Wojciech Waglewski

Wojciech Waglewski (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Wojciech Waglewski: Wciąż musimy sobie udowadniać, nawet za cenę ściemy, że Polak ''umi'', Polak potrafi

Voo Voo to nie tylko muzyczny fenomen. To również - jak żartuje, choć chyba nie do końca, Wojtek Waglewski - najlepszy zespół świata. W 30. rocznicę powstania formacji jej lider deklaruje: Mamy zamiar zrobić płytę, której nikt nie będzie chciał kupić.

Początek Voo Voo to...*

- Bardzo łatwo zlokalizować ten moment. A właściwie płytę. Nagrał ją w 1985 roku zespół efemeryda z własnym składem w nazwie: Waglewski, Morawski, Nowicki, Hołdys. Nosiła tytuł "Świnie". Wojtek Morawski nazwał to rockowym kabaretem. Poniekąd słusznie. (...)

Problemem było to, że tworzyły go cztery osobowości, które nie do końca były przekonane, że wiedzą, w którą stronę idą. Hołdys chciał wymyślić coś, czego nikt jeszcze na świecie nie wymyślił, i ja mu w tym sekundowałem troszkę. Z Karakułem, czyli Andrzejem Nowickim, udawało się dogadać. Ale Morawiec - Wojciech Morawski, nasz perkusista - jest typem człowieka, który najpierw musi wszystko przemyśleć, potem dopiero zagra.

(fot. Michał Murawski)(fot. Michał Murawski)

Powolutku zgrywaliśmy się, to dawało nawet dobre rezultaty, ale jednocześnie każdy z nas zaczął ciągnąć w swoją stronę. Tym bardziej że mieliśmy też inny stosunek do grania. Ja miałem na przykład zawsze nabożnie entuzjastyczne podejście do koncertów, bardzo emocjonalne. Do tej pory nie jestem w stanie analizować po występie, jak poszło. Dopiero po jakimś czasie pojawiają mi się w głowie jakieś uwagi, co tu zmienić, co poprawić. Ale wtedy grałem z ludźmi, którzy już zjedli zęby na rockowej robocie. Więc oni od razu komentowali, jak poszło, wyrażali swoje to i śmo. Bez patyczkowania się. I to mnie paraliżowało. Widziałem, że jestem z troszkę innego świata i nie uda mi się tak bezboleśnie wkleić w to wszystko. Ale podstawowy problem nazywał się The Police.

Jak to?

- Zbyszek Hołdys zapatrzył się na Stinga i kolegów. Zdaje się, był wtedy w Stanach, kiedy oni zagrali za darmo w słynnym nowojorskim klubie CBGB i - jak twierdził Zbyszek - po prostu wszystkich wbili w ziemię. Tak się zaczęła ich kariera. Nie wiem, na ile to prawdziwa historia, ale Hołdys też tak chciał. Wielki skok. A ja po podróżach z Osjanem po zachodniej Europie miałem tam wielu przyjaciół, znajomych i wejścia w różnych klubach. Więc wolałem po prostu grać, a nie tylko szykować się na podbój świata. Powątpiewałem, mówiąc delikatnie, że to się może udać.

(...) Był taki fajny Szwajcar Johanes Bader, który bardzo zakochał się w Polsce i polskiej muzyce. Bardzo chciał ściągnąć Republikę, pchnąć ją na Zachód. Ale akurat Grześka Ciechowskiego wzięli do wojska. Tymczasem Bader już kupę kasy w Republikę zainwestował, trasa była przygotowana... No i takie historie, które były od nas niezależne, ale kompletnie nas ubezwłasnowolniały.

Z Voo Voo i tak mieliśmy szczęście, udało się jednak parę razy wyjechać, bo szufladkowano nas jako zespół raczej jazzujący. Chyba dlatego, że byliśmy zespołem improwizującym. Pomagało też to, że w Holandii czy w Berlinie przy pomocy Mateusza i jego wymyślonego języka robiliśmy z ludźmi to, co chcieliśmy. Przyjmowano nas naprawdę dobrze. Ale polski zespół rockowy? Nie było szans.

U nas zadęcie było na porządku dziennym, dorabiano do wyjazdów polskich kapel na Zachód opowieści, że one tam zwojowały nie wiadomo co. Do tej pory się dorabia opowiastki o jakichś niesamowitych sukcesach naszych artystów za granicą.

- To jakaś totalna bzdura, wynik kompleksów. Wciąż musimy sobie udowadniać, nawet za cenę ściemy, że Polak "umi", Polak potrafi. A festiwale na Zachodzie to nie konkursy piękności, nie zawody sportowe. Tam ludzie po prostu przychodzą słuchać muzyki. Jak coś się im spodoba, kupują płyty, jak nie, wychodzą z koncertu i nie kupują nic. A u nas? Nie znam drugiego takiego kraju jak Polska, gdzie jest koncert na 20 tys. ludzi i stoi pięć osób, pokazuje fucka i wrzeszczy: "Wyp***dalaj!". I są w stanie spacyfikować całą imprezę.

fot. Michał Murawskifot. Michał Murawski

Nigdzie się też nie spotykałem z taką ilością agresji na koncertach. Akurat Voo Voo to mniej dotykało, ale czasami się zdarza. Wydaje mi się, że to jest wynik takiej naszej już słynnej niewiary w siebie, a co za tym idzie - wzajemnej niechęci. Wciąż wydaje się nam, że jesteśmy punkami. Bardziej punkowymi punkami niż sami punkowcy. To znów w gruncie rzeczy jest dosyć Kafkowskie. Chyba jeszcze długo będziemy się z tej przypadłości leczyć. A tymczasem artystów mamy wspaniałych, język cudnej urody.

Na przykład w Holandii prosił nas menago, żebyśmy śpiewali po polsku. To mnie zaskoczyło, bo ja tę angielszczyznę troszkę jednak znam, ale od znania angielskiego do śpiewania jest daleka droga. A jeszcze tłumaczenie tych tekstów zwykle słabe... Ale jemu nie o to chodziło, tylko że polszczyzna tak fantastycznie brzmi, że fajnie się jej słucha.

Kiedyś w Grecji, jeszcze z Osjanem, rozmawialiśmy z tamtejszymi muzykami, ale coś nas odciągnęło i rozgadaliśmy się troszkę po polsku. Złapaliśmy się na tym, ale Grecy prosili nas, żebyśmy kontynuowali, bo im pięknie brzmiał ten język. (...)

fot. Michał Murawskifot. Michał Murawski

Ale to, że śpiewam po polsku, głównie wynika z tego, że pochodzę z Nowego Sącza.

I?

- I jakbym coś tam zaczął po angielsku gadać czy śpiewać, to już bym nie żył.

Pamiętam, jak widziałem na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu pewien zespół w którymś momencie pokrzykujący do publiczności "Clap your hand!". Dość, mówiąc delikatnie, groteskowe.

Żyjemy w kraju, w którym angielski nie jest jeszcze elementem naszej kultury, ze wszystkich obcych on jest nadal jeszcze najbardziej obcy, więc namawiam wszystkie zaprzyjaźnione zespoły, żeby choć jeden utwór na płytach zamieściły w języku polskim. Bo nawet po dobrych recenzjach i poklepywaniu po plecach za rok wylądują w najlepszym wypadku, pracując w jakiejś korporacji. Przecież bodaj poza jedną piosenką zespołu Wilki nie ma w kulturze polskiej żadnego anglojęzycznego przeboju. Więc właściwie nad czym się rozwodzić? A taka argumentacja, że musimy po angielsku, bo bez tego nie zrobimy kariery na Zachodzie... Nie zrobią. A poza tym, jeśli ktoś język traktuje poważnie, chce, by jego tekst był czymś więcej niż tylko zdawkowym dodatkiem do muzyki, to nawet znając nieźle angielski, nie jest w stanie wniknąć w ten język równie głęboko, jak w polski. Nie dotrze do tych idiomów, regionalizmów, które z topornego narzędzia komunikacji zmieniają język w fantastyczną przygodę. A poza tym polski jest po prostu piękny, bo jest inny.

(...) Mówiłeś, że na początku lat 90. ludzie kultury stracili grunt pod nogami. Wy też?

- 1989 rok to z jednej strony był jeden z najwspanialszych momentów, jakie w życiu przeżyłem, ale jednocześnie rok, w którym się wszystko popsuło. Nagle wszyscy zrobiliśmy się tacy "międzyświatowi", że kompletnie zgasło zainteresowanie rodzimym rynkiem muzycznym. Ludzie wypożyczali na maksa filmy wideo, w osiedlowych kablówkach pojawiło się MTV, a na rozkładanych łóżkach pirackie kasety wśród kolorowych ciuszków.

I nagle ta polska muzyka zaczęła kucać. Koncertów było coraz mniej, a my mieliśmy olbrzymie kłopoty z menedżerami. Na przykład mieliśmy przemiłą menedżerkę, która organizowała nam jakieś cztery koncerty w roku, a potem przyznawała się nam, że ona w ogóle nie lubi jeździć. Więc myśmy tak siedzieli, i niby było fajnie, ale utrzymać rodziny się z tego nie dało. Całe szczęście coraz lepiej zaczęło się powodzić kompozytorom. No bo powstała masa prywatnych radiostacji, w związku z  tym gdzieś w  połowie lat 90. ZAiKS zaczął wypłacać pieniądze, które dawały szansę na w miarę spokojny byt. Jeszcze może nie na bogato, ale na spokojnie.

Natomiast muzykantom, którzy żyli tylko z grania, wciąż powodziło się słabo. To całe szczęście nie odbiło się szczególnie na naszych relacjach w zespole, nie było większych konfliktów między nami. No ale z kasą naprawdę było krucho. W związku z tym każdy z nas brał wszystko, co podleci. Janek miał swój przemysł bławatny, Stopek grał w Armii, Moskwie, Izraelu. Mateo miał i Tie Break, i Maanam w międzyczasie. Nawet ja też z Osjanem gdzieś na boku grywałem.

Ale w 1994, rok po "Łobi jabi", wydaliście płytę "Zapłacono".

- Jak sama nazwa wskazuje, to była pierwsza nasza płyta, na której coś realnie zarobiliśmy, choć nie były to jakieś straszne pieniądze. Podpisaliśmy kontrakt z Warnerem i od razu dostaliśmy dość pokaźną zaliczkę - bo wtedy jeszcze dostawało się zaliczki. Ucieszyliśmy się, poczuliśmy wręcz komfortowo, bo w końcu nas doceniono.

W tym czasie pracowaliśmy już z Mirkiem Olszówką, on nas trochę postawił na nogi i wkręcił w swoje teatralne ekspedycje. Pojawiało się też coraz więcej ludzi na naszych koncertach, no a skoro zainwestowała w nas duża wytwórnia, oznaczało to, że coś znaczymy. Mieliśmy pieniądze na studio, na dość ekstrawagancki projekt okładki, na listek miłorzębu w środku drewnianego pudełka zaprojektowanego przez Koziarę i takie różne ekscesy. No i rzuciłem palenie, co też świadczy o pewnym spokoju wewnętrznym. W każdym razie to był moment, kiedy poczuliśmy, że jesteśmy już jakimś tam przedsiębiorstwem, że rzeczywiście tworzymy zespół.

Ale z drugiej strony wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, czym taka inwestycja w zespół jest i czym taki kontrakt może grozić. W każdym razie trzeba było te zaliczki jakoś spłacić, zwrócić dwiema kolejnymi płytami. I to już nie było takie wesołe. Na szczęście podpisaliśmy kontrakt tylko na trzy płyty. Drugą była "Rapatapa-to-ja", trzecią w tym tryptyku stanowi "Flota zjednoczonych sił. Najlepsi śpiewają Voo Voo", co, nieskromnie powiem, było makiawelistycznym mistrzostwem świata.

Żeby wypełnić kontrakt?

- Z jednej strony, żeby wypełnić kontrakt, a z drugiej strony to była płyta, która miała nam "załatwić" dobre recenzje. I rzeczywiście załatwiła, bo większość tak zwanych krytyków pisała, że jest świetna, bo nareszcie ktoś z głosem na niej śpiewa. Nosowska, Maleńczuk, Turnau, Steczkowska, Janerka, Staszewski, Soyka... Ale były i takie recenzje, że beznadziejny album, bo trzy razy bardziej wolą, kiedy na wokalu jest Waglewski, mimo że coś tam mruczy po swojemu, a nie śpiewa. (...)

A nie chodzi ci po głowie, żeby teraz, korzystając z dobrego momentu, zamknąć etap zwany Voo Voo?

- Nie, nie, nie. Czuję raczej, jakbyśmy otworzyli na nowo tę naszą opowieść. Teraz dopiero możemy zaczynać.


*Fragment książki "VOO VOO. Dzień dobry wieczór".

Książka ''VOO VOO. Dzień dobry wieczór'' jest dostępna w promocyjnej cenie w Publio.pl>>

Spotkanie autorskie z zespołem VOO VOO odbędzie się w piątek, 16 grudnia, w warszawskiej kawiarni MiTo. W czasie spotkania można będzie kupić książkę "VOO VOO Dzień dobry wieczór" w promocyjnej cenie. Autografy oczywiście przewidziane.

(fot. materiały prasowe / Albert Zawada / Agencja Gazeta)(fot. materiały prasowe / Albert Zawada / Agencja Gazeta)


Wojciech Waglewski.
Wokalista, gitarzysta, kompozytor. Współpracował z takimi artystami jak Raz, Dwa, Trzy, Kazik, T.Love, Edyta Bartosiewicz czy Maria Peszek. Z VOO VOO, który powstał w 1985 r. wydał 25 albumów. Najnowszy to ''Placówka '44'' z 2015 r.

Piotr Metz. Dziennikarz radiowy i muzyczny, jeden z twórców i do 2001 roku dyrektor muzyczny RMF FM. Tworzył również muzyczny profil Radiostacji, Eski Kraków i kanału MTV Polska. Od 2006 do 2012 roku redaktor naczelny miesięcznika "Machina". W latach 2006-2009 był również dyrektorem muzycznym Sopot Festival. Jego kariera radiowca zaczęła się na początku lat 80., kiedy współpracował z radiową Jedynką. Jednak na dobre zainicjowały ją w 1982 roku audycje o The Beatles w radiowej Trójce. Powrócił do niej w 2005 roku - prowadzi m.in. audycję "Lista osobista", a od 2016 roku jest jej dyrektorem muzycznym.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Komentarze (14)
Zaloguj się
  • janusz_bezlitosny

    Oceniono 33 razy 21

    Przyznam, że wchodziłem tu z niemałą obawą. Bałem się, że Waglewski przyłączy sie do grona zygajacych na Polske/Polaków. Na szczęście wywiad prowadził Metz i obyło się bez tego pieprzonego lewackiego syfu.
    Pozostaje z wyrazami szacunku i uznania.

  • asior34

    Oceniono 27 razy 21

    Czekam na malkontentów.. ciekawego ile osób w ogóle zna Voo Voo, jakikolwiek utwór. Prawda jest taka, że to zespół nietuzinkowy, zgrabnie łączy rock, jazz, jakieś orientalne brzmienia. Waglewski to znakomity kompozytor. Niestety płyty Voo Voo są średnio dostępne, ale polecam Sno-powiązałkę albo Oov Oov. Kawał grania, we własnym, charakterystycznym stylu. Szanuję.

  • cholonek

    Oceniono 32 razy 12

    Wojciech, niezwykle Cię lubię, cenię i szanuję. I proszę o jedno: nie dołączaj do grona piedrolącyc dziadów, najmądrzejszych nie tylko na turnusie, ale w ogóle w powiecie, którzy mówią nam co to znaczy Polska, co jest w życiu najważniejsze i dlaczego świat jest beznadziejny, a mógłby być taki wspaniały, gdyby tylko ludzie Was słuchali.
    Powodzenia! Wszystkiego dobrego!

  • 1adasq

    Oceniono 2 razy 0

    lubię muzykę i cenię teksty Wojciecha W. z czasów cielęcych mam nawet autograf mistrza na snopowiązałce
    zupełnie inne czasy i ludzie jakby bardziej życzliwi

    @ krzysztof t
    znalazł sie 2 z 5 robiących bydło pod scena

  • panihalinka

    Oceniono 54 razy 0

    Wielbię. Waglewski jest jednym z najlepszych polskich tekściarzy, świetnym gitarzystą i fajnym kolesiem. Wokal? Pewnie nie wybitny głos, ale ma klimat, rozpoznawalność. Dla mnie super. I jeszcze fajnych synów wychował. Szacunek ogromny.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX