(fot. pixabay)

zjawisko

''Był u nas pan, członek grupy przestępczej wykonującej wyroki. Chciał się zmienić''. W tym domu ludzie uczą się życia na nowo

60-70 procent osób, które do nas trafiają, wychodzi z bezdomności. Są w tym gronie tacy, którzy odnieśli tak zwany sukces - gospodarczy, ekonomiczny, pozakładali firmy. Są też tacy, którzy finansowo nie radzą sobie tak dobrze, ale wiążą koniec z końcem i są przyzwoitymi ludźmi. I to jest dla mnie najważniejsze - mówi Anna Machalica-Pułtorak, współtwórczyni i wieloletnia prezes Stowarzyszenia Otwarte Drzwi, prowadzącego dom rotacyjny dla bezdomnych.

Bezdomni sami do pani przychodzą?

- Tak. Wydaje mi się, że to właśnie oni sami mają najlepszą wiedzę o tym, gdzie i jaką mogą otrzymać pomoc. Wzajemnie przekazują sobie te informacje, a przychodzą tylko ci, którzy zmianą w swoim życiu są realnie zainteresowani. Wszystkie inne placówki dla osób bezdomnych również wiedzą, jaką pracę prowadzimy, i czasem kierują młodych ludzi do nas.

Pochód bezdomnych - zorganizowany 1 maja przez Górnośląskie Towarzystwo Charytatywne (fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)Pochód bezdomnych - zorganizowany 1 maja przez Górnośląskie Towarzystwo Charytatywne (fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Tylko młodych?

- Do 35. roku życia. W drodze wyjątku czasem przyjmujemy osoby kilka lat starsze. Dom rotacyjny to schronisko, które realizuje indywidualny program wychodzenia z bezdomności. Mamy dwadzieścia miejsc noclegowych. Wszystkim naszym podopiecznym gwarantujemy lokum, wyżywienie, odzież i artykuły pierwszej potrzeby. Z panami pracuje pracownik socjalny, psycholog, doradca zawodowy. Mają kompleksową pomoc ze wszystkich stron, muszą tylko chcieć i umieć z niej skorzystać. To jest ważna umiejętność społeczna.

Jak dużo czasu u was spędzają?

- Średnio rok, choć niektórzy wyfruwają szybciej. Pomagamy do momentu, w którym doprowadzimy ich do uzyskania mieszkania komunalnego czy socjalnego.

A potem?

- Potem pomagamy jeszcze przy urządzaniu się w nowym domu i wspieramy przez długi czas. Naszych podopiecznych regularnie odwiedza na przykład pracownik socjalny, sprawdzając, jak sobie radzą i czy mają wszystko, czego im trzeba.

Pobyt w domu rotacyjnym to nauka...?

- Przede wszystkim zdobywanie kompetencji społecznych. Wszystkie osoby żyjące na ulicy cierpią na deficyt właśnie tego rodzaju, nie potrafią się odnaleźć wśród ludzi. Jeżeli nie mieli wzorców w rodzinie albo byli wychowankami domów dziecka, ośrodków szkolno-wychowawczych, to społecznie nie są przygotowani do życia. Nie potrafią rozmawiać z osobami spoza swojego otoczenia, mają roszczeniowy stosunek do życia, są też przepełnieni frustracją, złością, gniewem.

Stary Rynek w Częstochowie. Ubiegłoroczna wigilia dla bezdomnych, samotnych i potrzebujących (fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)Stary Rynek w Częstochowie. Ubiegłoroczna wigilia dla bezdomnych, samotnych i potrzebujących (fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Wewnątrz, w ich psychikach, często są różne poważne rysy, łącznie z psychopatią. Choćby nie wiem jakie mieli kompetencje zawodowe - choć na ogół ich nie mają - i tak trafią na margines. Inni ich nie szanują, bo jeżeli oni nie potrafią nic od siebie dać, to też nie dostają niczego. Dlatego ciągle są samotni.

A jak ich tych kompetencji społecznych uczycie?

- Są specjalne terapie, ale przede wszystkim pracujemy na co dzień. Jesteśmy partnerami, to najważniejsze.

Większość z nich właśnie tu po raz pierwszy spotyka się z szacunkiem. A jak dostajesz szacunek, to musisz ten szacunek oddać. I tu jest problem, bo oni to nie zawsze potrafią. Jeżeli ktoś był nieufny od dziecka, jako młody człowiek został skrzywdzony, to nie nauczy się ufać innym tak po prostu, w wieku dwudziestu paru czy trzydziestu lat.

W ośrodku prowadzimy kuchnię - Czerwony Rower. Ta jadłodajnia w znacznej części chłopaków też utrzymuje, bo oni pracują tam na różnych stanowiskach. Staramy się gotować zdrowo i tanio sprzedawać posiłki. W ten sposób panowie mają i zajęcie, i edukację, bo uczą się smaków, ich łączenia i tego, jak potrawy przyrządzać. Zarabiają na swoje utrzymanie, a jedzą to samo, co wszyscy, co klienci. Oczywiście, bywa tak, że wszystkie kotlety schabowe zjedzą klienci, a dla ekipy zostają ziemniaki z kapustą, ale dla nich ważne jest to, że co do zasady dostają to samo - nie ochłapy i nie jałmużnę.

Kuchnia 'Czerwony Rower ' (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)Kuchnia Czerwony Rower (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

To zresztą rodzi czasem przezabawne sytuacje. Któregoś dnia do Roweru przyszła pani, już dość późno, tuż przed zamknięciem, i zapytała, czy o tej porze można jeszcze coś zjeść. Wszystko było, ale chłopak, który stał akurat za barem, tubalnym głosem odpowiedział jej: "Nie ma nic! To dla nas!". Ja mu potem tłumaczyłam "Daniel*, klienta trzeba szanować, trzeba koło niego skakać!". Zapewniał, że zrozumiał i że to się już nie powtórzy, ale do dziś to wspominam.

Obok ludzkich dramatów naprawdę mamy tu czasem śmiechu po pachy. Ale to wszystko składa się na edukację. Stawiamy na jasny przekaz, ścisły związek przyczynowo-skutkowy. Jeśli coś zrobią źle, jest rozmowa. Jeśli zrobią dobrze, jest rozmowa. Jest akcja, to musi być reakcja. To jest proces, ale wspaniały, kiedy obserwuje się, jak ten dorosły człowiek potrafi i może się jednak zmienić.

Tylko musi chcieć?

- Tak, ale bardzo mocno. A żeby tak było, trzeba mieć motywację. W takim człowieku trzeba więc obudzić aspiracje poznawcze, społeczne, zawodowe. Dlatego zawsze marzyłam o tym, żeby naszą stołówkę w pełni wyposażyć, żeby była to kuchnia z prawdziwego zdarzenia, ze wszystkimi gadżetami. Bo kuchnia jest najlepszym gabinetem psychologicznym, tysiąc razy lepszym niż ten u najlepszego psychologa.

Anna Machalica-Pułtorak i jeden z wychowanków domu rotacyjnego podczas pracy w kuchni 'Czerwony Rower ' (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)Anna Machalica-Pułtorak i jeden z wychowanków domu rotacyjnego podczas pracy w Kuchni Czerwony Rower  (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Dlaczego?

- Wyjaśnię na przykładzie. Załóżmy, że musimy obrać pięć kilogramów ziemniaków. Siadamy i te ziemniaki zaczynamy skrobać. No a co przy tym robimy?

Rozmawiamy.

- Właśnie. Wyrzucamy z siebie i głupie, i mądre myśli. Jak ja coś powiem, to ktoś odpowie i ta rozmowa toczy się w sposób niereżyserowany. Ktoś opowiada o swoich smutkach, ktoś o wrażeniach, ktoś starszy podzieli się radą i doświadczeniem. Przy tych codziennych czynnościach najlepiej widać też, kto co potrafi albo czego nie wie. Prosta rzecz - biorę ziemniaka, którego jeden z chłopaków obrał kanciasto, zrobił z niego kwadrat, pokazuję, mówię: "Jak tyle okroiłeś, to połowę wyrzuciłeś. A to kosztuje tyle i tyle. Czyli tyle pieniędzy wyrzuciłeś do śmietnika". I tu już się włącza edukacja ekonomiczna. Co ile kosztuje w sklepie, ile płacimy za obiady, śniadania, kolacje, życie w ogóle. I właśnie o to chodzi: nie wykładam im o tych kosztach życia z jakiejś katedry, tylko pokazuję konkretny przykład.

Jak dzieciom.

- Niektórzy spośród nich są jak dzieci. Pamiętam, jak kiedyś mój syn, kilkuletni wtedy chłopiec, nie reagował na wielokrotnie powtarzaną prośbę: "Krzysiu, posprzątaj klocki". Więc ja w końcu zapytałam: "Krzysiu, czy ty słyszysz, co ja do ciebie mówię?", a on mi wtedy odpowiedział: "Słyszę, tylko nie słucham, mamusiu". I właśnie tak zachowują się młodzi ludzie, którzy do nas przychodzą. Muszą się nauczyć słuchać innych, w tym kolegów. I nie zostawiać ich w biedzie.

Ogrzewalnia dla bezdomnych w Białymstoku (fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta)Ogrzewalnia dla bezdomnych w Białymstoku (fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta)

A to się często zdarza?

- Często.

Na przykład?

- Nie dalej jak wczoraj mieliśmy taką sytuację, że chłopcy zostawili kolegę samego ze sprzątaniem w kuchni. Kiedy się dowiedziałam, zapytałam ich: "No jak to? Nie przyszło wam do głowy, że Kamil, choć to sam zrobi, na pewno już jest blady ze zmęczenia?".

I co oni na to?

- Poszli pomóc, ale ja poszłam razem z nimi i sprzątaliśmy do północy. Gdybym ich zostawiła samych, pewnie by się pokłócili. A to dlatego, że kolega, który został, najprawdopodobniej stwierdziłby: "Ale ja się tak umówiłem i ja sam to zrobię", bo ma z kolei bardzo wysokie poczucie odpowiedzialności. Ale uczą się tego - solidarności grupowej, działania w zespole, we wspólnocie. A to są wartości cenniejsze od milionów złotych.

Ja się zresztą też wiele od nich uczę.

Czego?

- Drugiego człowieka! Ale też uważności na innych, bo każdy z nich do domu wnosi dobro, ale też jakąś cząstkę zła. Trzeba być bardzo czujnym, by nikt nie krzywdził drugiego człowieka.

Do takich sytuacji też dochodziło?

- Oczywiście.

I co się wtedy działo?

- Jeżeli ktoś dopuszczał się aktów przemocy, stosował używki, nie chciał się zmienić, mimo licznych ostrzeżeń z naszej strony, to musiał odejść.

Dom Rotacyjny dla osób bezdomnych Stowarzyszenie Otwarte Drzwi prowadzi od 2002 roku. Schronisko współfinansuje stołeczny ratusz. W programie realizowanym przez Dom 'R' uczestniczyło już ponad 1000 osób bezdomnych. Średnio rocznie 70- 80 osób jest objętych Indywidualnym Programem Wychodzenia z Bezdomności.

Źródło: http://domr.otwartedrzwi.pl/

Część z osób, które do nas trafiają, jest chora psychicznie. Inni są uzależnieni od hazardu, narkotyków, przemocy. Każdy podejmuje indywidualną terapię, która ma go doprowadzić do pewnej harmonii. Staramy się zawsze znaleźć ośrodek leczniczy odpowiedni dla danego schorzenia.

Są tacy, którzy po opuszczeniu ośrodka wracają do tego, z czym próbowali się zmierzyć?

- Tak. Zwykle to jest alkohol. Sam alkoholizm zresztą, choć jest bardzo ciężką chorobą społeczną, w Polsce spotyka się z przyzwoleniem. Kiedy człowiek pijany do nieprzytomności leży pod jakimś płotem, to nas raczej bawi, niż martwi czy przeraża. Myślimy sobie: a to się chłopina napił. Rzadko pojawia się refleksja nad tym, co musiało się z tym człowiekiem stać, że doprowadził się do takiego stanu.

Dwa tygodnie temu, właśnie z powodu alkoholu, zmarł nasz były podopieczny. Do dziś nie potrafię się z tym pogodzić. 31 lat, niezwykle inteligentny, sympatyczny, zdolny i głęboko uzależniony człowiek.

Co się stało?

- Nie wytrzymał. Po spotkaniu terapeutycznym w szpitalu już do nas nie wrócił. Potem widzieliśmy go kilka razy w dość strasznym stanie, a w końcu dotarła do nas informacja, że zmarł.

Co sprawia, że ktoś, kto jest młody i inteligentny, żyje i umiera na ulicy?

- Ten konkretny człowiek, Tomasz, od najwcześniejszych lat wychowywał się w oparach alkoholu. A ponieważ był wrażliwy, nie mógł sobie z tym poradzić. W wieku czternastu, piętnastu lat zaczął regularnie pić i przebywać w takim towarzystwie, które jeszcze bardziej pogłębiało jego chorobę. Miewał okresy abstynencji, ale do nałogu zawsze wracał.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. pixabay)Zdjęcie ilustracyjne (fot. pixabay)

Tutaj, jak do nas trafił, bardzo szybko się odnalazł. Starałam się dać mu maksymalnie dużo pozytywnych bodźców. Ponieważ bardzo się angażował w działalność, taką codzienną pracę na terenie ośrodka, dostał w nagrodę wędkę i inne sprzęty, bo bardzo lubił łowić ryby. Cieszył się, ale to niewiele dało... Spotkał kolegów z dawnych czasów i te znajomości pociągnęły go w złą stronę.

Może gdyby nie był taki inteligentny, nie poddałby się tak łatwo... A tak uznał, że nie ma już dla niego ratunku.

Czemu mówi pani o inteligencji? Dlaczego miałoby mu być łatwiej, gdyby był mniej zdolny?

- Człowiek inteligentny o wiele bardziej zdaje sobie sprawę ze swoich niedoskonałości i rozmaitych mankamentów, nawet jeśli się do nich nie przyznaje. On sam twierdził, że nie wie, dlaczego jest tak ciężko chory, a ja myślę, że wiedział doskonale. Tyle że zabrakło mu sił na walkę. Mimo że niektórzy lekarze go uprzedzali, że jeśli będzie pił, wątroba i serce nie wytrzymają. Ale on z tego leczenia zrezygnował.

Jak długo był u was?

- Pół roku. Ja wszystkie historie liczę, jak żołnierz na pasku - plus, minus, plus, minus - udało się, nie udało się, udało się, nie udało się.

Jak bywa częściej?

- Częściej się udaje. 60-70 procent osób, które do nas trafiają, wychodzi z bezdomności. Są w tym gronie ludzie, którzy odnieśli tak zwany sukces - gospodarczy, ekonomiczny, pozakładali firmy. Są też tacy, którzy finansowo nie radzą sobie tak dobrze, ale wiążą koniec z końcem i są przyzwoitymi ludźmi. Ostatnio dostałam w tej sprawie przepiękny list.

Od kogo?

- Napisała dziewczyna, której nigdy nie poznałam. Napisała, że chce mi bardzo podziękować za to, co zrobiliśmy dla jednego z naszych podopiecznych. Napisała, że wyszła za niego za mąż, że go bardzo kocha, że jest im ciężko, mają dzieci, ale jakoś się układa, że ona go wspiera, a on jest w porządku. Dla mnie to dowód na to, że ten człowiek dobrze wspomina czas, jaki tu spędził. Skoro opowiedział swojej narzeczonej czy żonie o nas, o Otwartych Drzwiach i domu rotacyjnym, o mnie...

Wrocław. Miejsce, w którym koczują bezdomni (fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)Wrocław. Miejsce, w którym koczują bezdomni (fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)

A historia, która panią najsilniej wstrząsnęła?

- Parę lat temu był u nas młody, dwudziestoletni człowiek, też zdolny i inteligentny, bardzo sympatyczny, ale niestety głęboko zdemoralizowany. Rozmowy z psychologiem i terapeutą nic tutaj nie pomogły. Nadużywał dopalaczy, eksperymentował z narkotykami, także podczas pobytu w naszym domu. A kiedy już nas opuścił, co musiał zrobić ze względu na swoje zachowanie, prawdopodobnie zażył taką dawkę tych specyfików, że zabił człowieka z niezwykłym okrucieństwem. On, sprawca, z tego, co wiem, od dziecka miał skłonności do agresji, ale rodzice nie potrafili sobie z tym poradzić.

Był też u nas pan, który jako młody człowiek był członkiem grupy przestępczej wykonującej wyroki - wywozili ludzi do lasu, zakopywali w ziemi, potem z niej wyciągali albo po prostu bili. Policja poszukiwała go za jakąś drobną rzecz, ale tych przestępczych działań nigdy mu nie udowodniono. A on się tym bardzo zadręczał, bo nie był pewien, co się z tymi ludźmi, których kazano mu postraszyć, potem działo. Nie wiedział, czy pobicie było śmiertelne, czy nie, a bardzo bał się właśnie tego, że się do czyjejś śmierci przyczynił. Namawiałam go, żeby poszedł na policję i przyznał się do wszystkiego, ale on nie bardzo chciał słuchać. W końcu sama zadzwoniłam i powiadomiłam organy ścigania, gdzie on jest.

Zdenerwował się?

- Nie, on już wiedział, co dla niego jest ważne. Znalazł u nas dziewczynę, pokochał ją. Taka piękna, romantyczna miłość. Pojechał jako nasz wolontariusz na turnus rehabilitacyjny i tam ją poznał. Ta miłość okazała się w jego przypadku wyzwalaczem procesu naprawy. Kiedy policja po niego przyjechała, poszedł z nimi bez gadania.

I wyznał wszystko?

- Tak! Ale nie siedział za długo w tym więzieniu. Zresztą pobyt tam wyszedł mu tylko na dobre, bo miał jeszcze więcej czasu i możliwości przemyślenia wszystkiego.

I co wymyślił?

- Utwierdził się w przekonaniu, że potrzebuje zmiany. Dziś, a minęło już parę dobrych lat, bardzo dobrze zarabia. Jest z dziewczyną, którą wtedy pokochał. Szczęśliwie im się układa, mają synka, który pięknie i zdrowo rośnie.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. pixabay.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. pixabay.com)

To był też ktoś, kto pochodził z rodziny patologicznej?

- Tak jak większość osób, które do nas trafiają.

Mówimy o rodzinach z problemem alkoholowym i...?

- I tych, w których są narkotyki, przemoc. Albo tych dysfunkcyjnych, w których brakuje miłości. Taka rodzina jest niesprawna wychowawczo wobec dzieci. Tak było też z Tomaszem, który zmarł. Jemu to piekło zgotowała rodzina.

Pomagacie jednak głównie ludziom młodym. Ci starsi nie mają szans na wyjście z bezdomności?

- Starsi potrzebują innego rodzaju warunków, bodźców.

Ale czy to jest w ogóle możliwe, żeby 50-latek z taką zmianą sobie poradził?

- Teoretycznie tak, ale w praktyce jest to bardzo trudne. Swego czasu realizowaliśmy projekt "Druga szansa" - remontowaliśmy mieszkania, lokale komunalne, które później ci remontujący, czyli bezdomni, mogli od miasta otrzymać. W pierwszym rzucie dziesięć osób dostało taki własny kąt, większość to byli ludzie około pięćdziesiątki. Z tych dziesięciu osób cztery zmarły bardzo szybko.

Jak pani myśli, dlaczego?

Alkohol?

- Alkohol to był tylko wyzwalacz, zresztą tu nie było jakiegoś zapijania się na potęgę. Prawdziwym powodem była samotność, choć każdego z nich wspieraliśmy, każdego odwiedzali pracownicy socjalni.

Te osoby przez wiele lat mieszkały w schroniskach dla bezdomnych, czyli w grupie, w towarzystwie. Wieczorami mogli razem usiąść, pogadać, pograć w karty. Potem nagle, mimo że bardzo chcieli i ciężko przy tych remontach pracowali, dostali klucze, cztery ściany i samotność. Poza alkoholem zaczęły się uaktywniać choroby, na przykład u niektórych osób rozwinęła się gruźlica.

Dlatego mówię z całą stanowczością - jeśli ktoś spędził lata w schronisku, to już powinien tam zostać. Również dlatego od lat powtarzam, że prewencja jest najważniejsza.

Rodziny patologiczne to nie tylko te z problemem alkoholowym czy domową przemocą, ale także te, w których zwyczajnie brakuje miłości (fot. pixabay.com)Rodziny patologiczne to nie tylko te z problemem alkoholowym czy domową przemocą, ale także te, w których zwyczajnie brakuje miłości (fot. pixabay.com)

Prewencja bezdomności?

- Politycy wycierają sobie usta rodziną, mówią, że jest święta. Tymczasem najwięcej przemocy jest właśnie w rodzinie, w polskiej, świętej rodzinie. Tam, gdzie jest przemoc, tam się rodzi zło. A my milczymy.

Niedawno skatowano dziecko w Łodzi. To niemożliwe, żeby nikt tego nie słyszał! Dlaczego nikt nie zareagował? Wie pani, widywałam w życiu ciała dzieci, które były ofiarami przemocy, na których ktoś gasił papierosy. Ja tego widoku nigdy nie zapomnę i wiem, czym takie zachowanie wobec malców grozi. I dobrze, żebyśmy wszyscy mieli świadomość, że dziecko, które tak okropnych rzeczy doświadcza, nie może wyrosnąć na dobrego, harmonijnego, spokojnego człowieka.

*Imiona bohaterów zostały zmienione.


Anna Machalica-Pułtorak.
Pedagog, socjolog, działaczka społeczna. Współzałożycielka i wieloletnia prezes Stowarzyszenia Otwarte Drzwi działającego w Warszawie od 1995 r. Inicjatorka otwarcia Kuchni Czerwony Rower.

Małgorzata Gołota. Dziennikarka prasowa i radiowa. Autorka kampanii "Alimentare znaczy karmić" dedykowanej milionom polskich dzieci, które nie otrzymują od rodziców należnych im alimentów. Współautorka książki "Krótka ulica, długa historia. Próżna, Plac Grzybowski i okolice". Publikowała w toruńskiej "Gazecie Wyborczej", dziale zagranicznym "Polska The Times" i naTemat.pl. Współpracowała z Radiem PLUS, Radiem ZET Gold i Rock Radiem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (52)
Zaloguj się
  • Beti Mary Polalove

    Oceniono 57 razy 5

    ludzie kochajcie i szanujcie swoje dzieci, bo one swiata poza wami nie widza. wielu chorob psychicznych i przypadkow bezdomnosci mozna byloby uniknac poprzez pelne milosci i szacunku dziecinstwo. Miejcie oczy szeroko otwarte i nie badzcie obojetni na ich krzywde. patologia bardzo czesto rodzi patologie.

  • kreesdebarg

    Oceniono 67 razy 5

    przemysł monopolowy powinien najwięcej łożyć na opiekę nad bezdomnymi

  • 1korner

    Oceniono 3 razy 1

    W obliczu wydarzeń z pseudo-DPS-em w Łodzi domagam się sprawdzenia tej placówki. Rozumiem, że dziennikarki może nie stać na to - została oszukana jak dziecko - ale sam się tym zajmę na tyle ile się da. To są prawdopodobnie oszuści.

  • mille666

    0

    Ile kosztuje leczenie obżartusów: ich nadciśnienia, zawałów, wylewów, złamań i tysiąca dolegliwości spowodowanych nałogiem jedzenia: pomyślcie chciwi, pozbawieni empatii komentujący: tylko argument kasy do was przemawia, więc liczcie, bo los człowieka was nie obchodzi... ale kasa owszem.

  • 1korner

    Oceniono 8 razy 0

    Jestem pewien, że pani Machalica kłamie w żywe oczy.
    "Pomagamy do momentu, w którym doprowadzimy ich do uzyskania mieszkania komunalnego czy socjalnego". Jakie to miasto, które daje bezdomnemu mieszkanie po roku pobytu w placówce?
    W artykule nie ma wiele o cudownej terapii, która spatologizowanego osobnika, alkoholika, narkomana, czy hazardzistę przywraca do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. W każdym razie nie ma na świecie takich ośrodków, których 60-70% pensjonariuszy wychodziłoby z nałogu lub innej destrukcji. Dziwne, że się nie podzielą wiedzą - rozpropagowanie tej metody gwarantowałoby im Nobla.
    Reszta to gadanie - wzruszające opowiastki i przypowieści. 90% bezdomnych to alkoholicy, a pani opowiada o trawiącej ich samotności. Pewnie też, ale w jaki sposób leczy się tam alkoholizm, że po roku - nie dość że przezwyciężają nałóg - to odzyskują kompetencje społeczne. Jakim sposobem osobnik po podstawówce, bez zawodu, z dysfunkcjami psycho-somatycznymi odnosi sukces ekonomiczny? Bo w kuchni popracował z sobie podobnymi? Zżera mnie ciekawość, bo zajmuję się pomocą dla bezdomnych i o czymś takim nie słyszałem. Dlatego twierdzę, że ta pani kłamie. Pewnie chodzi o pozyskiwanie środków przy pomocy teorii cudownych osiągnięć.

  • zentis

    0

    cos wazneo
    www.facebook.com/Szukam-Domu-284360455290889/

  • urbuu

    Oceniono 4 razy 0

    Jest pewien dżentelmen podpisujący się nobliwym nickiem Siwywaldi. Chciałbym przeczytać, co ma do powiedzenia po przeczytaniu tego artykułu.

  • konrad8125

    Oceniono 7 razy -1

    każdy człowiek ma swój rozum, i wie co jest dobra a co złe, jak widzę bezdomnego alkoholika to nigdy w życiu bym takiemu nie pomógł , a to dla tego że skoro ktoś ma gó... zamiast mózgu to jego sprawa, ja też pochodzę z rodziny nadużywającej alkohol, i mam wstręt do alkoholu I narkotyków, bo widziałam co używki robią z ludzi,mam 38lat i ostatni raz piłem z 6 lat temu.i to też symbolicznie,nie licze szampana w nowy rok, jak to mówią -KAŻDY JEST KOWALEM WŁASNEGO LOSU...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX