mężem, córką i dwoma psami. Wegetarianka, której czasem zdarza się zjeść kawałek mięsa. Jej książka "Mięsoholicy" została wydana w języku angielskim w USA w 2016 roku. Pisząc ją, autorka przeprowadziła rozmowy z blisko setką różnych naukowców. Polska premiera miała miejsce na początku tego roku. W przygotowaniu jest wydanie japońskie.

Olga Badowska. Dziennikarka kulinarna i redaktorka związana z magazynem "Usta". Współtwórczyni magazynu internetowego  "Mlask", w którym pisze o szefach kuchni. Studiowała kulturoznawstwo, prowadziła klub kolacyjny na Saskiej Kępie, robiła performansy kulinarne w Polsce i za granicą. Namiętnie kolekcjonuje książki kucharskie, zwłaszcza te stare i dziwne. Eksploruje wszystko, co związane z antropologią jedzenia, zbiera owoce w warszawskich parkach, uwielbia karmić i być karmioną przez ludzi z pasją.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (219)
Zaloguj się
  • prawdziwek89

    Oceniono 32 razy 22

    Największym problemem są przemysłowe hodowle, gdzie zwierzęta są traktowane jak przedmiot, z którego należy wycisnąć największy zysk. Stłoczone w klatkach kury (w klatkach formatu A4/1 kurę!), z poobcinanymi dziobami, świnie z wyrwanymi zębami i poobcinanymi ogonami najczęściej bez znieczulenia - bo to koszty, które nigdy nie widziały słońca, karmione antybiotykami, sterydami i paszami z zawartością soi GMO. Później wiadomo droga do rzeźni, często połamane nogi, dzieci - cielęta, źrebięta, jagnięta odebrane matkom, na koniec dla wielu bandycki ubój rytualny, wykrwawianie zwierząt w mękach, nierzadko na oczach innych. Ponadto ogromne ilości zanieczyszczeń produkcja metanu, CO2 i zużywanie surowców, które towarzyszą krwawemu biznesowi. Trzeba być pozbawionym empatii prymitywem, żeby nie wysilić się na refleksję i przechodzić nad tym do porządku dziennego.

  • Sadie Starr

    Oceniono 31 razy 19

    Niesamowite, że w tak obszernym wywiadzie nawet nie zająknięto się o chyba najważniejszym argumencie przemawiającym za niejedzeniem mięsa a mianowicie o tym, jak zgubny wpływ na środowisko i klimat ma produkcja mięsa i jego wzrastające spożycie. Przemysł mięsny generuje najwięcej gazów cieplarnianych ze wszystkich gałęzi przemysłu, prowadzi do wycinania lasów i zużywa ogromne ilości wody. Polecam lekturę poniższego artykułu: www.focus.pl/czlowiek/prawdziwa-cena-miesa-13182?strona=1

  • rikol

    Oceniono 30 razy 18

    W dzisiejszych czasach wegetarianizm to wybór etyczny, a nie zdrowotny. Produkcja mięsa wymaga znacznie więcej energii niż produkcja roślin, niszczy środowisko. Uprawa kukurydzy czy soi w większości jest na potrzeby zwierząt hodowlanych. Hodowla zwierząt ma sens tylko na terenach, gdzie nie da się uprawiać, np. na hali w górach. Taka hodowla jest też ekologiczna, bo eliminujemy pasze sprowadzaną z drugiego końca świata. Produkcja co2 z paliw kopalnych zdążająca do zera.

  • Lara Krik

    Oceniono 24 razy 12

    Mamy kłopot z mięsem? Dobrze, że nie mamy "kłopotu" z zabijaniem bezbronnych zwierząt, które rodzą się tylko po to, aby spędzić życie w ciasnym klatach, umrzeć w rzeźniach i zakończyć swój żywot jako "mięsko" albo "szyneczka:"
    Kiedy nie ma innego pożywienia, upolować zwierze , to zupełnie co innego, niż w warunkach wysokorozwiniętej cywilizacji XX! wieku, która daje ogromne możliwości zaspokajania głodu innymi produktami, niż trupy zwierząt

  • isiah.thomas

    Oceniono 13 razy 7

    Nie jem mięsa, bo mi nie smakuje. Kwestia odzwyczajenia. Kiedyś trochę tęskniłem, obecnie wcale. I nie jestem "wojujący", nikogo ostentacyjne nie namawiam.

  • p_d_d

    Oceniono 12 razy 6

    Zapoznać się z trzema tytułami: Farmageddon, Eating Animals, Cowspiracy a na Youtube jeszcze "Cała prawda o rybach" a potem życzę smacznego schaboszczaka lub łososia prosto z norweskich fjordów ;-) ...

  • rikol

    Oceniono 12 razy 6

    Glutaminian sodu powoduje bóle głowy i problemy z mózgiem. Oczywiście, dawka czyni truciznę, ale jeśli jest sztucznie dodawany, to oznacza, że jest go za dużo. efekt umami można osiągnąć przyprawami oraz odrobiną tłuszczu.

  • lukki69

    Oceniono 17 razy 5

    Przeczytałem i idę na kiełbaskę czystowieprzową od chłopa ze wsi..mniam mniam..:)

  • abbc123

    Oceniono 11 razy 3

    Wystraczy przyjrzeć się wyglądowi ludzi. Ci, ktorzy wpierniczaja zbyt duże ilości mięsa (i cukru oczywiście też) wyglądają żałośnie, otyli, nieforemi, bujające się brzuszyscka, obwisłe podgardla, twarze ulane, wypryszczone. Nie wspominając już nawet o chorobach, nadciśnienie, cukrzyca itp Większośc takich ludzi nawet nie wie co to warzywo i owoc. Wystarczy 490g mięsa i 150 wędlin na tydzien, rzecz jasna dobrej jakości. To i tak jest bardzo dużo. I po co się tak podniecać tym mięsiwem...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX