(fot. Juanmonino / iStockphoto.com)

społeczeństwo

Wiek, który się ukrywa. Jak to jest być czterdziestolatką

W naszej kulturze milczy się na temat kobiet czterdziestoletnich. Kiedy dobrnęłam do tego wieku, nagle się zorientowałam, że dokoła mnie jest pusto - mówi jedna z czterech kobiet, które zdecydowały się szczerze opowiedzieć o tym, jak zmieniło się ich życie po ''40''. Bo że się zmieniło - co do tego żadna nie ma wątpliwości.

Ala, mieszkanka wsi, rolniczka i gospodyni domowa. Ma 42 lata:

Nie czuję się młodą osobą, ale nie czuję się też seniorką. Wydaje mi się, że po czterdziestce życie toczy się po staremu. Może tylko jestem bardziej zmęczona fizycznie, psychicznie. Obarczona większym doświadczeniem. Ale na ogół nie myślę o tym.

Nie mam już tej odwagi do życia co kiedyś, kiedy mogłam góry przenosić. Urodziłam czworo dzieci rok po roku. A przecież miałam jeszcze gospodarstwo i trzy razy dziennie biegałam do krów, kur, świń. Teraz bym już chyba nie dała rady. Dawniej nieraz spało się po trzy czy cztery godziny. A teraz jak nie prześpię siedmiu, jestem nieprzytomna! Tak samo na trawienie herbatka miętowa musi być. Od roku mam w apteczce Amol. Kiedyś się z takich rzeczy śmiałam. A teraz upodabniam się do rodziców. Ale nie mam już ochoty przebywać z nimi tak dużo, jak kiedyś. Pół godziny wystarczy: już wszystko mamusia mi przekazała, jak się czuje, gdzie wybiera się do lekarza, co tata ugotował. I chcę wracać.

Ala: Im jestem starsza, tym bardziej upodabniam się do rodziców, z których kiedyś sama się śmiałam (zdjęcie ilustracyjne - fot. Juanmonino / iStockphoto.com)Ala: Im jestem starsza, tym bardziej upodabniam się do rodziców, z których kiedyś sama się śmiałam (zdjęcie ilustracyjne - fot. Juanmonino / iStockphoto.com)

Kiedyś był czas, żeby wyjść do znajomych. A teraz nawet nie chce mi się przez telefon z kimś porozmawiać. Kontakty są z obowiązku. Wszystko się kręci wokół najmłodszego dziecka. W sumie urodziłam ich siedmioro. Dzieci dorastają, najstarsze mają po dwadzieścia parę lat. Tylko patrzeć, jak zaczną zakładać własne rodziny, a nuż zaraz zostanę babcią. Jakoś mnie to nie rusza.

Najmłodszy, Jerzyk, ma trzy lata. To moje oczko w głowie. Nie chce iść do przedszkola, więc siedzi ze mną w domu, skoro może. Ustrzegam go przed wszystkim, co złe. Ze starszymi dziećmi tak nie było. Miałam podejście, że jak się sparzy, to się nauczy. Z nim postępuję jak z jajkiem. Ale nawet gdybym na niego krzyknęła, że ma posprzątać, to starsi zrobią mi awanturę: Czego się małego czepiasz!

Godziłam się z tym, że są kolejne dzieci. Trudno, nie wszystko ode mnie zależy. Widocznie Bóg tak chciał, że są. Zastanawiam się, czy będę miała wsparcie na starość? Dzieci są przeciwne gospodarstwu. Krok po kroku je likwidujemy, bo nie ma komu robić. Syn pracuje w zakładzie. Od połowy miesiąca trzeba go już utrzymywać, ale potem on utrzymuje nas. Córki też pracują, obie w sklepie. Starsza dodatkowo studiuje. Jak trzeba coś opłacić, to daje pieniądze. Z 500+ spłaciliśmy kredyt. Wybudowaliśmy piętro domu, żeby każde dziecko miało swój pokój. Jeden syn podłogi wziął na siebie, drugi pomalował.

Jak starsze dzieci były małe, ojca praktycznie nie znały. Synowie zaczęli wołać "tata" na sąsiada, bo tam się z chłopakami bawili. Mąż mógł pracować na co dzień krócej, ale chciał zarobić, jak była możliwość. Wiadomo, duża rodzina. W domu ja wszystko musiałam zrobić, za matkę i za ojca. On odzwyczaił się od bycia z nami. Aż mu raz powiedziałam: Trzeba było się zastanawiać, zanim tworzyliśmy te dzieci, bo widzę, że cię strasznie denerwują. On na to: "Bo cały czas krzyczą". A ja: "To dzieci są!".

Ala: Po czterdziestce jesteśmy sobie z mężem coraz mniej potrzebni, śpimy osobno (zdjęcie ilustracyjne - fot. alvarez / iStockphoto.com)Ala: Po czterdziestce jesteśmy sobie z mężem coraz mniej potrzebni, śpimy osobno (zdjęcie ilustracyjne - fot. alvarez / iStockphoto.com)

Skończyłam czterdzieści lat i zmieniło się między nami. Mąż miesiąc po urodzeniu najmłodszego syna spadł z drabiny. Połamał sobie kości śródstopia, pięta mu się rozsypała. Poszedł na rentę. Rzucił pracę przy koparkach, w której dużo zarabiał. Dobrze, bo zaczynał tam zaglądać do kieliszka. Teraz dorywczo pracuje w piekarni. Od czasu wypadku potrzebuje dużo uwagi, chce, żeby się nim zajmować, a sam przychodzi z pracy, kładzie się i leży do nocy. Narzeka, że go boli. A ja wiem, czy go boli, czy mu się nie chce robić? Nieraz starsze chłopaki pyskują do ojca: Ojciec, odsuń się, kaleko, nie przeszkadzaj mi tu. Czasem myślę, że on to moje ósme dziecko. Ja podejmuję decyzje za niego. I jemu chyba jest z tym dobrze, że ja wszystkim zarządzam.

Jesteśmy dla siebie bardziej obojętni, nie potrzebujemy siebie tak jak przedtem. Pod każdym względem. Niby jesteśmy razem, a oddzielnie. Jak kiedyś mama mi mówiła: Mąż na swoim łóżku, ja na swoim, po co on mi jest potrzebny, to mi się w głowie nie mieściło. A teraz my też mamy osobne łóżka i sobie myślę, że przynajmniej człowiek może się wyspać spokojnie.

Kiedy dzieci były małe, pracowałam na drugą zmianę w fabryce. Jak przed wyjściem do pracy nie dałam rady ugotować obiadu, to zawsze on ugotował. Czekał i jak wracałam, to mi nakładał jedzenie. Chociaż ma przekonanie, że to mężczyzna zarabia, a kobieta siedzi w domu. Teraz leży i narzeka: A mi nie mogłaś nalać tej zupy? A ja na to: Nie. Za służbę się płaci. Kiedyś podstawiałam mu obiad pod nos. Teściowa się oburzała: Czy on nie ma rąk? A co, ty leżałaś cały dzień? Myślałam sobie, że się specjalnie nie napracowałam, a on ma tak ciężko cały dzień... Skończyło się, jak raz przyjechał jego kolega; siedzimy, gadamy. Mąż mówi, że go bardzo boli szyja. A kolega: Nic dziwnego, skoro pół dnia przespałeś z głową na szybie. A ja myślałam, że on tak haruje... Z dnia na dzień przestałam usługiwać. Nie mógł się z tym pogodzić długo. Ale mnie lżej. I mówię do mamy: Mamo, to twoja wina, bo tyś mnie tak nauczyła, tacie wszystko podstawiałaś. A teraz obiad jest ugotowany, owszem, ale niech sobie sam bierze.

Tak, teraz jest inaczej. Ale jest dobrze. Pogodziłam się z tym. Tak chyba musi być, skoro tak jest. Ale nie wiem, co bym robiła, gdyby nie było Jerzyka.

Milena z Gliwic, kierowniczka działu handlu. Ma 41 lat:

Kiedy skończyłam trzydzieści lat, miałam poczucie, że dopiero teraz zaczynam żyć, bo nareszcie wiem, czego chcę od siebie i od innych. Gdy zbliżała się czterdziestka, zaczęłam myśleć: Czy ja już jestem stara?

 

Milena: Gdy zbliżałam się do czterdziestki, zaczęłam myśleć ''czy ja już jestem stara?'' (fot. courtneyk / iStockphoto.com)Milena: Gdy zbliżałam się do czterdziestki, zaczęłam myśleć ''czy ja już jestem stara?'' (zdjęcie ilustracyjne - fot. courtneyk / iStockphoto.com)

Ludzie nie spodziewają się po mnie dojrzałości. Zwłaszcza biznesowej. Od 20 lat pracuję w sprzedaży. Tuż przed czterdziestką awansowałam na kierownika działu handlu. Przełożonych chyba zaskoczyło, że mam tak konkretne oczekiwania i wizję. Że podejmuję samodzielne decyzje. Chcieli mną kierować, a ja miałam własne zdanie i zawsze głośno je wypowiadałam. W poniedziałek wręczam wypowiedzenie. Od nowego miesiąca z kolegą, którego spotkałam w tej firmie, i który już z niej odszedł, zaczynamy pracować na własny rachunek.

To jest czas początków. Takich początków na poważnie. Od pół roku jestem w nowym, dobrym związku.

Poznała nas moja przyjaciółka - stwierdziła, że Grzesiek jest idealny dla mnie i że mogłoby nam się udać. Ja nie lubię swatania. Namawiała mnie przez rok, w końcu zdzwoniliśmy się. Spotkaliśmy się, zaczęliśmy rozmawiać. Po rozwodzie miałam kilku różnych partnerów - to, że te związki nie wyszły, było dla mnie rozczarowaniem i porażką. Stwierdziłam, że tak dłużej być nie może, żeby mój syn, Piotruś, poznawał jakiegoś faceta jako mojego partnera, przyzwyczajał się do niego, a potem on znikał i pojawiał się kolejny. Dlatego z Grześkiem nie chciałam zbyt szybko się angażować. Ale jemu bardzo zależało i w końcu przekonał mnie, że to właśnie on jest tym facetem, którego potrzebuję.

Bardzo ważne było dla mnie, żeby ten, kto ze mną będzie, pokochał nie tylko mnie, ale też mojego syna. Zawsze chciałam mieć dziecko, dom, rodzinę. Miałam dwadzieścia parę lat, gdy wyszłam za mąż. Okazało się, że mąż nie może mieć dzieci. In vitro się nie udało. Zrozumieliśmy, że jedynym wyjściem jest adopcja. W Piotrusiu oboje zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Zrezygnowałam z pracy, żeby jak najwięcej czasu poświęcić dziecku. Byliśmy rodziną przez kilka lat.

Nasze małżeństwo rozbiła koleżanka; nasze dzieci bawiły się razem. Mój mąż stwierdził, że mnie już nie kocha, a dziecko można wychować na odległość. On chce być z nią. Przez pół roku nie docierało to do mnie, walczyłam o związek, a tak naprawdę walczyłam o ojca dla Piotrusia. Ale on, kiedy miał spędzać czas z dzieckiem, woził je do rodziców, żeby w tajemnicy spotykać się z nią. Po pół roku byłam tym tak zmęczona, że powiedziałam, żeby się wyprowadził.

Milena: Czterdziestka to dla mnie czas zmian, od roku jestem w nowym, dobrym związku (fot. as3d / iStockphoto.com)Milena: Czterdziestka to dla mnie czas zmian, od roku jestem w nowym, dobrym związku (zdjęcie ilustracyjne - fot. as3d / iStockphoto.com)

Po rozstaniu ciągle płakałam. Były wakacje, Piotruś mógł je na szczęście spędzić z moimi rodzicami. Po wakacjach, w porozumieniu z psychologiem, powiedziałam Piotrusiowi prawdę. Poczuł się zdradzony - teraz tata mieszkał z jego koleżanką. Rzucał w tatę prezentami, które od niego dostawał. Bunt trwał cztery lata. Ojciec zabiegał o jego względy, dzwonił, przyjeżdżał. Piotruś nie chciał go widzieć. Pytałam: Może spotkasz się z tatą? Ja nie mam nic przeciwko temu. Dopiero niedawno się przełamał.

Kiedy w końcu postanowiłam poznać Piotrusia z Grześkiem, czujnie obserwowałam ich relacje. Grzesiek ujął mnie szczerym zainteresowaniem tym, jakim dzieckiem jest mój syn, co lubi robić, co go ciekawi, pasjonuje. Wspólnie oglądali mecze piłki ręcznej, Grzesiek zdobył dla Piotrusia piłkę z autografami polskich szczypiornistów. Mały zaczął pytać, kiedy znowu Grzesiek przyjdzie. Grześkowi bardzo zależało na tym, żeby stworzyć dom, rodzinę i żyć normalnie. Po wspólnych wakacjach powiedział: Szkoda czasu, skoro oboje chcemy tego samego, to dlaczego mamy być oddzielnie? Zamieszkajmy razem. Zgodziłam się i wprowadził się do mnie. Ma firmę budowlaną; chodzi po mieszkaniu, szuka usterek i naprawia je, a ja nie mogę się nadziwić, że męczyłam się z czymś 15 lat, a on to naprawił od ręki. Imponuje mi, że chce dzielić się obowiązkami, gotuje, i codziennie dba, żebyśmy wszyscy zdrowo jedli.

Oboje lubimy rozmawiać, na bieżąco rozwiązywać problemy, nie lubimy się na siebie obrażać. Bardzo potrzeba nam czułości, przytulania w czasie snu. Seks jest ważny, bo daje nam bliskość. Zapewnienie, że jesteśmy razem szczęśliwi. Zmieniłam też priorytety: kiedyś na równi byli przyjaciele i rodzina, teraz najważniejsi są mój syn i partner. Kiedyś spędzałam całe wieczory na zajęciach fitness. Teraz brakuje mi na to czasu. Wolę pójść w sobotę z moimi chłopakami na basen. Żebyśmy mogli pobyć razem.

Kinga z Otwocka, terapeutka zajęciowa. Ma 43 lata:

Czuję się dojrzała. Mogę wreszcie skorzystać z mojej mądrości i doświadczenia. To jest takie bogactwo! Teraz nareszcie znam swoją wartość. Za sobą mam lata prób i błędów, różnych upokorzeń. W końcu wiem, kim jestem i kim chcę być.

Kinga: Doświadczenie życiowe to bogactwo, teraz znam swoją wartość (fot. wundervisuals / iStockphoto.com)Kinga: Doświadczenie życiowe to bogactwo, teraz znam swoją wartość (zdjęcie ilustracyjne - fot. wundervisuals / iStockphoto.com)

Miałam niskie poczucie wartości, odczuwałam ciągłą konieczność przeglądania się w kimś innym. W pewnym momencie zostałam zupełnie sama w bardzo trudnych sytuacjach. W odstępie kilku miesięcy dwoje moich dzieci - córki - doznało poparzeń. U młodszej dość szybko się zagoiły, ale starsza była leczona niewłaściwie, zdzierali z niej skórę na żywca. Wtedy nie było przy mnie żadnych przyjaciół, nawet na telefon. Pamiętam, że całymi nocami nie mogłam zasnąć, byłam sama w jakimś pokoju przy szpitalu, a całe dnie spędzałam z córką. Jedyne, co mnie wtedy uspokajało, to mój własny głos, taki prosto z brzucha. Nauczyłam się wtedy radzić sobie sama, sama być dla siebie oparciem.

Od jakiegoś czasu korzystam z Tindera. Na Facebooku zmieniłam rok urodzenia na 1984, żeby Tinder pokazywał mnie również tym, którzy jako górną granicę wieku podają 35 czy 40 lat. Gdyby nie trik z metryką, już bym się nie załapała na zainteresowanie mężczyzn. Oni często tak ustawiają wyszukiwanie. Ale ja też ustawiałam granicę do 35. roku życia. Bo powyżej niej pokazywało się tak dużo nieinteresujących, paskudnych, upiornych, grubych, nalanych, jakby bezdusznych twarzy, że ciężko było to znieść. Podobali mi się dwudziestoletni chłopcy. Czyli młodsi ode mnie o 20 lat. Miałam wizję, że zakocha się we mnie jakiś młody chłopak, jeszcze niezepsuty, niezblazowany, że to będzie takie piękne. Nic takiego się nie zdarzyło.

Za to dzięki Tinderowi mam o 25 lat młodszego kochanka. Mieszka ze mną. Spełniamy nawzajem swoje potrzeby: on chciał odejść z domu rodzinnego i zacząć nowe życie; ja miałam potrzebę, żeby ktoś był. Bardzo dobrze się czuję z ludźmi w jego wieku. Ten chłopak mnie chce. I ja go chcę. Ma świetny kontakt z moimi dziećmi.

Moich troje dzieci ma różnych ojców, moje relacje z nimi nie są łatwe. W naszej kulturze kobieta w 90 procentach ponosi odpowiedzialność za wychowywanie dziecka. To niszczące i męczące dla wszystkich. Dobrze by było, gdyby ojciec nie odpuszczał opieki nad dzieckiem; gdyby nie mówił: Ja mam pracę, ja mam wyjazd. Od dziesięciu lat ojcowie moich dzieci co roku mogą pozwolić sobie na miesięczny wyjazd za granicę. Stać ich na to, by kupować ubrania sobie i dzieciom, buty, iść z nimi do kina. Ja bardzo rzadko kupuję buty, przeważnie organizuję używane, od "znajomych znajomych". Ubrania podobnie: zazwyczaj dostaję je z PCK. Gdy mam coś kupić w ciucholandzie, to już bardzo się zastanawiam. Do kina z dziećmi mogę wyjść raz na dwa miesiące.

Kinga: Moje dzieci uwielbiają mojego o 25 lat ode mnie młodszego kochanka (zdjęcie ilustracyjne - fot. kupicoo / iStockphoto.com)Kinga: Moje dzieci uwielbiają mojego o 25 lat ode mnie młodszego kochanka (zdjęcie ilustracyjne - fot. kupicoo / iStockphoto.com)

Pieniądze to cały czas walka. Jestem w pułapce kredytów, upomnień, nieopłaconych umów za internet, z którego nigdy nie skorzystałam. Ludzie boją się samotnych matek. Kiedyś szukałam mieszkania na wynajem, znalezienie go graniczyło z cudem. Pytali mnie: Trójka dzieci, a gdzie mąż? Kiedy mówiłam, że jestem sama, stwierdzali: Współczuję, ale dziękuję, do widzenia, nie chcę mieć kłopotów.

Mam niesamowite, niezmiernie bogate CV. Kiedy ktoś o 20 lat młodszy je czyta, jest zdziwiony: Jak można było tyle zrobić! Pomogłam wielu osobom, wsparłam w rozwoju dzieci, młodzież, osoby wykluczone. Bardzo chciałam doświadczyć różnych rzeczy. Dlatego wchodziłam bardzo mocno w środowiska, ludzi, sytuacje, zajęcia, i zawsze się z nimi w pełni utożsamiałam. A potem, jak coś mi się przestawało podobać, w jednym momencie rzucałam wszystko: chłopaka, mieszkanie, pracę, znajomych. Od momentu, gdy pojawiły się dzieci, nie mogę uciec tak całkiem. Dużo bardziej ważę decyzje, nie chcę zabierać dzieciom ich znajomych, kontaktów, rodziny.

Maria z Warszawy, artystka. Ma 40 lat:

W naszej kulturze milczy się na temat kobiet czterdziestoletnich. Kiedy do tej czterdziestki dobrnęłam, nagle się zorientowałam, że jest trochę pusto wokół mnie. Większość znajomych jest ode mnie młodsza. W przestrzeni publicznej nie ma wielu kobiet, które by się z tym wiekiem afiszowały. Wydaje mi się, że jest tendencja, żeby pomijać go milczeniem, wyglądać wiecznie młodo i pozostawiać w sferze domysłów, w której dekadzie swojego istnienia jesteśmy. Czasami mam wrażenie, że jestem jedyną, która ma 40 lat, a reszta to bardzo zadbane trzydziestoparolatki, które właściwie będą nimi do końca życia. Jest cała masa reklam, które proponują, że mnie uchronią przed tą "chorobą", jaką jest starzenie się. Ale mnie bardziej interesuje to, jak jest. Co się ze mną dzieje, jakie procesy we mnie zachodzą i jak determinują moje zachowanie.

Maria: Interesuje mnie to, co się dzieje z moim ciałem i psychiką (zdjęcie ilustracyjne - fot. asiseeit / iStockphoto.com)Maria: Interesuje mnie to, co się dzieje z moim ciałem i psychiką (zdjęcie ilustracyjne - fot. asiseeit / iStockphoto.com)

Nie jest tak beztrosko, jak było kiedyś: pewne rzeczy nie uchodzą mi na sucho, na przykład balowanie, praca bez wypoczynku, brak ruchu - wtedy od razu odzywa się kręgosłup. Kiedy byłam młodsza, miałam uczucie, że świat mi sprzyja: że miejsca pracy, rozmaite wybory drogi życiowej, nawet ubrania w sieciówkach są dla mnie. Teraz mam dokładnie odwrotne wrażenie: że świat jest dla osób w innym przedziale wiekowym, a mnie zostawił gdzieś w tyle. Może to jednak też dlatego, że moje oczekiwania się zmieniły. Kiedyś zadowalałam się prostszymi rozwiązaniami. Teraz szukam czegoś więcej.

Ostatnio podjęłam decyzję o zmianie zawodu. To też wymagało odwagi z mojej strony. Jestem wolna, nie mam dziecka, kredytu. Dałam sobie prawo do tego, żeby wszystko wywrócić do góry nogami. Od zawsze rysuję, skończyłam ASP. Teraz zaczęłam tatuować. Sesja tatuażu to jak wzajemna sesja terapeutyczna, dowód uznania, zaufania, że ludzie chcą, aby mój rysunek stał się częścią ich ciała.

Żyję na freelansie. To bardzo niestabilne: raz jest świetnie, a raz zastanawiasz się, skąd wziąć pieniądze na jedzenie. Tego lata miałam wyjątkową posuchę, jeśli chodzi o zlecenia. Razem z koleżanką przerzuciłyśmy się na freeganizm. Chodziłyśmy na bazarek i od sprzedawców brałyśmy za darmo to, co zamierzali wyrzucić. Szukałyśmy w śmietnikach nadających się do jedzenia warzyw i owoców. Zobaczyłam, ile jedzenia się marnuje. Miałam poczucie, że odzyskując te wyrzucone, a nadal świeże warzywa, robię coś naprawdę dobrego dla świata. Kiedy na nowo pojawiły się zlecenia, skończył się czas na chodzenie na bazarek i po śmietnikach. Ale pewnie jeszcze nie raz tam zajrzę, dla samej radości ze znaleziska.

40 lat to jest dobry wiek. Umiem wreszcie skorzystać z życia. Nie przejmuję się pierdołami, które trapiły mnie 10, 20 lat temu. Na przykład tym, co ludzie o mnie myślą. Zżerała mnie też obawa o przyszłość. Kiedy byłam na studiach, martwiłam się, co będzie po studiach. Jak wylądowałam w agencji reklamowej, to zaczęłam się martwić, że będę robiła tylko reklamy do końca życia. A przecież na każdym z tych etapów podejmowałam decyzje i skutecznie wdrażałam je w życie. Zrozumiałam to dopiero niedawno. Reprezentuję sobą dużo więcej, niż mi się wydawało. Ale zdążyłam się nabawić ciężkiej depresji. Biorę leki, niską dawkę, mogłabym z nich zrezygnować, ale jeśli czuję się lepiej, to po co? Lubię też spotykać się z psychiatrą; ktoś z zewnątrz stwierdza, że jest dobrze.

Maria: Reprezentuję sobą więcej, niż mi się wydawało. Dziś to wiem, ale wcześniej zdążyłam nabawić się depresji. Biorę leki (fot. agrobacter / iStockphoto.com)Maria: Reprezentuję sobą więcej, niż mi się wydawało. Dziś to wiem, ale wcześniej zdążyłam nabawić się depresji. Biorę leki (fot. agrobacter / iStockphoto.com)

Leki obniżają mi libido, ale dobrze, bo nie mam stałego partnera, z którym mogłabym ten seks konsumować. Nie chcę "One Night Standów". Dla mnie seks wymaga zaufania i intymności. Co nie znaczy, że nie chcę się spotykać tylko na seks. Nie chodzi mi o romantyczne uniesienia, tylko żebym mogła się otworzyć i mieć pełną przyjemność. Jestem też wybredna. Fizys się dla mnie liczy. I odpadają wszyscy narodowcy oraz homofoby. Nawet na sam seks. Nawet na krótką gadkę. Nie chce mi się spotykać z mężczyznami, którzy zupełnie do mnie nie pasują. I kiedy widzę, że ktoś nie jest mną zainteresowany, przestaję się starać. Nauczyłam się tego, że nie można drugiej osoby do niczego przekonać, jeśli sama nie ma takiego pragnienia.

Osiem lat temu zakończyłam ważną dla mnie relację. Kiedy w nią wchodziłam, uważałam, że moje uczucie jest siłą napędową, która wszystko załatwi. Tkwiłam w tym długo. Zgadzałam się na rzeczy, które zupełnie mnie nie satysfakcjonowały. W końcu zaczęłam mieć poczucie krzywdy, niespełnienia i sama się wycofałam.

Jakiś czas temu miałam romans z chłopakiem dziesięć lat młodszym ode mnie. Inaczej liczyliśmy czas. Jak się ma dwadzieścia parę lat, to jakby się wpływało na otwarte morze. A ja już czuję, że czas pełnej aktywności jest policzalny. I dlatego bardzo cenny. Ma dla mnie znaczenie, z kim się spotykam, jak go spędzam. Nie chcę wykonywać prac, które uważam za bezsensowne. Nie chcę układać się z toksycznymi szefami, szefowymi. Nie chcę umawiać się na randki z kimś, kto mnie nie fascynuje.

Maria: Zależy mi na relacji z dojrzałym partnerem, nie zgodzę się na byle co (zdjęcie ilustracyjne - fot. Kemter / iStockphoto.com)Maria: Zależy mi na relacji z dojrzałym partnerem, nie zgodzę się na byle co (zdjęcie ilustracyjne - fot. Kemter / iStockphoto.com)

Chcę znaleźć faceta, na którym będzie mi zależało tak samo, jak jemu na mnie. Nie uważam, że szanse są duże, bo nie zgodzę się na byle co. Zależy mi na kontakcie z dojrzałym partnerem, który będzie sensownie zarządzał swoim życiem. Z którym będę mogła zdrowo się pośmiać. I który będzie miał ładne oczy. Wiem, że takich mężczyzn nie ma wielu na świecie. Ale życie udowodniło mi, że wszystko może się wydarzyć.


Katarzyna Michalczak.
Autorka tekstów w różnych czasopismach, wierszy i opowiadań. Laureatka nagrody specjalnej w konkursie im. Jacka Bierezina. Doktorka nauk humanistycznych, współzałożycielka i członkini kolektywu szkoleniowo-kołczingowego Multiprops. Rysuje komiksy, które można oglądać na Facebooku na stronie "Pilnuj się i korzystaj".

OD AUTORKI: Wszystkie opowieści są prawdziwe. Personalia zostały zmienione na prośbę Bohaterek. Gdy czytam komentarze pod tekstem, bardzo się cieszę, że ich prywatność została uchroniona. Jestem zaskoczona tym, że wielu komentujących odbiera ich opowieści jako pesymistyczne, pozbawione nadziei. Czy trzeba krzyczeć: "Mogę wszystko!", żeby inni uznali, że czuję się dobrze? Dziewczyny, jestem Wam bardzo wdzięczna za odwagę opowiedzenia prawdy. Prawdy o tym, jak trudne bywa życie i jak można mimo to cieszyć się nim, i szukać, i odnajdywać siebie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (175)
Zaloguj się
  • jobenka

    Oceniono 44 razy 38

    Czy wyście powariowali? Nawet na zdjęciach są kobiety starsze, niż 40-letnie.

  • djarev

    Oceniono 30 razy 28

    Temat o czterdziestkach a na zdjęciach same kobiety 50+

  • agilmagil

    Oceniono 29 razy 23

    To ja chyba w innym świecie żyję, bo mam wrażenie, że to idealny czas dla czterdziestolatek - kobiet energicznych, pewnych siebie i mających ciągle pół życia przed sobą. I żeby nie było - zaczęłam niedawno kolejne studia i świetnie dogaduję się z "młodzieżą" ;) Rocznik 1975.

  • ameryka66

    Oceniono 23 razy 19

    Mam 50 lat.Nigdy nie czułam się tak wspaniale.Dzieci już dorosłe,powychodzily z domu .A ja i mąż jeszcze całkiem młodzi w pełni sił niezależni.Teraz dopiero szslejemy!!. Życie jest piękne i tak naprawdę zaczyna się po pięćdziesiątce!! 40 lat i stara.? Z kim robione były te wywiady? Nadmieniam że pracuje ciężko fizycznie.

  • iza.bella.iza

    Oceniono 23 razy 17

    Przepraszam bardzo, ale ten reportaż wywarł na mnie wrażenie zwykłej ściemy. Po pierwsze fotografie - w/g mnie osoby na nich uchwycone mają dużo więcej niż 40 lat i mam nadzieję, że nie są to bohaterki artykułu, bo jeśli by były to szczerze im współczuję, że życie tak je zaorało. Po drugie - kilka dni temu miałam 50-te urodziny i zapewniam, że były o wiele sympatyczniejsze niż 40-te. Współczesna kobieta w wieku lat 40-tu jest w połowie drogi między młodością a emeryturą. Na ogól ma na głowie swoich osobistych nastolatków i przepracowanych mężów (jeśli u jej boku wytrwali do tej pory). Kochane Dziewuchy, gwarantuję Wam - życie zaczyna się po pięćdziesiątce. Wytrzymajcie!!!

  • alicjads

    Oceniono 13 razy 13

    No właśnie, to samo chcialam napisać. Ten artykuł jakaś dwudziestka napisala i to z d..y za przeproszeniem. Kobiety w tym wieku w większości sa bardzo zadbane, pewne siebie, pełne życia i chętne wrażeń. Przezroczyste?! Na pewno nie!

  • fragola50

    Oceniono 13 razy 13

    Gdybym nie przeczytała tytułu, pomyślałabym, że są to wywiady z późnymi 60latkami...

  • gaudia

    Oceniono 19 razy 13

    Jak już się zmysla, to fajnie jakby była jakaś idea tekstu. A autorka zrobiła z czterdziestek depresyjne siedemdziesiątki. Mam 56 lat i czuję się młoda. Autorko - żaden z ciebie dziennikarz, idź do innej pracy, zbierz doświadczenia, potem pisz.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX