Beata Bochińska

Beata Bochińska (fot. Magda Wolna)

trend

Perły wzornictwa ukryte w polskich domach. ''Nasi rodzice nie zdawali sobie sprawy z wartości tych rzeczy''

Paradoks polskiego dizajnu: świetna jakość i niska cena. A jak coś jest tanie i masowo dostępne, to pewnie jest badziewiem - tak Beata Bochińska, autorka książki ''Zacznij kochać dizajn'', tłumaczy fakt, że rodzime wzornictwo w PRL-u nie było należycie doceniane. Mimo że było na światowym poziomie.

Dzięki pani znalazłem skarb!

- O proszę! Pojedynczy czy coś większego?

Chyba coś większego. Komplet talerzy z prasowanego szkła "Asteroid" Jana Sylwestra Drosta. Był u babci w kredensie.

- To od razu zaczął pan z grubej rury, bo "Asteroid" to prawdziwy rarytas, a do tego nie jedna sztuka, a kilka. Pokazuje je Muzeum w Corning pod Nowym Jorkiem. Zebranie kompletu porcelany jest trudniejsze. Czasami przez lata trzeba polować na filiżankę albo przykrywkę do cukiernicy, albo trzeba kupić pięć serwisów, żeby skompletować jeden.

Pani książka uświadomiła mi, ile skarbów mamy w polskich domach, ale zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy.

- Dlatego właśnie postanowiłam napisać "Zacznij kochać dizajn", żeby ludzie mogli - tak jak pan z "Asteroidem" - uratować i docenić polski dizajn na światowym poziomie.

Wazony z serii Asteroid, 1976, proj. Jan Sylwester Drost, Huta Szkła Gospodarczego Ząbkowice w Dąbrowie Górniczej, szkło sodowe, prasowane, oraz polski świecznik, metaloplastyka (fot. archiwum prywatne)Wazony z serii Asteroid, 1976, proj. Jan Sylwester Drost, Huta Szkła Gospodarczego Ząbkowice w Dąbrowie Górniczej, szkło sodowe, prasowane, oraz polski świecznik, metaloplastyka (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)

Dizajn, dodajmy, powstały w tym obrzydzanym nam po '89 roku PRL-u.

- Większość Polaków zupełnie nie wie, jak wspaniałe rzeczy projektowano u nas po wojnie, a złożyło się na to kilka zbiegów okoliczności. Po pierwsze - dostaliśmy ziemie zachodnie z poniemieckimi fabrykami na bardzo dobrym poziomie technologicznym. Po drugie - bardzo wcześnie, bo już w 1950 roku, niezmordowana Wanda Telakowska powołała do życia Instytut Wzornictwa Przemysłowego (jeden z pierwszych w Europie!). Po trzecie - wspaniali, wykształceni jeszcze przed wojną malarze, rzeźbiarze, rysownicy i graficy nie mieli pracy, bo nikt przecież nie kupował sztuki, kiedy kraj był dosłownie w ruinie. Telakowska zaprosiła ich więc do tworzonego właśnie instytutu i wykorzystała niezwykłe talenty do projektowania użytkowego.

Mało tego, przy wybranych fabrykach utworzono ośrodki wzorcujące, gdzie powstawały dziesiątki, a nawet setki wzorów rozmaitych produktów, które potem omawiano w Warszawie na specjalnych komisjach i najciekawsze propozycje wdrażano do produkcji. Do rozwoju dizajnu w Polsce Ludowej przyczynił się także ówczesny system gospodarczy, a właściwie jego brak, bo nasze fabryki zwyczajnie nie liczyły pieniędzy. Dlatego projektant mógł zrobić nawet dziesięć projektów serwisów, co za Zachodzie było nie do pomyślenia. Nikt by mu na to nie pozwolił. I tak oto Polska znalazła się kilkadziesiąt lat temu w awangardzie dizajnu.

Fragment kolekcji autorki (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)Fragment kolekcji autorki (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)

Mieliśmy z czego go produkować w kraju ciągłych niedoborów?

- Myśmy tu akurat żadnych niedoborów nie mieli. Byliśmy potęgą, jeśli chodzi o zasoby glinki do produkcji porcelany, piasku szklarskiego czy drewna. Nieprzypadkowo Ingvar Kamprad, założyciel IKEA, przyjechał w 1961 roku właśnie do Polski. Wiem, że trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale mieliśmy projektantów, technologie, surowiec i fabryki - wszystko, czego dusza zapragnie.

A miał to kto w powojennej biedzie kupować?

- Z jednej strony była bieda, ale z drugiej, w związku z tym, że kraj zrujnowano, potrzebowano dosłownie wszystkiego. Powiem więcej, było zapotrzebowanie na nowości, i to jest bardzo ciekawe. Dzisiaj, aby jakaś innowacja weszła w życie, trzeba ludzi przekonywać, edukować. Wtedy nikt nie grymasił, co przecież nie jest takie oczywiste. W innych krajach należało powalczyć trochę z tradycją, a u nas tradycja legła w gruzach i przyszło nowe.

Warto też podkreślić, że byliśmy dobrzy w produktach z surowców naturalnych. Produktów z plastiku czy aluminium nie mieliśmy wiele, co zresztą dzisiaj powoduje, że polski dizajn jest tak pożądany. W czasach, kiedy wszystko jest plastikowe, ludzie szukają rzeczy ze szkła czy drewna.

Serwis Krokus, 1962, proj. Wincenty Potacki Zakłady Porcelany Stołowej Ćmielów w Ćmielowie, porcelana malowana, szkliwiona, wyzłacana oraz polska lampa przegubowa, lata 50. XX w. (fot. archiwum prywatne)Serwis Krokus, 1962, proj. Wincenty Potacki Zakłady Porcelany Stołowej Ćmielów w Ćmielowie, porcelana malowana, szkliwiona, wyzłacana oraz polska lampa przegubowa, lata 50. XX w. (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)

Dlaczego o tym wszystkim nie wiemy?

- Bo pokolenie naszych rodziców tych rzeczy nie pokochało. Dlaczego? Kojarzyły im się z szarym i byle jakim PRL-em. Kiedy runął stary system, marzyli, by wszystko wymienić na nowe produkty. Najdramatyczniejszym tego przykładem było masowe wymienianie serwisów porcelanowych na naczynia z duralexu - nieprawdopodobną tandetę, albo lniane obrusy na nieplamiące się "obrusy" z plastiku. A mieliśmy trzy największe fabryki lnu w Europie!

Nasi rodzice nie zdawali sobie sprawy z wartości rzeczy, które posiadają także dlatego, że były tanie. A były tanie dlatego, że państwo subsydiowało produkcję. Na tym właśnie polega paradoks polskiego dizajnu: świetna jakość i niska cena. A jak coś jest tanie i masowo dostępne, to pewnie jest badziewiem.

Które zaczęło lądować na śmietnikach.

- I zaczęło je ratować młode pokolenie, w czym oczywiście bardzo pomógł internet. Jak grzyby po deszczu mnożyły się kolejne strony, portale i profile na pinterestach, instagramach i fejsbukach. Okazało się, że na śmietnikach leży coś, co na Zachodzie nazywane jest mid-century modern design i za co kolekcjonerzy w Stanach  Zjednoczonych czy Japonii są skłonni zapłacić wielkie pieniądze. Coś, co w swoich kolekcjach chcą mieć największe muzea sztuki na świecie.

Dwa serwisy kawowe, lata 60.-80. XX w., Zakłady Porcelitu Stołowego Pruszków w Pruszkowie, porcelit szkliwiony, wyzłacany oraz gobelin Agaty Solon, 2016, stylizowany na lata 60 (fot. archiwum prywatne)Dwa serwisy kawowe, lata 60.-80. XX w., Zakłady Porcelitu Stołowego Pruszków w Pruszkowie, porcelit szkliwiony, wyzłacany oraz gobelin Agaty Solon, 2016, stylizowany na lata 60 (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)

Jakiś przykład?

- Weźmy krzesło projektu Marii Chomentowskiej, której pod koniec lat pięćdziesiątych przywieziono resztki z fabryki sklejki, jakieś drewniane odpady i zapytano, czy można coś z tym zrobić. I co ona zrobiła? Zaprojektowała świetne, wygodne, lekkie i łatwe w utrzymaniu krzesło, które potem trafiło do każdej szkoły czy przychodni lekarskiej. To, na czym dzisiaj każemy siedzieć w szkołach naszym dzieciom, blednie w porównaniu z tamtym krzesłem.

"Projektować prosto i tanio, ze smakiem i szacunkiem dla człowieka".

- Otóż to! Polska filozofia projektowania brała się po pierwsze stąd, że przynależymy do basenu Morza Bałtyckiego - tworzymy skromnie i dla człowieka raczej niezamożnego, a nie jak w krajach basenu Morza Śródziemnego - na bogato i dla bogatych. A po drugie, duża część środowiska projektantów wywodziła się z przedwojennego PPS-u, więc myślała, tworząc przedmioty, o niezbyt zasobnym człowieku pracującym, a nie nadzianych elitach. Dlatego ówczesny dizajn był tak demokratyczny.

Tu wracamy do paradoksu świetnego projektu z niską ceną. Polscy projektanci nie rozumieli, dlaczego produkt tani nie miałby być dobrze zaprojektowany?

Dlaczego piękny projekt nie miałby być masowy? Piękno powinno być dla wszystkich i na co dzień - uważali polscy projektanci i to jest kwintesencja naszego projektowania.

Po co właściwie pani napisała tę książkę?

- Po to, żeby każdy mógł zacząć kolekcjonować. "Zacznij kochać dizajn" jest praktycznym przewodnikiem dla początkujących. Chciałam - używając normalnego języka - pokazać, że szukanie skarbów nie musi być trudne ani nudne.

Katalogi różnych fabryk z lat 1932-84 z archiwum autorki (fot. Max Zieliński)Katalogi różnych fabryk z lat 1932-84 z archiwum autorki (fot. Max Zieliński)

Ale z jakiego powodu wszyscy mieliby kolekcjonować polski dizajn?

- Żeby go ocalić przed rozjechaniem przez śmieciarki!

Pewnie ci, którzy kolekcjonują dizajn od lat, nie są z tego powodu zadowoleni. Pani zachęca, krótko mówiąc, do masowego wejścia im w szkodę.

- Trochę hejtu się już na mnie wylało, bo rzeczywiście nie wszyscy są z powodu tej książki szczęśliwi. Nie jest im na rękę, że dostęp do dizajnu i wiedzy o nim dostaną inni, ale ja to mam naprawdę gdzieś.

Chcę, żeby jak najwięcej osób zaczęło się polskim dizajnem interesować i go kupować, bo za chwilę go nie będzie. My jesteśmy dobrzy w biciu piany i rozpaczy, jak już robi się za późno. Jak zburzą kolejny modernistyczny budynek, wtedy krzyczymy i pikietujemy, a jak stał, to pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Nie chcę, żeby to samo przydarzyło się dizajnowi.

Finowie potrafią nazwać swoje najsłynniejsze produkty i powiedzieć, kto je zaprojektował. My tego nie potrafimy. Ale może niedługo to się zmieni. Dlatego trzeba zbierać, tylko z głową. Nie wolno kupować wszystkiego, należy się zdecydować na coś. Pan może, mając już talerze "Asteroid", zacząć kolekcjonować bezbarwne, prasowane szkło Drosta. Jak będzie pan miał już komplet, kupi to każde muzeum na świecie, bo przecież na takim hobby można też zarobić. Dlaczego nie? Marzy mi się też, żebyśmy kupowali przyjaciołom, rodzinie i ukochanym polski dizajn, bo to nie tylko piękne rzeczy, ale też związana z nimi fascynująca historia. Ja bym chciała taki prezent na urodziny. A pan?

Wazony reliefowe, wyzłacane z Wytwórni Wyrobów Ceramicznych Steatyt w Katowicach, lata '60 (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)Wazony reliefowe, wyzłacane z Wytwórni Wyrobów Ceramicznych Steatyt w Katowicach, lata '60 (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)

Ja też, szczególnie taki, który uzupełniałby moją kolekcję.

- Widzę, że już pan złapał bakcyla, czyli książka działa.

Działa, ale czuję, że bez porządnej wiedzy nie da się kolekcjonować.

- Proszę zacząć od biblioteki Instytutu Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie. Trzy, cztery popołudnia wystarczą, żeby zapoznać się z jakąś linią produktów: poznać nazwy, daty i miejsce produkcji, zobaczyć, jak to, co chcemy kupować, wygląda. Proponuję też wycieczki do miejscowości, w których dane rzeczy produkowano, bo regionalne muzea mają zwykle owe rarytasy w swoich kolekcjach. Po miesiącu takiego samokształcenia już nikt panu kitu nie wciśnie.

Czy do dzisiaj ostały się jakieś kultowe fabryki, jak Ćmielów?

- Tak, część istnieje, choć często przeszły w obce ręce.

Dlaczego nie produkują tych kultowych produktów?

- Bo część fabryk zniknęła, a te, które istnieją, nie mają na przykład praw do projektów. Zresztą z prawami autorskimi jest ogromne zamieszanie, bo w PRL-u nikt oczywiście nie przywiązywał do nich wagi. Jednak zanim zaczniemy produkować, zbierzmy to, co mamy dzisiaj.

Skoro już o zbieraniu mówimy, to Muzeum Narodowe w Warszawie ma wspaniałą kolekcję polskiego dizajnu, która od lat zalega w magazynach. Z jakiego powodu się nią nie chwalimy światu?

- Niech mnie pan nawet nie denerwuje. Nie mam już siły o tym mówić. Brak muzeum dizajnu w Polsce to jedno wielkie nieporozumienie, żeby nie powiedzieć wstyd. To jest kwestia decyzji, której nikt dotychczas nie potrafił podjąć. Czy naprawdę nie stać nas na zbudowanie w stolicy muzeum z eksponatami, którymi zachwycają się ludzie od Nowego Jorku do Tokio? To jest haniebne! Dlatego, skoro państwo nie potrafi ocalić tej wielkiej spuścizny, musimy to zrobić sami. Niechaj powstają minimuzea dizajnu w każdym polskim domu.

Czy dzisiaj jesteśmy znani na świecie w jakiejś branży z dizajnu? Słyszałem, że projektujemy wspaniałe jachty.

- Nie jesteśmy globalnym potentatem, nie udało nam się stworzyć w III RP żadnej światowej marki, ale rzeczywiście, całkiem nieźle radzimy sobie w paru sektorach i niszach, jak wspomniane przez pana jachty. Projektujemy też i sprzedajemy z powodzeniem bardzo dobre autobusy, tramwaje i pociągi. Jesteśmy też czwartym na świecie producentem mebli pod własnymi markami i podbijamy świat w dziedzinie projektowania usług, na przykład gier komputerowych.

W ogóle ciekawy jest nasz wkład w światowe projektowanie. Wielu znakomitych artystów, jak choćby Lubomir Tomaszewski czy Andrzej Wróblewski, wyemigrowało do USA i tam zakładało wydziały wzornictwa. Spod ich ręki wychodzili najlepsi.

Serwis Dorota, 1962, proj. Lubomir Tomaszewski, Zakłady Porcelany Stołowej Ćmielów w Ćmielowie, porcelana malowana, szkliwiona (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)Serwis Dorota, 1962, proj. Lubomir Tomaszewski, Zakłady Porcelany Stołowej Ćmielów w Ćmielowie, porcelana malowana, szkliwiona (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)

Którzy projektowali ikony dizajnu. Jak się je robi?

- Ikony dizajnu to często przedmioty, które przełamują typowe rozwiązania. Coś było produkowane przez sto lat i nagle znajduje się projektant, który to zmienia. Ikony to często nie są przedmioty produkowane w milionach egzemplarzy, ale takie, które zapoczątkowały inne myślenie w jakiejś dziedzinie. Ikoną dizajnu można też zostać ze względu na kontekst społeczny, w jakim dany przedmiot powstał, albo dlatego, że wykreował nowe zachowania ludzi. Czasami ikoną jest przedmiot, który można po prostu znaleźć w każdym domu. Jego ikoniczność bierze się z rozpoznawalności.

Pańskie szklane talerze są z pewnością ikoną polskiego dizajnu. To tak, jakby znaleźć w kredensie wazę z dynastii Ming.


Beata Bochińska.
Historyczka sztuki i dizajnu, specjalistka prognozowania trendów wzorniczych dla sieci handlowych i producentów, kolekcjonerka dizajnu "zza żelaznej kurtyny". Prowadzi warsztaty z "uzbrajania oczu" dla profesjonalistów i początkujących kolekcjonerów. Autorka bestsellerowego poradnika "Zacznij kochać dizajn" wydanego niedawno przez Marginesy i Patyna.pl.

Mike Urbaniak. Dziennikarz kulturalny i krytyk teatralny, stały współpracownik "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl. Prowadzi blog panodkultury.com.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (44)
Zaloguj się
  • mistrzglobusa

    Oceniono 181 razy 179

    Polskie wzornictwo jest olśniewające. Myśle, ze dzisiaj we wzornictwie użytkowym tez mamy coś do powiedzenia, przykladem są zakłady w porcelany w Bolesławcu. Spotkałem wyroby Bolesławca w Wiedniu na targu Świątecznym pod pałacem w Schonnbrun jak i w Anglii, akurat w Wiedniu porcelana handluje Polskie małżeństwo, ale w Belgii jest sklep prowadzony przez Belgijkę w Waterloo tylko z produktami Bolesławca i jest zachwycona wzornictwem i jakością ich produkcji. Byłem na kolacji u Amerykańskiej rodziny i mieli wyroby codziennego użytku z Bolesławca są zachwyceni jakością i wzornictwem i takim wyjątkowym wyczuciem estetyki użytkowej.

  • sapere-auso

    Oceniono 85 razy 63

    Po pierwsze - dostaliśmy ziemie zachodnie z poniemieckimi fabrykami na bardzo dobrym poziomie technologicznym.
    Po drugie - nic z tego nie zostało

  • sselrats

    Oceniono 27 razy 15

    Wzornictwo? A wglada jak dizajn.

  • lukask73

    Oceniono 18 razy 6

    „nie udało nam się stworzyć w III RP żadnej światowej marki”

    Autobusy (pod-)poznańskiej fabryki i marki Solaris są chętnie kupowane na całym świecie i są naprawdę ładne. Od niedawna zakład produkuje również tramwaje, które pomimo wad również są bardzo dobrze odbierane.

    Również polskie okna, m.in. Fakro są chętnie kupowanym za granicą towarem.

  • sselrats

    Oceniono 5 razy 5

    Polskie wzornictwo bylo olsniewajace. Na Zachodzie jak parzyli na FSO Syrena to przecierali oczy, tak olsniewala.

  • sierrapapa

    Oceniono 53 razy 1

    W dyskusji poniżej sporo miejsca zajmuje kwestia używania słowa "design". Jak myślę, tytuł książki pani Bochińskiej jest żartobliwym, a może nawet polemicznym nawiązaniem do świetnego zboirku opowiadań Marcina Wichy pt: "Jak przestałem kochać design". Przy okazji - polecam.
    A IWP, zawłaszcza w dekadzie lat 60 i na poczatku 70 było faktycznie miejscem szczególnym. Ceramika i projekty z drewna realizowane były na światowym poziomie. Trudniejszy był los projektantów AGD, maszyn czy pojazdów.
    Potencjał i zasoby zakładów poniemieckich pomagały, ale i tu bywało ciekawie. Ot, ptzykładowo, w magazynach pojawiło się tysiące dość upiornych, podświetlanych krasnali. Dyrektor zakładu podkreślił z dumą, że ocalono nie tylko linie i surowce, ale nawet dwie formy. Dzięki temu zakład ma obłożenie, wyrabia normę i plan. Po chwili na stole leżały już obie ocalone formy, w kształcie owych upiornych, roześmianych krasnali.
    Bywało i nieprzyjemnie. Pewnego dnia w drzwiach pracowni stanęło kilku smutnych panów w płaszczach. Zawezwali do salki konferencyjnej kilka osób, wyczytując nazwiska z listy. Pytali o projekt wolnostojącego wiesżaka na odzież i parasole. Wzór poszedł do produkcji kilka miesięcy wcześniej. Smutni panowie postawili na stole wyrób. Miał wysokość małej stołowej lampki... Kierownik prototypowni przyniósł dokumentację. W metryce wyraźnie widniał opis: SKALA 1:4. Nikt w fabryce nie doczytał metryczki ani nie zadał sobie pytania: po co ruszamy z produkcją kilkunastu tysięcy wieszaczków jak dla lalek?
    W zespole, w którym powstał prototypowy STAR 633 projektanci ukończyli kurs zawodowego prawa jazdy. Odbyli praktyki w terenie, setki godzin rozmawiali z kierowcami.
    Ich końcowe rekomendacje wyprzedzały epokę: rysowali przełączniki sterowania w ramieniu koła kierownicy, sugerowali rozdzielenie zawieszenia ramy nośnej i kabiny, analizowali wypoczynkową rolę kabiny, także jako miejsca relaksu po wielogodzinnej pracy.
    Inżynierowie ze Starachowic informowali osobnym pismem, że nie ma technicznej możliwości przeniesienia przełączników na ramię kierownicy. Często myślę o tym dziś, ściszając radio dotknięciem kciuka... Ale przełączniki znalazły się zatem w zinegrowanej konsoli, tuż przy dłoni kierowcy. Tak, jak to bywa i dziś.
    Najdziwniesze? Praca z osobami, które pochodziły z tzw. awansu społecznego w tamtych latachi szybko obejmowały stanowiska kierownicze w zakładach wytwórczych.
    - Czemu te prototypy są takie krzywe? Nie trzymają osi nawet na oko! - zapytał udręczonym głosem jeden z plastyków z IWP na spotkaniu w terenie.
    - No, to jest na maszynach robione, więc musi być krzywe - odpowiedział natychmiast kierownik zmiany.

    Kiedy mój Tata i jego koledzy z IWP spotykali się towarzysko, lubili poszukiwać filozoficznej głębi tej odpowiedzi...

    Takie wspominki z dawnych lat, bo za oknem deszczowy dzień.

    Pozdrawiam Sierra

  • Oceniono 2 razy 0

    Witam ja mam 2 zestawy porcelany ćmielow przed i po wojennej i nikt nie potrafi mi jej wycenic

  • tesia44

    0

    Mam komplet talerzyków do ciasta z takiego szkła prasowanego i świetny komplet do kawy z lat 60-tych. Może niezbyt ergonomiczny, ale daje radę ;) I kto by pomyslał, że to taki rarytas, hehe

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX