(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)

wywiad Gazeta.pl

''Dla zwierząt dzień uboju jest szczęśliwszy niż te spędzone w ciasnych klatkach''. Prawda o fermach futrzarskich

Niewola w klatce o powierzchni 0,6 metra kwadratowego, otwarte, ropiejące rany, choroby układu nerwowego - to codzienność zwierząt z futrzarskich ferm. - Żadne zdjęcia nie są w stanie oddać prawdziwego cierpienia, jakiego doświadczają - mówi Paweł Rawicki ze stowarzyszenia Otwarte Klatki, które współorganizuje trwającą właśnie ogólnopolską akcję Tydzień Bez Futra.

Po co nam naturalne futra, skoro istnieją sztuczne, dobrze wyglądające substytuty? Chodzi o fetysz, oznakę prestiżu?

- Cóż, towary luksusowe od zawsze funkcjonowały niejako na przekór etyce. Weźmy choćby kulinaria: przygotowanie dania w rodzaju foie gras wymaga szczególnego okrucieństwa. W tym wypadku jest podobnie.

Zdarza się jednak, że kupujemy prawdziwe futro nieumyślnie.

- To prawda, wiele osób nie ma pojęcia, że kupuje odzież, której elementy - na przykład obszycia kapturów i rękawów - zostały wykonane z naturalnego futra. Wynika to z faktu, że podczas produkcji w zakładach futrzarskich powstaje sporo odpadów, które można jeszcze wykorzystać. Sporym problemem są również fałszywe oznaczenia na metkach, które wprowadzają nas w błąd. Informuje się nas, że mamy do czynienia z elementami ze sztucznych materiałów, podczas gdy futro jest w stu procentach naturalne.

(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)

Polska stała się jednym z niechlubnych liderów, jeśli chodzi o przemysł futrzarski w UE. Około 750 ferm, które działają na terenie całego kraju, daje nam miejsce w pierwszej trójce. Jak do tego doszło?

- Trudno jednoznacznie określić, jaka była główna przyczyna. Jednym z czynników jest niewątpliwie fakt, że Polska jest krajem rolniczym. Znajduje się tu wiele gospodarstw, w których hoduje się trzodę chlewną i drób. Wytwarzają one dużo ubocznych produktów, tak zwanych odpadów ubojowych. A te można z kolei wykorzystać chociażby do skarmiania norek.

W dodatku ostatnio coraz więcej holenderskich producentów decyduje się na rozpoczęcie działalności na terenie Polski. W ich kraju przemysłowa hodowla zwierząt futerkowych została niedawno zakazana.

Przez lata prowadziliście szczegółowe śledztwo, które pozwoliło wam poznać funkcjonowanie ferm od wewnątrz. Raport i materiały, które opublikowaliście, są zatrważające.

- Przyznam, że wydawało nam się, że sporo już widzieliśmy i że nic nas nie zaskoczy. Tymczasem trudno wyprzeć z pamięci widok sterty oskórowanych norek wyrzuconych przez pracowników za płot fermy czy tuszek lisów rozwieszonych jak na sznurze do prania. Myśleliśmy, że istnieją hodowle mniej i bardziej profesjonalne, ale nasze śledztwo szybko to zweryfikowało. Sytuacja zwierząt i warunki na fermie Rajmunda Gąsiorka, wiceprezesa Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych, niczym nie różni się od tej, którą zastaliśmy w kilkudziesięciu innych zakładach...

Wszędzie napotykaliśmy na te same choroby i patologie. Oczywiście nie twierdzimy, że w fermie, na której znajduje się parę tysięcy zwierząt, absolutnie wszystkie osobniki są pogryzione i mają otwarte rany. Jest to jednak pokaźny odsetek w każdym z takich miejsc. W dużych hodowlach norek codziennie zdycha z różnych powodów kilkadziesiąt zwierząt. Odchody dosłownie pływają po całej powierzchni fermy. Zaskakujące, że ktokolwiek jest w stanie pracować w takich warunkach.

(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)

Jak udało się wam przeniknąć do wnętrza przemysłu?

- Sięgaliśmy po wszelkie możliwe sposoby. Czasem właściciel hodowli pozwalał nam na przeprowadzenie kontroli. Zdarzało się, że aktywiści śledczy odwiedzali fermy wtedy, kiedy nie było tam żadnych pracowników. Niektórzy decydowali się nawet na podjęcie pracy w hodowli.

Poznaliście więc punkt widzenia tzw. szeregowych pracowników ferm.

- Owszem, i trudno nie odnieść wrażenia, że wielu z nich pracuje tam z przymusu związanego na przykład z sytuacją majątkową. Poznaliśmy sporo osób, które po dość krótkim czasie zrezygnowały z tego zajęcia, po prostu nie dawały rady psychicznie. Nie jest więc tak, że wszyscy zatrudnieni na fermach to okrutni, pozbawieni uczuć ludzie.

Z drugiej strony, oczywiście zdarzają się pracownicy, którzy nie radzą sobie choćby z przenoszeniem lisów z klatki do klatki, więc pomagają sobie, bijąc zwierzęta prętami. Słyszeliśmy też o podłościach w rodzaju urządzania walk norek zamykanych w jednej klatce i tym podobnych. Wśród osób pracujących na fermach są też ludzie, którzy tkwią w całym przemyśle tak głęboko, że nie potrafią traktować lisów czy norek jak wolnych, niezwiązanych z klatką istot. Ale jednocześnie z zasłyszanych rozmów wiemy, że niektórzy z nich uważają je za naprawdę piękne, można było nawet odnieść wrażenie, że je podziwiają. Ale nie na tyle, by im współczuć. Może uprzedmiotowienie zwierząt staje się jedynym sposobem na to, aby przetrwać na fermie.

Demonstracja przeciwko fermom futrzarskim. Warszawa, listopad 2016 (fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)Demonstracja przeciwko fermom futrzarskim. Warszawa, listopad 2016 (fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)

Nie wszystkie zwierzęta, które spotkamy w hodowlach, są chore i okaleczone, ale wszystkie czeka ten sam koniec.

- Wszystkie, poza potrzebnymi do celów rozrodczych reproduktorami, którym pozwala się pożyć ponad dwa lata. Reszta jest uśmiercana po około sześciu miesiącach. Lisy i jenoty zabija się poprzez włożenie im do pyska i odbytu elektrod, które tworzą obieg zamknięty. Przepisy ministerialne jasno wskazują, że porażenie prądem musi potrwać przynajmniej trzy sekundy. Norki natomiast zagazowuje się w przeznaczonych do tego maszynach. Następnie zwierzęta są rzecz jasna skórowane. Użyte w fermach metody zabijania pozwalają na nieuszkodzenie futra. Paradoksalnie jednak dla większości osobników dzień uboju jest szczęśliwszy niż poprzednie miesiące spędzone w ciasnych klatkach.

Poza obrażeniami fizycznymi można też mówić o urazach psychicznych. W raporcie pisaliście między innymi o jenocie, który przez kilka miesięcy nie ruszył się z miejsca ani o centymetr.

- Na tym również polega problem: najbardziej do wyobraźni przemawiają uszkodzenia ciała, skóra obgryziona aż do kości, choroby dziąseł. Ale zdjęcia nie oddają cierpienia o innym charakterze. Zwierzęta zapadają np. na stereotypię, polegającą m.in. na uporczywym powtarzaniu tego samego ruchu, a także na apatię, o której przykładzie wspomniałeś.

Skoro najbardziej przemawiają do nas obrazki: jakie obrażenia są twoim zdaniem najdrastyczniejsze?

- Wskazałbym na ugryzienia znajdujące się na karkach norek, uraz bardzo charakterystyczny dla tych zwierząt. Niekiedy rana sięga aż do czaszki. U lisów bardzo popularne są natomiast infekcje oczu i choroby jamy ustnej, co widać na naszych fotografiach. Dość częste są też przypadki kanibalizmu, szczególnie u młodych osobników.

(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)

Pod względem liczby hodowli jesteśmy w czołówce, a pod względem stosowania się do przepisów poprawiających sytuację zwierząt - na szarym końcu?

- Polskie prawo nie różni się znacząco od tego, jakie funkcjonuje w innych krajach, w których zezwala się na prowadzenie ferm futrzarskich. Problemem jest sam fakt przetrzymywania dzikich zwierząt w warunkach hodowlanych.

W Szwecji zwiększono przepisową minimalną powierzchnię, jaką trzeba zapewnić jednemu zwierzęciu, do około piętnastu metrów kwadratowych.

- W tym wypadku mówimy akurat o wybiegu prawnym, który szczęśliwie doprowadził do tego, że hodowla stała się tam zupełnie nieopłacalna. Więcej przestrzeni to mniej osobników, a zarazem wyższe koszty produkcji.

Przepisy dotyczące warunków życia zwierząt są podobno tworzone na bazie danych naukowych, które wskazują na ich potrzeby. To nonsens. W polskim rozporządzeniu regulującym warunki hodowli lisa polarnego jest zapis, że hodowca musi mu zapewnić przestrzeń o powierzchni co najmniej 0,6 metra kwadratowego. Temu samemu lisowi, jeżeli znajduje się w ogrodzie zoologicznym, przysługuje około 20 metrów kwadratowych. Ta rozbieżność doskonale pokazuje, że nie chodzi o dane naukowe i potrzeby, a jedynie o to, do jakich celów przeznaczono dane zwierzę.

Na stronie cenafutra.info można znaleźć infografikę dotyczącą terytorium, jakie zajmują w środowisku naturalnym lisy. Czytamy, że to około "140 muraw Stadionu Narodowego". Znacznie więcej niż 0,6 metra kwadratowego...

- W tamtym wypadku chodziło akurat o lisa pospolitego. Lisy polarne potrafią w krótkim czasie przemierzać po kilkaset kilometrów, więc ich przestrzeń życiowa jest jeszcze bardziej rozległa.

W rozporządzeniach Ministerstwa Rolnictwa o hodowli zwierząt futerkowych wielokrotnie pada określenie "dobrostan", które znaczy tyle, co zapewnienie mieszkającym na fermach osobnikom godnych i bezpiecznych warunków. To w ogóle możliwe, gdy przetrzymuje się je na tak małej powierzchni?

- Zdecydowanie nie. Warunki, w jakich mieszkają zwierzęta, niekoniecznie wynikają ze szczególnego okrucieństwa hodowców, ale z faktu, że przepisy pozwalają na rozmaite praktyki. Podstawowy problem jest następujący: już samo przetrzymywanie dzikich zwierząt w klatkach jest okrutne i szkodliwe. Weźmy choćby norki, które w naturalnych warunkach właściwie nie widują się z innymi osobnikami ze swojego gatunku. W hodowlach natomiast otacza je kilkaset lub kilka tysięcy innych norek, co wyzwala w nich strach i agresję.

(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)

Niektórzy starają się nas przekonać, że mówimy tak naprawdę o zwierzętach domowych. To jednak absurd, który przeczy biologii. Ostatni przypadek udomowienia lisa pochodzi z lat 50. Pewien radziecki naukowiec, Dmitrij Bielajew, prowadził eksperyment genetyczny.  Wybrał do hodowli najłagodniejsze osobniki mieszkające na fermach. Udało mu się po jakimś czasie "uzyskać" lisy, które pod względem temperamentu przypominały psy, miały oklapnięte uszy, przybierały specyficzną pozycję ciała.

Podobno Polski Związek Hodowców ma istotny wpływ na nasze ustawodawstwo. Istnieje w takim razie futrzarskie lobby?

- Istnieje, a co więcej: postępuje według ścisłej, długofalowej strategii. Mowa przede wszystkim o hodowcach norek. Istnieje choćby Fundacja Wsparcia Rolnika Polska Ziemia. Została założona przez Szczepana Wójcika, właściciela przynajmniej kilku ferm. Celem działania tej instytucji ma być rzekomo promocja polskiego rolnictwa, jednak w jej skład wchodzą głównie hodowcy, którzy wciągają na listy swoich ekspertów pracowników Ministerstwa Rolnictwa oraz ludzi związanych z resortem.

Inny przykład: gdy pojawił się postulat wpisania norki amerykańskiej na listę gatunków inwazyjnych, co mogłoby spowodować utrudnienia w prowadzeniu hodowli, naciski ze strony wspomnianego lobby sprawiły, że pomysł zarzucono. Jedyna zmiana to podwójne ogrodzenie, która ma od 2018 otaczać fermy, żeby utrudnić zwierzętom ucieczkę.

Znane są nam również przypadki osób, które rozpoczynały współpracę z Otwartymi Klatkami tylko po to, by śledzić i rejestrować nasze poczynania i w dogodnej sytuacji móc nas oczernić i skompromitować.

Część posłów otrzymuje listy, których nadawcami są ponoć pracownicy hodowli, sprzeciwiający się jakimkolwiek restrykcjom związanym z tym przemysłem. Nie twierdzę, że ta korespondencja jest fałszywa, jednak styl i charakter wypowiedzi jasno wskazuje, że ich treść została przez kogoś podyktowana. Oczywiście niektóre osoby związane z branżą protestują przeciwko ewentualnym zakazom zupełnie szczerze, z obawy, że stracą źródło dochodów. Skupiamy się teraz na przeforsowaniu zakazu hodowli lisów i jenotów. Gdybym miał szacować - bo nie istnieją żadne rzetelne dane na ten temat - tego typu hodowle tworzą w Polsce około 100-200 etatów, wliczając w to właścicieli.

(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)

Wspomniałeś jednak o tym, że największą siłę stanowią hodowcy norek. Dlaczego wasz protest dotyczy jedynie psowatych?

- To nasz pierwszy krok. Oczywiście, możemy marzyć o zamknięciu wszystkich ferm, należy jednak patrzeć na sprawę realnie i pragmatycznie. Cały proces to kwestia jakichś pięciu-dziesięciu lat. Zakaz hodowli psowatych jest natomiast w naszym zasięgu. Mamy choćby przykład holenderski: w 1998 r. zakazano hodowli lisów i jenotów, natomiast dopiero w 2012 r. nowe przepisy uderzyły również w fermy norek. Tamtejsi hodowcy starają się cofnąć ten zakaz, planują nawet złożyć skargę w Trybunale Praw Człowieka. Brzmi to kuriozalnie, ale kto wie, co może się wydarzyć?

Jak dowiadujemy się ze stron internetowych Otwartych Klatek, wasze postulaty dotyczące hodowli zwierząt futerkowych popiera 66 proc. społeczeństwa. Czujecie to wsparcie?

- Zdecydowanie. Niemal codziennie dostajemy bardzo dużo wiadomości od osób, które nie chcą, aby tego typu zakłady powstawały w ich okolicy.

A czy nie jest trochę tak, że wielu z nich przeszkadza przede wszystkim odór, jaki powstaje w wyniku funkcjonowania hodowli, natomiast wątek etyczny schodzi na drugi plan?

- Być może za protestami nie zawsze stoi jakaś głębsza myśl. Pamiętajmy jednak, że argument o wszechobecnym smrodzie, który obniża komfort życia mieszkańców i atrakcyjność turystyczną okolicy, jest dla wielu bardziej precyzyjny i w efekcie skuteczniejszy niż te dotyczące empatii.

(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)(fot. Otwarte Klatki / Flickr.com)

A jak chcecie przekonać nieprzekonanych? Wśród wielu osób organizacje prozwierzęce i ekologiczne budzą podejrzliwość, są posądzane o histerię i "oszołomstwo".

- Zmiana dokonuje się w zupełnie naturalny i spontaniczny sposób. Spotykamy ludzi, którzy nie byli wcześniej zainteresowani warunkami życia zwierząt futerkowych, a po zapoznaniu się z naszymi materiałami znacznie uwrażliwili się na sprawę. Staramy się też zainteresować całą sytuacją polityków, którzy mogliby stać się rzecznikami zmian na lepsze, oraz współpracujemy z firmami zwierzęcymi, które, również dzięki naszym działaniom, odchodzą powoli od korzystania z futer naturalnych. Przykładem jest choćby koncern LPP, właściciel takich marek jak Mohito czy Reserved.

Bardzo istotne jest też wsparcie znanych osób, które decydują się przyłączyć do naszej akcji. W ten sposób jesteśmy w stanie dotrzeć do ich fanów. Nie ma się jednak co łudzić: sama zmiana społeczna nie załatwi sprawy. Muszą jej towarzyszyć zmiany prawne.

W polskim parlamencie nie ma jednak ani jednej partii, która zdradzałaby, choćby na poziomie deklaracji, ekologiczne sympatie.

- To też nieco bardziej skomplikowana kwestia. Jako przykład podam Prawo i Sprawiedliwość, które wśród wielu osób ma łatkę partii zupełnie niezainteresowanej sprawami środowiska. Tymczasem Janusz Wojciechowski z PiS jeszcze niedawno szefował działającej blisko Parlamentu Europejskiego Intergrupie ds. Ochrony Zwierząt. Na spotkaniach w sprawie protestów lokalnych społeczności przeciwko fermom norek często pojawiali się właśnie przedstawiciele partii rządzącej.

Z drugiej strony wiemy, że hodowcy norek również starają się wpływać na posłów związanych właśnie z PiS. Paweł Suski z PO już w zeszłej kadencji przedstawił projekt zakazujący hodowli zwierząt na futro, niestety prace nad nim zostały przerwane wraz z końcem kadencji sejmowej. Teraz zapowiada on podjęcie nowych działań na rzecz nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt.

Paweł Rawicki ze stowarzyszenia Otwarte Klatki (fot. archiwum prywatne)Paweł Rawicki ze stowarzyszenia Otwarte Klatki (fot. archiwum prywatne)

W każdym z ugrupowań mamy zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Staramy się więc pracować nad tym, by tych pierwszych było coraz więcej i by była to sprawa ponadpartyjna. Dlatego tak ucieszyło nas, że na organizowanym przez nas Dniu Bez Futra pojawili się politycy z różnych formacji politycznych.

Paweł Rawicki. Ur. 1983. Aktywista, właściwie od zawsze zainteresowany ochroną zwierząt. Wiceprezes stowarzyszenia Otwarte Klatki, inicjatywy, którą współtworzy od pięciu lat.

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl i Wirtualnej Polski. Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ.

Zobacz także
Komentarze (117)
Zaloguj się
  • pachikun

    Oceniono 214 razy 188

    To sa obozy koncentracyjne tylko, ze dla zwierzat gdzie zaloga postepuje tak samo jak postepowali nazisci wobec pod-ludzi czyli tych mniej wartosciowych- to ze w kraju ktory przeszedl taka gehenne wojenna gdzie masowo mordowano ludzi toleruje sie takie same przybytki dla zwierzat gdzie zasady i postepowanie sa takie same jak w obozach koncentracyjnych jest skandalem, hipokryzja i kompletnym zdziczeniem tego spoleczenstwa i kraju i oznacza kompletny brak jakiejkowiek moralnej, etycznej i historycznej refleksji.

  • vitmik

    Oceniono 48 razy 34

    Fakt, to nie średniowiecze ze by się ubierać w futra Ale.... hodowle to jedno, czemu nie napiszecie jakie firmy skupuja skóry i robią z nich okrycia, i kto te okrycia kupuję i w nich chodzi, wtedy będzie to uczciwe. Ktoś generuje popyt na taki towar

  • sorrry

    Oceniono 287 razy 27

    A mnie interesuje, kim są antyfutrzarscy aktywiści z zawodu, jakie mają wykształcenie, gdzie pracują. Tego rodzaju artykuły nigdy nie zawierają tych interesujących danych.

  • wojtem

    Oceniono 58 razy 6

    Nie ma nic lepszego niz naturalne futro. Nie nieszczy srodowiska chemia. Z chorych i poranionych zwierzat nie ma dobrej jakosci futer

  • adrasteia

    Oceniono 80 razy 2

    Jak ja nienawidze ludzi, za te wszyskie okrucieństwa, za ten brak szacunku do zwierzat. Życzę tym wszyskim barbarzyńcom żeby spotkalo ich co najgorsze.

  • Oceniono 3 razy 1

    A gdybysmy pootwierali te klatki pod oslona nocy?i wypuscili te zwierzeta☺

  • discordia93

    Oceniono 5 razy 1

    Jeśli jesteście zainteresowani podobnymi tematami. Czyli jak sadyści i psychopaci niszczą ludzkość to sprawdzcie w google pizzagate. To największa afera ostatnich dni. W Polsce media milczą. Jak długo??

  • dobrochnaa

    Oceniono 10 razy 0

    Ważne aby każdy człowiek miał godziwą (!) pracę i nie był zmuszony do zajęcia, które wymaga od niego złego, tym bardziej okrutnego postępowania. To jest najważniejsze. Dobrze byłoby aby człowiek odchodził od życia kosztem śmierci zwierząt. Natomiast zakaz hodowli, która służy fanaberii jest jak najbardziej wskazany. Takie postępowanie wobec zwierząt dla kaprysu i fanaberii jest po prostu nie moralne. Mimo, że wielu osobom podobają się futra (mnie też) to jednak przeważają tu względy empatii. Mam nadzieję, że wiele ludzi jednak zdecyduje podobnie, opierając się własnym gustom.

  • bialamysz

    Oceniono 38 razy 0

    Prostym rozwiązaniem byłoby zaostrzenie prawa i faktyczna kontrola. To naprawdę rozwiązałoby problem bez niszczenia całej branży. Upadliby najpodlejsi, reszta zmniejszyłaby swoje dochody. Tyle.

    Natomiast jest jeden fundament, jeden nierozerwalny element związany z wszelaką hodowlą przemysłową. Nazywa się - wzrost populacji ludzkiej. Świat to miejsce brutalne i pozbawione sprawiedliwości. Nie jest tak jak myśli większość infantylnych ludzi z dużych miast zachodniej cywilizacji, że na każde złe przypada jakieś dobre rozwiązanie. W wielu sprawach wybór jest między złym a złym.

    Pan ekolog promuje syntetyczne materiały, które w większości są wykonane z substancji ropopochodnych, a wydobycie ropy jest zwalczane przez ekologów jak świat długi i szeroki. Jakie są alternatywy, bo w coś się ludzie ubierać muszą. Tak więc ropa lub zwierzęta/rośliny.

    Wy na tym forum pod innymi artykułami będziecie pisać, że trzeba wykarmić biedne dzieci w Afryce i wyławiać migrantów z morza, bo pomrą. A czym chcecie potem i jednych i drugich wykarmić? Otóż wykarmicie ich zarzynanymi przemysłowo zwierzętami i uprawianymi z użyciem przeróżnej chemii roślinami (o GMO nie wspominając).

    Tak to wygląda, dzieci. Żeby móc wrócić do kameralnych hodowli, gdzie krowa żyła w zagrodzie i umierała na podwórzu które znała, z ręki chłopa, który o nią jako tako dbał. I żeby tych krów rocznie nie było miliard, musi na świecie zmniejszyć się ilość ludzi. Leczy Wy, którzy tu komentujecie, jesteście przeciwko wojną u nas i śmierci głodowej w krajach słabiej rozwiniętych. Gdy tylko pojawi się jakaś pandemia, krzyczycie o NWO i tym, że ktoś chce zmniejszyć ilość tych wspaniałych ludzi na świecie. Na coś zdecydować się trzeba, zło lub zło. Oczywiście można też żyć w bajkowym świecie, w jakim większość forumowiczów GW żyje i gardłować, lecz niczego to w rzeczywistości nie zmieni, choćbyście się na FB zapisali do stu grup wspierających walkę o dobro zwierząt.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX