(fot. Artem_Furman / iStockphoto.pl - zdjęcie ilustracyjne)

zjawisko

Biznes po trupach. Mateusz potrafi ocenić, jak długo ciało leżało, po zapachu i plamach na podłodze

Ja jestem wędkarz. Jak zbieram coś hardcorowego, na przykład mózg, to wyobrażam sobie, że: o! płotkę patroszę - mówi Marcin z ekipy, która sprząta po zgonach i pożarach. Wchodzą do mieszkania wtedy, gdy nie ma już ciała, ale jeszcze sporo po człowieku zostało. Za dużo, żeby wprowadzić się mógł ktoś nowy.

- Ludzie myślą, że po śmierci tak śmierdzi, że tynki trzeba skuwać. Bzdura! - oburza się Marcin, członek ekipy sprzątającej. - Jak zacznie się mieszkać, kobieta coś ugotuje, perfum użyje, to wróci normalny zapach.

Wchodzimy na trzecie piętro bloku na osiedlu Kurdwanów w Krakowie. Szef ekipy, Mateusz, zagląda do mieszkania. Stoję dwa kroki za nim. Czuję zapach. Dla mnie zdecydowanie nienormalny. Pewnie pisarz Marek Krajewski powiedziałby, że śmierdzi dawno przypaloną marchwią.

- I jak? - pyta reszta ekipy.

- Nie ma tragedii - ocenia Mateusz, a chłopaki zabierają się do dzieła.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Mories602 / iStockphoto.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. Mories602 / iStockphoto.com)

Właśnie dostaliśmy klucze do mieszkania, gdzie znaleziono dwa ciała. Chłopcy z ekipy wyjechali dziś z domu we Włocławku o drugiej w nocy, by nad ranem dotrzeć do Krakowa. Mają oczyścić mieszkanie do cna. - Zostawcie tylko telewizor - rzuca zleceniodawca i zbiega po schodach.

Ile ciało leżało

Firma Bio-Clean sprząta po zgonach i pożarach. Działa od ponad czterech lat.  - Zwykle wiemy, kogo sprzątamy - mówi Mateusz. Przeważają samobójcy (jakieś 30 procent) i starcy. - Zabójstw jest najmniej. Tu nie Ameryka.

Od samobójstwa zaczął. Gdy zobaczył krew, nogi zrobiły mu się jak z waty. Samobójczyni, samotna alkoholiczka koło pięćdziesiątki, zabiła się w dziesięciometrowym mieszkaniu w bloku komunalnym we Włocławku.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. FelixRenaud / iStockphoto.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. FelixRenaud / iStockphoto.com)

Starców rodziny znajdują najczęściej po powrocie z urlopu. - Pod koniec wakacji zawsze jest więcej telefonów. Najczęściej ci ludzie umierają w mieszkaniach własnościowych, do których nie może się dostać administrator - mówi Mateusz. Ciała leżą nawet kilka miesięcy. Zdarzyło się, że ktoś kupił mieszkanie z aukcji komorniczej z ''niespodzianką'': otwiera drzwi, a tam półroczny trup.

Mateusz potrafi ocenić, ile ciało leżało, po stanie, w jakim znajduje się mieszkanie (im dłużej, tym plamy na podłodze są większe i ciemniejsze) i intensywności zapachu. - Po miesiącu zapach jest mocniejszy niż po pół roku. Z czasem zwłoki częściowo się mumifikują.

Ocenia, że na Kurdwanowie zwłoki nie leżały więcej niż trzy tygodnie.

Wrzuta na Facebooka

"Przy drzwiach znaleziono ciało kobiety, później w wersalce odkryto zwłoki mężczyzny. Nie żyli najprawdopodobniej od kilkunastu dni. Zwłoki znajdowały się w stanie znacznego rozkładu" - pisał "Dziennik Polski".

Zdjęcie ilustracyjne (fot. robroxton / iStockphoto.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. robroxton / iStockphoto.com)

Zaalarmowani fetorem mieszkańcy zareagowali. Najpierw przez balkon do mieszkania wdrapali się strażacy. Za nimi - policja. Funkcjonariusze podejrzewali morderstwo, ale po sekcji zwłok okazało się, że lokatorzy - 68-letnia pani M. i jej syn - po prostu zapili się na śmierć.

Zanim wkroczymy do mieszkania, przeistaczamy się w kosmitów. Wciągamy jednorazowe, syntetyczne i białe jak śnieg kombinezony z kapturem. Na butach - dwie warstwy ochraniaczy. Na rękach - mocne gumowe rękawiczki. Na twarzach - maski z pochłaniaczem zapachu.

Za drzwiami walają się dziesiątki butelek po wódce i tanich napojach gazowanych. I stada wyschniętych robaków. Pod oknami - legiony much, które usiłowały wydostać się na zewnątrz. Pety wysypują się z popielniczek rozstawionych w różnych punktach domu. Na podłodze w przedpokoju czarne zacieki, przyklejone włosy. W wersalce - obrys ciała człowieka, jak z filmu. Największa plama jest przy głowie.

Przed nami, oprócz straży, policji i pogotowia, była  tu firma pogrzebowa, która zabrała zwłoki do zakładu medycyny sądowej (ma umowę z urzędem miasta, który co roku ogłasza przetarg na przewóz zmarłych z miejsc publicznych i niepublicznych). I jeszcze firma DDD - dezynfekcja, dezynsekcja, deratyzacja. Musieli popsikać czymś pomieszczenie, bo wszystkie robaki nie żyją. Ale nie zrobili nic więcej, więc w cieplejsze dni smród nadal docierał do mieszkań sąsiadów.

W przedpokoju Mateusz robi zdjęcia. Zamieści je potem na swoim fanpage'u. - To nasza praca, nie mamy się czego wstydzić.

Amerykańskie podejście

Bio-Clean to rodzinny biznes. 25-letni Mateusz prowadzi go razem z mamą. Tata pomaga im z doskoku - ma swoją działalność, czyszczenie ciśnieniowe i układanie kostki brukowej. Mateusz, technik dietetyk, w kuchni nigdy nie pracował. Za to razem z zespołem Passion Fruit supportował Dżem na 25 koncertach. Jako 18-latek założył pierwszą firmę - sprzedaż mebli. Nie wyszło. Wtedy w internecie natrafił na frazę "crime scene clean up". Zorientował się, że takich firm w Polsce praktycznie nie ma. W Stanach, by założyć tego typu działalność, potrzebne jest szkolenie w zakresie kontaktu z materiałem biologicznym. Mateusz przez miesiąc próbował się dowiedzieć, czy u nas potrzebne są jakieś zezwolenia, dzwonił do kilkunastu instytucji. Okazało się, że nawet sanepid nic nie wymaga. Urzędnicy nie rozumieli: "Ale co pan właściwie będzie sprzątał?". W sprzątaniu przeszkolił go YouTube.

- Mam do tego amerykańskie podejście. Robimy to dla pieniędzy. Najważniejsze, żeby klient był zadowolony, by mu nie śmierdziało i było bezpiecznie - mówi Mateusz. Po sprzątaniu wystawia certyfikat, w którym wyszczególnia, jakie usługi zostały wykonane. Chciałby zarobić na dom z ogródkiem.

Na początku na zgony jeździła też jego mama. - Byłam na kilku zleceniach, ale to były lightowe przypadki, kilkudniowe ciała. Hard corem zajmował się Mateusz. Nie chciał mnie narażać, a ja sama nie wiem, jak bym to zniosła - opowiada. Teraz biznes tak się rozkręcił, że mama już jeździć nie musi. Czyści przedmioty po pożarach: książki, grzejniki, zabawki, zdjęcia, ramki. Zajmuje się administracją i zaopatrzeniem. Z wykształcenia pedagog, robiła w życiu różne rzeczy - pracowała w szkole, w ośrodku opiekuna społecznego, zajmowała się domem. A zanim Mateusz założył firmę, prowadziła z mężem pizzerię we Włocławku.

Syn ją zaskoczył. Nie przypuszczała, że ma tak odporną psychikę. Jego wujek, który prowadzi firmę DDD, tak się ich przykładem zachęcił, że dołączył usługę sprzątania po zgonach do swojej działalności.

Po trupie zawsze się domyjesz

- Nikomu źle nie życzymy, ale z tej śmierci żyjemy - przyznają pracownicy firmy. Marcin, 27 lat, pochodzi z Białegostoku. Dorabia, montując po Europie duńskie maszyny w masarniach. Nocami rozładowuje towar w supermarketach. W weekendy naprawia samochody. Nowo poznanym dziewczynom nie chwali się, jaką ma pracę. Marzy, by kiedyś otworzyć własny warsztat z myjnią ręczną. Ale ciężko na nią uzbierać pieniądze.

Adrian, 28 lat, półtora roku był w wojsku. Potem zatrudnił się w fabryce zakrętek do wódki. I był na saksach - w Belgii, Irlandii i Holandii - jako operator koparki. Z wykształcenia mechanik, nigdy nie pracował w zawodzie. - Źle wybrałem, nie lubię się babrać w tych smarach - mówi, rozgląda się po pokoju i uśmiecha się. - Choć w sumie to też babranie. Ale w rękawiczkach, higienicznie. Po smarze nie zawsze się domyjesz, a tu wystarczy mydło.

Marcin: - Mój pierwszy raz? Pożar w Katowicach, bez wrażenia. W ogóle tylko raz miałem wstręt. W Warszawie mieszkała osoba niepełnosprawna umysłowo. Wanna, umywalka, kibel -  wszystko pełne kału. Z górką. Zmienialiśmy się co kilka minut.

Adrian pierwszy raz sprzątał po dwutygodniowych zwłokach w Malborku, szczegółów nie pamięta. Ożywia się tylko przy opowieści o bliźnie na palcu - to ślad po jednej z walk bractwa rycerskiego. Wygrywał w turniejach przez wiele lat. W kolczudze, którą zrobił sobie sam.

Na rynku jest nisza

W Polsce działa kilka firm sprzątających po zgonach. Ta z Łodzi wita mnie dzwonkiem z piosenką "Ona tańczy dla mnie", ale właściciel nie chce rozmawiać. Ze strony w internecie wynika, że jej pracownicy dojeżdżają w każdy zakątek Polski w 24 godziny. To w tej branży standard.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. SEInnovation / iStockphoto.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. SEInnovation / iStockphoto.com)

Sprzątanie po zmarłym może kosztować od 1 tys. do 10 tys. zł, zależnie od wielkości mieszkania i tego, jak długo ciało leżało. Cena obejmuje dojazd ekipy, kontener i wywóz odpadów biologicznych. Za zlecenie na Kurdwanowie Bio-Clean bierze 3,9 tys. zł brutto. Pożary lepiej płacą - od 4 do 40 tys. zł. Ale i pracy jest na kilka dni.

Nikt nie ma oficjalnego cennika. Klienci zwykle obdzwaniają kilka firm i decydują się na najlepszą stawkę. - Niektórzy, jak usłyszą, ile trzeba wydać, to byle maska na twarz i do dzieła. A materiał jest niebezpieczny, skażony - ostrzega Michał z firmy Eko-Kon. Spotykamy się w centrum Warszawy, gdzie akurat ma zlecenie. 24-latek pochodzi z Kazimierza Biskupiego koło Konina. Firmę założył pół roku temu.

- Byliśmy kiedyś z kumplem dorabiać w Norwegii. Dostaliśmy zlecenie - sprzątanie domu, w którym znaleziono trupa po kilku miesiącach. Nikt nie chciał tego wziąć. Dawali dobrą kasę -  wspomina. - Kupiliśmy maski i środki do dezynfekcji. W środku - masakra. Po podłodze pełzały białe robaki, w powietrzu fruwały wielkie muchy. Zerwaliśmy wszystko, łącznie z kafelkami. Pomyślałem, że to nisza na rynku. Potem w Polsce załapałem się do sprzątania po pożarze, podpatrzyłem techniki. Dofinansowanie z urzędu miasta na jednoosobową działalność dostałem w ciągu tygodnia. Czasem pomagają mi koledzy, bezrobotni lub sezonowi pracownicy. Dobrze im płacę. A jak się jest w masce, to nie ma tragedii.

Jest mi niedobrze

Niebieskie worki na śmieci pochłaniają butelki, pety, ubrania, buty, pluszowego tygryska, poduszki, lusterko, portfel pani M., a w nim ząb ze złotą koroną, zaświadczenie o wizycie u lekarza i zużyte bilety autobusowe. Potem idą większe gabaryty. Firma od utylizacji odpadów biologicznych odbiera ostreczowaną, czyli zawiniętą w mocną, przejrzystą folię, część kanapy i wykładziny, które zostały skażone płynami ustrojowymi.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. veou / iStockphoto.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. veou / iStockphoto.com)

Reszta trafia do kontenera, który od rana stoi przed blokiem. Szafa, lodówka (też zafoliowana, bo z popsutym jedzeniem), porąbane szafki na ubrania i kuchenne, stół, krzesła. Zerwane z podłóg panele i tapety zeskrobane ze ścian. Umywalka, toaleta i wanna, którą Marcin wyrwał z łazienki młotem pneumatycznym. Zdarza się, że rzeczy znikają natychmiast po tym, jak ekipa wyrzuci je do kontenera. Pracownicy tłumaczą, że skażone, ale ludzie i tak biorą.

Kontener zapełnia się w ciągu kilku godzin. Chłopcy kursują góra-dół.  Po drodze mijają na schodach żółty znak z informacją: "Uwaga! Możliwość skażenia biologicznego". Pot płynie im po karkach. - Dopiero teraz jest mi niedobrze. Ze zmęczenia - wzdycha Adrian.  Marcin podśpiewuje: - Sialala, sialala, sialala, mydełko fa - i rozwala kolejną szafę. - No co, trzeba trochę pożartować, by rozluźnić atmosferę.

Kiedy odsuwamy kanapę, panom przypomina się, jak ostatnio sprzątali po facecie, który zastrzelił się ze sztucera. Mateusz usuwał zza kanapy jeszcze ciepłe fragmenty mózgu. Spłynęły po ścianie. - Ten mózg też szpachelką z sufitu skrobałem - mówi Marcin. - Powiem ci tak: ja jestem wędkarz. Jak zbieram coś hardcorowego, to wyobrażam sobie, że: o! płotkę patroszę. Tak sobie z tym radzę. A jak robaki są żywe, to mówię, że na wędkę by się nadały.

Mówi, że to praca jak każda inna i że jest z niej bardzo zadowolony, bo atmosfera jest świetna, a zarobki na tyle duże, że nie opłaca się szukać nic innego. - Ludzie pytają, czy nie mam snów. Nie mam żadnych koszmarów. Czas wolny? Nie mam go za dużo, trzeba się utrzymać. Ale lubię tak na biwak pojechać. Namiot, o 5 rano człowiek wstaje, jajeczniczka, potem łowimy ryby, wieczorem patroszymy, popijamy - wzdycha.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. studioportosabbia / iStockphoto.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. studioportosabbia / iStockphoto.com)

Mateusz: - Nie mam koszmarów, ale dużo mi się śni. Czasem zlecenia, które potem się sprawdzają. Nie mam czasu spotykać się ze znajomymi. Ludzie mówią: "Fuj, jak możesz to robić" albo: "Ja bym nie mógł". Nie przejmuję się tym. Dziewczyna? Mieszka 60 km ode mnie. Jeździmy razem na zlecenia. Na pożary ją zabieram.

Pewnie dogorywała

Przerwa na papierosa. Na klatce spotykamy sąsiadki uzbrojone w siatki.

- Już przestanie śmierdzieć? - dopytuje pierwsza.

- Jak skończymy, to będzie konwaliami pachnieć - zapewnia wesoło Marcin.

- Człowiek najbardziej śmierdzi - dzieli się refleksją sąsiadka numer dwa. - Kupa smrodu po nim zostanie.

Sąsiadka trzecia: - Niedawno się wprowadzili, matka z synem, pijacy. Kiedy zmarli? Nie wiadomo, ale można to ustalić. Kilka tygodni temu przyszedł fachowiec naprawiać domofon, bo się zepsuł i przez dwa dni było słychać pijackie bełkotanie. Musiała wtedy pod nim leżeć, pewnie dogorywała. On umarł przed nią.

Zwłoki kobiety rzeczywiście znaleziono w przedpokoju, niedaleko domofonu. Prawdopodobnie pijana i przerażona, nie wiedziała, co zrobić z ciałem syna i w panice schowała je do wersalki, po czym sama zmarła. W mieszkaniu po raz pierwszy od tygodni zrobiło się cicho jak makiem zasiał.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. BernardaSv / iStockphoto.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. BernardaSv / iStockphoto.com)

Ale sąsiedzi zareagowali dopiero, gdy zaczęło śmierdzieć.

Mnie już to nie rusza

- Jecie coś w trakcie pracy? - pytam.

- No jak to nie? - dziwi się Marcin. - Jak jestem głodny, to siadam, jem trzy kanapki i wracam. Zapach? Mnie już to nie rusza.

Około 14 zamawiamy dwie duże pizze - jedną z cebulą i kurczakiem, drugą z salami. Siadamy z nimi na schodkach przed blokiem. - Poczęstuj się - zachęcają. Coś nie mogę, choć nie jadłam nic od wczorajszego obiadu.

Kiedy z mieszkania znikają meble i panele, panowie zamiatają podłogę i szorują betonową wylewkę w miejscach, gdzie znaleziono zwłoki. Wejście do salonu szczelnie oklejają taśmą i ustawiają w nim generator ozonu na dwie, trzy godziny. Takie urządzenie kosztuje kilka tysięcy złotych. Ozon zabija bakterie 3 tys. razy szybciej i jest 50 razy skuteczniejszy niż chlor. Służy do czyszczenia klimatyzacji, samochodów, domów, w których mieszkają alergicy - zabija wszystkie grzyby i pleśń. Usuwa smród, bo zabija jego przyczynę.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. stevotion / iStockphoto.com)Zdjęcie ilustracyjne (fot. stevotion / iStockphoto.com)

W mieszkaniu pachnie potem jak po intensywnej burzy.

Gdy chłopcy dojadą do Włocławka, będzie 23. Adrian otworzy piwo, Marcin pójdzie do supermarketu na nocną zmianę. Mateusz rozpakuje auto i położy się spać.

W mieszkaniu na Kurdwanowie nie będzie śladu po śmierci. Ani po życiu.


Maria Hawranek.
Ur. 1987. Wciąż gada i czyta, dlatego została reporterką. Publikuje m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach", miłośniczka Ameryki Południowej i współautorka bloga Intoamericas.com.

 

Marcin sprząta mieszkania po nieboszczykach. "Jak zbieram coś hardcorowego, na przykład mózg, to wyobrażam sobie, że: o! płotkę patroszę"

 

"Na podłodze czarne zacieki, przyklejone włosy. W wersalce - obrys ciała człowieka, jak z filmu. Największa plama jest przy głowie"

 

LEAD: Ja jestem wędkarz. Jak zbieram coś hardcorowego, na przykład mózg, to wyobrażam sobie, że: o! płotkę patroszę - mówi Marcin z ekipy, która sprząta po zgonach i pożarach. Wchodzą do mieszkania wtedy, gdy nie ma już ciała, ale jeszcze sporo po człowieku zostało. Za dużo, żeby wprowadzić się mógł ktoś nowy.

 

AUTOR: Maja Hawranek

 

- Ludzie myślą, że po śmierci tak śmierdzi, że tynki trzeba skuwać. Bzdura! - oburza się Marcin, członek ekipy sprzątającej. - Jak zacznie się mieszkać, kobieta coś ugotuje, perfum użyje, to wróci normalny zapach.

 

Wchodzimy na trzecie piętro bloku na osiedlu Kurdwanów w Krakowie. Szef ekipy, Mateusz, zagląda do mieszkania. Stoję dwa kroki za nim. Czuję zapach. Dla mnie zdecydowanie nienormalny. Pewnie pisarz Marek Krajewski powiedziałby, że śmierdzi dawno przypaloną marchwią.

 

- I jak? - pyta reszta ekipy.

 

- Nie ma tragedii - ocenia Mateusz, a chłopaki zabierają się do dzieła.

 

Właśnie dostaliśmy klucze do mieszkania, gdzie znaleziono dwa ciała. Chłopcy z ekipy wyjechali dziś z domu we Włocławku o drugiej w nocy, by nad ranem dotrzeć do Krakowa. Mają oczyścić mieszkanie do cna. - Zostawcie tylko telewizor - rzuca zleceniodawca i zbiega po schodach.

 

Ile ciało leżało

 

Firma Bio-Clean sprząta po zgonach i pożarach. Działa od ponad czterech lat. - Zwykle wiemy, kogo sprzątamy - mówi Mateusz. Przeważają samobójcy (jakieś 30 procent) i starcy. - Zabójstw jest najmniej. Tu nie Ameryka.

 

Od samobójstwa zaczął. Gdy zobaczył krew, nogi zrobiły mu się jak z waty. Samobójczyni, samotna alkoholiczka koło pięćdziesiątki, zabiła się w dziesięciometrowym mieszkaniu w bloku komunalnym we Włocławku.

 

Starców rodziny znajdują najczęściej po powrocie z urlopu. - Pod koniec wakacji zawsze jest więcej telefonów. Najczęściej ci ludzie umierają w mieszkaniach własnościowych, do których nie może się dostać administrator - mówi Mateusz. Ciała leżą nawet kilka miesięcy. Zdarzyło się, że ktoś kupił mieszkanie z aukcji komorniczej z ''niespodzianką'': otwiera drzwi, a tam półroczny trup.

 

Mateusz potrafi ocenić, ile ciało leżało, po stanie, w jakim znajduje się mieszkanie (im dłużej, tym plamy na podłodze są większe i ciemniejsze) i intensywności zapachu. - Po miesiącu zapach jest mocniejszy niż po pół roku. Z czasem zwłoki częściowo się mumifikują.

Ocenia, że na Kurdwanowie zwłoki nie leżały więcej niż trzy tygodnie.

 

Wrzuta na Facebooka

 

"Przy drzwiach znaleziono ciało kobiety, później w wersalce odkryto zwłoki mężczyzny. Nie żyli najprawdopodobniej od kilkunastu dni. Zwłoki znajdowały się w stanie znacznego rozkładu" - pisał "Dziennik Polski".

Zaalarmowani fetorem mieszkańcy zareagowali. Najpierw przez balkon do mieszkania wdrapali się strażacy. Za nimi - policja. Funkcjonariusze podejrzewali morderstwo, ale po sekcji zwłok okazało się, że lokatorzy - 68-letnia pani M. i jej syn - po prostu zapili się na śmierć.

 

Zanim wkroczymy do mieszkania, przeistaczamy się w kosmitów. Wciągamy jednorazowe, syntetyczne i białe jak śnieg kombinezony z kapturem. Na butach - dwie warstwy ochraniaczy. Na rękach - mocne gumowe rękawiczki. Na twarzach - maski z pochłaniaczem zapachu.

 

Za drzwiami walają się dziesiątki butelek po wódce i tanich napojach gazowanych. I stada wyschniętych robaków. Pod oknami - legiony much, które usiłowały wydostać się na zewnątrz. Pety wysypują się z popielniczek rozstawionych w różnych punktach domu. Na podłodze w przedpokoju czarne zacieki, przyklejone włosy. W wersalce - obrys ciała człowieka, jak z filmu. Największa plama jest przy głowie.

 

Przed nami, oprócz straży, policji i pogotowia, była tu firma pogrzebowa, która zabrała zwłoki do zakładu medycyny sądowej (ma umowę z urzędem miasta, który co roku ogłasza przetarg na przewóz zmarłych z miejsc publicznych i niepublicznych). I jeszcze firma DDD - dezynfekcja, dezynsekcja, deratyzacja. Musieli popsikać czymś pomieszczenie, bo wszystkie robaki nie żyją. Ale nie zrobili nic więcej, więc w cieplejsze dni smród nadal docierał do mieszkań sąsiadów.

 

W przedpokoju Mateusz robi zdjęcia. Zamieści je potem na swoim fanpage'u. - To nasza praca, nie mamy się czego wstydzić.

 

Amerykańskie podejście

 

Bio-Clean to rodzinny biznes. 23-letni Mateusz prowadzi go razem z mamą. Tata pomaga im z doskoku - ma swoją działalność, czyszczenie ciśnieniowe i układanie kostki brukowej. Mateusz, technik dietetyk, w kuchni nigdy nie pracował. Za to razem z zespołem Passion Fruit supportował Dżem na 25 koncertach. Jako 18-latek założył pierwszą firmę - sprzedaż mebli. Nie wyszło. Wtedy w internecie natrafił na frazę "crime scene clean up". Zorientował się, że takich firm w Polsce praktycznie nie ma. W Stanach, by założyć tego typu działalność, potrzebne jest szkolenie w zakresie kontaktu z materiałem biologicznym. Mateusz przez miesiąc próbował się dowiedzieć, czy u nas potrzebne są jakieś zezwolenia, dzwonił do kilkunastu instytucji. Okazało się, że nawet sanepid nic nie wymaga. Urzędnicy nie rozumieli: "Ale co pan właściwie będzie sprzątał?". W sprzątaniu przeszkolił go YouTube.

 

- Mam do tego amerykańskie podejście. Robimy to dla pieniędzy. Najważniejsze, żeby klient był zadowolony, by mu nie śmierdziało i było bezpiecznie - mówi Mateusz. Po sprzątaniu wystawia certyfikat, w którym wyszczególnia, jakie usługi zostały wykonane. Chciałby zarobić na dom z ogródkiem.

 

Na początku na zgony jeździła też jego mama. - Byłam na kilku zleceniach, ale to były lightowe przypadki, kilkudniowe ciała. Hard corem zajmował się Mateusz. Nie chciał mnie narażać, a ja sama nie wiem, jak bym to zniosła - opowiada. Teraz biznes tak się rozkręcił, że mama już jeździć nie musi. Czyści przedmioty po pożarach: książki, grzejniki, zabawki, zdjęcia, ramki. Zajmuje się administracją i zaopatrzeniem. Z wykształcenia pedagog, robiła w życiu różne rzeczy - pracowała w szkole, w ośrodku opiekuna społecznego, zajmowała się domem. A zanim Mateusz założył firmę, prowadziła z mężem pizzerię we Włocławku.

 

Syn ją zaskoczył. Nie przypuszczała, że ma tak odporną psychikę. Jego wujek, który prowadzi firmę DDD, tak się ich przykładem zachęcił, że dołączył usługę sprzątania po zgonach do swojej działalności.

 

Po trupie zawsze się domyjesz

 

- Nikomu źle nie życzymy, ale z tej śmierci żyjemy - przyznają pracownicy firmy. Marcin, 27 lat, pochodzi z Białegostoku. Dorabia, montując po Europie duńskie maszyny w masarniach. Nocami rozładowuje towar w supermarketach. W weekendy naprawia samochody. Nowo poznanym dziewczynom nie chwali się, jaką ma pracę. Marzy, by kiedyś otworzyć własny warsztat z myjnią ręczną. Ale ciężko na nią uzbierać pieniądze.

Adrian, 28 lat, półtora roku był w wojsku. Potem zatrudnił się w fabryce zakrętek do wódki. I był na saksach - w Belgii, Irlandii i Holandii - jako operator koparki. Z wykształcenia mechanik, nigdy nie pracował w zawodzie. - Źle wybrałem, nie lubię się babrać w tych smarach - mówi, rozgląda się po pokoju i uśmiecha się. - Choć w sumie to też babranie. Ale w rękawiczkach, higienicznie. Po smarze nie zawsze się domyjesz, a tu wystarczy mydło.

 

Marcin: - Mój pierwszy raz? Pożar w Katowicach, bez wrażenia. W ogóle tylko raz miałem wstręt. W Warszawie mieszkała osoba niepełnosprawna umysłowo. Wanna, umywalka, kibel - wszystko pełne kału. Z górką. Zmienialiśmy się co kilka minut.

 

Adrian pierwszy raz sprzątał po dwutygodniowych zwłokach w Malborku, szczegółów nie pamięta. Ożywia się tylko przy opowieści o bliźnie na palcu - to ślad po jednej z walk bractwa rycerskiego. Wygrywał w turniejach przez wiele lat. W kolczudze, którą zrobił sobie sam.

 

Na rynku jest nisza

 

W Polsce działa kilka firm sprzątających po zgonach. Ta z Łodzi wita mnie dzwonkiem z piosenką "Ona tańczy dla mnie", ale właściciel nie chce rozmawiać. Ze strony w internecie wynika, że jej pracownicy dojeżdżają w każdy zakątek Polski w 24 godziny. To w tej branży standard.

 

Sprzątanie po zmarłym może kosztować od 1 tys. do 10 tys. zł, zależnie od wielkości mieszkania i tego, jak długo ciało leżało. Cena obejmuje dojazd ekipy, kontener i wywóz odpadów biologicznych. Za zlecenie na Kurdwanowie Bio-Clean bierze 3,9 tys. zł brutto. Pożary lepiej płacą - od 4 do 40 tys. zł. Ale i pracy jest na kilka dni.

 

Nikt nie ma oficjalnego cennika. Klienci zwykle obdzwaniają kilka firm i decydują się na najlepszą stawkę. - Niektórzy, jak usłyszą, ile trzeba wydać, to byle maska na twarz i do dzieła. A materiał jest niebezpieczny, skażony - ostrzega Michał z firmy Eko-Kon. Spotykamy się w centrum Warszawy, gdzie akurat ma zlecenie. 24-latek pochodzi z Kazimierza Biskupiego koło Konina. Firmę założył pół roku temu.

 

- Byliśmy kiedyś z kumplem dorabiać w Norwegii. Dostaliśmy zlecenie - sprzątanie domu, w którym znaleziono trupa po kilku miesiącach. Nikt nie chciał tego wziąć. Dawali dobrą kasę. - wspomina. - Kupiliśmy maski i środki do dezynfekcji. W środku - masakra. Po podłodze pełzały białe robaki, w powietrzu fruwały wielkie muchy. Zerwaliśmy wszystko, łącznie z kafelkami. Pomyślałem, że to nisza na rynku. Potem w Polsce załapałem się do sprzątania po pożarze, podpatrzyłem techniki. Dofinansowanie z urzędu miasta na jednoosobową działalność dostałem w ciągu tygodnia. Czasem pomagają mi koledzy, bezrobotni lub sezonowi pracownicy. Dobrze im płacę. A jak się jest w masce, to nie ma tragedii.

 

Jest mi niedobrze

 

Niebieskie worki na śmieci pochłaniają butelki, pety, ubrania, buty, pluszowego tygryska, poduszki, lusterko, portfel pani M., a w nim ząb ze złotą koroną, zaświadczenie o wizycie u lekarza i zużyte bilety autobusowe. Potem idą większe gabaryty. Firma od utylizacji odpadów biologicznych odbiera ostreczowaną, czyli zawiniętą w mocną, przejrzystą folię, część kanapy i wykładziny, które zostały skażone płynami ustrojowymi.

 

Reszta trafia do kontenera, który od rana stoi przed blokiem. Szafa, lodówka (też zafoliowana, bo z popsutym jedzeniem), porąbane szafki na ubrania i kuchenne, stół, krzesła. Zerwane z podłóg panele i tapety zeskrobane ze ścian. Umywalka, toaleta i wanna, którą Marcin wyrwał z łazienki młotem pneumatycznym. Zdarza się, że rzeczy znikają natychmiast po tym, jak ekipa wyrzuci je do kontenera. Pracownicy tłumaczą, że skażone, ale ludzie i tak biorą.

 

Kontener zapełnia się w ciągu kilku godzin. Chłopcy kursują góra-dół. Po drodze mijają na schodach żółty znak z informacją: "Uwaga! Możliwość skażenia biologicznego". Pot płynie im po karkach. - Dopiero teraz jest mi niedobrze. Ze zmęczenia - wzdycha Adrian. Marcin podśpiewuje: - Sialala, sialala, sialala, mydełko fa - i rozwala kolejną szafę. - No co, trzeba trochę pożartować, by rozluźnić atmosferę.

 

Kiedy odsuwamy kanapę, panom przypomina się, jak ostatnio sprzątali po facecie, który zastrzelił się ze sztucera. Mateusz usuwał zza kanapy jeszcze ciepłe fragmenty mózgu. Spłynęły po ścianie. - Ten mózg też szpachelką z sufitu skrobałem - mówi Marcin. - Powiem ci tak: ja jestem wędkarz. Jak zbieram coś hardcorowego, to wyobrażam sobie, że: o! płotkę patroszę. Tak sobie z tym radzę. A jak robaki są żywe, to mówię, że na wędkę by się nadały.

 

Mówi, że to praca jak każda inna i że jest z niej bardzo zadowolony, bo atmosfera jest świetna, a zarobki na tyle duże, że nie opłaca się szukać nic innego. - Ludzie pytają, czy nie mam snów. Nie mam żadnych koszmarów. Czas wolny? Nie mam go za dużo, trzeba się utrzymać. Ale lubię tak na biwak pojechać. Namiot, o 5 rano człowiek wstaje, jajeczniczka, potem łowimy ryby, wieczorem patroszymy, popijamy - wzdycha.

 

Mateusz: - Nie mam koszmarów, ale dużo mi się śni. Czasem zlecenia, które potem się sprawdzają. Nie mam czasu spotykać się ze znajomymi. Ludzie mówią: "Fuj, jak możesz to robić" albo: "Ja bym nie mógł". Nie przejmuję się tym. Dziewczyna? Mieszka 60 km ode mnie. Jeździmy razem na zlecenia. Na pożary ją zabieram.

 

Pewnie dogorywała

 

Przerwa na papierosa. Na klatce spotykamy sąsiadki uzbrojone w siatki.

 

- Już przestanie śmierdzieć? - dopytuje pierwsza.

 

- Jak skończymy, to będzie konwaliami pachnieć - zapewnia wesoło Marcin.

 

- Człowiek najbardziej śmierdzi - dzieli się refleksją sąsiadka numer dwa. - Kupa smrodu po nim zostanie.

 

Sąsiadka trzecia: - Niedawno się wprowadzili, matka z synem, pijacy. Kiedy zmarli? Nie wiadomo, ale można to ustalić. Kilka tygodni temu przyszedł fachowiec naprawiać domofon, bo się zepsuł i przez dwa dni było słychać pijackie bełkotanie. Musiała wtedy pod nim leżeć, pewnie dogorywała. On umarł przed nią.

 

Zwłoki kobiety rzeczywiście znaleziono w przedpokoju, niedaleko domofonu. Prawdopodobnie pijana i przerażona, nie wiedziała, co zrobić z ciałem syna i w panice schowała je do wersalki, po czym sama zmarła. W mieszkaniu po raz pierwszy od tygodni zrobiło się cicho jak makiem zasiał.

 

Ale sąsiedzi zareagowali dopiero, gdy zaczęło śmierdzieć.

 

Mnie już to nie rusza

 

- Jecie coś w trakcie pracy? - pytam.

 

- No jak to nie? - dziwi się Marcin. - Jak jestem głodny, to siadam, jem trzy kanapki i wracam. Zapach? Mnie już to nie rusza.

 

Około 14 zamawiamy dwie duże pizze - jedną z cebulą i kurczakiem, drugą z salami. Siadamy z nimi na schodkach przed blokiem. - Poczęstuj się - zachęcają. Coś nie mogę, choć nie jadłam nic od wczorajszego obiadu.

 

Kiedy z mieszkania znikają meble i panele, chłopcy zamiatają podłogę i szorują betonową wylewkę w miejscach, gdzie znaleziono zwłoki. Wejście do salonu szczelnie oklejają taśmą i ustawiają w nim generator ozonu na dwie, trzy godziny. Takie urządzenie kosztuje kilka tysięcy złotych. Ozon zabija bakterie 3 tys. razy szybciej i jest 50 razy skuteczniejszy niż chlor. Służy do czyszczenia klimatyzacji, samochodów, domów, w których mieszkają alergicy - zabija wszystkie grzyby i pleśń. Usuwa smród, bo zabija jego przyczynę.

W mieszkaniu pachnie potem jak po intensywnej burzy.

 

Gdy chłopcy dojadą do Włocławka, będzie 23. Adrian otworzy piwo, Marcin pójdzie do supermarketu na nocną zmianę. Mateusz rozpakuje auto i położy się spać.

 

W mieszkaniu na Kurdwanowie nie będzie śladu po śmierci. Ani po życiu.

 


Maria Hawranek. Ur. 1987. Wciąż gada i czyta, dlatego została reporterką. Publikuje m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach", miłośniczka Ameryki Południowej i współautorka bloga Intoamericas.com.

 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (71)
Zaloguj się
  • true_lysander

    Oceniono 436 razy 60

    A gdzie w tym wszystkim jakikolwiek szacunek dla życia? Zycie jest warte tyle, ile zarobisz na posprzątaniu po nim. Smutne... i nieprawdziwe. To, co rzuca się w oczy to wiek... max 30 lat. A potem... potem przychodzi otrzeźwienie... że ta praca nie jest jednak "normalna" i dla mnie. Szybka, łatwa kasa. Sporym kosztem, przerzucanym na "młodych, gniewnych".

  • art_102

    Oceniono 16 razy 14

    To co rzuca sie w oczy w tym artykule, to rzetelne podejście chłopaków do pracy - ma byc sprawnie, profesjonalnie, skutecznie i bezpiecznie. Jeśli tak pracują, jak to opisują, to wystarczający powód, żeby ich wysoko ocenić.
    W końcu to w każdej pracy jest najważniejsze, a w tej w szczególności.
    Sentyment, jaki sentyment, do czego? Cenne rzeczy, jeśli były, zabezpiecza policja, zabiera rodzina, to co zostaje, musi być usunięte. Oni wchodzą do mieszkań nie jako pierwsi, tylko jako ostatni. Nad czym mają płakać? Nad ludzkim losem? Gdyby nie umieli wyłączyć emocji, nie mogliby takiej pracy wykonywać, nie poradziliby sobie z tym natłokiem mysli nad ludzką dolą.
    A czy każdy z krytykantów płacze codziennie nad losem biednych, samotnych ludzi? Czy odwiedza i pomaga samotnemu sąsiadowi? Czy zaprosi do domu ubogą, samotnie żyjącą sąsiadkę? Czy raczej mówicie - ma dzieci, niech one sią nią zajmują!
    No, jak to z wami krytykanci jest?

    Drugie, co się nasuwa, to to, ze chłopaki chcą coś w życiu zdobyć, ale nie kradną, nie kombinują, nie idą po zasiłek, ale zasuwają. Jeden z nich "po fajrancie" nocami rozładowuje towar, montuje po świecie duńskie maszyny, w wekeendy naprawia samochody. Zbiera na własny warsztat z myjnią ręczną.
    Drugi, chciałby zarobić na dom z ogródkiem. Przyznaje, ze pracuje dla pieniędzy, ale najważniejsze dla mniego, to "żeby klient był zadowolony, by mu nie śmierdziało i było bezpiecznie".

    Jak można krytykować młodego człowieka, który pracuje 24 godziny na dobę, bo marzy o własnym domu z ogórkiem, czy o własnynm warsztacie. To wszystko chłopaki mające po 20 pare lat i już mocno określony cel w życiu - stabilizację. Wykorzystują swój młodzieńczy zapał i "niespożyte" siły, żeby ten cel osiągnąć.

    Chcecie ich za to ganić, bo mówią, ze pracują dla pieniędzy? A ktoś z nas pracuje z innego powodu? Owszem, sa zawody gdzie zarabianie można połączyć z pasją, np. artysci, ale też często dorabiają grając do kotleta, czy reklamując psią karmę, bo i tak pieniądze są podstawą bytu, a taką pracę też ktoś musi wykonywać, i dobrze, ze chce to robić profesjonalnie i solidnie, a jak komus się wydaje, że to taki łatwy "chleb" i duże zarobki, to nic nie stoi na przeszkodzie, zeby się tym zajął.

  • Mateusz W-ski

    Oceniono 192 razy 10

    Witam. Pragnę wspomnieć, że reportaż powstał ok 4 lat temu/ Wiele się zmieniło w naszej firmie. dziś jesteśmy jeszcze skuteczniejsi i bardziej profesjonalni. Oczywiście to nie tylko pieniądze się liczą. najważniejsze że kochamy to co robimy i mamy ogromną satysfakcje z tego. Pomagamy ludziom w trudnych sytuacjach i bardzo niebezpiecznych dla zdrowia. Reportaż przedstawia troche bardziej ludzki obraz pracy jaką na codzień podejmujemy. Dziękuje za współpracę

  • redcarius

    Oceniono 79 razy 3

    Zapachu tak łatwo nie domyjesz. Owszem z ciała i ciuchów tak, ale najdłużej zostaje zapach w nosie. Osadza się wewnątrz nosa na włoskach. Czujesz trupa jeszcze 3-4 dni. Robiłem kiedyś w zabójstwach w KSP wiec wiem co piszę. Jako młody policjant myłem się po pierwszym trupie chyba ze 3 razy z rzędu w ciągu dnia i nadal go czułem. Zapachu ludzkich zwłok nie pomylę z niczym innym. W swoim bloku znalazłem dwóch nieboszczyków, schodząc schodami, jeszcze zanim sąsiadów zaalarmował zapach. Nic tak nie śmierdzi jak człowiek.

  • koma_5

    Oceniono 83 razy 3

    Ale z tego Marcina Hardkor. cały dzień fizycznie w smrodzie trudzie brudzie HARUJE i potem idzie na nocną zmianę do marketu jeszcze. OMG.

  • sop3

    Oceniono 2 razy 2

    ten artykuł był już chyba w WO jakieś 2 lata temu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX