(fot. Reynardt / iStockphoto.com)

ludzie

Radosław Niedźwiedź: W dokumentacji szpitalnej występuję jako położna Niedźwiedź, nomenklatura nie przewiduje położnego

Jest ich w Polsce zaledwie 69*. Najwięcej, bo aż 11, w Warszawie, ośmiu w Poznaniu, sześciu w Krakowie. Są praktycznie niezauważalni w gronie niemal 37 tysięcy kobiet w tym zawodzie. Jednym z nich jest Radosław Niedźwiedź pracujący w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny w Warszawie.

Jak nazywa się zawód, który wykonujesz?

- Jestem położnym. Nie położnikiem. Wszyscy mają z tym kłopot. Położnik to lekarz ginekolog. Porody odbiera natomiast położna lub położny. Ale dopiero od niedawna posiadam dokument poświadczający, że mam prawo wykonywania zawodu położnego. Wcześniej byłem położną. W dokumentacji szpitalnej w dalszym ciągu występuję jako położna Niedźwiedź, nomenklatura szpitalna nie przewiduje bowiem położnego. Jakoś musiałem się z tym pogodzić.

Jak zwracają się do ciebie pacjentki?

- Czasami nie zdążę się przedstawić, a kobieta już mówi do mnie "panie doktorze". Nawet jeśli powtórzę dziesięć razy, że nie jestem lekarzem, tylko położnym, i tak usłyszę "panie doktorze".

W całej Polsce pracuje dziś zaledwie 69 położnych (fot. archiwum prywatne Radosława Niedźwiedzia / 1joe / iStockphoto.com)W całej Polsce pracuje dziś zaledwie 69 położnych (fot. archiwum prywatne Radosława Niedźwiedzia / 1joe / iStockphoto.com)

Koleżanki położne nie czują się zazdrosne?

- Czasami tak. Dlatego zawsze zaznaczam, że jestem położnym. Zwłaszcza że nie czuję się bardziej doceniony, gdy ktoś mówi do mnie "panie doktorze". To przecież są dwa odrębne zawody.

Jak wygląda współpraca z lekarzami?

- Myślę, że niektórzy czują się od nas lepsi. Stosunek starszych lekarzy do pielęgniarek i położnych jest zupełnie inny niż młodych. Z młodymi traktujemy się bardziej po partnersku. Starsi patrzą na nas z góry. Zauważyłem, że w niektórych warszawskich szpitalach panują jeszcze stare porządki - to znaczy położne pozwalają się źle traktować lekarzom. Pytałem niektóre z nich, dlaczego zgadzają się na takie zachowania, odpowiadały, że w życiu trzeba wiedzieć, gdzie jest twoje miejsce.

Położne tak mówiły?

- Tak. Szczególnie te posiadające kilkunastoletnie doświadczenie są przyzwyczajone, że lekarz to bóg. Nie można z nim dyskutować, wyrażać swojego zdania. Teraz jest zupełnie inaczej.

Pracujesz w tym zawodzie dziesięć lat. Co się w tym czasie zmieniło?

- Przede wszystkim zakres obowiązków. Obecnie mamy większą samodzielność. Z jednej strony to bardzo fajne, z drugiej oznacza większą odpowiedzialność i masę papierkowej roboty. Wcześniej praca była podzielona pomiędzy nas, lekarzy ginekologów, neonatologów, pielęgniarki neonatologiczne. Teraz położna od początku do końca prowadzi pacjentkę, co oznacza, że przyjmuje ją na oddział, przeprowadza wywiad, wypełnia historię położniczą, jest przy porodzie, zajmuje się noworodkiem, tworzy dokumentację matki i dziecka. A po porodzie musi przynajmniej godzinę poświęcić na wypełnienie wszystkich papierów. Zamiast przystawiać matce dziecko do piersi albo opowiadać, jak się nim zajmować, trzeba zasiąść do komputera. Dokumentacja jest straszną zmorą. Ale rozumiem, że szpitale muszą się chronić. Jednak jeśli pacjentki nie czują się otoczone opieką, mają pretensje głównie do nas.

Położna przygotowuje salę do zabiegu cesarskiego cięcia (fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta)Położna przygotowuje salę do zabiegu cesarskiego cięcia (fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta)

W czasie porodu kobiety chcą się czuć bezpiecznie.

- Tak. Ale my zazwyczaj zajmujemy się trzema pacjentkami jednocześnie. Są więc momenty, że wychodzi się z jednego porodu i idzie przyjąć kolejny. Zdarza się, że w czasie 12 godzin dyżuru nie mam chwili, żeby usiąść. I nie chodzi o to, żeby coś zjeść, ale by wprowadzić wszystkie dane do komputera. Pacjentki cały czas są na sali. Nie wiedzą, co robię, gdy z niej wychodzę. Może im się wydawać, że piję kawę z koleżankami. A ja biegam, bo albo sprzęt jest zajęty, albo dwie osoby rodzą równocześnie.

Zmiany w zakresie obowiązków, o których mówiłeś, wiązały się z podwyżkami?

- Nie. Skok płac nastąpił, gdy studiowałem. Wcześniej położna na etacie zarabiała jakieś tysiąc złotych do ręki. W pewnym momencie w Szpitalu Specjalistycznym św. Zofii w Warszawie ta kwota skoczyła do około trzech tysięcy złotych netto. Pozostałe stołeczne placówki musiały za tym podążyć. Teraz, na etacie i z dodatkami, zarabia się około trzech i pół tysiąca na rękę. Nie wyobrażam sobie, żebym w Warszawie mógł za to utrzymać rodzinę.

Można zarobić więcej?

- Tak, jeśli poświęci się tej pracy całe życie i będzie się prywatnie jeździć do porodów. Wtedy - tak, ale kosztem życia prywatnego. Wyobraź sobie, że położna w sobotę idzie z rodziną do kina. W czasie seansu dzwoni pacjentka, która właśnie zaczyna rodzić. Trzeba wszystko zostawić i jechać. 

Niewielkie pieniądze, niski prestiż społeczny, biurokracja, niezadowolone pacjentki. Dlaczego w ogóle wykonujesz ten zawód?

- Najfajniejsze jest - i to na pewno uzależnia - że podczas porodu jestem dla przyszłych rodziców najważniejszą osobą. Z jednej strony spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność, ale z drugiej to wyjątkowa rola. Nie wiem, czy gdziekolwiek można czuć taką wdzięczność od drugiej osoby jak w tym zawodzie. Zwłaszcza gdy wszystko się dobrze kończy. Zdarza się, że kobiety znajdują mnie na Facebooku i piszą takie wiadomości, że aż się łezka w oku zakręci. Albo potrafią tydzień po porodzie odnaleźć mnie na oddziale, by podarować jakiś drobiazg lub kartkę z podziękowaniem.

Zdarza się, że położne lub położni odbierają kilka porodów jednocześnie (fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta)Zdarza się, że położne lub położni odbierają kilka porodów jednocześnie (fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta)

Ojcowie też są wdzięczni?

- Kiedy zaczynałem pracę, ojcowie byli już wpuszczani do porodów, ale to była nowość. Teraz dziwne jest, gdy mężczyzny nie ma przy partnerce. Często tatusiowie, bo tak na nich mówimy, są dla nas pomocą. Mogą podać kobiecie ręcznik, gdy wychodzi spod prysznica, prowadzić ją za rękę, gdy ma skurcze, zgłosić nam, gdy coś ich lub mamy zaniepokoi w zapisie KTG. Choć panowie są też różni. Niektórzy mają postawę roszczeniową. Uważają, że jak będą krzyczeć, zostaną jeszcze lepiej potraktowani. Może nie powinienem tego mówić, ale w sytuacji porodu to personel medyczny decyduje. Gdy na sali jest ojciec, który mnie obraża, będę tam wchodził tylko wtedy, kiedy to jest konieczne. I niestety traci na tym kobieta. My nie pracujemy po to, żeby z kimś walczyć, tylko żeby pomóc. 

Jak to się stało, że zostałeś położnym?

- Jako dziecko chciałem być pilotem. Potem lekarzem. Po liceum zacząłem myśleć bardziej praktycznie i poszedłem na informatykę, ale po pierwszym roku okazało się, że to nie jest kierunek dla mnie. Próbowałem dostać się na wydział lekarski. Nie wyszło. Liczba punktów, które uzyskałem na egzaminie, otwierała mi drzwi na pielęgniarstwo, elektroradiologię lub na położnictwo. Nie wiedziałem do końca, czym zajmuje się położna. Ktoś powiedział, że to taka pielęgniarka, która może jeszcze odbierać porody. Stwierdziłem, że skoro to coś więcej niż pielęgniarka, wybieram położnictwo. Ale poszedłem tam na przeczekanie, żeby nie marnować roku. Po pierwszych praktykach okazało się, że to jest dokładanie to, czym chcę się zajmować.

Kiedy zacząłeś studia...

- ...zderzyłem się z rzeczywistością. Nikt nie spodziewał się tam facetów i raczej nikt ich nie chciał. Pamiętam, jak wchodzę na zajęcia, a w sali same dziewczyny. Było jeszcze kilku chłopaków, ale trafili do innych grup. Przychodzi prowadząca wykład i mówi: "Dzień dobry, a panie to która jesteście grupa?". Dziewczyny odpowiedziały. Ja wstałem i mówię, że jest tu też jeden pan. Na co prowadząca kontynuuje: "Aha, to jesteście panie taka i taka grupa". Było widać niezadowolenie, że facet jest na sali.

Później dowiedziałem się, że przez lata w Warszawie położnictwo można było studiować tylko w studium pielęgniarek i położnych, a warunkiem przyjęcia do szkoły była płeć żeńska. Dopiero gdy kierunek przeniósł się do Akademii Medycznej otworzyła się furtka dla facetów. Ale mężczyźni szli tam głównie na przeczekanie albo żeby uniknąć obowiązkowej wtedy jeszcze służby wojskowej. Do końca studiów licencjackich dotrwał ze mną jeden kolega. Jest teraz policjantem. Na studiach magisterskich byłem już sam.

Wdzięczność świeżo upieczonych rodziców jest dla położnych bezcenna (fot. mvaligursky / iStockphoto.com)Wdzięczność świeżo upieczonych rodziców jest dla położnych bezcenna (fot. mvaligursky / iStockphoto.com)

Dlaczego twoi koledzy odpadali?

- Wykładowczynie w ogóle nie wierzyły, że facet może być dobrym położnym. Pewnie myślały, że muszą się chwilę z nami przemęczyć, bo po roku i tak sobie pójdziemy. Na początku to, że traktowały nas jak powietrze, było nawet zabawne, potem już irytujące.

Za to na uwagę i adorację ze strony koleżanek nie mogłeś pewnie narzekać.

- Na początku było super. Prawie sto kobiet i ja jeden. Wydawało mi się, że jest to wymarzona sytuacja dla faceta. Po jakimś czasie dziewczyny zaczęły mnie jednak traktować jak kolejną koleżankę. To już nie było komfortowe. Opowiadały o swoich doświadczeniach seksualnych, o miesiączkach, pożyczały sobie tampony w mojej obecności. Mieliśmy też wspólną szatnię na WF. Rozbierały się przy mnie zwyczajnie, jak przy koleżankach, nie patrzyły na mnie jak na faceta. Wtedy mężczyzna zaczyna czuć się mało męski.

W ogóle nie pomyślałam o tym, że była wspólna szatnia.

- Nie tylko szatnia. WF także był dostosowany do kobiet. Te studia nie były wtedy zupełnie przygotowane na faceta. 

A jednak przetrwałeś.

- W dzień studiowałem, w nocy pracowałem na bramkach w klubach. Męskość, którą traciłem na zajęciach, odzyskiwałem wieczorem. Faceci mają potrzebę adrenaliny w życiu. Ja odnalazłem ją przy porodach. Tam jest jej mnóstwo. Sytuacja zmienia się z minuty na minutę.

Pierwsze praktyki miałem z byłą wieloletnią dyrektorką studium dla położnych. Bardzo sroga osoba, którą darzę dużym szacunkiem. Po praktykach powiedziała mi, że dzięki mnie uwierzyła, że facet może być w tym zawodzie tak samo dobry jak kobieta. To dodało mi skrzydeł. Spowodowało, że poczułem się doceniony i chciałem przy tym zostać. Ale poczułem też, że mogę coś udowodnić. A udowadniać musiałem wiele razy.

W Polsce praca położnych, tak jak i pielęgniarek, nie gwarantuje ani wysokich zarobków ani prestiżu społecznego. Na zdjęciu pikieta pielęgniarek i położnych w Kielcach, kwiecień 2015 r. (fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta)W Polsce praca położnych, tak jak i pielęgniarek, nie gwarantuje ani wysokich zarobków ani prestiżu społecznego. Na zdjęciu pikieta pielęgniarek i położnych w Kielcach, kwiecień 2015 r. (fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta)

No przykład kiedy?

- Zawsze po przyjściu do nowej pracy. Gdy położna z dziesięcioletnim stażem zmienia szpital, każdy ufa, że będzie dobrze robić to, co do niej należy. Gwarantuję ci, że mi wszyscy będą patrzeć na ręce. Jestem także przekonany, że gdyby rodząca kobieta miała do wyboru mnie i moją koleżankę z takim samym doświadczeniem, bardziej zaufałaby drugiej kobiecie. Ta świadomość trochę blokuje, ale da się to przełamać.

Pamiętasz pierwszy poród, który odebrałeś?

- Pamiętam tylko pierwszy, w którym uczestniczyłem. To było na praktykach w połowie pierwszego roku, kiedy byłem jeszcze zupełnie zielony. Położne, zajęte swoimi sprawami, zostawiły mnie przy pacjentce, która krzyczała z bólu, prosiła, żebym jej pomógł, a ja nie wiedziałem jak. Czułem się bardzo źle w tej sytuacji. To skłoniło mnie do dokształcania się. Po pierwszym roku studiów tak chciałem praktykować, że przez wakacje prawie zamieszkałem na oddziale. Bardzo się w to położnictwo wkręciłem.

Co było dla ciebie trudne na początku?

- Na pewno przełamanie bariery prywatności, intymności z kobietą. No i ta bezradność. Gdy zaczynałem pracę, znieczulenia zewnątrzoponowe nie były jeszcze popularne. Byliśmy w stanie zmniejszyć ból, ale nie na tyle, by była to prawdziwa ulga. W czasie porodu jest też mnóstwo rzeczy, na które wpływ ma tylko natura, albo takie, które zależą tylko od lekarzy. A oni nie zawsze nas słuchają. Czasem jesteśmy w stu procentach przekonani, że poród nie zakończy się drogami natury, a oni zwlekają z cesarką. Ale to my siedzimy z pacjentką i tłumaczymy jej, że musi jeszcze wytrzymać, że jeszcze czekamy. To są bardzo trudne sytuacje. Podobnie jak to, że pacjentka musi czekać na znieczulenie, bo brakuje anestezjologów. Jednak ten zawód ma więcej plusów niż minusów. Gdy słucham opowieści pielęgniarek z interny czy OIOM-u, gdzie co chwilę ktoś umiera, wiem, że to nie dla mnie. Ja cały czas uczestniczę w cudzie narodzin. 

Zdarzyło ci się odbierać poród, w którym dziecko zmarło?

- Tak, na Haiti. Byłem tam jakiś czas na wolontariacie.

Przez lata warunkiem przyjęcia do szkoły dla pielęgniarek czy położnych była płeć żeńska (fot. Soren_Jessen / iStockphoto.com)Przez lata warunkiem przyjęcia do szkoły dla pielęgniarek czy położnych była płeć żeńska (fot. Soren_Jessen / iStockphoto.com)

Jak to się stało?

- Po trzęsieniu ziemi na Haiti znalazłem w internecie informację, że szukają wolontariuszy. Akurat rozstałem się z narzeczoną, stwierdziłem, że nic mnie w Polsce nie trzyma, a fajnie byłoby zdobyć doświadczenie i komuś pomóc. Spędziłem na wyspie sześć albo osiem tygodni. Już nie pamiętam.

Miałem zajmować się porodami, ale na miejscu okazało się, że położnych i ginekologów jest sporo, a nikt nie potrafi opiekować się noworodkami. Przejąłem więc część neonatologiczną i starałem się ratować te maluszki. Czułem się tam bardzo potrzebny, bo nie było żadnej innej osoby, która potrafiłaby reanimować tak małe dzieci. A ja przez pierwszych pięć lat pracowałem jako położny neonatolog, czyli nie zajmowałem się porodami, a noworodkami. Gdy koleżanki wiedziały już, że za chwilę urodzi się dziecko, dzwoniły po mnie. W szpitalu, w którym pracowałem, były przestrzegane standardy opieki okołoporodowej, więc dziecko lądowało na brzuchu mamy, a moim zadaniem było czuwać nad tym, by było wysuszone, przykryte, by je oznakować, zabezpieczyć pępowinę i przygotować dokumentację. 

Co jeszcze robiłeś na Haiti?

- Bardzo dużo cesarskich cięć, których w Polsce nie wykonuję, bo nie mam do tego uprawnień. Pracowałem także jako drugi lekarz, samodzielnie podawałem leki. Na wyspie brakowało anestezjologów. Kiedyś sam znieczulałem pacjentkę do zabiegu na podstawie tego, co wyczytałem w internecie. Bardzo się bałem, że się nie obudzi. Nie było także instrumentariuszy, więc wszystkie narzędzia do operacji czy cesarskiego cięcia musiałem samodzielnie rozłożyć, a potem wiedzieć, w którym momencie co należy podać. Na Haiti nauczyłem się, że trzeba obserwować wszystkich, którzy pracują wokół nas, by w kryzysowej sytuacji móc przejąć ich zadania.

Kiedy wróciłem do Polski, na wyspie wybuchła epidemia cholery. Chciałem znów tam jechać, ale na pierwszy wyjazd wykorzystałem cały urlop wypoczynkowy, a pracodawca nie zgodził się na urlop bezpłatny. Zwolniłem się więc i poleciałem.

Radosław Niedźwiedź podczas pracy na Haiti (pierwszy z lewej na pierwszym i pierwszy z prawej na drugim zdjęciu) (fot. archiwum prywatne Radosława Niedźwiedzia)Radosław Niedźwiedź podczas pracy na Haiti (pierwszy z lewej na pierwszym i pierwszy z prawej na drugim zdjęciu) (fot. archiwum prywatne Radosława Niedźwiedzia)

Jak położny może pomóc w czasie epidemii cholery?

- Pracowałem przy pochówkach. Ciał było tak dużo, że Haitańczycy traktowali je jak rzeczy, a dla Europejczyków ciało to jest świętość. Nie było łatwo wkładać tygodniowe, rozkładające się zwłoki do worków, a potem jechać z nimi na pace samochodu do miejsca pochówku. Kiedy patrzę na ten wyjazd z perspektywy czasu, widzę, że odbił się na moich emocjach.

Miałeś jakiś sposób na odreagowanie?

- Na początku pierwszego pobytu nawet nie miałem z kim pogadać. Na miejscu nie było jeszcze Polaków, Włosi, którzy już przylecieli, nie mówili po angielsku, a zmiana stref czasowych powodowała, że nie chciałem po nocach wydzwaniać do Polski. Nie palę na co dzień, a tam paliłem bardzo dużo. Popijałem też rum. W Polsce to jest niewyobrażalne, by sączyć rum w pracy, ale na Haiti pracowałem 24 godziny na dobę. Poza tym rum i papierosy zabijały trupi posmak, który zostawał w ustach od zapachu rozkładających się zwłok.

Co dał ci ten wyjazd?

- Po Haiti wszystko się odmieniło. Byli tam lekarze z warszawskiego Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny, którzy - jak się potem okazało - po powrocie opowiadali o mnie na odprawach, pokazywali filmy, na których było mnie widać. Umówiłem się na rozmowę z dyrektorem placówki, a on sam zaproponował mi pracę. Pamiętam, że gdy szedłem korytarzem w pierwszych dniach po zatrudnieniu, nieznajome osoby mówiły mi "dzień dobry". Nic nie musiałem udowadniać.

Nadal tam pracujesz?

- Nie. Zwolniłem się w grudniu, żeby rozkręcić swoją działalność. Otworzyłem firmę, która oferuje kompleksowe usługi medyczne w domach. To moje główne źródło utrzymania.

Radosław Niedźwiedź podczas pracy na Haiti (fot. archiwum prywatne Radosława Niedźwiedzia)Radosław Niedźwiedź podczas pracy na Haiti (fot. archiwum prywatne Radosława Niedźwiedzia)

Nie tęsknisz za porodówką?

- Oczywiście, że tęsknię, dlatego od marca tego roku na nią wróciłem, na razie na kilka dyżurów w miesiącu, by nie tracić kontaktu z zawodem.

Czy praca położnego coś ci zabiera?

- Znajomi przypominają sobie o mnie i doceniają to, co robię, gdy pojawiają się w ich życiu dzieci. Jeśli dzwoni kolega, z którym nie rozmawiałem od pięciu lat, wiem, że jego żona jest w ciąży. Potem wychodzą ze szpitala i znowu nie mam z nimi kontaktu, aż żona nie zajdzie w kolejną ciążę.

Na pewno interesuje cię też kwestia seksualności. Wszyscy są ciekawi, jak postrzegam kobiety po tym, jak odbieram porody. Ale ja mam czysto mechaniczne podejście do porodu, to znaczy muszę tak poustawiać tryby, żeby wszystko sprawnie przebiegło. Mam przyjąć zdrowe dziecko i sprawić, by mama się nie męczyła. To jest moja praca. Zupełnie czym innym jest dla mnie naga kobieta na łóżku porodowym i w sypialni.

Nie uważasz, że to dziwne, że się z tego tłumaczysz. Nie wyobrażam sobie, żeby lekarz ginekolog tłumaczył się z tego, czym się zajmuje.

- No tak, ale ginekologów jest więcej. Niektórzy ludzie dziwnie reagują, gdy usłyszą, że jestem położnym. Jestem singlem, jeśli poznaję dziewczynę przez internet i napiszę, jaki mam zawód, często rozmowa się kończy.

Poznański szpital św. Rodziny przy ul. Jarochowskiego, nowy oddział położniczy (fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)Poznański szpital św. Rodziny przy ul. Jarochowskiego, nowy oddział położniczy (fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Kiedy pracowałem na oddziale noworodkowym, brałem dodatkowe dyżury, które polegały na indywidualnej opiece nad mamą po cesarskim cięciu. Dwanaście godzin po operacji, kiedy kobieta nie mogła się ruszać, zajmowałem się dzieckiem, przystawiałem je do jej piersi, zmieniałem opatrunek. Często gdy mężczyzna dowiadywał się, że to ja mam się zająć jego żoną, dziękował. Wolał, by nie miała żadnej opieki.

Bardzo egoistyczne podejście.

- Przy porodzie faceci są tak zestresowani, że nie zgłaszają żadnych sprzeciwów, jak mnie widzą. Gdy stres opada, czasami pojawia się zazdrość. Nie mam pojęcia, jak można sobie wyobrażać, że będę podrywał pacjentkę, zmieniając jej opatrunek, ale widzę, że położny cały czas jest dziwnie postrzegany. Lekarz - nie. Tylko położny.

Co musiałoby się zmienić w Polsce, by więcej mężczyzn zostawało położnymi?

- Nie wiem, jakie teraz jest podejście do męskich adeptów położnictwa na uczelni, ale wydaje mi się, że chłopcy nadal nie mają łatwo. Kolejnym problemem są trudności w znalezieniu pracy. Do tego dochodzą małe pieniądze, które oferuje ten zawód, i niski prestiż społeczny. Dla większości facetów to są bariery nie do przeskoczenia.

Masz jakieś rady dla osób, które chcą zostać położną lub położnym?

- Niech odpowiedzą sobie na pytanie, czy chcą zajmować się drugim człowiekiem. Czy nie brzydzi ich to, że ktoś na nich zwymiotuje albo załatwi się w ich obecności. Bo takie widoki są w tej pracy normalne. Czy wytrzymają narzekanie obcej osoby przez dwanaście godzin? Nie każdy potrafi na to spojrzeć tak, że ktoś jest niemiły, bo cierpi. Potrzebna jest empatia. Informatykiem można zostać, bo albo się to lubi, albo się chce dużo zarabiać. Położnym tylko z pasji.

Wdzięczni za pomoc rodzice często przynoszą położnym na pamiątkę fotografie maluchów. Na zdjęciu oddział porodowy łódzkiego Szpitala Centrum Zdrowia Matki Polki (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)Wdzięczni za pomoc rodzice często przynoszą położnym na pamiątkę fotografie maluchów. Na zdjęciu oddział porodowy łódzkiego Szpitala Centrum Zdrowia Matki Polki (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

*Liczba zarejestrowanych położnych, stan na 31.12.2016. Źródło: Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych


Radosław Niedźwiedź.
Położny z 10-letnim stażem, absolwent położnictwa na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, pracuje w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny w Warszawie, właściciel firmy Med.to.Door.

Anna Sulińska. Absolwentka socjologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Publikowała w "Wysokich Obcasach" i "Dużym Formacie". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się jej debiutancka książka "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (51)
Zaloguj się
  • z80c90

    Oceniono 11 razy 11

    Czasami wraca mi wiara w ludzi jak czytam o takich ludziach

  • kikipl12

    Oceniono 13 razy 7

    Wow, ja bez oporów oddałabym swój poród w Pana ręce. Czytając, mam wrażenie, że jest Pan w stanie zrozumieć potrzeby rodzącej kobiety lepiej niż jedna położna (piszę z perspektywy kobiety, która poród ma za sobą).
    Życzę powodzenia, widać, że jest Pan odważny i nastawiony na rozwój, a te cechy umiejętnie wykorzystane bardzo pomagają w rozwijaniu swojego biznesu. Szkoda wielka, że nasza służba zdrowia nie potrafi i mam wrażenie, że w ogóle nie jest zainteresowana zatrzymywaniem takich osób, jak Pan w swoich szeregach.

  • opiniamoja

    Oceniono 12 razy 6

    super facet, gratuluję!! wszystkiego dobrego!!

  • tune

    Oceniono 9 razy 5

    Cieszę się, że przeczytałam ten wywiad.

  • to-25-1

    Oceniono 9 razy 5

    W Szwecji tez uzywa sie rodzaju zenskiego na okreslenie poloznego wiec glowa do góry " barnmorska" :)

  • alekaa d

    Oceniono 6 razy 4

    Siedemnaście lat temu miałam do czynienia z panem położonym. Wstyd się przyznać ale na początku myślałam że to jakiś salowy.Dopiero jak stanął przy mnie żeby przyjąć na świat moja córkę, docenilam go.Profesjonalny, opiekunczy, uwazajacy.Swietny polozny!

  • rikol

    Oceniono 3 razy 3

    Fantastyczny człowiek. wielka szkoda, że położnym nie płaci się odpowiednio za ich pracę. No ale taka jest specyfika zawodu kobiecego. Położna, nauczycielka: odpowiedzialność gigantyczna, można iść do więzienia za błędy w pracy, a pensja marna.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX