Barbara Paciorkiewicz, jedna z bohaterek książki ''Brunatna kołysanka''

Barbara Paciorkiewicz, jedna z bohaterek książki ''Brunatna kołysanka'' (fot. archiwum prywatne Barbary Paciorkiewicz)

''Dostaniecie nowych rodziców''. Historie polskich dzieci porwanych przez Lebensborn w czasie wojny

Cała piątka Witaszków w czasie okupacji trafiła na badania do urzędu do spraw rasy. Niemcy byli zadowoleni: piękne dzieci, prawdziwie nordycka rasa. O tym, jak założony przez faszystów Lebensborn porywał i zniemczał polskie dzieci, pisze Anna Malinowska w książce ''Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci''.

Dla Himmlera [Heinricha, zbrodniarza wojennego i jednego z najważniejszych współpracowników Adolfa Hitlera - przyp. red.] powołany w 1935 r. Lebensborn miał znaczenie wojskowo-polityczne. To ta instytucja miała zapewnić Wehrmachtowi stały dopływ żołnierzy. Miała produkować niebieskookich blondynów i blondynki - stuprocentowo oddanych obywateli nowego, lepszego świata. (...) kopulowano w nich na potęgę, byle tylko jak najwięcej dzieci przychodziło na świat. (...)

Dziećmi urodzonymi w ośrodkach Lebensbornu zajmowały się wykwalifikowane pielęgniarki (fot. Bundesarchiv, Bild 146-1973-010-11 / CC-BY-SA 3.0 / Bundesarchiv, B 145 Bild-F051638-0067 / CC-BY-SA 3.0)Dziećmi urodzonymi w ośrodkach Lebensbornu zajmowały się wykwalifikowane pielęgniarki (fot. Bundesarchiv, Bild 146-1973-010-11 / CC-BY-SA 3.0 / Bundesarchiv, B 145 Bild-F051638-0067 / CC-BY-SA 3.0)

Ale Lebensborn ma też drugie, okrutne i zbrodnicze oblicze. Już 25 listopada 1939 roku Himmler otrzymał raport opracowany przez Urząd Rasowo-Polityczny NSDAP dotyczący dawnych ziem polskich włączonych do Rzeszy. "Znaczna część rasowo wartościowych, ale z narodowych względów niezdatnych do zniemczenia warstw polskiego narodu będzie musiała zostać wysiedlona na pozostały polski teren. Jednak należy próbować wyłączyć z przesiedlenia rasowo wartościowe dzieci i wychować je w starej Rzeszy w odpowiednich zakładach wychowawczych. (...) Wchodzące w rachubę dzieci nie mogą liczyć więcej jak osiem do dziesięciu lat, ponieważ z reguły tylko do tego wieku możliwe jest prawdziwe przenarodowienie, tzw. ostateczne zniemczenie. Warunkiem jest całkowite zaprzestanie utrzymywania jakichkolwiek stosunków z ich polskimi krewnymi. Dzieci otrzymają niemieckie nazwiska, które także w źródłosłowie muszą być jednoznacznie germańskie.

Ich rodowód będzie prowadzony przez specjalną placówkę. Wszystkie rasowo wartościowe dzieci, których rodzice polegli na wojnie lub zmarli później, będą od razu przejęte przez niemieckie domy sierot. Z tego względu należy wydać zakaz adoptowania takich dzieci przez Polaków" (...).

Po lewej Himmler, wraz z córką Gudrun, odwiedza jeden z nazistowskich obozów koncentracyjnych. Po prawej zbrodniarz w towarzystwie żony i córki (fot. Wikimedia.org / Fair use / Wikimedia.org / Bundesarchiv, Bild 146-1969-056-55 / CC-BY-SA 3.0)Po lewej Himmler, wraz z córką Gudrun, odwiedza jeden z nazistowskich obozów koncentracyjnych. Po prawej zbrodniarz w towarzystwie żony i córki (fot. Wikimedia.org / Fair use / Wikimedia.org / Bundesarchiv, Bild 146-1969-056-55 / CC-BY-SA 3.0)

Badania rasowe przeprowadzali eksperci, którzy wypełniali specjalne formularze. Określano w nich dokładnie wielkość i kształt poszczególnych części ciała, kolor włosów i oczu. Do formularzy załączano fotografie dziecka w trzech pozach. Przeprowadzano też badania lekarskie i psychologiczne. Również po wywiezieniu do Niemiec.

Gdzie są moje dzieci?**

16 maja 1945 roku ulicami Poznania wędruje kobieta z plecakiem na ramieniu. To Halina Witaszek, żona Franciszka, matka pięciorga dzieci, obozowy numer 39447. Przeżyła Auschwitz i Ravensbrück. Idzie na Osiedle Grunwaldzkie, do mieszkania swoich krewnych Kubiaków. Mają tam na nią czekać Daryjka i Alusia, ukochane córeczki.

Ale dziewczynek nie ma. - Dwa lata temu zabrali je od nas Niemcy - mówi na progu Kubiakowa. To nie koniec złych wiadomości. Halina dowiaduje się, że jej mąż Franciszek od  ponad dwóch lat nie żyje. (...) Halina jedzie do Ostrowa do brata Zygmunta Muszyńskiego i jego żony Ireny. Znajduje szczęśliwie trójkę pozostawionych u niego dzieci. Zaczyna szukać zaginionych córek. Pisze listy do Czerwonego Krzyża, ale nie dostaje żadnych konkretnych odpowiedzi. Przez przypadek w jednej z gazet czyta artykuł o tym, jak hitlerowcy porywali polskie dzieci. Autorem tekstu jest Roman Hrabar.

(fot. archiwum prywatne Alodii Witaszek)Po lewej Daria i Alodia Witaszek. Po prawej rodzina Witaszków (fot. archiwum prywatne Alodii Witaszek)

Halina szuka kontaktu z mecenasem. W lipcu 1947 roku pisze do niego list, prosi o pomoc w  szukaniu dziewczynek. Do listu dołącza dwie fotografie. Hrabar otrzymuje go w Niemczech, w Ludwigsburgu. Z koperty wyciąga zdjęcia. Widzi dwie uśmiechnięte blondyneczki. (...) Hrabar swoje poszukiwania zaczyna od analizy nazwisk. Zna już zarządzenie szefa Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS z 17 września 1942 roku w sprawie zniemczania nazwisk dzieci. Zaleca ono zachowanie trzech, czterech liter pierwotnego nazwiska dziecka. Chodzi o to, żeby brzmiało ono choć trochę podobnie, żeby dziecko było przekonane, że od zawsze tak się nazywało. Witaszek, a więc Wit, być może Wita. Sprawdza, czy są takie nazwiska wśród dzieci nieokreślonej narodowości w ewidencji aliantów. Udaje mu się znaleźć tylko kilka nazwisk, ale jedno powtarza się dwa razy. Wittke! Noszą je dwie dziewczynki. Zgadzają się podane daty urodzenia.

Piękne dzieci, nordycka rasa

"Natychmiast po otrzymaniu listu Pani, którego treścią zostałem głęboko przejęty, przystąpiłem do badania dokumentów i materiałów spisowo-poszukiwawczych. Wynik badań okazał się niezwykle pomyślny, gdyż obie córeczki Pani figurują na liście dzieci z Gaukinderheim w Kaliszu pod polskim nazwiskiem, zaś na liście z Lebensbornu już pod nazwiskiem niemieckim" - pisze Hrabar do Haliny Witaszkowej we wrześniu 1947 roku. Ustala, że Alodia Witaszek to Alice Wittke urodzona 3 stycznia 1938 roku. Została oddana 24 kwietnia 1944 roku do rodziny Wilhelma Dahl w Stendal, niedaleko Berlina. Daria Witaszek to Dora Wittke urodzona 10 października 1939 roku. Oddana 20 maja 1944 roku do rodziny Edmunda Schoelna do miasteczka Weitra w Austrii. Hrabar nie ma wątpliwości, że Alice to Alodia, a Dora to Daria i obie przeszły przez młynek Lebensbornu. Zadbano o to, żeby zmienić ich miejsce urodzenia. Zamiast Poznania w dokumentach figuruje odpowiednio Stendal i Weitra. "W sprawie Alodii dałem placówce PCK w Berlinie polecenie natychmiastowej rewindykacji dziecka, względnie przeprowadzenia dalszych dochodzeń, o ile by ono w obecnej chwili nie przebywało już w Stendal. W sprawie Darii zwróciłem się pisemnie do Poselstwa Polskiego w Wiedniu, celem repatriacji jej. Nie jest wykluczonym, że Daria nie przebywa już w Weitra, gdyż według posiadanych przeze mnie informacji większa grupa dzieci z Austrii, które podobnie jak Daria przeszły przez instytucje Lebensbornu, w roku 1945 zostały przez szwajcarskie organizacje charytatywne zabrane do Szwajcarii, gdzie do tej chwili przebywają. Jest możliwe, że Daria jest między nimi. Oczekuję ze Szwajcarii listy imiennej tych dzieci" - donosi Hrabar w tym samym liście.

Apel w łódzkim obozie dla dzieci ''Polenjugendverwahrlager'' (fot. Archiwum Fotograficzne Stefana Bałuka / Wikimedia.org / Domena publiczna)Apel w łódzkim obozie dla dzieci ''Polenjugendverwahrlager'' (fot. Archiwum Fotograficzne Stefana Bałuka / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Co działo się z Alodią i Darią? Wiadomo, że cała piątka Witaszków w czasie okupacji trafiła na badania do urzędu do spraw rasy. Niemcy byli zadowoleni: piękne dzieci, prawdziwie nordycka rasa. Mariola, Iwona i Krzyś pewnie podzieliliby los Darii i Alodii, ale zdołano je ukryć. Los dziewczynek w Poznaniu był przesądzony. Niemcy zabrali je do obozu "Polenjugendverwahrlager" - obozu koncentracyjnego dla dzieci w Łodzi. Dziewczynki spały na drewnianej pryczy, przykrywały się szarym kocem.

Mutti znaczy "mama"

W obozie było dużo dzieci. Niektóre moczyły się w nocy, były za to karane. Ulę Kaczmarek Niemcy polewali wodą na dworze, aż zamarzła. Ale Alodia i Daria zostały wysłane do domu dziecka w Kaliszu. Prowadziły go siostry zakonne. Nie wolno tam było mówić po polsku. Dziewczynki musiały uczyć się nowego języka - niemieckiego. Siostry mówiły, że ich mama i tatuś nie żyją, ale żeby dziewczynki nie były smutne, bo dostaną nowych rodziców.

Z Kalisza Alodia i Daria zostały po raz kolejny przewiezione, tym razem do ośrodka Lebensbornu w Bad Polzin, czyli do Połczyna-Zdroju. Był styczeń 1944 roku. Z ośrodka zapamiętają półokrągłą, oszkloną werandę i rzędy łóżeczek z białą pościelą. Na tarasie czasem pojawiały się wózki z niemowlakami.

Najpierw Niemcy zabierają z ośrodka Alodię. Dziewczynka jest adoptowana przez małżeństwo Dahlów ze Stendal pod Berlinem. Luise Dahl pracuje jako sekretarka, jej mąż Wilhelm przebywał we Francji, w obozie jenieckim.

Alodia Witaszek jako Alice Wittke ze swoją Mutti Dahl (fot. archiwum prywatne Alodii Witaszek)Alodia Witaszek jako Alice Wittke ze swoją Mutti Dahl (fot. archiwum prywatne Alodii Witaszek)

Darię zabrała rodzina Edmunda Schoelna z Weitra. Schoelnowie byli prostymi ludźmi. On - malarz pokojowy, służył w wojsku, ona zajmowała się domem. Daria-Dora zapamięta swoją mutti jako kobietę spokojną, miłą, o wiecznie podkrążonych oczach. Małe, spokojne miasteczko. Stary zamek, kościół, a dookoła góry. Dora dostała zabawki, lalki, a dziadek zrobił jej z drewna kołyskę i wózek.

Alice, choć trafia do skromnego domu, traktowana jest jak księżniczka. Mutti wciąż ją przytula, na drutach dzierga dla niej prześliczne sukieneczki. Alice nie brakuje niczego. Uczy się pływać, jeździć na nartach. Mutti zapisuje ją na balet.

Wracajcie do Polski

Jesienią 1947 roku dziewczynki dowiadują się, że muszą wrócić do Polski.

- Żebyś tylko nie poszła do domu dziecka! Boże, tylko nie do sierocińca! - rozpacza Luise Dahl, pakując rzeczy małej Alice.

Dziewczynka jedzie z transportem do Polski. 7 listopada siostra z PCK odwozi ją do Haliny w Ostrowcu.

Porwanie polskich dzieci podczas eksterminacji jednej z polskich wsi na Zamojszczyźnie w okresie okupacji hitlerowskiej (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)Porwanie polskich dzieci podczas eksterminacji jednej z polskich wsi na Zamojszczyźnie w okresie okupacji hitlerowskiej (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Alice dzwoni do drzwi. Otwierają Mariola z Krzysiem.

- Mamuniu, ktoś przyjechał! - krzyczą. W drzwiach staje ładnie ubrana dziewczynka. Na płaszczyku ma tekturową tabliczkę z imieniem, nazwiskiem i adresem, pod jaki zmierzała. Uśmiecha się niepewnie. Widzi szczupłą, posiwiałą panią.

- Du warst junger und blondine - mówi dziewczynka do swojej matki. "Byłaś młodsza i byłaś blondynką" - tłumaczy w myślach Halina. Witaszkowa na szczęście zna niemiecki. A więc Alusia mnie pamięta! Nie ma jednak uścisków, przytulania. Alodia na Halinę patrzy jak na obcą. Podobnie na pozostałe dzieci. Rodzeństwo? Jakie rodzeństwo? Przecież jestem jedynaczką. Z dziećmi nie może się dogadać po niemiecku, więc nic nie mówi.

20 listopada Hrabar do Witaszkowej wysyła list. "Alodia została odnaleziona we wskazanym miejscu przeze mnie w strefie sowieckiej i według zawiadomienia delegatury PCK w Berlinie, repatriowana w dniu 6 listopada 1947 roku pociągiem do PCK w Poznaniu. Sądzę, że córeczka znajduje się już u Pani w domu. O ile chodzi o Darię, to PCK w Wiedniu wyśle ją niewątpliwie najbliższym transportem do kraju. Proszę uprzejmie o doniesienie mi o powrocie córek i o krótkie opisanie reakcji dzieci przy pierwszym spotkaniu oraz o ich samopoczuciu w początkowych dniach pobytu".

Dora pociągiem z Wiednia jedzie do Polski cztery dni. Halina jedzie do Katowic odebrać córkę z pociągu. 5 grudnia stoi w tłumie na peronie i czeka. Pociąg przyjeżdża, tłum gęstnieje, ludzie przepychają się, nawołują. Halina wypatruje. Gdy tłum rzednie, widzi, jak z wagonu wychodzi mała dziewczynka. Ma na głowie czerwoną czapkę - prawdziwy krasnoludek!

- Moja córka - biegnie do dziecka Halina. Dora dowiaduje się, że na imię ma Daria i pierwsze słowo, jakiego się uczy, to "mamunia".

Powitanie dzieci, które - wywiezione przez Niemców - odnaleziono po wojnie i które wróciły do Polski (fot. Muzeum Historii Katowic)Powitanie dzieci, które - wywiezione przez Niemców - odnaleziono po wojnie i które wróciły do Polski (fot. Muzeum Historii Katowic)

Skąd jesteś?

Alodia mówi z twardym, berlińskim akcentem, Daria bardziej śpiewną austriacką niemczyzną. Halina rzeczywiście od razu zapisała je do szkoły. Ale dzieci się z nich śmieją. Przezywają je niemrami. A Halina musi ciężko pracować, by utrzymać dom z piątką dzieci. Po Franciszku - akowcu - państwo nie przyznaje im żadnego zasiłku. Alodia bardzo przeżywa, gdy mama pruje jej wełnianą sukienkę, w którą Mutti ubrała ją na podróż. Sukienki nie ma, ale Halina z włóczki robi dwa sweterki.

Pewnego dnia dziewczynki namawiają się, że pojadą razem do Niemiec i Austrii. Przez kilka dni szepczą o ucieczce. Podsłuchuje je Iwona. Trochę zna niemiecki i o wszystkim mówi matce. Gdy dziewczynki idą na dworzec, Halina biegnie za nimi. Zabiera je do domu.

(...) W 1957 roku Alodia dostaje paszport, wizę i jedzie do Niemiec. Do Mutti. Następuje czułe przywitanie. Mutti przekonuje ją, żeby studiowała w Berlinie, ale Alodia już zapomniała niemiecki. Wraca do Poznania. Później z wizytą przyjeżdża Mutti. Witają się z Haliną jak przyjaciółki. O Alodię nie rywalizują. Ona sama czuje, jakby miała dwie matki. (...)

- Można mieć dwie matki?

- Można! One obie mnie kochały.

- Jak to możliwe, że nie były o siebie zazdrosne?

- Mama pewnie była wdzięczna Mutti za to, że mnie pokochała, że włos mi z głowy nie spadł podczas naszej rozłąki. Mutti była wdzięczna, że mama nie ma nic przeciwko naszym kontaktom. Obie się rozumiały. Zresztą, proszę popatrzeć na to zdjęcie - Alodia pokazuje czarno-białą fotografię. Dwie uśmiechnięte kobiety obejmują się. - Która jest która? - pyta.

- To Mutti - wskazuję na jasnowłosą kobietę o miękkich rysach twarzy.

- Pomyłka, bo to mama. Obok jest Mutti - Alodia wskazuje na kobietę w rogowych okularach. - Mutti miała ciemne włosy. Nawet kiedyś mówiła mi, że jak mnie zabrała, to trochę się martwiła, że tak bardzo się różnimy. Ja stuprocentowa blondynka, a ona i vati (tatuś) byli ciemni. Ale stałam się ich córką. U mnie było inaczej niż u Darii. Jej rodzice byli bardziej oschli. Krzywda jej się nie stała, ale potrzebowali bardziej kogoś do pomocy w domu niż własnego dziecka. Kiedy nauczyłyśmy się już dobrze po polsku, mama powiedziała, żebyśmy w tym języku napisały do rodzin, u których byłyśmy. Moja Mutti od razu pobiegła do tłumacza i odpisała. Rodzina mojej siostry nie zareagowała w ogóle. Nigdy więcej Daria nie miała z nią żadnego kontaktu.

Luise Dahl i Halina Witaszek (fot. archiwum rodzinne Alodii Witaszek)Luise Dahl i Halina Witaszek (fot. archiwum rodzinne Alodii Witaszek)

- A pani?

- Po raz pierwszy pojechałam w odwiedziny do Mutti w 1957 roku. Ona do Polski przyjechała w 1969 roku. Byłam już mężatką, miałam dwójkę dzieci. Mieliśmy typowe, małe mieszkano w bloku. Mąż z dziećmi pojechał na wczasy, żeby nie było ciasnoty, i Mutti nie czuła się skrępowana. Zmarła w 1971 roku. Nie byłam na pogrzebie. Nie zdążyłam dostać wizy. Przecież wtedy na wizę, paszport trzeba było czekać. Vati zmarł w 1981 roku. Do jego śmierci mieliśmy kontakt.

- Czy niemieccy rodzice próbowali kiedyś tłumaczyć, co stało się z panią w czasie wojny? Wspominali o Lebensbornie?

- Kiedy Mutti dowiedziała się, że jestem Polką, i to w dodatku skradzioną prawdziwej matce, była w szoku. Zabierała przecież małą Niemkę, sierotę. O niczym nie miała pojęcia! Później już nie rozmawiałyśmy na ten temat. Wiedziałam, że miała dobre intencje. Nie miała nic wspólnego z ideologią Lebensbornu. Chciała mieć dziecko. Dostała je i pokochała. O tym, że była dobrym człowiekiem, najlepiej świadczy to, że mnie oddała. Nie ukrywała mnie, nie kombinowała. Dowiedziała się, że poszukuje mnie polska, prawdziwa mama, bała się tylko tego, że mogło dojść do jakiejś pomyłki i że trafię do sierocińca. Wtedy na pewno zrobiłaby wszystko, żeby mnie stamtąd zabrać. Potem wciąż mnie kochała. Dla niej wciąż byłam córką. Moje dzieci traktowała jak babcia. (...)

- Kim dziś by pani była, gdyby pani nie zabrano?

- Nie wiem! Dla mnie i Darii wojna nie skończyła się po kapitulacji Niemiec. Ona trwała, gdy wróciłyśmy do domu. Nie mówiłyśmy po polsku. Wtedy wszystko, co kojarzyło się z Niemcami, było czymś najgorszym, ohydnym. Dzieci ze mnie i Darii się śmiały. Nam nie było do śmiechu. Żal, wstyd przełykałyśmy i zamykałyśmy się w sobie. A wcześniej byłam śmiałym dzieckiem. Brak pewności siebie pozostał we mnie. Pewnie byłoby inaczej, gdyby mnie nie zabrali.

Książka ''Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci'' Anny Malinowskiej ukazała się nakładem wydawnictwa Agora (fot. materiały prasowe)

Książka ''Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci'' Anny Malinowskiej ukazała się nakładem wydawnictwa Agora (fot. materiały prasowe)

(...) w 1950 roku Trybunał Denazyfikacyjny w Monachium uzna działalność Lebensbornu za zbrodniczą. Stanie się tak po uchwaleniu przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 9 grudnia 1948 roku w Nowym Jorku konwencji międzynarodowej w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Ostatnim z wymienionych w niej czynów ludobójczych jest "przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy".

*Fragment książki Anny Malinowskiej ''Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci'', którą w promocyjnej cenie możecie kupić w Publio.pl>>>

** Wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji


Anna Malinowska.
Ukończyła polonistykę ze specjalnością dziennikarską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pracowała m.in. w "Trybunie Śląskiej", od 2005 r. jest dziennikarką w katowickim oddziale "Gazety Wyborczej". Od 2015 r. zajmuje się tematem polskich dzieci uprowadzonych przez Lebensborn.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (79)
Zaloguj się
  • sunzi15

    Oceniono 52 razy 20

    Dajcie sobie teraz zafundowac kato-faszystowska dyktature
    przez PiS i ePiSkopat, a bedziecie mieli powtorke z rozrywki.

  • do100jnik

    Oceniono 15 razy 7

    Alojzy Twardecki opisał swoją podobną historię w książce Szkołą Janczarów, jego los był podobny a książkę specjalnie napisał po niemiecku, gorąco polecam

  • mdro

    Oceniono 19 razy 7

    Szkoda, że w artykule ani słowem nie wspomniano o "Szkole janczarów" Alojzego Twardeckiego...

  • zigzaur

    Oceniono 10 razy 6

    Z tym Lebensborn to było tak:
    Będąc od kilku lat szefem SS, w roku 1938 Himmler został naczelnikiem całej policji. Ogłosił główne priorytety działania: walka z homoseksualizmem, walka z wypadkami drogowymi i walka z aborcją.
    Utworzono Lebensborn o statusie stowarzyszenia zarejestrowanego. Finansowany był z obowiązkowych składek członków SS, potrącanych z żołdu. Posiadanie 4 i więcej dzieci zwalniało ze składek, oczywiście kawalerowie płacili najwyższe składki. Pierwszym zadaniem Lebensborn było przyjmowanie panieńskich dzieci, żeby nieszczęsna kobieta nie skrobała się. Z czasem, podczas wojny, towarzysze funkcyjni z NSDAP umieszczali własne dzieci w Lebensborn, co służyło jako ewakuacja z dużych miast zagrożonych bombardowaniem. To wymagało znajomości i łapówek, ponieważ Lebensborn nie pobierał opłat od osób oddających dzieci na przechowanie. Od Lebensborn należy odróżnić państwowy program KLV (Kinderlandverschickung) - odsyłania dzieci z dużych miast na wieś. To miało cel zabrania dzieci z bombardowanych miast ale także wspierało podejmowanie pracy przez kobiety, także zamężne.
    Odsyłane na wieś dzieci niekoniecznie mieszkały w kwaterach zbiorowych, często mieszkały u bauerów, pracując w gospodarstwie jak parobki. Takie odsyłanie dzieci z miast ułatwiło także ich indoktrynowanie ideologiczne.
    Ale i tak, z powodów ideologicznych, wskaźnik pracujących zamężnych kobiet był nikły. Dlatego sprowadzano robotników cudzoziemskich - tak dobrowolnych jak i przymusowych. Goebbels ostro opowiadał się za zatrudnianiem kobiet i nawet straszył biznesmenów chcących zatrudniać swe żony na lewych etatach (na przykład Hans zatrudniał na lewo żonę Willego a Willy na lewo żonę Hansa - obie baby faktycznie siedziały w domu). Faktycznie Lebensborn uczestniczył w tak zwanej akcji Heu czyli germanizacji dzieci z okupowanych obszarów, ale nie było to jego głównym zadaniem.

    Jeśli zaś chodzi o rodzinne życie samego Himmlera, to po ukończeniu studiów na wydziale rolnym monachijskiej politechniki wżenił się w kurzą fermę w posagu otrzymując starsze o kilka lat babsko (jak widzę, przy artykule jest zdjęcie). Miał z nią jedną córkę, ale po objęciu wysokiego stanowiska sypiał z sekretarką. Zatem podpadał pod płacenie składek na Lebensborn.
    Kurza ferma nie przynosiła spodziewanych profitów, Himmler chętnie słuchał propagandy NSDAP, że wszystko to wina żydowskiej finansjery, i przyłączył się do NSDAP robiąc tam szybką karierę.

    Przeciętniak z wykształceniem rolniczym, wyniesiony do kariery przez partię. Zupełnie jak działacze PSL.

  • ida61

    Oceniono 15 razy 5

    POlacy tez Porywali dzieci po 2 wojnies wiatowej. zabierali je dziadkom, Niemcom , zmieniali tozsamosc dzieci urodzonych w rodzinach neimieckich i dawano dzieciom falszywa polska tzosamosc. byl kiedys taki artykul na internecie, jak kobiecie Niemce polacy w 1945 rokuz abrali az 5 dzieci!!!. Kobieta szukala tych dzieci przez cale swoje zycie a dzieci wychowane zostaly w nienawisci do Niemcow. przezyly potem szok jak oakzalo sie,ze ich rodzicami byli Niemcy, kaszubi.

  • dziadekjam

    Oceniono 9 razy 5

    "W Europie Wschodniej Lebensborn brał udział w przymusowo germanizowano dzieci, które wedle „higienistów rasowych” posiadały „dobrą krew”. A w krajach zachodnio- i północnoeuropejskich zapewniał sobie dostęp do dzieci, których ojcami byli żołnierze okupanta, a matkami Norweżki, Belgijki, Luksemburki czy też Francuzki."
    Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn - Dorothee Schmitz-Köster, Tristan Vankann

    Po wojnie okrutnie potraktowano te kobiety, które służyły Niemcom do "produkcji" dzeci, także same dzieci urodzone z tych "związków".
    " Po wojnie, państwo norweskie uznało dzieci narodzone ze związków Niemców i Norweżek za "niemieckie bękarty" i poddano je wykluczeniu ze społeczeństwa. Dopuszczano się tortur i prześladowań, dzieci były wykorzystywane seksualnie, trzymane w piwnicach, nierzadko traktowano jako "idiotów" i zamykano w szpitalach psychiatrycznych. W 1994 roku 127 byłych dzieci Lebensbornu wystąpiło z pozwem zbiorowym przeciwko państwu norweskiemu, domagając się odszkodowania za postępowanie władz."
    .onet.pl/wiadomosci/dwa-zycia-wstydliwa-karta-historii-norwegii-i-niemiec/xbz6t

  • 12-digit

    Oceniono 4 razy 4

    Jak wygląda prawdziwy nordyk?
    - Blondyn jak Hitler
    - Wysoki jak Goebbels
    - Smukły jak Goering...

  • wunderwaffen

    Oceniono 16 razy 4

    "Polacy są najbardziej inteligentnym narodem ze wszystkich, z którymi spotkali się Niemcy podczas tej wojny w Europie... Polacy, według mojej opinii oraz na podstawie obserwacji i meldunków z Generalnej Guberni, są jedynym narodem w Europie, który łączy w sobie wysoką inteligencję z niesłychanym sprytem. Jest to najzdolniejszy naród w Europie, ponieważ żyją ciągle w niesłychanie trudnych warunkach politycznych, wyrobił w sobie wielki rozsądek życiowy, nigdzie niespotykany. Na podstawie ostatnich badań, prowadzonych przez Reichsrassenamt uczeni niemieccy doszli do przekonania, że Polacy powinni być asymilowani do społeczności niemieckiej jako element wartościowy rasowo. Uczeni nasi doszli do wniosku, że połączenie niemieckiej systematyczności z polotem Polaków dałoby doskonałe wyniki."

    Źródło: Tajny memoriał Hitlera do Himmlera 4 marca 1944. Odnaleziony przez Amerykanów w jednym z większych Niemieckich miast na zachodzie III Rzeszy.

  • saviour

    Oceniono 3 razy 1

    Jedno im trzeba oddać: przynajmniej potrafili porawnie używać słowa "polegli"

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX