(fot. Anna Janowska)

Pieprz jest seksowny, bardziej niż nasiona chia. ''Używamy go codziennie, ale nic o nim nie wiemy''

Choć pieprz rośnie dziś w Wietnamie, Brazylii i Indonezji, to pochodzi z południa Indii, z Wybrzeża Malabarskiego. Szlakiem pieprzu udała się podróżniczka Anna Janowska, która napisała o nim książkę ''Monsun przychodzi dwa razy''. Rozmawiamy z nią m.in. o życiu z plecakiem i podziałach na to, co męskie i żeńskie.

Ile dni w roku spędzasz w podróży?

- Mniej więcej dwieście pięćdziesiąt, tak wynika z mojego kalendarza.

Brzmi jak praca marzeń.

- Jako nastolatka marzyłam o dołączeniu do Lekarzy bez Granic. Przygotowywałam się nawet do egzaminów do akademii medycznej. Ale zdałam sobie sprawę, że można oglądać świat z innej perspektywy niż szpitalny blok. Poszłam na dziennikarstwo, zrobiłam też specjalizację z fotografii i z PR, bo dobrze mieć dodatkowy fach w ręku. Po studiach dałam sobie trzy lata, żeby zobaczyć, czy uda mi się z pisaniem. By się utrzymać, pracowałam na ułamek etatu jako PR-owiec i wysyłałam pierwsze teksty do gazet, na początku za raczej głodowe stawki.

Anna Janowska na pustyni Wahiba. Nazwa pochodzi od jednego z omańskich plemion, więc sułtan, aby żadnego nie faworyzować, kazał nazywać ją Szarkija (wschodnie piaski) (fot. archiwum prywatne)Anna Janowska na pustyni Wahiba. Nazwa pochodzi od jednego z omańskich plemion, więc sułtan, aby żadnego nie faworyzować, kazał nazywać ją Szarkija (wschodnie piaski) (fot. archiwum prywatne)

W końcu pomyślałam "teraz albo nigdy" i rzuciłam PR. Inaczej zostałabym w tej pracy już na zawsze. Choć wiedziałam, że jak mi nie wyjdzie, to zawsze mogę wrócić. Na początku nie było łatwo. Mimo że miałam już na koncie sporo publikacji, wciąż zdarzały się miesiące, w których zarabiałam równe zero. Ale wiedziałam, czego chcę. Wykorzystywałam każdą okazję, chodziłam na wszystkie, nawet te najnudniejsze spotkania prasowe, brałam najmniejsze zlecenia. Do notek przykładałam się jak do pisania wielkiego reportażu, dotrzymywałam terminów kosztem zarywania nocy, starałam się pisać jak najciekawiej i jak najwięcej czytać, aż w końcu ktoś tam mnie zauważył. Udało mi się związać z kilkoma redakcjami i zacząć żyć z pisania o podróżach.

Ale w końcu wróciłaś na etat?

- Po sześciu latach bycia niemal non stop w podróży zupełnie opadłam z sił. Zdarzało mi się na przykład przelecieć Atlantyk cztery razy w ciągu dwóch tygodni. Z Nowego Jorku wracałam do Warszawy i dwa dni później wsiadałam do samolotu na Jamajkę. Przesadziłam, moje ciało powiedziało "stop". Dostałam propozycję etatu w magazynie i uznałam, że czas się zatrzymać.

To było dla mnie dobre, ale paradoksalnie jeszcze lepsza okazała się strata tej pracy. Wszystko odbyło się z dnia na dzień, zwolnili naczelną, a z nią całą redakcję. Nagle miałam dużo niezaplanowanego czasu. W pierwszym odruchu chciałam wyjechać, ale pomyślałam: "dziewczyno, zrób coś konstruktywnego". Na Facebooku zobaczyłam ogłoszenie, że świetny fotograf potrzebuje asystenta do ciekawego projektu. Pomyślałam, że to okazja do nauczenia się fotografii studyjnej. A potem, w tym fermencie twórczym, poczułam bardzo mocno, że chcę coś zrobić dla siebie, że to czas, żeby wreszcie napisać książkę.

Budowa łodzi dau w Bejpurze. Miasto położone na południe od Kalikatu słynie z tej sztuki od tysiąca pięciuset lat (fot. Anna Janowska)Budowa łodzi dau w Bejpurze. Miasto położone na południe od Kalikatu słynie z tej sztuki od tysiąca pięciuset lat (fot. Anna Janowska)

Jako punkt wyjścia do niej wybrałaś stary, dobry, babciny pieprz. Choć nie jest sexy ani nie jest modny. Nie kusiło cię, żeby pojechać do Meksyku śladami nasion chia?

- Wszyscy mamy pieprz w domu, używamy go codziennie, ale niemal nic o nim nie wiemy. Jeszcze chwila i będziemy myśleć, że pochodzi z tajemniczej krainy Kamis. Jak to się stało, że coś, co było tak cenne, że pchało ludzi do wypraw przez oceany, tak nam spowszedniało? To było dla mnie fascynujące. Może nasiona chia są dziś modne, ale nie wiadomo, czy takie będą za pięć lat, a pieprz jest z nami niemal od zawsze. I nawet nie zdajemy sobie sprawy, jakie fascynujące historie się z nim wiążą. I to jest sexy.

Jak zaplanowałaś trasę śladami pieprzu? Zdecydowałaś się np. pominąć kraje, które obecnie dominują w eksporcie przyprawy.

- Pieprz był pretekstem do mojej podróży. I choć rośnie dziś w Wietnamie, w Brazylii i w Indonezji, to pochodzi z południa Indii, z Wybrzeża Malabarskiego. To dlatego moja książka zaczyna się w Kerali. Tu właśnie po pieprz i inne przyprawy przypłynął Vasco da Gama, wytyczając drogę morską z Europy do Indii. Ja pojechałam na plażę, na której wylądował, i do miasta, które zniszczyły działa portugalskich przybyszów. I - przede wszystkim - do dżungli, z której pieprz pochodzi. Wciąż tam rośnie, za towarzystwo mając słonie i tygrysy. Odwiedziłam też plantacje, spotkałam drobnych farmerów i wielkich hurtowników, a także brałam udział w warsztatach konstruktorów tradycyjnych łodzi dau, które dzięki monsunom umożliwiały rejs ku wybrzeżom Afryki i ku Półwyspowi Arabskiemu.

Śladem tych wiatrów i kupców dotarłam do Omanu. Odwiedziłam starożytne porty, pełne bogactwa bazary, a dawne szlaki handlowe pchnęły mnie ku wybrzeżom Afryki, na Zanzibar, gdzie jeden z sułtanów Omanu przeniósł kiedyś stolicę tego kraju. To dzięki Omańczykom cieszy się on dziś sławą "wyspy goździków". I choć to one są tu najważniejsze, na archipelagu uprawia się też pieprz. Biorąc pieprz i monsuny za przewodnika, chciałam pokazać fascynującą plątaninę zależności, które łączą Keralę, Oman i Zanzibar.

Produkcja pieprzu to męska domena, za to świat kardamonu należy do kobiet. Puste ziarna odsiewa się przed podrzucanie na tacach, te uszkodzone trzeba wybrać ręcznie (fot. Anna Janowska)Produkcja pieprzu to męska domena, za to świat kardamonu należy do kobiet. Puste ziarna odsiewa się przed podrzucanie na tacach, te uszkodzone trzeba wybrać ręcznie (fot. Anna Janowska)

Afryka, Półwysep Arabski, Indie tuż po fali brutalnych gwałtów. Jeździsz sama w miejsca nieoswojone, nawet niebezpieczne. Ty się jeszcze boisz?

- Trochę bałam się Indii. Byłam tam wcześniej kilka razy, także sama. Nie wierzę, że gwałty się wtedy nie zdarzały, po prostu były mniej nagłośnione. Miałam więc przywilej nieświadomości, dziś nie pozwoliłabym sobie na taką beztroskę jak 10 lat temu.

Podróżując samotnie, starałam się zminimalizować ryzyko. Nie chodziłam do barów, bo to jak proszenie się o kłopoty. Nie jeździłam nocnymi pociągami, unikałam autobusów, które są bardzo zatłoczone i gdzie łatwo o niechciany dotyk. Obmacywanie mi się wcześniej zdarzyło i skończyło się awanturą. Instynktownie uderzyłam agresora butelką wody, którą trzymałam w ręku, a on wydawał się mocno zdziwiony. Przecież nie robił nic niezwykłego...

W podróży ubierasz się jak miejscowe kobiety?

- W kraju, w którym kobiety noszą sari po kostki, nie chodziłabym przecież w szortach, bo czułabym się naga. Większość ciuchów kupowałam na miejscu. Podczas rejsu na Backwaters w Kerali poznałam mężczyznę, który był głównym projektantem u Donny Karan. Wysłał mnie do sklepu w Koczinie, gdzie kupiłam sobie tyle ciuchów z cieniutkiej bawełny, że mogłam z nich usypać półmetrową kupkę. I to były moje "stroje robocze".

(fot. archiwum prywatne)Omanka w abaji i hidżabie przyłapana podczas robienia selfie(fot. Anna Janowska)

W Omanie nie nosiłam chusty na głowie, ale też nie chodziłam z rozpuszczonymi włosami, bo to wabik seksualny. Zawsze miałam szal na ramionach, długie i szerokie spodnie lub spódnicę. Czasem się nawet w takim stroju kąpałam. Na przykład na trekkingu w dolinie Wadi Shab było tak gorąco, że musiałam się schłodzić. Wokół omańskie rodziny piknikujące w cieniu, więc nawet nie przyszło mi do głowy, by tak jak inne turystki rozebrać się do bikini. Pływałam tak jak stałam, w szarawarach i T-shircie. Zażartowałam, że kąpię się jak arabska kobieta, ale mój przewodnik skomentował: "Widzisz tu jakąś arabską kobietę, która by pływała? Wyglądasz raczej jak Hinduska".

Skromny strój chyba nie znaczy, że Arabki nie są próżne? W Omanie zrobiłaś niesamowite zdjęcie dziewczyny w abai i hidżabie, która robi sobie selfie z selfie sticka.

- Widziałam też, jak kobiety z welonami całkowicie zasłaniającymi twarze robiły sobie selfie, co wyglądało bardzo zabawnie, ale ja nie miałam odwagi zrobić im zdjęcia, bo naraziłabym się na szybką ripostę ze strony męża albo brata. Pod abajami Arabki mają piękne ubrania. Malują się bardzo mocno, żeby nie "zniknąć" zupełnie - wśród zwojów tkaniny widać tylko twarz i dłonie.

Ja abaję włożyłam raz, w Wielkim Meczecie w Maskacie. Wiedziałam, że do meczetu należy się szczególnie starannie ubrać. Miałam długą spódnicę, rękaw do łokcia, ale strażnik zatrzymał mnie przy drzwiach. W wypożyczalni dostałam poliestrową abaję. Wkładasz na siebie zwój materiału, który ma za długie rękawy i do tego plącze się pod nogami. Tracisz tożsamość, czujesz się niewidzialna. Ten sam strażnik, który wcześniej mnie zatrzymał, w abaji nawet mnie nie zauważył. Ten strój wymusza pewne dostojeństwo. Nie podbiegniesz, nie podskoczysz, spocisz się jak mysz. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Nagle wszystko to, co my, Europejczycy, uważamy za kobiece, gdzieś uleciało.

(fot. Anna Janowska)Na Zanzibarze życie toczy się w rytmie pływów oceanu. Szczególnie dla kobiet pracujących przy zbieraniu alg(fot. Anna Janowska)

Wiele o relacjach płci mówi w twojej książce scenka z jednego z rozdziałów o Omanie: kelner nie pozwolił ci dojść do głosu i zamówić śniadania, rozmawiał tylko z twoim przewodnikiem.

- Arabki czasami zasłaniają się mężczyznami, wiedzą, że oni wszystko załatwią. Ten kelner z góry założył, że zjem to samo, co mój towarzysz, albo że on zamówi dla mnie. Ale gdy w takich sytuacjach protestowałam, zaczynano mnie zauważać, choć kończyło się to na ogół tak, że zestresowany kelner i tak wszystko mylił.

Oman jest dość liberalnym krajem, bardzo wiele kobiet studiuje. Ale po ukończeniu studiów górę bierze wymaganie kulturowe, żeby się poświęcić rodzinie. Jednak część kobiet normalnie pracuje, to nie Arabia Saudyjska. Tylko konta na Facebooku mają praktycznie wyłącznie mężczyźni.

Opisujesz bardzo rozdzielne płciowo światy. W twojej książce imbir i kardamon to domena kobiet, pieprz i łodzie - mężczyzn. Te podziały są tak mocne, czy to zabieg literacki?

- Kardamon zbiera się, siedząc w kucki, przebierając owoce i kwiatostany, a później ręcznie oddzielając wadliwe nasiona. Żaden facet nie miałby do tego cierpliwości! Z kolei budowa łodzi dau to ciężka, fizyczna praca, rzeczywiście robią to tylko mężczyźni. Podobnie jest z pieprzem. Jego pnącza potrafią osiągać dobre dziesięć metrów wysokości. By go zebrać, na wysokie drabiny wspinają się głównie mężczyźni. To oni tłuką w pieprzowe grona liśćmi palmy, by oddzielić ziarenka od szypułek. To oni przerzucają kilogramy pieprzu suszącego się na słońcu, a potem ładują go w worki.

(fot. Anna Janowska)Plaża w zanzibarskiej wiosce Nungwi. Na wodzie unoszą się mniejsze łodzie dau, służące lokalnym rybakom(fot. Anna Janowska)

Dość płynnie przenikałam ze światów czysto kobiecych do tych czysto męskich. I wokół tego zbudowałam narrację. Oman był bardzo męski. Pustynia, ocean, handel kadzidłem to domena mężczyzn. Kobiecość symbolizuje dla mnie Zanzibar.

Do którego świata było trudniej przeniknąć?

- Paradoksalnie do świata kobiet. Mężczyzn po prostu spotykałam na ulicy, szczególnie w Omanie. Aby poznać kobiecy świat Zanzibaru, musiałam dużo czasu poświęcić na budowanie relacji. Warto mieć przewodniczkę, która otworzy go przed tobą. Ja poznałam taką osobę, pół Niemkę, pół Holenderkę, która prowadzi spa oparte na tradycyjnych recepturach. Przyjechała do Zanzibaru w 2000 roku, w czasach zachłyśnięcia się masowymi kosmetykami z Zachodu. Chciała ocalić stare receptury od zapomnienia, ale nie mogła po prostu chodzić po ulicy i wypytywać o metody pielęgnacji. Zanzibarki strzegły tych tradycji jak skarbu, musiała długo budować ich zaufanie. One np. okadzają dom mieszanką żywicy i perfumowanego drewna. Każda z nich ma na nią inny przepis, receptura przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Nie dzielisz się tym, jak pachnie twój dom.

Z twojej książki wynika, że życie zanzibarskich kobiet do łatwych nie należy...

- Wiele dorabia na farmach alg, to ciężka praca, ale też często jedyna szansa na dodatkowy dochód. Boom na algi zaczął się w latach 80. Do zakładania farm zachęcano właśnie kobiety, na plakatach pisano "mwani is money", algi to pieniądze. Ale ceny spadły, a ocieplenie wód w oceanie zmniejszyło plony. Teraz farmerki zarabiają 12-20 dolarów miesięcznie. Kilogram suszu kosztuje tylko 26 centów, skupują go koncerny kosmetyczne, wytarzają na jego bazie luksusowe kremy, które potem sprzedają za ogromne pieniądze.

Zanzibarki, które uprawiają algi, są u podstaw finansowej piramidy. Dopiero się dowiadują, że można żyć inaczej i na glonach zarabiać więcej. Byłam w fundacji, która uczy je przetwarzać algi i robić z nich np. mydełka warte już 3 dolary.

Zawód podróżnik ma jakieś wady? Każdy by pewnie chciał odejść od biurka i ruszyć na Zanzibar.

- Kiedy podróżujesz sama i coś się sypie, to nie możesz tupnąć nogą ani się rozpłakać, musisz sobie poradzić. Najgorsza jest fizyczna niedyspozycja. Kiedyś zupełnie się rozłożyłam w Varanasi - świętym mieście, do którego hindusi przyjeżdżają, żeby umrzeć, i ja też mniej więcej tak się czułam. To był czas przed monsunem, ogromna susza i nawet Ganges niósł już niewiele wody. Nie wiem, czy kucharz z braku innej wody przyrządził mi posiłek na tej prosto z rzeki, czy zatruł mnie upał, ale na kilka dni straciłam kontrolę nad moim organizmem. Byłam tak odwodniona, że nie miałam siły stać. Pomogły mi jakieś zielone i niebieskie pastylki ajurwedyjskie, polecone nie przez lekarza, a aptekarza. Ich kolor nie budził zaufania, ale nie miałam wyboru. Poza tym nie mogłam już czuć się gorzej.

Książka ''Monsun zawsze przychodzi dwa razy...'' ukazała się nakładem wydawnictwa Agora (fot. materiały prasowe / Marek Straszewski)Książka ''Monsun zawsze przychodzi dwa razy...'' ukazała się nakładem wydawnictwa Muza SA (fot. materiały prasowe / Marek Straszewski)

Nie jestem żadnym herosem, ale myślę, że samotne podróżowanie bardzo wzmacnia charakter. Inna sprawa, że podróżnik to nie jest typowo kobiecy "zawód". Jest taka piosenka, której słów, notabene autorstwa świetnego tekściarza, Wojciecha Młynarskiego, bardzo nie lubię: "bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać". U mnie z założenia jest odwrotnie. Mamy XXI wiek, ale gdzieś głęboko w głowach wciąż zakodowane, że nie wypada. Mnóstwo kobiet podróżuje, ale nadal zdarza mi się, że ktoś się głośno zastanawia: Ale jak to? Tak sama? Nie boisz się? Co twój facet na to? Czy masz rodzinę? A co z dziećmi? Słyszę pytania, których mężczyzna nigdy nie usłyszy.

Gdybyś była facetem, to inaczej by postrzegano twoją pracę?

- Gdybym była facetem, to pewnie byłabym Indianą Jonesem.


Książka ''Monsun przychodzi dwa razy'' jest dostępna w promocyjnej cenie w Publio.pl >>


Anna Janowska.
Podróżniczka, dziennikarka i fotografka. W domu ma zawsze dwie walizki: jedną już spakowaną, drugą wciąż nierozpakowaną. Od lat w podróży - w poszukiwaniu ciekawych miejsc, ludzi, smaków i tematów artykułów. Współpracowała z magazynem "Voyage", teraz publikuje w "National Geographic Traveler" oraz pismach kobiecych: "Pani", "Elle", "Twój Styl", "Uroda Życia", "Viva!". Prowadzi bloga janowska.pl

Natalia Kędra. Redaktor prowadząca Follow.gazeta.pl, Lead Fashion Editor Gazeta.pl, wcześniej redaktorka Elle.pl. Kulturoznawczyni z wykształcenia i zamiłowania, pismak z natury. Namiętnie ogląda wszystkie seriale Ameryki oraz filmy, o których nikt nigdy nie słyszał. Gdy nie pisze, jeździ po Azji z plecakiem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (34)
Zaloguj się
  • Oceniono 11 razy 5

    niesamowite zdjęcie dziewczyny w abai i hidżabie, która robi sobie selfie z selfie sticka.........................niesamowite

  • Jaś Brawo

    Oceniono 21 razy 1

    Dla myślących inaczej. Sexy znaczy też powabny, atrakcyjny tajemniczy, ale się komuś kojarzy wyłącznie z bzykiem to może to za trudna lektura.

  • hmhotpl

    Oceniono 33 razy 1

    tylu komentujących malkontentów, że trzeba napisać coś dla równowagi :) wyprawa na plantacje przypraw podczas wizyty w kerali - rzeczywiście obowiązkowa, mówię z autopsji. backwatersy z kolei to bardziej już dziś skansen dla turystów, można popływać, można sobie odpuścić. choć na moje fotki z wyrobu lin/ sznurów z włókien kokosa do dziś patrzę z rozrzewnieniem.
    pani anno, pani natalio, dobra robota. wywiad ciekawy, a książkę kupię dla żony pod choinkę tego roku pańskiego. przypomni pełną przygód i ekspresji naszą podróż do południowych indii. trochę kardamonu z kerali przywiezionego w walizce do dziś czeka na specjalne okazje w szufladzie. ubywa po trochu, bo jakimś dziwnym trafem jest bardziej aromatyczny niż ten "kupny" ze sklepu :)
    a zgorzknialcom życzę pełnej słońca, kolorów i zapachów podróży. daje uśmiech, otwiera na ludzi i takie tam.

  • mariusz2010

    Oceniono 17 razy -1

    Tytuł powinien być "chwytliwy" ( czyli zwracający uwagę ). Powinien także przyciągać tych czytelników, którzy mają podobne pragnienie i odczucia. I to się autorce udało. Chętnie przeczytam jej książkę.
    Pieprz zaś, przez swą pikantność, skojarzenie ze słońcem południa, może być jednym z symboli seksu. ;)
    W każdym razie wolę taki symbol, niż flaki z olejem lub mydełko Fa.

  • Andrzej Duxa

    Oceniono 32 razy -2

    "Pieprz jest seksowny, bardziej niż nasiona chia."

    bełkot

  • member11

    Oceniono 5 razy -3

    " Przygotowywałam się nawet do egzaminów do akademii medycznej.Poszłam na dzienikarstwo".Bo co,brakło rozumu?

  • dzidka17

    Oceniono 11 razy -3

    Panowie, w Waszych komentarzach razi szowinizm i zwyczajna zazdrość .Nie kompromitujcie się proszę .Żal Wam to spróbujcie podróżować nie tylko dla relaksu ale dla poznania swiata .
    Dla mnie podróże są fascynujące ,odkrywcze . Podziwiałaam zawsze relacje z podróży p.Tony Halina i Elżbiety Dzikowskiej, jestem wielką fanką p.Martyny Wojciechowskiej i wielu podróżników, którzy potrafią pieknie dzielić się swoimi przygodami i wrażeniami z niezwykłych podróży . Miałam okazję poznać podróżnika-Hiszpana ,który pracuje dla Nationale Geographic ,oglądałam przepiekna projekcję Jego filmów z podróży w różne rejony świata to była fascynująca "wirtualna przygoda" ,której nigdy nie zapomnę .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX