Zofia Posmysz

Zofia Posmysz (fot. Sławomir Kamiński)

Esesmanka uratowała jej życie. ''Gdyby nie Franz, żywa nie wyszłabym z Auschwitz''

Zawiść? Nikt mi jej nie okazywał. Ale co się działo za moimi plecami, tego nie wiem. Bo rzeczywiście korzystałam z nietykalności. Schreiberin Aufseherin Franz - tak się o mnie mówiło. Nawet esesmani tak mówili: Sekretarka Franz - mówi pisarka, Zofia Posmysz, w rozmowie z Michałem Wójcikiem.

Michał Wójcik: Pierwsze spotkanie?

Zofia Posmysz: Zanim ją zobaczyłam, usłyszałam głos. Po wejściu, już od drzwi wydawała rozkazy. Nieprzyjemnym, stanowczym tonem. To była ona. Aufseherin Anneliese Franz. (...) tego dnia o tej porze pracowałam w kuchni. (...) Wie pan, jak wyglądały kuchnie w Birkenau? Długa hala, a pośrodku, też w rzędzie - kominy, przy nich paleniska z kotłami na zupę. Franz zawołała kapo, pamiętam, nazywała się Steinhauser, i obydwie szły wzdłuż kotłów. Gdy zbliżały się do mojego kotła, usłyszałam pytanie, czy jest tu jakaś Polka, która rozumie po niemiecku. Kapo czasem zwracała się do mnie z jakimś poleceniem, wiedziała, że znam niemiecki, czasem tłumaczyłam jej polecenia. I to kapo musiała wskazać na mnie. I wtedy nastąpiła krótka wymiana zdań: Skąd pani zna niemiecki? Powiedziała: "Sie", użyła tego zwrotu: "pani", co mnie zaskoczyło*.

Zofia Posmysz pokazuje wytatuowany na przedramieniu obozowy numer: 7566 (fot. Magda Kuc)Zofia Posmysz pokazuje wytatuowany na przedramieniu obozowy numer: 7566 (fot. Magda Kuc)

Esesmani nie zwracali się do więźniarek per "pani"?

Nie. Skąd! Później dowiedziałam się, że łamali regulamin. Bo nie wolno było do nas, więźniarek, zwracać się na "ty", czyli "du". To była forma zbyt poufała. Tymczasem w ich mniemaniu była odpowiednia. Zwrot "ty" brzmiał pogardliwie. Ona pierwsza zwróciła się do mnie per "Sie", pani. Skąd pani zna niemiecki? Odpowiedziałam, że ze szkoły. Z jakiej szkoły? Handelsschule. Ze szkoły handlowej. Ile ma pani lat? Odpowiedziałam. I wtedy powiedziała, że będę jej Schreiberin, sekretarką. Przestraszyłam się.

Dlaczego? Przecież takie wyróżnienie to szansa.

To zależy. Nie byłam pewna, czy sobie poradzę. A co by się stało, gdybym okazała się niezdolna? Do tej pory znałam esesmanki z tej okropnej strony. To były bestie. (...)

Grupa polskich jeńców wojennych w obozie jenieckim w Oświęcimiu. Zbiórka przed barakiem, 1939 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Grupa polskich jeńców wojennych w obozie jenieckim w Oświęcimiu. Zbiórka przed barakiem, 1939 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Została pani sekretarką. To ważna funkcja. Stąd ta zawiść innych więźniarek?

Nie. To były więźniarki z rocznym stażem, wiedziały, że lepiej dla wszystkich, gdy ważną funkcję sprawować będzie jedna z nas. To było tak jak w społeczeństwie klasowym. Na samym dole zwykli więźniowie, tacy, którzy codziennie rano wychodzą do pracy poza druty.

Druga kategoria, klasa, to więźniowie pracujący pod dachem. Ja po Budach [podobóz, w ramach którego funkcjonowało żeńskie komando karne - przyp. red.] trafiłam do obieralni kartofli (...). Zupełnie inne warunki higieniczne! Potem trafiłam do kuchni, praca blisko gara, blisko jedzenia. Praca w cieple, pod dachem. Możliwość kąpieli. Z kolei wybór na szrajberkę ''wrzucił'' mnie, skoro tak liczymy, do jeszcze wyższej klasy. Na czwarty poziom, wysoko w hierarchii. Nie wiem. może wyżej niż kapo to nie. Albo gdzieś pomiędzy blokową a kapo. Blokowe i kapo raczej nie cieszyły się sympatią więźniarek. W każdym razie większość. Ja z kolei stanęłam wysoko w hierarchii, ale bezpośredniej władzy nad więźniarkami nie miałam. Nie musiałam krzyczeć, rozkazywać. W związku z tym zawiść koleżanek w kuchni, które i tak miały lepiej niż inne więźniarki, mnie nie dotyczyła.

Ściana kostnicy obozowej, przekształconej w komorę gazową - widoczne ślady paznokci zagazowywanych więźniów (fot. flyz1 / Wikimedia.ogr / CC BY-SA 3.0)Ściana kostnicy obozowej, przekształconej w komorę gazową - widoczne ślady paznokci zagazowywanych więźniów (fot. flyz1 / Wikimedia.ogr / CC BY-SA 3.0)

Zazdrość?

Mogło tak być. Więźniarki z innych bloków, które wracały zmaltretowane z pracy pod wieczór, widząc mnie w czystym pasiaku, w butach, a nie drewniakach, miały prawo czuć zazdrość. Ja bym czuła. (...)

Franz nigdy mi nie wyznała, co myśli o obozie. Nigdy. (...) Wydawała polecenia, ja te polecenia wykonywałam. Z czasem zaczęła lekko chwalić. Spytała, skąd znam to czy tamto, ale to było rzadko. Na początku mogłam podsłuchiwać, jak rozmawiała ze swoimi gośćmi. Z innymi esesmanami czy kapo. Albo więźniarkami. Pierwsze, co mnie uderzyło - zwracała się do nich spokojnie, była gotowa do wymiany zdań. Rozmawiała. Po kilku dniach, gdy już wypełniłam ileś tam rubryk w księgach, przyznała, że mam ładne pismo. To był komplement! Zrobiło mi się przyjemnie. Pierwszy raz. Wprawdzie w tej kuchni, wcześniej, mężczyźni zachowywali się dość dobrze, jednak nikt nikogo nigdy nie chwalił. (...) wobec mnie i dziewczyn w kuchni była w porządku. Nigdy nikogo nie uderzyła. A nawet, mogę to przyznać, jakoś o nas dbała. Bo dbając o nas, dbała również o siebie. Przecież siedziałam z nią, praktycznie ramię w ramię, prawie półtora roku. Pewnie nie chciała moich wszy, nie chciała wąchać mojego smrodu. Zawsze dopilnowała, abym raz w tygodniu szła do sauny. I żebyśmy wszystkie w kuchni chodziły w czystej bieliźnie. No i proszę pamiętać, że przez obóz przeszła właśnie epidemia tyfusu. Władze próbowały podnieść poziom higieny. (...)

Zofia Posmysz w młodości (fot. archiwum prywatne)Zofia Posmysz w młodości (fot. archiwum prywatne)

Miała poczucie humoru?

Początkowo wobec mnie nie pozwalała sobie go okazywać. Nigdy, choćby słówkiem, nawet najmniej złośliwym, niczego nie skomentowała. Nie pozwoliła sobie na to, abyśmy razem się z czegoś śmiały. Dlaczego robi pan taką minę?

Śmiać się razem z esesmanką? Pięćset metrów od krematorium?

Ależ w Birkenau było sporo momentów śmiesznych.

Rozumiem, że dla esesmanów.

Nie, nie tylko. Dla nas też. Pamiętam jedną scenę. Była taka esesmanka, która lubiła rewidować więźniów wchodzących na teren obozu. Ona nawet była ładna. Więźniowie wracali wieczorem z pracy, zatrzymywała ich przy bramie. I jakiś wesołek z komanda elektryków, jakiś ''stary numer'', przewidując, że ona zacznie ich obmacywać, przeciął sobie wcześniej kieszeń w spodniach. Tak że gdy włożyła mu rękę do kieszeni, jej dłoń zsunęła się niżej. On stał na baczność, ledwie powstrzymując śmiech, całe komando również. Esesmanka dała mu w twarz. Potem historia ta krążyła po blokach, więźniowie ją sobie opowiadali. Esesmani też. Śmieszne, prawda? (...)

Ja nie ryzykowałam. Nie wciągałam Franz w jakąś zażyłość, nie próbowałam się spoufalić. A muszę przyznać, że ona była ciekawa mojego pochodzenia. (...) Kat i ofiara. (...) relacja między nami odbiegała od tego schematu. Oczywiście w Birkenau byłam ofiarą. Ona zaś, już z samego tytułu, że była nadzorcą w mundurze SS, była katem. Ale ten nasz układ taki nie był.

Okulary więźniów pomordowanych w Auschwitz (fot. Bundesarchiv, Bild 183-R69919 / CC-BY-SA 3.0)Okulary więźniów pomordowanych w Auschwitz (fot. Bundesarchiv, Bild 183-R69919 / CC-BY-SA 3.0)

Jaki zatem?

Przez lata myślałam o nim jako o grze. Pojedynku nawet. Proszę też zrozumieć, że stając się jej sekretarką, weszłam w nieco inny układ. Byłam już ''starym numerem'', potrafiłam rozgrywać swoje stosunki z esesmankami czy esesmanami. Wiedziałam, jak nimi manipulować. A czasem nawet poszczuć ich na siebie. Człowiek się tego szybko uczy. W jakimś sensie z Anneliese Franz też grałam. (...)

Ona była bardzo opanowana. Powściągliwa w emocjach. Nie okazywała uczuć. choć, nie, raz, tylko jeden jedyny raz, zachowała się. nie, nie chodzi o to, że nieregulaminowo, ale po ludzku po prostu. Otworzyła się. Bo przez długi czas nie wiedziałam, czy jest mężatką. Pewnego razu zastałam ją pochyloną nad biurkiem, płakała. Okazało się, że przyszedł list, informacja, że jej mąż zginął na froncie. Dyskretnie ocierała łzy. Powiedziałam jej wtedy, że jest mi przykro. Choć nie było. Pomyślałam: Samiście tę wojnę wywołali, chcieliście jej - to ją macie. Ta jej słabość trwała tylko kilka chwil. Otarła oczy i pracowała dalej.(...)

Kiedy pani zauważyła, że ona ma słabość do pani? Że zwyczajnie panią lubi?

Dość wcześnie to zauważyłam. Do końca 1943 roku już się zorientowałam. Byłam zdyscyplinowana, dobrze pracowałam, robiłam, co mogłam, aby tę buchalterię prowadzić wzorowo. To jej się podobało. Nie mogła się dopatrzyć żadnych błędów. Zaczęła mnie darzyć, bo ja wiem. jakąś sympatią. Wie pan, to działało też w drugą stronę. Ja również jej okazywałam sympatię.

Fotografie więźniów Auschwitz. Zdjęcie wykonane zimą 1945 r. (fot. Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)Fotografie więźniów Auschwitz. Zdjęcie wykonane zimą 1945 r. (fot. Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Za co?

Nie da się tego wyjaśnić. Tak to działa. Była dla mnie dobra. Pamiętam, że któregoś razu przyszła do pracy po nocnej zabawie. Spojrzałam na nią, tak. przeciągle. Ona na to: Was ist los? O co chodzi? Ale uśmiechała się przy tym, więc wiedziała, że ja wiem. Powiedziałam: Wydaje mi się, że pani jest zmęczona. Kaca miała po prostu. (...) Cieszyła się, że to dostrzegłam. Wiele rzeczy wyrażała spojrzeniem. Gdy była ładnie uczesana i zauważyła, że ja to doceniam, było jej miło. Oczywiście nigdy nie odwdzięczyła się komplementem na mój widok, ale sama miała do miłych słów słabość. Dociekała tylko, czy brałam kąpiel. Raz eksplodowała gniewem, gdy opowiedziałam jej o tym wtargnięciu do sauny esesmana Hösslera [wszedł do sauny i przyglądał się nagim więźniarkom - przyp. red.]. Alte Schweine! Stara świnia! - powiedziała tak o, bądź co bądź, Lagerführerze. No i dwa razy zachowała się jak rasowa esesmanka. Tylko dwa razy. Napisała Meldung, czyli złożyła raport o naruszeniu regulaminu. To było groźne, bo mogło się skończyć wysłaniem nas wszystkich z komanda do karnej kompanii albo gorzej. Chodziło o znalezione grypsy.

Jeden z nich został znaleziony w kuchni. Zarządziła apel i zagroziła, że jeśli nie znajdzie się autor, całe komando pójdzie do SK. Ostro i stanowczo to zakomunikowała. Rozeszło się po kościach. Dosłownie. Mieliśmy dwie godziny sportu. Generalnie jednak mogę powiedzieć, że w pewnych sytuacjach to ona się sprawdzała. Przecież wtedy, gdy zostałyśmy skazane na dwie godziny sportu, zatrzymała mnie na chwilę w kantorku i powiedziała, że jeśli mam coś do roboty, to mogę zostać. Czyli mogę uniknąć kary. Odmówiłam. Może zbyt dumnie: Należę do komanda! Ona na to: Wie Sie wollen! Jak pani chce! Oschle. Innym razem znalazła mój gryps. Ale nie wyciągnęła wtedy konsekwencji.

Zofia Posmysz z mężem i przyjaciółmi, już po wojnie (fot. archiwum prywatne)Zofia Posmysz z mężem i przyjaciółmi, już po wojnie (fot. archiwum prywatne)

Jak go znalazła?

Przez moją nieuwagę. Dostałam go od więźnia politycznego. Niemca. Przychodził z komandem dachdekerów - dekarzy. Zostawiłam go na biurku, pod księgą. Ona ją podniosła, zobaczyła. Przeczytała. Nic tam nie było groźnego dla III Rzeszy. Ten mężczyzna pisał, że mnie zobaczył, zapamiętał, chętnie by mnie spotkał jeszcze raz, może w lepszych warunkach. Ja naturalnie powiedziałam jej, że nie wiem, o co chodzi, a tego więźnia nie znam, że znalazłam kartkę na ziemi i też jestem tym zdziwiona. Nie uwierzyła mi. Ona już od jakiegoś czasu domyślała się, że nie o wszystkim jej mówię i mam jakieś swoje sprawy, za jej plecami. Że ją trochę kiwam. W każdym razie oddała mi ten list i powiedziała: Passen Sie auf. Proszę uważać. A potem przepędziła tego więźnia. Bo on zaglądał do baraku magazynu chleba, w którym pracowałam. To był kapo komanda dachdekerów. Zawołała go i tak dość obcesowo: Tu przecież pan nie pracuje!

Żałowała pani?

Nie. Miał chyba ze trzydzieści lat i był komunistą.

Podobno czytała pani listy?

Kiedyś zastała mnie, gdy pisałam do domu. Myślała, że to gryps. Wyjaśniłam, że to list do rodziny. Spytała, czy może przeczytać. Listy były pisane po niemiecku, przechodziły cenzurę. Przeczytała i zaczęła mi go poprawiać: Tu zrobiła pani błąd, tu i jeszcze tu. Potem chętnie, regularnie czytywała moją korespondencję. Pewnego razu zwróciła mi uwagę na jakieś zdanie. Powiedziała, że ono nie przejdzie, żebym tego nie pisała. (...)

Niecodzienna relacja z Aufseherin Franz, stała się inspiracją dla słuchowiska, a następnie widowiska telewizyjnego i filmu, który pod tytułem ''Pasażerka'' nakręcił Andrzej Munk (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)Niecodzienna relacja z Aufseherin Franz, stała się inspiracją dla słuchowiska, a następnie widowiska telewizyjnego i filmu, który pod tytułem ''Pasażerka'' nakręcił Andrzej Munk (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Franz roztoczyła nad panią niewidoczny parasol ochronny. Miała pani pokusę, aby z tego korzystać?

Żeby komuś zaszkodzić?

Mogła pani.

To prawda, ale pokusy takiej nie miałam. Mogłam zaszkodzić tym kucharkom, które po kryjomu wyciągały z dna kotła gęstą zupę i szmuglowały ją komuś. Wiedziałam, że kradzież zupy odczują więźniarki pracujące gdzieś w polu. Te wykończone, zmaltretowane kobiety. Takie same jak ja kiedyś. Ale. nie reagowałam. Nigdy. One przecież kradły tę zupę, to gęste, dla równie potrzebujących. Może niosły to na rewir? (...)

Przez te półtora roku naprawdę zbliżyłyście się do siebie. Wasza relacja była specyficzna. Nietypowa, wręcz wyjątkowa. Ona, esesmanka, wysoko notowana u komendantki, i pani, więźniarka po tyfusie, młodsza o dziesięć lat. (...)

Jej chodziło o mnie. Żywą. Raz mi nawet powiedziała, że coś - już dziś nie pamiętam co - będzie mi potrzebne po wojnie. Czyli użyła czasu przyszłego. A w Birkenau nie używaliśmy czasu przyszłego. Nie było jutra. Jak się wojna skończy, to będziesz miała taką i taką możliwość. Oczywiście chodziło o czas po zwycięstwie III Rzeszy. Ona ewidentnie widziała mnie wolną. O ile po wojnie Słowianie mieli być wolni. (...)

Zawsze pani podkreślała, że Franz nigdy nikogo nie uderzyła.

Nigdy nikogo nie uderzyła. Powiedziała, że nigdy nie będzie brudziła sobie tym rąk. Użyła tego zwrotu. Ale rzeczywiście nie miała takich skłonności. Do dziś nie wiem, czy była zdolna do bicia. Nie wiem również, czy była zdolna do decydowania bezpośrednio o życiu i śmierci konkretnych ludzi. Prawdopodobnie do udziału w selekcjonowaniu ludzi na rampie, w tym decydowaniu, kto idzie do gazu, a kto ma jeszcze szansę na życie - zmusiła ją Oberaufseherin. (...) Pamiętam, że tego ranka wyglądała źle. Spytałam ją nawet, czy jest chora. Była szara na twarzy, zupełnie zmieniona. Nie panowała nad sobą. Przyznała się: Byłam na rampie, to było straszne. Zamilkłam. Nigdy do tego już nie wróciłam. (...)

Fragment pieca krematoryjnego w Auschwitz (fot. Dział Konserwacji / auschwitz.org)Fragment pieca krematoryjnego w Auschwitz (fot. Dział Konserwacji / auschwitz.org)

W listopadzie 1944 roku było już wiadomo, że najważniejsi esesmani opuszczą Auschwitz. Te wieści szły z obozu męskiego, ktoś coś podsłuchał i wiadomość zaczęła krążyć. Ona też jakoś mi napomknęła, że będzie przeniesiona do Mühldorf, podobozu Dachau. Powiedziała to z taką intencją, że ja powinnam na to zareagować. Zapytać: A co ze mną?

I zapytała pani?

Nie. Właśnie nie. Sprawa ucichła. Aż wybuchła wiadomość: Lagerkommandant wyjeżdża i zabiera ze sobą najbardziej zaufanych esesmanów. Powiedziała mi to dziewczyna należąca do obozowego ruchu oporu. Zdaje się, że twoja Franz też pojedzie - usłyszałam. I rzeczywiście. Ona pewnego dnia sama mi mówi, że opuszcza obóz i że ma prawo zabrać ze sobą jedną więźniarkę jako służącą. Komendantka bierze starszą lagrową Stenię Starostkę. Inna kogoś jeszcze. I wtedy spytała mnie wprost, czybym z nią nie pojechała.

Zawahałam się, nie wiedziałam, co powiedzieć. Zapytałam, do jakiego obozu ją przenoszą. Czy to daleko. Chodziło mi o to, czy daleko od domu, przecież po wojnie chcę wrócić do rodziny. Ona przyznała, że to w głębi Niemiec. Na tym się skończyło, nie zdeklarowałam się. Ale po tej rozmowie już wiedziałam, że moje życie jest zagrożone.

Grupa węgierskich Żydów. Wszyscy zostali posłani do komór gazowych niemal tuż po tym jak dotarli do Auschwitz w maju 1944 . (fot. Bundesarchiv, Bild 183-N0827-318 / CC-BY-SA 3.0)Grupa węgierskich Żydów. Wszyscy zostali posłani do komór gazowych niemal tuż po tym jak dotarli do Auschwitz w maju 1944 . (fot. Bundesarchiv, Bild 183-N0827-318 / CC-BY-SA 3.0)

Chyba uratowane?

Nie. Pobiegłam na rewir, do szpitala, gdzie pracowała doktor Perzanowska, miałam z nią bardzo dobre stosunki. Poprosiłam ją o pomoc. Wiedziałam, że wyjazd z Franz to wcale nie jest dla mnie szansa.

Czego się pani przestraszyła? Jej czy zmiany sytuacji?

I tego, i tego. Wyznałam doktor Perzanowskiej, że chcę zachorować, natychmiast. Grozi mi wyjazd. Powiedziała, abym przyszła nazajutrz. Coś wymyśli. I rzeczywiście, rano dostałam zastrzyk z mleka. W pośladek. Gorączka nadchodzi natychmiast. I to wysoka. Lekarka położyła mnie do łóżka. Na rewir. Pierwszy dzień, drugi, trzeci. Leżę z gorączką, ale jestem przytomna. Ciągle się dopytuję, czy Aufseherin Franz już wyjechała. Nie, jeszcze nie. Ale nie przewidziałam jednego. Że ona sama się do mnie pofatyguje! Przecież widziała, że nie przychodzę do pracy. No i zjawiła się któregoś dnia. Leżałam na środkowej pryczy. Usłyszałam od wejścia jej głos. Charakterystyczny. Tym skrzeczącym głosem pytała kapo, gdzie leżę. Od razu znieruchomiałam, udaję, że jestem nieprzytomna. Musiałam to zagrać.

Rola życia.

Tak. Przyszła z doktor Perzanowską. Pochyliła się nade mną, obejrzała, zapytała: Co jej jest? Lekarka odpowiedziała, że mam wysoką gorączkę, że usiłuje ją zbić, dostałam lekarstwa. Że czekają na efekty leczenia. I ona tak pochyliła się nade mną, że ja chyba musiałam jakoś zareagować, bo prawdopodobnie zrozumiała, o co chodzi. Żachnęła się ze wzgardą: Was für ein Quatsch! Co za bzdury!

Zofia Posmysz w kilka lat po wojnie (fot. archiwum prywatne)Zofia Posmysz w kilka lat po wojnie (fot. archiwum prywatne)

Bzdury?

No, że udaję! I że robię głupotę!

Czyli się domyśliła, że pani symuluje?

Naturalnie. Postała chwilkę i poszła. Szybkim, nerwowym krokiem. Oczywiście, że przejrzała mój fortel. W tej reakcji pobrzmiewał też żal, że nie jestem jej wdzięczna, że nie chcę z nią jechać: Quatsch! Gdy dziś o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że mogła zrobić coś znacznie gorszego. Nie zrobiła tego, odwróciła się na pięcie i nigdy więcej jej nie widziałam. Po dwóch dniach gorączka spadła, doktor dała mi coś na wzmocnienie. I wróciłam do pracy, tej samej co przedtem. To był grudzień 1944 roku. Tak, mogę to powiedzieć, zawdzięczam Franz życie. Ale jej już tam nie było.

Pani Zofio, jakie ona miała oczy? Niebieskie, zielone, zimne, złe, a może wręcz przeciwnie - dobrotliwe?

Nie wiem, nie pamiętam. (...) Ale. oczy, sposób patrzenia - to było ważne w Birkenau. Ja wiem. mogę się domyślać, co ona widziała w moich oczach. Na pewno nie widziała nienawiści i pogardy. W lustrze moich oczu widziała siebie, swoją ludzką stronę. Nie bestię, wcielone zło, tylko człowieka. A co ja widziałam w jej oczach? Nic, pustkę.

Wywiad rzeka Michała Wójcika z Zofią Posmysz ''Królestwo za mgłą'' ukazał się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. Magda Kuc / materiały promocyjne)Wywiad rzeka Michała Wójcika z Zofią Posmysz ''Królestwo za mgłą'' ukazał się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. Magda Kuc / materiały promocyjne)

*Fragment książki "Królestwo za mgłą", wywiadu rzeki, jaki z Zofią Posmysz przeprowadził Michał Wójcik.


Zofia Posmysz.
Ur. w 1923 roku w Krakowie. W czasie wojny więźniarka obozów Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 1952-75 pracowała w Polskim Radiu, m.in. współtworząc słuchowisko "W Jezioranach". Pisarka w nowatorski sposób poruszająca tematykę obozową. Jej najbardziej znany utwór to"Pasażerka". Odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Nagrodą Komitetu ds. Radia i Telewizji za osiągnięcia autorskie w dziedzinie słuchowisk,Złotym Mikrofonem oraz nagrodą "Honorowy Wielki Splendor" za całokształt dorobku w dziedzinie twórczości radiowej. 

Michał Wójcik. Ur. w 1969 roku. Absolwent Instytutu Historycznego na Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarz. Pracował w Radiu Zet, tygodniku "Przekrój", był redaktorem naczelnym magazynów "Focus" i "Focus Historia".Współpracował również z czasopismem historycznym "Mówią Wieki", "Gazetą Wyborczą" i telewizją TVN. Razem z Emilem Maratem (dziennikarzem i pisarzem) stworzyli dwa poczytne wywiady-rzeki: "Made in Poland" - rozmowę z żołnierzem Kedywu, Stanisławem Likiernikiem, za który autorzy otrzymali Nagrodę Historyczną Tygodnika Polityka 2015 oraz "Ptaki drapieżne" - wywiad z jednym z ostatnich żyjących członków tajnego oddziału 993/W, Lucjanem"Sępem" Wiśniewskim.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (150)
Zaloguj się
  • kaz_nodzieja

    Oceniono 27 razy -13

    Proces wybielania Niemców trwa i ma się dobrze, przy współudziale polskich mediów. Ci dobrzy Niemcy chronili podczas II wojny Żydów przez Polakami i jakimiś tam nazistami.

  • jkdot

    Oceniono 35 razy -13

    Tak, więcej historii o SS-manach ratujących Polaków i więcej o zbrodniarzach Polakach mordujących Żydów. Perfidna michnikowszczyzna...

  • e50504

    Oceniono 33 razy -13

    Dobrzy Niemcy naszych rodaków ratowali przed zagładą, podczas gdy szmalcownicy palili stodoły. Za 10 lat w niemieckich podręcznikach do historii. Zakład?

  • wiesscar

    Oceniono 17 razy -11

    Syjonizmu nie lubie.
    Jednak jedno mi sie podoba: chca Zydow sciagnac do Izraela.

  • sorrry

    Oceniono 31 razy -11

    Tak było! Poczciwi Niemcy i Ukraińcy robili co mogli, żeby ratować Polaków z rąk Marsjan. Tylko ci straszni Polacy wciąż wysysają antysemityzm z mlekiem matki a biednych Ukraińców wyzywają od ludobójców. Nie ma innej rady, trzeba ich cywilizować na siłę:)

  • Wojtek Klar

    Oceniono 6 razy -4

    postawcie pomnik tej bidulce, jej dobroć niech będzie wynagrodzona, mówię oczywiście o tej podłej, wrednej i szwabskiej esesmance Franz!
    Polacy chętnie złoża kwiaty takiej
    bo my niemców lubimy i kochamy

  • rownowaznik

    Oceniono 11 razy -3

    SSmanka uratowała życie jak miło z jej strony. Szkoda że jej koledzy z firmy nie byli tak mili, i doprowadzili do całej tej sytuacji ...

  • sosna_pospolita

    Oceniono 8 razy -2

    Dowódcami byli Jakub Penner i Samuel Kaplinsky. Według jednego z napastników, Chaima Lazara, celem operacji była zagłada całej ludności łącznie z dziećmi jako przykład służący zastraszeniu reszty wiosek. Według ustaleń Kongresu Polonii Kanadyjskiej, będących podstawą wszczęcia śledztwa, liczba zabitych była większa (ok. 130).

    Atak na Koniuchy i wymordowanie tutejszej ludności cywilnej był największą z szeregu podobnych akcji prowadzonych w 1943 i 1944 przez oddziały partyzantki radzieckiej w Puszczy Rudnickiej i Nalibockiej (np. masakra ludności w miasteczku Naliboki).

  • trackermaly

    Oceniono 9 razy -1

    kurde... Wyborczo, lubię Was czytać, ale przeginacie. Mój dziadek był w obozie koncentracyjnym w Sztutowo, gdzie zamęczeli cała jego rodzinę ( nie chceli podpisać volkslisty), tylko on przeżył. Ze względu na szacunek wobec ofiar powinniśmy przemilczeć taki fakt, szczególnie wobec młodych ludzi, którzy tu czytają i dla których wojna to fakt z odległej galaktyki). Później ci młodzi myślą że esesmani to byli jednak dobrzy ludzie

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX