Funkcjonariusz BOR

Funkcjonariusz BOR (fot. Franciszek Mazur/AG)

polityka

Kierowcy BOR prują "na bombach" przez Polskę po 200 km/h. Muszą. Bo polityk tak chce

W trzy godziny z Warszawy pod dom Tuska w Sopocie. Tak potrafi jeździć BOR. Profesjonaliści czy szoferzy aktualnej władzy? Z opisu Michała Majewskiego wyłania się złożony obraz służb, o których po wypadku premier Szydło wszyscy sobie przypomnieli. Oto fragmenty książki Majewskiego "Biuro. Ochroniarze władzy. Za kulisami akcji BOR-u".

Któregoś razu auto z pewnym politykiem ruszyło z okolic Alej Ujazdowskich o 7.50, podczas gdy samolot startował z Okęcia o 8. Udało się zdążyć bez problemu. Ochrona wsiadającemu do auta politykowi rzuciła tylko krótkie:

- Na bombach?

- No masz, oczywiście, że na bombach!

Naturalnie tego typu działania są nielegalne. Używanie sygnałów świetlnych i syren musi być uzasadnione czynnościami ochronnymi. Fakt, że komuś nie chciało się wstać lub źle zaplanował swój czas i spóźnia się na samolot, takim uzasadnieniem nie jest. Niestety, korzystający z przywilejów panowie z BOR-u niekiedy czują się królami szos. (...)

Ostra jazda jest akceptowana, a niekiedy wręcz oczekiwana przez VIP-ów, których Biuro ochrania. W 2014 roku informator z otoczenia Donalda Tuska opowiadał mi:

"W Kancelarii chwalą się, że spod siedziby szefa rządu w Alejach Ujazdowskich pod drzwi mieszkania Tusków w Sopocie kolumna przejeżdża w trzy godziny. Ile trzeba pruć, żeby zrobić taki wynik? Na niektórych odcinkach na pewno około 200 km/h. Trzy lata temu dachowało bmw wracające od Tuska z Sopotu do Warszawy. Dlaczego? Zbyt szybka, brawurowa jazda". (...)

2012 rok, ówczesny premier Donald Tusk wsiada do limuzyny (fot. Sławomir Kamiński/AG)2012 rok, ówczesny premier Donald Tusk wsiada do limuzyny (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Polityk chce zdążyć

(...) Prezydent i premier jeżdżą samochodami opancerzonymi, zwanymi w slangu Biura "puszkami". Ostatnimi czasy w BOR było pięć takich aut plus kilka opancerzonych samochodów terenowych, głównie toyoty land cruiser. (...)

Przejazdy borowskich kolumn rzeczywiście mogą wywoływać palpitacje serca. Technologia idzie do przodu. Coraz więcej osób montuje w autach kamery, by nagrywać sytuację na drodze. W marcu 2016 roku "Gazeta Wyborcza" opublikowała na swej stronie internetowej filmik zarejestrowany przez pewnego kierowcę: drogowe manewry kolumny prezydenta na krajowej piątce w okolicach Osieku. Auta BOR-u poruszały się jednopasmową drogą, po której samochody jechały w obie strony. Znaki nakazywały zwolnić do 70 km/h, ale auta mknęły dwa razy szybciej, spychając inne pojazdy na pobocze, wyprzedzając na zakrętach i jadąc wyjątkowo niebezpiecznie. Auta Biura, jako pojazdy uprzywilejowane, mają prawo niestosowania się do przepisów ruchu drogowego. Jednak wedle przepisów - wyłącznie "pod warunkiem zachowania szczególnej ostrożności". Tyle że na filmie jasno widać, iż o ostrożności nikt tu nie myślał.

Limuzyna prezydenta Dudy (fot. MARIO/Agencja Gazeta)Limuzyna prezydenta Dudy (fot. MARIO/Agencja Gazeta)

Skąd się to bierze? Najczęściej z fatalnej organizacji i nietrzymania się planu.

Szofer BOR-u, który jeździł z wicepremierem: - Jesteśmy w Zielonej Górze. Spotkanie z mieszkańcami i samorządowcami. Godzina 12.30, impreza się dopiero rozkręca. A ja wiem, że o 14 musimy być w Poznaniu, bo tam jest spotkanie z jakąś zagraniczną delegacją. Adrenalina skacze, ręce się trochę pocą, bo wiadomo, co się będzie działo. Proszę adiutanta, żeby przypomniał VIP-owi o Poznaniu. VIP twierdzi, że nie może teraz odmówić szybkiej kawy z miejscowymi samorządowcami, bo to jego starzy znajomi. A potem wsiadł do auta i z uśmieszkiem na ustach zaordynował: "Jedź, ty mój Lewisie Hamiltonie!".

Wyruszyliśmy z Zielonej o 13.15, a o 14.05 byliśmy w Poznaniu. Koszulę miałem mokrą, bo normalnie tę trasę pokonuje się w półtorej godziny. Potem rozmawialiśmy o tym z asystentem wicepremiera, że to nie może tak wyglądać. Ale zrozumienia nie było. "Po to macie bomby, żeby na nich jeździć!" - usłyszeliśmy. (...)

Oświęcim, 10.02.2017. Miejsce wypadku samochodowej kolumny rzdowej z udziaem premier Beaty Szydo, do ktrego doszo 10 bm. w Owicimiu. Premier Beata Szydo trafia do owicimskiego szpitala po tym, jak w samochd kolumny rzdowej, ktrym jechaa, uderzy Fiat Cinquecento  poinformowa rzecznik maopolskiej policji Sebastian Gle. (mr) PAP/Andrzej GrygielOświęcim, miejsce wypadku premier Szydło (fot. PAP/Andrzej Grygiel)

Nauka jazdy. Inna niż wszystkie

Kolejne szkolenie to nauka jazdy. Ale nie zwyczajnej, tylko takiej niemal po bandzie. Dotyczy to zwłaszcza szkoleń specjalistycznych dla funkcjonariuszy, którzy mają w przyszłości zostać kierowcami VIP-owskich limuzyn.

Opowiada były minister: - Jeden z kierowców BOR zwierzał mi się kiedyś, że zanim przyszedł do Biura, miał niesłychanie wysokie mniemanie o własnych umiejętnościach jako szofera. Ale dopiero praca w BOR uzmysłowiła mu, że tak naprawdę jeszcze niewiele umie. Opowiadał, że mają na przykład następujące treningi: z dużą prędkością jadą dwa auta. W przednim otwarta jest klapa bagażnika, a drugie auto musi podjechać tak blisko, by ochroniarz siedzący na prawym fotelu mógł ten bagażnik zatrzasnąć.

Instruktor Biura: - Najtrudniejszą technicznie kwestią jest nauczenie się jazdy w kolumnie - przy dużej prędkości i w autentycznym ruchu ulicznym. Najprościej mówiąc, rzecz polega na jeżdżeniu blisko siebie. Tak blisko, by żadne obce auto nie mogło się znaleźć wewnątrz kolumny. Do tego potrzebna jest odpowiednia technika jazdy, która polega na ciągłym osłanianiu przez samochody ochrony auta z VIP-em, tak by odgrodzić ten samochód od innych na drodze.

Były szofer BOR-u: - To jeżdżenie, jak my nazywamy "na gazetę", czyli zderzak w zderzak, jest najtrudniejsze. Proszę pamiętać, że mówimy o poruszaniu się z prędkością na przykład 160 km/h. Tego uczy się na torze. Nie chodzi tylko o to, by jechać "na gazetę" na drodze prostej jak stół. Instruktor w pierwszym aucie zmienia kierunki, omija przeszkody, zwalnia, przyspiesza, a auta wciąż muszą pozostawać blisko siebie.

Współpracownik jednego z wicepremierów: - Jechałem kiedyś z szefem na jakąś imprezę. On w pierwszym aucie z szoferem i adiutantem. Ja z jego żoną, szoferem i oficerem ochrony w drugim samochodzie. Jazda tym drugim samochodem to przeżycie ekstremalne. Chodzi bowiem o to, by być non stop na ogonie tej pierwszej limuzyny. Wyprzedzasz, gonisz, przepychasz się na drodze. Bywa, że w ostatniej chwili wpadasz na skrzyżowanie. Żona szefa wysiadła mi z tego samochodu blada jak kartka papieru i zapowiedziała, że wraca do domu taksówką.

Bronisław Komorowski (tu jako p.o. prezydenta) wysiada z limuzyny (fot. Marcin Onufryjuk/AG)Bronisław Komorowski (tu jako p.o. prezydenta) wysiada z limuzyny (fot. Marcin Onufryjuk/AG)

Z Okęcia do Pałacu Prezydenckiego w 4 minuty. Można? Można

Jak bardzo ekstremalna może być przejażdżka z borowcami, pokazuje chociażby pewna historia, która wydarzyła się kilka lat temu. W Polsce miał się pojawić bardzo znany polityk europejski w zupełnie nowej i ważnej roli. Temu politykowi, ale też polskiemu prezydentowi, zależało na tym, by doszło do ich spotkania. Problem polegał na tym, że głowa polskiego państwa miała już zaplanowany wylot na ważną wizytę zagraniczną. Terminy niemal się nakładały. Ale nie chciano zrezygnować z krótkiego, nawet kurtuazyjnego spotkania.

BOR postanowił zadziałać i błyskawicznie przewieźć zagranicznego VIP-a z Okęcia do Pałacu Prezydenckiego na Krakowskim Przedmieściu. Bez ryzyka można postawić tezę, że był to najszybszy przejazd w historii tej kilkunastokilometrowej trasy miejskiej - trwał 4 minuty. Policja drogowa została poproszona o zrobienie na tym odcinku "toru Formuły 1", i wykonała zadanie. VIP-a niemal wyciągnięto za klapy marynarki ze schodów samolotu wprost na kanapę limuzyny. Po dotarciu pod Pałac szofer BOR-u wyglądał, jakby wyszedł z sauny, pot dosłownie się z niego lał. W ciągu 5 minut wypalił cztery papierosy. Funkcjonariusze bali się najbardziej jednego: tego po prostu, że ów zagraniczny VIP straci przytomność, zwymiotuje im w aucie albo tuż po wyjściu z niego. Tak się na szczęście nie stało. Do spotkania z polskim prezydentem udało się doprowadzić.

Dobrą pointą tej historyjki jest konferencja owego zagranicznego polityka na zakończenie tamtej wizyty. Z sali pada pytanie od jednego z dziennikarzy: "Co pan najbardziej zapamięta z Polski po tej wizycie?". Polityk, nie wahając się, odparł: "Trasę z lotniska do Pałacu Prezydenckiego".

Najazd na babę

Gdzie borowcy uczą się tych manewrów i jak odbywa się szkolenie? W PRL-u Biuro najchętniej korzystało z płyty lotniska w podwarszawskim Modlinie. Później szkolenia odbywały się na zamkniętym lotnisku w Szymanach, czyli tam, gdzie w 2002 roku lądowały samoloty CIA z ludźmi podejrzewanymi przez Amerykanów o terroryzm.

Kierowca BOR-u: - Na tym pasie lotniska można było poszaleć. Na dodatek odpadały koszty, bo niedaleko jest szkoła policyjna w Szczytnie, gdzie mogliśmy się za darmo zakwaterować.

Dziś Biuro szkoli swych szoferów m.in. w ośrodku pod Lublinem. Kierowcy trenują na przykład na tzw. szarpakach. To ruchoma płyta w podłożu. Gdy tylna część auta jest już na płycie, siłowniki pod płytą zaczynają nią poruszać w prawo i w lewo. Dalsza część drogi jest pomalowana śliską farbą i zlana wodą. Auto wpada w poślizg, z którym kierowca musi sobie dać radę.

Inny manewr w borowskim slangu nazywa się "najazdem na babę".

Instruktor BOR-u: - Ma imitować nagłe zagrożenie na drodze, czyli sytuację, w której przed autem niespodziewanie znajduje się przeszkoda. Przysłowiowa zagubiona staruszka, która wtargnęła na ulicę, dziecko goniące za piłką albo zwierzę. Oczywiście na drodze nie ustawiamy starszej pani ani dziecka, lecz balot z gąbki. Bywa, że wrzuca się go pod nadjeżdżający samochód i instruktorzy patrzą, jak zachowa się szofer. W ćwiczeniu chodzi o to, by wyminąć przeszkodę i wrócić na swój tor jazdy. Jeśli kierowca nadjeżdża zbyt wolno, ćwiczenie jest do poprawki. Jeśli zaczyna manewr zbyt wcześnie, też musi powtarzać. Oczywiście ćwiczy się to również w kolumnach, a nie jedynie w przypadku pojedynczych aut. Na takich treningach funkcjonariusze jeżdżą bez kasków. Wypadki? Jakieś przycierki były, ale nie pamiętam, żeby nam koziołkował samochód.

Jeśli przejdziesz przez sito tego typu szkoleń, wchodzisz do regularnej służby i pracy z VIP-ami.

2007 r., Jarosław Kaczyński (wówczas premier) opuszcza Sejm w asyście BOR (fot. Sławomir Kamiński/AG)2007 r., Jarosław Kaczyński (wówczas premier) opuszcza Sejm w asyście BOR (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Do tanga trzeba dwojga. BOR-owcy i politycy

Ograny przebój mówi, że do tanga trzeba dwojga. W przypadku BOR-u można powiedzieć nawet szerzej - nie tylko potrzebna jest współpraca borowca z ochranianym, ale też z jego biurem, asystentami i rodziną. A z tym w Polsce jest problem.

Były wiceszef BOR-u: - W Wielkiej Brytanii od czasów rządów Margaret Thatcher obowiązuje bardzo dobra procedura. Mianowicie politycy, którzy mają wejść do rządu, odbywają kilkudniowe szkolenie prowadzone z ludźmi odpowiadającymi za ich ochronę. Tam oficjele dowiadują się, jak będzie wyglądała ewakuacja w sytuacji zagrożenia, jak wyglądają sprawy bezpiecznej łączności i tak dalej, i tak dalej. Rządy się zmieniają, dobry zwyczaj pozostał.

- Ale przecież u nas szef albo wiceszef Biura spotyka się z prezydentem czy premierem przed objęciem przez niego urzędu albo tuż po jego objęciu i opowiada mu, jak teraz zmieni się jego życie.

Były wiceszef BOR-u: - To prawda, ale jak długo trwa takie spotkanie? Kwadrans? Pół godziny? Odpowiem przykładem. Kiedyś na święcie BOR-u gościliśmy szefa rządu. I tam było trochę pokazów, między innymi zaaranżowana ewakuacja z zagrożonego miejsca. Premier zrobił się zielony. "To wy będziecie mną tak rzucać jak workiem cebuli?". W odpowiedzi usłyszał: "Tak, panie premierze. Dostanie pan z łokcia w wątrobę, żeby nie stawiał pan oporu i żeby łatwiej było wrzucić pana do auta, i szybko ulotnić się z zagrożonego miejsca".

Ochraniani nie mają pojęcia, jak może wyglądać taka akcja, bo przed objęciem urzędów nie przechodzą "kursów BHP", jak nazywa to jeden z moich rozmówców. Tymczasem w sytuacji zagrożenia funkcjonariusze muszą zadziałać automatycznie, według wytrenowanego schematu - nie ma wtedy czasu na wyjaśnienia i uprzejmości.

Dobrze to widać na przykładzie słynnego i nieudanego zamachu na Ronalda Reagana, który miał miejsce w Waszyngtonie w marcu 1981 roku. Gdy prezydent i jego świta wychodzą z hotelu i padają pierwsze strzały, oficer ochrony nie rozgląda się, skąd ktoś strzela, ale momentalnie zasłania Reagana własnym ciałem i wpycha do limuzyny. Jeśli padają strzały, funkcjonariusz ma sprowadzić VIP-a do parteru i przykryć go własnym ciałem. Jeśli w pobliżu jest auto, ma go tam wrzucić. Nie prosić, by wszedł do samochodu, czy krzyczeć do niego, by to zrobił - ale po prostu go tam wrzucić.

W Polsce, jak wiadomo, podejście do reguł i przepisów jest dość swobodne, również wśród polityków. Istnieje wyraźny problem ze zrozumieniem przez część z nich, że BOR nie chroni Wałęsy, Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Dudy, Tuska, Kopacz czy Szydło, lecz prezydenta lub premiera. Chroni osobę sprawującą urząd i reprezentującą państwo.

Książka Michała Majewskiego "Biuro. Ochroniarze władzy. Za kulisami akcji BOR-u" ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne. W promocyjnej cenie możesz ją kupić w Publio.pl>>>

Okładka książki Michała Majewskiego 'Biuro. Ochroniarze władzy. Za kulisami akcji BOR-u' i jej autor (fot. mat. wyd. Czerwone i Czarne/Wojciech Olkuśnik/AG)Okładka książki Michała Majewskiego 'Biuro. Ochroniarze władzy. Za kulisami akcji BOR-u' i jej autor (fot. mat. wyd. Czerwone i Czarne/Wojciech Olkuśnik/AG)

 

Michał Majewski. Dziennikarz śledczy, laureat nagród dziennikarskich, m.in. Grand Press, współautor (wraz z Pawłem Reszką) książek "Daleko od Wawelu" i "Daleko od miłości", czyli politycznych biografii Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Pracował w "Rzeczpospolitej" (1994-2005), "Dziennika" i "Dziennika Gazety Prawnej, kierował działem śledczym tygodnika "Wprost". Od 2015 kierownik działu śledczego serwisu kulisy24.com.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (173)
Zaloguj się
  • siwywaldi

    Oceniono 45 razy 39

    To całe QURESTWO zaczęło się w chwilę po dorwaniu się "styropianów" do władzy. Pod koniec lat 90-tych, jechałem w piątkowe popołudnie do Gdańska i o mało co nie zostałem zmieciony przez kolumnę wiozącą prawdopodobnie ówczesnego marszałka sejmu Macieja Płażyńskiego. Na jednopasmowej drodze pomiędzy Nidzicą a Olsztynkiem kolumna tych idiotów, "darła" minimum dwie stówy ! I tylko w duchu podziękowałem Bogu, że nie spotkaliśmy się kilka kilometrów dalej na osławionych przydrożnymi krzyżami leśnych serpentynach pomiędzy Olsztynkiem a Ostródą...

    I pomyśleć, że jeszcze kilka lat wcześniej codzienną drogę z Klarysewa do gmachu KC, Gierek odbywał ZWYKŁYM Peugeotem 504 w towarzystwie zaledwie JEDNEGO radiowozu milicji, a tak podobno "znienawidzony" Jaroszewicz, jeździł BEZ żadnej dodatkowej obstawy i "bomby" na dachu. Jedno co mu czasami robiono, to ściągano radiowóz w celu ułatwienia wyjazdu z Kajki w Czecha, bo na skrzyżowaniu nie było świateł.

    A później poszło już po całości. Doszło nawet do tego, że na przyczepianym na magnesie kogucie, jeździł nawet wiecznie uśmiechnięty Komendant warszawskiej Straży Miejskiej, awansowany później przez swojego wcześniejszego zwierzchnika od razu na generała.

  • baby1

    Oceniono 36 razy 36

    Premier i prezydent powinni mieszkać w Warszawie, a nie jeździć co tydzień do domu do Sopotu, Krakowa, itp. albo na narty do Zakopanego. Jak ma ochotę na wycieczki czy zrobienie prania w domu, to proszę bardzo wsiada do kursowego samolotu lub pendolino dostaje się do Krakowa lub Gdańska, a potem z jednym ochroniarzem taksówką na miejsce bez żadnych udogodnień typu światło i dźwięk.

  • gj61

    Oceniono 30 razy 30

    Skomentuję to wszystko jednym słowem... dwoma: AROGANCKA CHOŁOTA

    W UK, kraju cywilizowanym znacznie bardziej od wsiowatej Polski, Premier mieszka i urzęduje pod jednym adresem, a do Parlamentu przejeżdża tak, aby nikt nie widział. Ale to marne UK, a tu wsiowe polactwo.

  • allegropajew

    Oceniono 30 razy 30

    Do służb idą w lwiej części zwykłe prymitywy. Mam nadzieję, że w końcu zaczną się zabijać, nie mordując przy okazji postronnych uczestników ruchu drogowego.

    Przykład CASY i Smoleńska niczego nikogo nie nauczył. A BOR, to prymitywy do sześcianu w porównaniu z Protaziukiem.

    Gościula

  • dawaj.flaszkie

    Oceniono 31 razy 29

    10 kwietnia 2010 pewnie też tak było. "Lećcie moje Żwirki i Wigury".

  • minipolak

    Oceniono 33 razy 29

    w samochodzie moze zginac powiedzmy 4 albo 5 osob, ale to co zrobil Lech to jest wyczyn.

  • 09czocha2013

    Oceniono 27 razy 27

    Wreszcie sensowny artykuł. Wypadki to wina polityków ! a nie BOR-u. Może tamtym się udawało a tym już nie. Smoleńsk źle zaplanowany (Sasin). Wypadki prezydenta, premiera, ministra (po jaką chol.....musiał być na dwóch imprezach nie mających związku z ministerstwem wojny). Jeżeli "politycy" nie zrozumieją, że to oni są sprawcami wypadków to......niech się pozabijają !!!

  • boczny_obserwator

    Oceniono 29 razy 27

    BOR uczestniczy w około 20 wypadkach rocznie. Za każdym razem z automatu - niezależnie od przyczyn - kieruje do prokuratury zawiadomienia o popełnieniu wykroczenia przez kierowcę cywilnego -uczestnika wypadku. Bardzo trudno się wybronić.

  • grenlandzki-opos

    Oceniono 27 razy 25

    Banda świrów bawiących się w wieczną wojnę. Chronią przed wyimaginowanym zagrożeniem, sprowadzając realne niebezpieczeństwo na postronnych uczestników ruchu. Wot Putinowska Rosja.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX