Zbigniew Zamachowski

Zbigniew Zamachowski (fot. Łukasz Wądołowski/AG)

wywiad Gazeta.pl

Zamachowski: Póki co w moim przekonaniu żyjemy w kraju wolnym, choć może ktoś próbuje nam to zepsuć

Pewnie nie pójdę na czele pochodu z flagą albo karabinem, bo to nie moja natura, ale mam bardzo określone poglądy i będę ich bronił - mówi Zbigniew Zamachowski. I dodaje, że obawia się ''tego, co wszyscy: formatowania naszego życia''.

Dlaczego poprosił pan Trójkę o wycofanie dżingli ze swoim głosem?

- To konsekwencja tego, co się dzieje w moim ukochanym radiu. Słucham Trójki, odkąd pamiętam. Najpierw jej słuchałem, potem zacząłem z nią współpracować, między innymi nagrałem te dżingle. Raz już je zdjąłem, za poprzednich rządów PiS, kiedy szefem Trójki był Jacek Sobala, który dość obcesowo poczynał sobie i z pracownikami, i z anteną. Kiedy Magda Jethon wróciła na stanowisko dyrektora, wróciłem z dżinglami.

Teraz poprosiłem o wycofanie dżingli, śledząc to, co się dzieje. Mam na myśli zmiany programowe i charakter nadawanych audycji, a także brak osób, które lubiłem, chociażby Jerzego Sosnowskiego czy Michała Nogasia. Uznałem, że nie ma powodu, żeby wspierać nie do końca już moje radio. Co nie znaczy, że się wypiąłem czy obraziłem na Trójkę.

Słucha jej pan nadal?

- Od czasu do czasu tak. Nadal przecież współpracuję z Arturem Andrusem, nagrywamy dla Trójki śmieszne opowiadania. To się nie zmieniło i, mam nadzieję, się nie zmieni. Liczę, że prędzej czy później sytuacja w Trójce się unormuje, bo nie wyobrażam sobie, żeby to, co się zdarzyło, trwało w nieskończoność. Zatem jak przyjdą nowe władze, mogą te dżingle przywrócić, o ile będą chciały. Jak nie, to świat się nie zawali.

Zbigniew Zamachowski (fot. Łukasz Wądołowski/AG)Zbigniew Zamachowski (fot. Łukasz Wądołowski/AG)

Dostał pan jakąś odpowiedź z Trójki?

- Na razie nie. Swoją drogą okazało się, że Adam Hlebowicz, obecny dyrektor Trójki, to mój kolega z boiska. Graliśmy przeciwko sobie w piłkę - on reprezentował gdańskie Radio Plus, w którym kiedyś pracował, a ja Trójkę. W sprawie dżingli rozmawialiśmy telefonicznie, wysłałem też maila. Myślę, że pan dyrektor uznał, że moja decyzja jest ostateczna.

Zmiany w Trójce są szeroko komentowane, na Facebooku tworzą się grupy, które chcą ją ratować. Na czym według pana polega wyjątkowość tego radia?

- Słuchacz Trójki to inteligent w średnim wieku, sam się też nieskromnie do tej grupy zaliczę. Ma on pewne oczekiwania wobec poziomu audycji, ich jakości. Uważam, że do momentu "dobrej zmiany" skład tego radia był fantastyczny, a Magda Jethon zarządzała nim świetnie. To było moje radio. Także przez zwykły sentyment. Trójka była muzycznym oknem na świat w czasach, kiedy panowała bieda komunistyczno-socjalistyczna. Przegrywałem sobie z Trójki na magnetofon różne płyty, o których w moim maleńkim miasteczku mogłem tylko marzyć.

Siłą Trójki zawsze był też pewien rodzaj poczucia humoru, lekkości, czasem nawet dezynwoltury, ale mądrej. To stanowiło o jej wyjątkowości czy kultowości - jak kto woli.

Szkoda, że to się kończy.

Z drugiej strony, tak jak rozmawiałem o tym wszystkim z dziennikarzami, którzy w Trójce zostali, nie można się przecież obrazić na antenę i zostawić ją w tzw. cholerę. To też nie o to chodzi. Liczymy, że coś się jednak odmieni.

Na przykład co?

- Nie powinno się tak gwałtownie i tak bezmyślnie zmieniać różnych rzeczy, a zwłaszcza obchodzić się tak z ludźmi. Więcej nie chciałbym mówić, proszę mnie zrozumieć. W ogóle martwi mnie pogarszająca się jakość mediów. Będę teraz mówił jak stary piernik, ale ku swojemu zdumieniu zauważyłem niedawno, że od paru dobrych lat nie oglądam telewizji. Nagle się okazało, że nie mam potrzeby. Niedawno na wyjeździe włączyłem telewizor w hotelowym pokoju i to było coś koszmarnego. Upewniłem się w przekonaniu, że nie mam czego szukać w tym pudełku. Byłem przyzwyczajony do innych standardów i będę się tego trzymał.

Zbigniew Zamachowski i Wiktor Zborowski (fot. Agata Grzybowska/AG)Zbigniew Zamachowski i Wiktor Zborowski (fot. Agata Grzybowska/AG)

Co w takim razie pan, aktor Kieślowskiego, robił w "Pytaniu na śniadanie"?

- Prowadziłem je przez pół roku z moją obecną żoną. Nie ukrywam, że to była decyzja osobista. Zależało mi na tym, żeby prowadzić ten program z Moniką. W innym przypadku nie podjąłbym się tego zadania.

Po drugie, to było dla mnie fantastyczne spotkanie z telewizją na żywo. Powiedzenie czegoś w telewizji na żywo zawsze było dla mnie kłopotliwe. Zmierzyłem się z tym. I nie mam sobie wiele do zarzucenia, choć pewnie są ludzie, którzy mają odmienne zdanie. A dla mnie było to zawodowe wyzwanie. O szóstej rano trzeba było być na baczność, a jestem z natury śpiochem i człowiekiem niepunktualnym. Telewizja śniadaniowa to jest poligon, czasem goście nie przychodzą, cały czas dostaje się komendy przez słuchawkę. To tak odmienne od tego, co robię na co dzień, że naprawdę nie żałuję tego pół roku. Choć nie powiem, żebym z żalem z tej pracy rezygnował. Nie. Wszystko miało swój naturalny rytm. Popracowałem do wakacji, potem wróciłem na próby do Teatru Narodowego.

No a jeszcze później wziął pan udział w proteście "Nie oddamy wam kultury". Po co?

- Wie pani, ja generalnie jestem średnim wojownikiem. Słabo nadaję się do roli artysty wojującego. Ale są pewne rubieże, których nie wolno przekraczać, a jeśli ktoś je przekracza - mam tu na myśli zawłaszczanie sztuki dla celów politycznych - trzeba przynajmniej zaprotestować. Dopóki będę mógł, będę to robił w taki czy inny sposób. Pewnie nie pójdę na czele pochodu z flagą albo karabinem, bo to nie moja natura, ale mam bardzo określone poglądy i będę ich bronił.

Czego się pan najbardziej obawia w tym zawłaszczaniu?

- Obawiam się tego, czego obawiamy się wszyscy, czyli formatowania naszego życia w ogóle, z kulturą włącznie. Mówienia, co jest dobre, a co jest złe. Jako człowiek urodzony w systemie, który z wolnością miał niewiele wspólnego, tym bardziej doceniłem i doceniam wolność. Po 1989 roku nastąpiła zmiana ustrojowa i wszyscy tej wolności zaznaliśmy. Nawet ci, którzy mówią, że jej nigdy nie było i śpiewają "ojczyznę wolną racz nam zwrócić panie", pewnie ją doceniają. A ja na pewno. W związku z tym wszystko to, co się teraz dzieje, jest dla mnie ograniczaniem wolności.

Co to jest konkretnie?

- Nie chcę się wypowiadać na temat osób czy zdarzeń, o których wszyscy wiemy. Wystarczy chociażby wspomnieć protest po zmianie dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Głupio jest mi się wypowiadać personalnie, bo Czarek (Cezary Morawski - przyp. red.) jest moim kolegą z Akademii Teatralnej, ale... czasem się po prostu dziwię. I na tym zdziwieniu poprzestańmy. Wspieram ludzi, którzy nie godzą się z taką sytuacją, bo uważam, że jest niefajna. Przy czym określenie "niefajna" to rodzaj eufemizmu. Ale dopóki mam tyle wolności, że mogę wyrażać obawy o jej utratę, to będę o nią walczył.

Ostatnio rozmawiałam o tym, co się dzieje, z Mają Ostaszewską i ona też parę razy użyła słowa "wolność".

- Bo to się ostatecznie do tego sprowadza. Nie tylko w kulturze, ale przede wszystkim w życiu osobistym. Póki co w moim przekonaniu żyjemy w kraju wolnym, choć może ktoś próbuje nam to zepsuć, i robię wszystko, co mogę, by to się nie zmieniło. Z absolutnie partykularnych względów, bo myślę też o swoich dzieciach.

Na kanwie twórczej wolności zrobił pan coś po swojemu na planie "Białego" i Krzysztof Kieślowski się zdenerwował.

- To zupełnie inna kwestia, zaraz pani opowiem. Kieślowski był szalenie precyzyjnym człowiekiem i nic w jego scenariuszach nie było przypadkowe. Mój bohater Karol trafia w Paryżu na ulicę i podejmuje próbę wyciągnięcia pieniędzy z bankomatu. Trzeba było nakręcić zbliżenie klawiatury, nic prostszego. Poszła kamera, wbiłem cztery przypadkowe cyfry. Kieślowski powiedział "stop", wziął mnie na bok i mówi: "To nie były cyfry, które napisałem w scenariuszu". Pytam: "To takie istotne?". "Tak" - mówi mi Kieślowski. "To są cyfry mojego pinkodu do mojej prywatnej karty kredytowej, więc poproszę cię, żebyś właśnie je wbił". Kieślowski miał nieprawdopodobnie fantastyczne, subtelne poczucie humoru. Niecodzienne. Pół świata poznało PIN do jego karty.

Zbigniew Zamachowski (fot. Franciszek Mazur/AG)Zbigniew Zamachowski (fot. Franciszek Mazur/AG)

Obrazi się pan na mnie, jeśli powiem, że ten Zbigniew Zamachowski grający u najlepszych reżyserów nagle zniknął?

- Skąd, mnie nie jest tak łatwo obrazić. Już odpowiadam. Nieszczęście tego zawodu polega na tym, że nie jesteśmy dysponentami siebie samych. Z różnych, często niezależnych od nas, powodów mamy okresy, w których nie można się opędzić od propozycji, i okresy posuchy, i nie wiadomo, skąd się to bierze. Łatwo się domyślić, dlaczego ostatnimi czasy zaczęło mnie być troszkę mniej. Ale powiem pani, że w okresie prosperity też miewałem duże filmowe przestoje. Trudno w to uwierzyć, ale po rolach w "Białym" i "Zawróconym" miałem trzyletnią przerwę w filmach. Zagrałem jedynie epizodzik w "Pestce" Krysi Jandy. Nawet odbierając kolejną Kaczkę, wygłosiłem postulat, że aktor nagrodzony nie traci nic ze swoich właściwości.

Zmieniało się moje życie, ludzie różnie na to reagowali. Poza tym mam 55 lat i jestem w wieku trudnym dla aktora. Zmieniłem się fizycznie, przytyłem...

Miał pan kryzys?

- Nie. Cały czas jestem w Teatrze Narodowym, który daje mi poczucie wartości, jak to mówią młodzi - "robi mi to dobrze na samopoczucie, że jestem aktorem Narodowego". Ta kwestia pojawiła się też przy okazji rozmów z Peterem Greenawayem, który chciał mnie obsadzić w "Straży nocnej", ale ja nienawidzę castingów, więc powiedziałem, żeby tego nie robić. Gdy padło pytanie, gdzie pracuję, powiedziałem, że w Teatrze Narodowym, wspomniałem o roli w "Czekając na Godota".  "Śnie nocy letniej"... "A, to już wiem" - odparł. Tego typu rekomendacja, zwłaszcza na świecie, jest czymś niezwykłym. To marka. Dostaję tu fajne role, które nie pozwalają mi myśleć, że bywam aktorem bezrobotnym.

Poza tym od pewnego czasu mam w końcu swój osobisty recital z moim osobistym pianistą Romanem Hudaszkiem. Jeździmy z nim po Polsce i po świecie, tydzień temu wróciłem z Anglii. To mi daje ogromną satysfakcję na niwie piosenkarskiej. Nie chcę zanudzać, ale tak naprawdę miałem pomysł na życie, żeby być muzykiem i piosenkarzem. Robiłem wszystko w tę stronę, ale los był nieco przewrotny. Jestem aktorem, ale bywam też muzykiem. Zresztą piszę sobie i teksty, i muzykę. Spełniam się w tym i, odpukać, nie najgorzej mi idzie.

A film?

- W filmie dostaję role, ale nie są to role, które by mnie jakoś niezwykle uszczęśliwiły.

Bo nie ma już Kieślowskiego i od niedawna nie ma też Wajdy?

- Inaczej. Teraz reżyserzy rzadko obsadzają aktorów. Robią to producenci i dystrybutorzy. Jak pojawia się gorące nazwisko, to ono oczywiście musi wyskoczyć. Ja, i to nie jest ani fałszywa skromność, ani żal do losu, nie jestem już takim gorącym kartoflem, więc trafiają mi się mniejsze rólki czy epizody. Gram je z przyjemnością, bo to rodzaj pewnego treningu.

W komedii "7 rzeczy, których nie wiecie o facetach" gra pan podstarzałego artystę, który wraca z emigracji i próbuje odbudować karierę w kraju.

- Bardzo się cieszę, że dostałem tę rolę. Wiem, ludzie mają zazwyczaj umiarkowany stosunek do komedii romantycznych, ale to naprawdę dobry film ze świetnymi rolami. Sam postawiłem sobie w nim poprzeczkę bardzo wysoko i nieskromnie powiem, że według mnie udało mi się tę wysokość pokonać i to w niezłym stylu.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że udało się też panu pokonać filmowy zastój. Szykują się nowe seriale i fabuły z pana udziałem.

- No właśnie. Pojawię się w drugim sezonie serialu "Pakt". Gram tam śląskiego biznesmena Romana Hanusa, mocno powiązanego z bohaterami granymi przez Marcina Dorocińskiego i Magdę Popławską.

 

Zbigniew Zamachowski w serialu Zbigniew Zamachowski w serialu "Pakt" (fot. Piotr Litwic)

 

Obsada jest rzeczywiście świetna, a scenariusz trzyma w napięciu. Nie dziwię się, że pan się zgodził, choć wiem, że w seriale angażuje się pan nieczęsto.

- To prawda, ale "Pakt" jest serialem robionym metodą filmową. Prócz tego wiosną odbędzie się premiera filmu "Czuwaj" Roberta Glińskiego, w którym gram prokuratora badającego sprawę kryminalną. Ciągle też czekam na premierę filmu Tomka Szafrańskiego, który zrobiliśmy dwa lata temu ze Stevenem Baldwinem w jednej z ról. W ogóle obsada jest amerykańsko-angielsko-polska i jestem szalenie ciekaw, jak to wyszło. Gramy po angielsku, film jest zrobiony w 3D. W styczniu zaś rozpoczynam zdjęcia do kolejnej fabuły, ale nic więcej nie mogę o niej na razie opowiedzieć.

 

Zbigniew Zamachowski na planie filmu Zbigniew Zamachowski na planie filmu "Czuwaj" (fot. Marcin Makowski, WFFiD)

 

Jeszcze w listopadzie zobaczymy pana w spektaklu "Matka Courage i jej dzieci" w Teatrze Narodowym. I nagle zrobiło się tego całkiem sporo.

- A w maju tytułowa rola Szwejka w spektaklu reżyserowanym przez Andrzeja Domanika, a wystawianym w Och-Teatrze Krystyny Jandy.

To może pan się tym "gorącym kartoflem" na powrót jednak powoli staje?

- Dojrzewam. Powoli i cierpliwie znów składam ziarnko do ziarnka. Chociaż, jak tak sięgnę pamięcią wstecz, to widzę, że tych głównych ról filmowych w przeszłości tak naprawdę zbyt wielu nie zagrałem. Ale jak wiadomo liczy się jakość, nie ilość. Miałem chyba nosa do wyborów zawodowych. Czasem dostawałem jakąś główną rolę, ale po przeczytaniu scenariusza stwierdzałem, że jej nie biorę. Że lepiej zagrać epizod u reżysera X niż główną rolę u reżysera Y. Większość aktorów wybiera role główne, upatrując w tym dla siebie większej szansy. Czas uczy, że to nie zawsze się sprawdza.

Jak już przyjmowałem główną rolę, to w filmie, który się pamięta do dziś. Także ze względu
na osobę reżysera. Kutz, Kieślowski, Bajon, Wajda, Gliński, czy Jakimowski... Naprawdę
wolę kilka takich głównych ról w Ich filmach, niż kilkadziesiąt u osób, których filmów nikt
dziś już nie kojarzy. W ogóle bardziej ufam intuicji niż rozumowi, jakkolwiek to o mnie
świadczy. Więc jeśli chodzi o ludzi, sytuacje czy wybory, to chyba mam dość dobrze
wyregulowany barometr. A może się mylę...

 

Zbigniew Zamachowski. Aktor filmowy i teatralny, kompozytor, autor tekstów. Zagrał w około stu filmach, m.in. w "Dekalogu" i "Trzech kolorach" Krzysztofa Kieślowskiego. Zdobywca wielu nagród krajowych i międzynarodowych. Od 1997 roku jest aktorem Teatru Narodowego. Uczy też piosenki w warszawskiej Akademii Teatralnej. Ma czworo dzieci z małżeństwa z aktorką Aleksandrą Justą. W 2014 roku jego trzecią żoną została dziennikarka Monika Richardson, która przyjęła nazwisko Zamachowska.

Angelika Swoboda. Dziennikarka weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Komentarze (153)
Zaloguj się
  • mariuszdd

    Oceniono 294 razy 36

    Powiem tak,nie chce juz oglądać tych starych dziadów ,oglądałem ich przez 20 lat i starczy

  • ergosumek

    Oceniono 84 razy 28

    Nie rozumiem jednego: aktor nagrywa coś dla radia, konkretnie to, co mu każą, nie jakieś autorskie dzieła rzeczonego aktora, dostaje za to honorarium, po czym nagranie nie jest własnością radia??
    I lektor może swobodnie dysponować nagraniami, a nie radio?
    To jaką oni zawarli z nim umowę?

  • foreks

    Oceniono 162 razy 28

    Bleh blej bleh, rzygac chce sie jak utuczone za komuny i w systemie pseudoelity. Fajny aktor, ale jak wielu innym wydaje mu sie nagle, ze ma jakiekolwiek pojecie o polityce i zaczyna pieprzyc trzy po trzy o PiS albo Kaczynskim. Ludzie swoje, wyborcy swoje, a aktorzyny swoje. Wydaje sie matolom, ze jak sa rozpoznawalni, bo zagrali w paru serialach albo opisali ich rozwody i porzucanie dzieci w Pudelku to nagle moga pouczac spoleczenstwa, rzady, wyborcow. Rzyg.

  • dryl1

    Oceniono 192 razy 28

    Proszę nie histeryzować. Małżeństwo też było podobno szczęśliwe ? A została samo żona z dziećmi. Dla mnie w Trójce jest co zawsze słuchałem , Piotr Kaczkowski ( uczył mnie muzyki, gigant nic dodać ) no i Siesta Marcina Kydryńskiego ( który gra 100 % mojej muzyki). Ale też nie będzie tragedii jak będę musiał ich słuchać np. w RMF.

  • anita_ani_tamten

    Oceniono 57 razy 27

    Zamachosiu - akcja Jethonowej "Orzeł Możeł" była kierowana do inteligencji czy raczej dla zakompleksionych półgłówków wstydzących się Polski?

  • jnd

    Oceniono 121 razy 27

    Zamachowski chyba mowilo Rvn i Polsat mowiac o telewizji,ktorej nie moze ogladac. One sawlasnie propagandowym oglupiajacym koszmarem. Pleta w niej co im slina na jezyk przyniesie dokladnie tak jak politycy opozycji.

  • Janusz Kuszpit

    Oceniono 279 razy 27

    nastepny nadwrażliwy.zabrali mi radio i podobne bzdety...bo kogoś zwolnili lub ktoś podał się do dymisji..co do jego ról-nie chcę być złośliwym zgredem.mówił,że trójka przetrwała stan wojenny-wtedy nikogo nie zwolniono?był wtedy pan zamachowski taki odważny,jak dzisiaj?

  • wms11

    Oceniono 283 razy 25

    Chociaż szczerze powiedział: to moje radio... Tak jak Lisy, Kraśki, Zimochy i inni... to była nasza telewizja, nasze radio... to my mówimy co jest prawdą... Kadrowcy tylko mieli dobrze... przez czterdzieści lat nie musieliby przyjmować nowych pracowników. A tu wyborcy mędrcom zrobili psikusa :).

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX