James Rebanks

James Rebanks (fot. Financial Times / YouTube.com)

ludzie

Najbardziej znany pasterz na Twitterze: Mamy obsesję na punkcie ''wyjeżdżania dokądś'' i ''dokonywania czegoś'' w życiu

Wyjechałem na studia, aby udowodnić coś sobie i innym. Gdy w końcu wróciłem z Oxfordu, rodzina i przyjaciele byli dumni z tego, że "tak dobrze sobie poradziłem". Ja jednak, słuchając ich, nie przestawałem myśleć o tym, że w rzeczywistości niczego jeszcze nie dokonałem. Wręcz przeciwnie - byłem bezrobotny i miałem do spłacenia kredyt studencki - pisze James Rebanks w książce ''Życie pasterza. Opowieści z Krainy Jezior''.

Zorientowałem się, że jesteśmy inni, naprawdę inni, pewnego deszczowego poranka w 1987 roku. Siedziałem na apelu w tandetnym, betonowym budynku szkoły średniej wzniesionej w naszym miasteczku w stylu typowym dla lat sześćdziesiątych XX wieku. Miałem ze trzynaście lat, otaczał mnie tłum wyrostków, którzy tak samo jak ja nie mierzyli zbyt wysoko, jeśli chodzi o edukację, i przysłuchiwałem się starej, steranej nauczycielce prawiącej kazanie o tym, że powinniśmy dążyć do czegoś więcej niż do tego, aby zostać robotnikami rolnymi, stolarzami, murarzami, elektrykami czy fryzjerami. (...) Drwiną próbowała nas skłonić do tego, żebyśmy wznieśli się ponad przeciętność. Tylko dureń mógł chcieć pozostać w tej zapadłej dziurze, wykonywać pracę bez żadnych perspektyw i pielęgnować zaściankowe poglądy. Nic nas tu nie czekało, powinniśmy otworzyć w końcu oczy i to zobaczyć. Zdaniem belferki ten, kto pragnął jak najszybciej skończyć edukację i iść do pracy na roli, był zwykłym idiotą*.

Jezioro Derwent, jedno z 21 wielkich zbiorników wodnych znajdujących się w Krainie Jezior (fot. Diliff / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)Jezioro Derwent, jedno z 21 wielkich zbiorników wodnych znajdujących się w Krainie Jezior (fot. Diliff / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Najwyraźniej nigdy nawet nie przyszło jej do głowy, żeby spojrzeć na naszych ojców i matki jak na dumnych, wytrwałych i inteligentnych ludzi, którzy wykonują ważną, a nawet godną podziwu pracę. Kobiecie, dla której miarą sukcesu był poziom wykształcenia, posiadane ambicje, niezwykłe przeżycia i osiągnięcia zawodowe, zapewne wydawaliśmy się żałosną bandą. Nie sądzę, żeby komukolwiek w tej szkole wypsnęło się słowo "uniwersytet"; nikt nie chciał nigdzie wyjeżdżać  -  ludzie, którzy wyjeżdżali, przestawali być tutejsi; zmieniali się i tak naprawdę nie było już dla nich powrotu, czuliśmy to po kościach. Dalsza edukacja była sposobem na ucieczkę stąd, ale my nie chcieliśmy uciekać, tak postanowiliśmy. Później zrozumiem, że współczesne społeczeństwo przemysłowe ma obsesję na punkcie "wyjeżdżania dokądś" i "dokonywania czegoś" w życiu i przypisuje tym zjawiskom niezwykłą wagę. Z tego sposobu postrzegania rzeczywistości wynika konkluzja, której zacząłem nienawidzić: że pozostanie w miejscu urodzenia i wykonywanie fizycznej pracy jest niewiele warte. (...)

***

Urodziłem się końcem lipca 1974 roku w świecie, który kręcił się wokół starego człowieka i jego dwóch farm. Tym człowiekiem był dumny rolnik o nazwisku William Hugh Rebanks, przez znajomych zwany "Hughie", a przeze mnie - "dziadkiem". Całując go na dobranoc, czułem dotyk zarośniętych, chropowatych policzków, zapach owiec i bydła. Dziadek miał tylko jeden pożółkły ząb, ale to mu nie przeszkadzało z wilczym apetytem pożerać kotlety jagnięce.


Dochował się trójki dzieci. Dwóch córek, które wyszły za mąż za porządnych rolników, i syna - mojego ojca. Tata był najmłodszy i miał przejąć po dziadku farmę. Ja byłem najmłodszym wnukiem, ale jedynym, który nosił nazwisko dziadka. Odkąd pamiętam, uważałem dziadka za ósmy cud świata. Już jako dziecko widziałem w nim człowieka, który jest panem na swoich włościach, niczym biblijny patriarcha. Nie kłaniał się nikomu. Od nikogo nie przyjmował rozkazów. Żył skromnie, ale był dumnym, wolnym, niezależnym mężczyzną znającym swoje prawo do ziemi, na której mieszkał. Moje pierwsze wspomnienia to wspomnienia o dziadku i o tym, że pragnąłem w przyszłości być taki jak on. (...)

Chodziłem do naprawdę przyzwoitej, niewielkiej szkoły podstawowej. Jednak ani moja mama ze swoim zamiłowaniem do książek, ani szkoła nie miały u mnie większych szans. Od początku wiedziałem, że nauka była jedynie chwilowym zajęciem odrywającym mnie od spraw o wiele większej wagi. (...) Drżałem na samą myśl o szkole średniej. W naszej wiejskiej szkółce pełno było dzieciaków takich jak ja, ich ojcowie znali się z moim ojcem, często znali się również nasi dziadkowie, od lat. Chodziła z nami garstka uczniów spoza farm, ale oni grali w gry typu Dungeons and Dragons, które mnie zupełnie nie interesowały, i nosili modne ciuchy - adidasy i tym podobne. Szkoła średnia to jednak co innego. Leżała piętnaście kilometrów od miasteczka, czyli w moim pojęciu w odrębnej galaktyce.

Owca rasy Herdwick pasąca się w Krainie Jezior (fot. StaraBlazkova / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0,2.5,2.0,1.0)Owca rasy Herdwick pasąca się w Krainie Jezior (fot. StaraBlazkova / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0,2.5,2.0,1.0)

Pamiętam, jak pierwszego dnia zapytałem innego ucznia, czym zajmuje się jego ojciec, a on mi odpowiedział: "Spieprzaj, nic ci do tego". Znalazłem się w miejscu, w którym obowiązywały inne zasady, i ktoś taki jak ja miał przechlapane. Dzieciakom pochodzącym ze wsi dokuczano, przezywano ich "wieśniakami". Sam dojazd do szkoły był udręką. Chłopaki ze szkolnego autobusu wsiadający w którejś z wcześniejszych wiosek kradli nasze tornistry i wyrzucali nam rzeczy przez okno. (...)

Ta rozwalająca się buda zabrała mi pięć lat życia. Wściekałbym się z tego powodu, gdyby nie to, że bardziej niż cokolwiek innego pomogła mi zobaczyć, kim jestem. Dzięki niej przekonałem się, że dla wielu ludzi nowoczesne życie jest do niczego. Że nie daje ono wyboru. Oferuje im przyszłość tak nudną, że nie mogą się doczekać weekendu, aby się upodlić. Wymaga od nich bardzo wiele, w zamian nie dając prawie nic. Nie widzi w nich żadnej wartości. Dlatego rzucenie szkoły było najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać w życiu. Tamtego roku wiosną i latem przepełniała mnie euforia. Miałem piętnaście lat i w dniu, gdy opuściłem szkolne progi, przysiągłem sobie, że nigdy więcej nie pozwolę, aby zamknięto mnie w podobnym miejscu. Zamierzałem żyć, jak mi się podoba. (...)


Wychowując się na rodzinnej farmie nabrałem przekonania, że ciężka praca na roli jest zajęciem szanowanym przez ludzi i że dzięki niej zyskam takie samo poważanie, jakim cieszył się mój dziadek. Jednak dość szybko się zorientowałem, że jest inaczej. Poza rodziną i najbliższym kręgiem znajomych to, co robiliśmy, nie miało dla nikogo większego znaczenia. W efekcie zacząłem się czuć, jak gdybym przestał istnieć dla reszty świata, jak gdyby farma mnie wchłonęła. Z jednej strony nie miałem nic przeciwko temu (tak bardzo się cieszyłem, że nie muszę już chodzić do szkoły), jednak było w tym zjawisku również coś irytującego, ponieważ zdawało się ono potwierdzać, że liczą się tylko ci, którzy poszli na studia, a ci, którzy pracują w tradycyjny sposób, nie są godni zainteresowania ani pochwały. Zauważyłem również, że dziewczyny, które poznawałem w nocnych lokalach w miasteczku, przestawały się interesować moim towarzystwem w chwili, gdy dowiadywały się, iż pracuję jako robotnik rolny. (...)

***

Gdy miałem dwadzieścia jeden lat, złożyłem podanie do Centrum Kształcenia Dorosłych, gdzie prowadzono dwuletnie wieczorowe kursy przygotowujące do matury (...). Nauczyciel z Centrum zadzwonił do mnie i powiedział, że nie mogę się zapisać na kurs maturalny, ponieważ nie mam zdanych egzaminów końcowych w poprzedniej szkole. Najpierw muszę zaliczyć tamte egzaminy, a dopiero potem składać podanie do Centrum. Spytałem, czy mają pełną klasę, a gdy usłyszałem, że nie, poprosiłem, żeby przyjęli mnie na trzy tygodnie na próbę. Jeśli okaże się, że nie daję rady i sprawiam kłopot, odejdę z własnej woli, a Centrum będzie mogło zatrzymać wpłacone przeze mnie czesne za cały rok nauki. Nauczyciel wahał się, twierdził, że to nieprzepisowe, ale w końcu się zgodził. Tym sposobem w dni robocze po skończeniu pracy na farmie wskakiwałem do samochodu rodziców i pół godziny jechałem do Carlisle, żeby od dziewiętnastej do dwudziestej pierwszej siedzieć na zajęciach.

James Rebanks i jego owce (fot. Kadr z filmu ''How Twitter has revolutionized a Farmer's life'' / TwitterUK)James Rebanks i jego owce (fot. Kadr z filmu ''How Twitter has revolutionized a Farmer's life'' / TwitterUK)

W pierwszym tygodniu nauki byłem bardzo zdenerwowany. Uspokajałem się, powtarzając w myślach, że ja tu decyduję i jeśli mi się nie spodoba, zawsze mogę zrezygnować. O tym, że zacząłem wieczorową szkołę, powiedziałem jedynie najbliższym i poprosiłem ich o dochowanie tajemnicy. Robiłem to tylko dla siebie, chciałem sobie udowodnić, że stać mnie na więcej (...) nie byłem już tym samym chłopakiem, który rzucił szkołę. Coś się we mnie zmieniło. Tym razem miałem do wykonania zadanie i kisiłem się w klasie nie dlatego, że musiałem, ale ponieważ tego chciałem. Różnica była kolosalna. (...)

Nauczyciel, trzeba mu przyznać, zachęcał mnie do wysiłku. Gdy po trzech tygodniach spytałem go, czy mogę dalej przychodzić na kurs, odpowiedział mi, żebym nie zgrywał wariata: miałem same piątki. Zaczął rozmawiać ze mną po lekcjach i wypytywać o różne sprawy: dlaczego nie zdałem egzaminów na koniec szkoły? Jakie książki czytałem? Czym się zajmowałem w życiu? Czy wybierałem się na studia? Czy myślałem o złożeniu podania do Oxfordu albo Cambridge? Słysząc te ostatnie, wybuchnąłem śmiechem: "Nie ma mowy, nienawidzę studentów". I tak było naprawdę. (...)


Przez te kilka lat, odkąd rzuciłem szkołę, przyglądałem się ludziom, którzy pracowali w mieście i wykonywali prestiżowe zawody, takie jak lekarz czy prawnik, a do naszej wioski przyjeżdżali kupować konie. Ci ludzie wydawali się więcej zarabiać w tydzień niż ja w ciągu paru miesięcy i doszedłem do wniosku, że jeśli chce im się dorównać, trzeba postępować tak jak oni. Postanowiłem dać się wciągnąć w ich grę. (...) Dlatego zdecydowałem się zrobić coś, czego nigdy nie chciałem. Złożyć podanie na studia i sprawdzić, czy dostanę się na Oxford. Gdybym się dostał, wtedy bym się martwił i zastanawiał, czy rzeczywiście podejmę tam naukę, a gdybym się nie dostał, to po problemie. Kilka miesięcy później miałem już na koncie zdany egzamin maturalny z jednego przedmiotu, byłem na dobrej drodze do zaliczenia pozostałych przedmiotów i miałem zapewnienie od nauczyciela, że jest gotowy napisać egzaltowany list, w którym przedstawiłby mnie jako społecznie dysfunkcyjnego geniusza zasługującego na drugą szansę.

Nigdy nie byłem w Oxfordzie ani w żadnym tego typu miejscu. Myśl, że mógłbym się tam dostać, wydawała się absurdalna. Jednak rozmowa kwalifikacyjna poszła mi jak marzenie. Znalazłem się przed komisją złożoną ze znudzonych profesorów, którzy chcieli zabawić się ze mną w dobrego i złego policjanta. Gdybym miał osiemnaście lat, pewnie zbiłoby mnie to z tropu, ale byłem o parę lat starszy i potrafiłem sobie z tym poradzić. Ku rozbawieniu pozostałych profesorów wdałem się w dyskusję z jednym z nich. Lubię dyskutować. Jestem w tym dobry. Gdy profesor posunął się odrobinę za daleko i palnął jakąś głupotę, postanowiłem trochę się z nim podroczyć i powiedziałem, że chyba traci grunt pod nogami. Wychodząc z sali uśmiechnąłem się do komisji, jak gdybym chciał powiedzieć: "Kurde, mógłbym tak cały dzień". Profesorowie odwzajemnili mój uśmiech. Wtedy już wiedziałem, że jestem przyjęty. (...)

Owce rasy Herdwick zwykle rodzą się czarne (fot. Shaun Dunmall / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.0)Owce rasy Herdwick zwykle rodzą się czarne (fot. Shaun Dunmall / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.0)

Pobyt w Oxfordzie z początku był dla mnie czymś dziwnym. Nigdy wcześniej nie wiodłem życia, w którym rozciągałyby się przede mną dni niewypełnione obowiązkami. Nigdy po przebudzeniu nie musiałem się zastanawiać, co mam zrobić ze swoim czasem. Teraz z przyzwyczajenia budziłem się o świcie, ale nie potrzebował mnie żaden człowiek ani żadne zwierzę. Czułem się jak samotna wyspa w morzu ludzkich głów Nie podobała mi się wolność, której doświadczałem - wydawała się bezsensowna, pozbawiona znaczenia. Czułem się jak tygrys uwięziony w klatce, krążący bez końca między żelaznymi prętami. Każdego ranka ubierałem się i wychodziłem na "udawany gospodarski obchód", przemierzałem kilometry, spacerując po oksfordzkich parkach, polach, wzdłuż wybiegów dla kuców. Okrążałem dziedziniec uczelni - miałem wrażenie, że moje ciało i umysł potrzebowały traktować ten teren jak moją farmę, a pobyt tutaj jak pracę na roli. Około ósmej rano wracałem już ze spaceru, chociaż większość studentów nie zdążyła jeszcze wyściubić nosa poza swój pokój. Dzwoniłem do domu, ale moje telefony tylko przeszkadzały, ponieważ na farmie wszyscy pracowali i nie mieli czasu na pogaduszki. (...)

***

Znajduję się na trzecim albo czwartym piętrze budynku położonego nieopodal Oxford Street w Londynie. O wpół do szóstej rano wyszedłem ze swojego mieszkania w Oxfordzie, żeby zdążyć na pociąg do stolicy, do domu wrócę nie wcześniej niż o dwudziestej drugiej. Boks, w którym pracuję, ma metr na półtora metra powierzchni. Półki nad stojącym przede mną komputerem wznoszą się po sam sufit i są zawalone różnymi papierami i śmieciami pozostawionymi przez poprzedniego użytkownika boksu. Najbliższe okno jaśnieje jakieś sześć metrów ode mnie, ale w sumie to i tak nie ma żadnego znaczenia, ponieważ wychodzi na tylną ścianę sąsiedniego budynku. Nie widać przez nie zieleni, jeśli nie liczyć samotnego chorowitego drzewka rosnącego na skwerze poniżej.


Pracuję jako adiustator, chociaż nie mam w tym zawodzie żadnego doświadczenia. Po dwóch trymestrach nauki w Oxfordzie zorientowałem się, że aby dostać dobrze płatną pracę, muszę najpierw mieć jakikolwiek "staż pracy". W skrytości fantazjowałem, że zostanę drugim Ernestem Hemingwayem, postanowiłem więc popróbować dziennikarstwa. Wysłałem podanie o pracę do kilku czasopism. Odpowiedziało tylko jedno, które zaprosiło mnie do Londynu na rozmowę z redaktor naczelną. (...) okazała się za to bardzo życzliwa i chyba zdawała sobie sprawę z tego, że znalazłem się nie w swoim świecie, ale mimo wszystko uprzejmie zgodziła się dać mi szansę. Gdy parę tygodni później przyjechałem, żeby zacząć pracę, minąłem w drzwiach budynku mężczyznę wychodzącego z kartonem pod pachą. Wyglądał na podenerwowanego i przemknął obok mnie jak burza. Po przyjściu do redakcji polecono mi usiąść w boksie i czekać. Czekałem około trzy godziny.

W końcu redaktor naczelna wyszła z gabinetu, rzuciła mi na biurko kilka pokrytych gryzmołami kartek A4 i powiedziała:

Zrób korektę.

Ale...

Przepraszam, nie mam czasu rozmawiać. po prostu zrób korektę.

Odniosłem dziwne wrażenie, że w ogóle mnie nie poznała. Gdy pół godziny później zaniosłem jej tekst po korekcie, rozmawiała przez telefon i pokazując mi, żebym był cicho, bez słowa wzięła ode mnie papiery, po czym wręczyła kolejną partię bazgrołów. Tego dnia po skończonej pracy byłem zupełnie zbity z tropu. (...)

Po mniej więcej dwóch tygodniach wezwano mnie do gabinetu redaktor naczelnej. Czasopismo poszło do druku i atmosfera się zmieniła. Redaktor spytała mnie, ile zarabiam. Odpowiedziałem, że nie zarobiłem jeszcze nic. Byłem u nich na stażu i nikt wcześniej nie proponował mi pieniędzy za moją pracę. Kobieta wydawała się zaskoczona. Wyjaśniła, że przejąłem obowiązki adiustatora, którego zwolniono dwa tygodnie wcześniej - zapamiętanego przeze mnie mężczyzny wychodzącego z kartonem z budynku.

Następnie poprosiła, żebym pracował u nich przez całą przerwę semestralną i pojawił się również na letnie wakacje. Było to jedyne lato, które kiedykolwiek spędziłem poza farmą, i zarazem chyba najdziwniejszy okres w moim życiu. (...) Być może bogowie chcieli mi pokazać, jak ciężko żyje się innym ludziom, żebym jeszcze wyraźniej zobaczył, co mam. Po raz pierwszy zrozumiałem, dlaczego ludzie szukali ucieczki w miejscach takich jak Kraina Jezior. Zrozumiałem, po co są Parki Narodowe - aby ci, którzy żyją jak ja żyłem przez te parę tygodni, mogli choć przez chwilę poczuć wiatr we włosach i słońce na twarzy. (...)

***

Opuszczenie farmy może być furtką do nowego życia, ale w moim wypadku stało się inaczej. Wyprowadzając się z gospodarstwa po raz kolejny zobaczyłem, że farma jest dla mnie całym światem. (...) Gdy w końcu wróciłem z Oxfordu, rodzina i przyjaciele byli dumni z tego, że "tak dobrze sobie poradziłem". Ja jednak, słuchając ich, nie przestawałem myśleć o tym, że w rzeczywistości niczego jeszcze nie dokonałem. Byłem bezrobotny, miałem do spłacenia kredyt studencki, nie miałem za to domu na farmie, w którym mógłbym zamieszkać z moją żoną Helen. Biorąc to wszystko pod uwagę, pewnie powinienem był się martwić. Ja jednak szalałem z radości. Gdy przed nami wyrosła Kraina Jezior, poczułem, że jestem w domu. Miałem wrażenie, że wzgórza otaczają mnie niczym przyjaciele. Zacisnąłem pięść, triumfalnym gestem wymachnąłem ręką w powietrzu i wrzasnąłem: "Jestem w domu!".

Wyjechałem, aby coś sobie udowodnić, może również udowodnić coś innym. Okazało się jednak, że nie sprawia mi to tyle przyjemności, ile myślałem. Odechciało mi się udowadniania.  (...)

Książka Jamesa Rebanksa ''Życie pasterza...'' w Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. materiały prasowe)Książka Jamesa Rebanksa ''Życie pasterza...'' w Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. materiały prasowe)

Byłem w wielu miejscach, w których tradycyjny sposób życia zaniknął i wiem, że ludzie tego żałują. W dolinach Norwegii zachęca się młodych, aby wracali do rolnictwa, ponieważ atmosfera tych miejsc zmieni się, jeśli zabraknie gospodarstw i gospodarzy. Rolnictwo to coś więcej niż kwestia zachowania krajobrazu: to kwestia przetrwania lokalnych firm spożywczych, rozwoju turystyki oraz utrzymania zaludnienia w miejscach, które w przeciwnym razie pustoszeją. W niektórych odległych zakątkach Norwegii trudno zapanować nad pożarami lasów, jeśli nie ma na tych terenach gospodarzy mogących obserwować lasy i odpowiednio wcześnie wszcząć alarm. Przede wszystkim jednak, jeśli zniknie tradycyjne rolnictwo, małe społeczności będą się stawać coraz bardziej zależne od produktów przemysłu spożywczego dostarczanych na duże odległości, co z kolei pociąga za sobą koszty środowiskowe (oraz zerwanie tradycyjnej kulturowej więzi z ziemią). Ludzie zaczynają tracić umiejętności, dzięki którym dane tereny zostały kiedyś przystosowane do zamieszkania, a ponieważ nikt nie może zagwarantować, że przyszłość będzie wyglądała tak samo jak teraźniejszość, może się okazać, że w pewnym momencie całe społeczności staną się bezradne i bezbronne. Ludzie, którzy na co dzień pracują na dzikich, niezagospodarowanych terenach, nie idealizują nieokiełznanej przyrody.

Fragment książki "Życie pasterza. Opowieści z Krainy Jezior" w przekładzie Adriany Sokołowskiej-Ostapko.


James Rebanks.
Urodził się i wychował w rodzinie, która od sześciuset lat zajmuje się hodowlą owiec w Krainie Jezior w Wielkiej Brytanii. Choć przez wiele lat buntował się przeciwko tej tradycji, po ukończeniu studiów na Oksfordzie i próbie ułożenia sobie życia w wielkim mieście, powrócił w rodzinne strony. Nie tylko zajął się hodowaniem owiec, ale postanowił opowiedzieć o tym światu. Najpierw stał się najpopularniejszym pasterzem na Twitterze (@herdyshepherd1), a potem napisał książkę ''Życie pasterza...'', która szturmem zdobyła brytyjskie listy bestsellerów, uznanie krytyki i zachwyt czytelników na całym świecie. Jest ekspertem Komitetu Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (91)
Zaloguj się
  • kreweetka

    Oceniono 18 razy 16

    1) Studia na Oksfordzie dały mu to, że był w stanie napisać i wydać to książkę. 2) 1 minuta w Google i okazuję się że facet pracuje równoczesnie w konsultingu.

  • Janusz Porejko

    Oceniono 15 razy 13

    Dla człowieka, który ma swój dom, ziemię, taki wybór jest łatwy. Jesli nie powiedzie się w miescie, zawsze można wrócić i się wyzyje. Dla ludzi z miast anie jest już to takie oczywiste - najpierw na ten dom, ziemię by trzeba zarobić, Oczywiście tak zwykle kończy się kariera, gdy szło sie na studia, by "coś komuś/sobie udowodnić". Jesli się idzie na studia z pasji, zainteresowania, czas ten nie będzie stracony.

  • romad2447

    Oceniono 11 razy 11

    W USA tez byly jednostki,ktorzy rzucali prace na Wall Street i za zarobione tam pieniadze kupowali winiarnie w Kalifornii, niezly interes, ale to sa jednostki,99% z nas musi zasuwac do roboty.

  • emk77

    Oceniono 13 razy 9

    Podobne marzenia mam spełnione, rzuciłam etatową pracę, przeprowadziliśmy się na wieś. Mąż ma swoją pracę a ja swoje gospodarstwo. Żyjemy spokojnie, zdrowo i co ciekawe to wszyscy do nas przyjeżdżają. Kury, kaczki, gęsi, perlice, trzy kozy, krowa, dwa konie, bocian nad garażem, moje ukochane 3 psy i dwa milusie koty no i las i cudowne łąki za oknem.. nie chcę nic więcej...

  • adam.2x

    Oceniono 10 razy 8

    Decyzja o studiach powinna być podjęta na podstawie prawdziwych zaiteresowań, pasji do kierunków studiów. Zresztą jest to potrzebne w wyborze każdej kariery, studia, nie studia i jest to gwarancją sukcesów. Ja wyjechałem z Polski, odbyłem studia po których wszystko potoczyło się po prostu samo i życie przeszło moje wszelkie oczekiwania. Wystarczyło abym tylko robił to czego się nauczyłem i co mnie interesowało.

  • szlajus

    Oceniono 8 razy 8

    Koleś od 43 lat żyje w UK, ma prawo pracy i biegły angielski i narzeka.
    Aaaa i jeszcze brytyjski paszport, co teraz jest na wagę złota znowuż.

  • captain_planet

    Oceniono 8 razy 8

    Zastanawia mnie jedno, przewagę prostego życia na wsi, ciężkiej, ale satysfakcjonującej pracy, chwalą ci, którzy najpierw zdobyli dobre wykształcenie, popłatną pracę w mieście i spore pieniądze. Dopiero kiedy to życie ich zmęczyło i znudziło, rzucali je i ruszali szukać spokoju w lepszym miejscu. Dlaczego żaden zwykły rolnik, robotnik, czy ktoś inny, tyrający ciężko na swój chleb, nie powie czegoś takiego? Nie chwali prostoty swoje życia?

  • wuetend

    Oceniono 8 razy 8

    Widziałem kiedyś reportaż o człowieku z południowej Patagonii, w miejscu, gdzie dalej na południe nie mieszka juz prawdopodobnie nikt na świecie (pomijając Antarktydę, ale tam tylko projekty badawcze).

    Sposób na życie nieco podobny. Ale nie dla każdego to.

  • sir_fred

    Oceniono 6 razy 6

    Problemy dziecka szczęścia: ma farmę, ma potencjał umysłowy by studiować na Oxfordzie, a więc pełną możliwość wyboru sposobu życia.
    Powinien się cieszyć z tych studiów, bo jednak się rozwinął, a mógł pozostać wiejskim abnegatem, bez świadomości, że poza owcami i browarem istnieje na świecie coś jeszcze. No i raczej nie napisałby książki.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX