(fot. materiały prasowe)

wywiad Gazeta.pl

Michał Żurawski, zwycięzca Azja Express: Nie dam się ustawiać, żeby coś wyglądało w programie inaczej niż w rzeczywistości

Michał Żurawski i Ludwik Borkowski wygrali Azja Express. - Nie jestem debilem. Czytając scenariusz wiem, w co się pakuję - mówi Żurawski. I podkreśla, że w odcinkach było 10 procent tego, co się działo na planie.

Po wpisaniu pana nazwiska w wyszukiwarkę wyskoczyło mi zdjęcie Jana Wieczorkowskiego. Często pana mylą z kimś innym?

- Szczerze mówiąc, w ogóle nie używam internetu, sprawdzam tylko pocztę, nie chcę się denerwować. Więc nie wiem. Ale Janek Wieczorkowski? Jakub Wieczorek przynajmniej pasowałby gabarytami... Janek to chyba tylko kolorem rzęs...

Z Michałem Żebrowskim?

- Mam na ten temat historię, ale nie do druku. Zostałbym zamordowany. Za to raz pomylono mnie z Mecwaldowskim. Nie wiem jakim kluczem.

Jest jeszcze brat, Piotr, też aktor.

- Mieliśmy ostatnio taką sytuację: zadzwonił reżyser z teatru, pogadaliśmy o roli. Zaprosił mnie na spektakl, po występie zgodnie z umową wpadam do garderoby, a on, zawstydzony, mnie przeprasza: ''Bo wiesz, dali mi numer do ciebie, ale mnie chodziło o twojego brata''. Pośmiałem się tylko, bo ja nie mam z tym problemu. Brat tę rolę zagrał, wszystko zostało w rodzinie. Cieszę się, że ma pracę, gorzej, gdyby chodziło o kogoś innego! Akurat takie pomyłki zdarzają się non stop.

Po lewej: Piotr Żurawski na planie serialu Po lewej: Piotr Żurawski na planie serialu ''Czas honoru''. Po prawej: Michał Żurawski na planie filmu ''Karbala'' (fot. Fryta 73 / Wikimedia.org / CC-BY-SA-2.0 / PISF / Wikimedia.org / CC-BY-2.0 )

Jak to się stało, że obaj wykonujecie ten sam zawód?

- No bo on mnie małpuje we wszystkim, nawet głos i manierę mówienia długo miał podobną. Potem pojawiły się konflikty na tym tle, więc się ''zmanierował'' po swojemu. Ale jeszcze do niedawna nasza mama myliła nas przez telefon! (śmiech).

Zresztą różnica wieku też robi swoje. Sześć lat na tym etapie to przepaść, reprezentujemy obecnie całkiem inne bajki. Piotrek mnie często odwiedzał, kiedy studiowałem w Warszawie. Wiadomo, to było z jego perspektywy ''inne'' życie. Podobało mu się, że jako szczeniak może w tym uczestniczyć, chodzić na imprezy z TYMI wszystkimi reżyserami, aktorami. I chciał iść tą drogą. Namawiałem go, żeby wybrał reżyserię, wtedy byłoby ekonomicznie - on reżyseruje, ja gram. I chciał nawet, ale szybko się zorientował, że raczej rzadko się to udaje. Wymyślił więc aktorstwo. Przyklasnąłem temu pomysłowi, byłem przekonany, że i tak za pierwszym razem się mu nie powiedzie. Ale skubaniec się dostał. Zresztą i tak nie skończył studiów, bo po co mu ten papier, skoro podostawał etaty i propozycje angaży już na drugim czy trzecim roku? I poszedł w świat. Był bardziej upartym osłem niż ja.

Pana żona, Roma Gąsiorowska, też jest aktorką. W domu nie ma napięć, rywalizacji?

- Jasne, nie jest dobrze, jak dwoje aktorów jest ze sobą, mało jest takich udanych związków. Ale konflikt, u nas? Nie mogłoby go być. Nie wyobrażam sobie tego. Choć ostatnio nie mogłem odżałować, że to Roma dostała pewną żeńską rolę, a nie ja (śmiech).

Poznaliśmy się, kiedy każde z nas już miało dokonania na koncie i było zadowolone z tego, co robi. Obyło się więc bez problemów. Roma zresztą wybrała inną drogę. Miała długo przypiętą łatkę offowca, a zdecydowała się to zmienić. Oprócz aktorstwa wymyśliła jeszcze szkołę aktorską, W-arte, projektowanie ubrań i milion innych rzeczy. Ja starałem się trzymać na uboczu, robić sobie swoje rzeczy, omijać to, na co aktorzy często idą - bo kasa, bo przyjemnie. Ale też nie mogę już tak mówić, bo i moja morda się wkrótce pojawi w reklamie.

Kadr z filmu Kadr z filmu "Jestem mordercą" (fot. materiały prasowe)

Jednak seriali ma pan na koncie naprawdę sporo, wbrew deklaracjom.

- Aktorstwo to nie jest misja, która powoduje, że człowiek żyje powietrzem i wodą. To jest normalny zawód zarobkowy. Zagrałem w wielu dobrych serialach i słabych też, to samo dotyczy kina i teatru.

Oboje z żoną macie na koncie też wpadki - na przykład występ w ''Kac Wawa''. Doradzacie sobie?

- Zdarza się, że jedno mówi drugiemu: ''Tego może jednak nie rób''? To, że wzięliśmy udział w tego typu projektach, jest wyrachowaniem, a nie przypadkiem. Nie jesteśmy debilami, czytając scenariusz wiemy, w co się pakujemy. Ja mam trójkę dzieci, dużą rodzinę i nie będę się z tego rozliczał ani tłumaczył. A jeśli niektórym się to nie podoba...

To niech gadają?

- Podobno jak się nie jest na Facebooku, to się umarło. Więc ja jestem trupem, jak nic. Po prostu zombie. Jak już mówiłem, nie bawię się w internet. Dawno temu spotkałem innego aktora, o którym tydzień wcześniej internet huczał, że zginął w wypadku - dziwne uczucie. Życzenia urodzinowe przychodzące nie w ten dzień, co powinny - kolejna norma. Ja się ostatnio dowiedziałem, że Roma jest moją drugą żoną i że zdradziłem z nią pierwszą żonę... A ja nigdy nie byłem żonaty z nikim innym. Ta informacja pojawiła się nawet w Wikipedii, gdzie - w drodze wyjątku - napisałem, żeby ją sprostować. Dostałem odpowiedź, że, parafrazując, gó*no wiem. Oni wiedzą lepiej, bo mają informacje... z internetu.



Jest pan uznanym aktorem, osobą popularną, ale nie celebrytą. Nie zdziwił się pan, że zaproponowano mu udział w programie ''Azja Express'' obok takich gwiazd polskiego show-biznesu jak Małgorzata Rozenek czy Hanna Lis?

- Jasne, że tak! Myśmy tam jechali z Ludwikiem [Borkowskim - przyp. red.] z przekonaniem, że jesteśmy zapchajdziurami i że mamy szybko odpaść! A jako że na co dzień pracuję na planie filmowym, wiem, jak to działa. Nie dam się ustawiać, żeby coś wyglądało w zmontowanym programie inaczej niż w rzeczywistości. Dlatego byłem głównym pieniaczem i pierwszym cholerykiem w ekipie - co chętnie pokazuje się na ekranie. Dużo się wściekam i przeklinam, tylko nie widać dlaczego... A przecież nie robię tego bez powodu.

Telewizja kłamie?

- Nie interesuje mnie, jak to wygląda w telewizji, bo nie mam telewizora. Zdążyłem się jedynie zorientować, że w odcinkach jest 10 procent tego, co się działo na planie. Na przykład nie pokazano sytuacji, które były naprawdę niebezpieczne i zagrażały życiu uczestników. Gdyby zostały wmontowane, na pewno widzowie zmieniliby percepcję programu. Jednak to produkcja celująca w wybrany typ publiczności, więc rozumiem.

Mieliście z Ludwikiem jakąś specjalną strategię?

- Postanowiliśmy zacząć jako cynicy. Dowcipni kolesie, którzy i tak mają wszystko w du*ie, bo wiedzą, że odpadną. Loża szyderców. Do pewnego momentu to się udawało, ale potem zaczęło pojawiać się zmęczenie.

Michał Żurawski i Ludwik Borkowski na planie ''Azja Express'' (fot. materiały prasowe)Michał Żurawski i Ludwik Borkowski na planie ''Azja Express'' (fot. materiały prasowe)

Przyznam, że nie przejrzałem dokładnie materiałów, które mi podrzucił producent przed nagraniem, bo byłem zbyt zajęty. Myślałem, że to będzie jakiś ostry survival, więc spędziliśmy miesiąc na treningach. Zamiast botoksu - biegi, siłownia, nordic walking... Dopiero na lotnisku zobaczyłem kolegów i dotarło do mnie, że tam nie może być na serio przedzierania się przed dżunglę, no bo jak Małgosia Rozenek, Hanna Lis czy modeleczki i aktoreczki miałyby sobie z tym poradzić? W trakcie okazało się, że choć formuła programu jest taka, że bez samozaparcia, sprytu i kombinowania nie da się wytrwać, to jednak - mówię to z mojego doświadczenia - absolutną podstawą jest kondycja. Ja tam schudłem dziesięć kilo. W ''akcji'' nie było ani szans, ani sił na grę i udawanie. Szybko zapomnieliśmy o kamerach i staliśmy się sobą. Kombinowanie, żeby jakoś konkretnie wypaść, było niemożliwe. Choć słyszałem, że niektórzy wytrwale trzymali maskę. Bardzo pomocny był Pascal, supergość, doskonale obcykany w formacie. Wiele jego rad było bezcennych.

Jakie wrażenia mieli zagraniczni producenci programu, których spotkaliście na planie?

- Mówili, że nigdy jeszcze nie widzieli takich poje*ów (śmiech). Nacji, która zamiast sobie przeszkadzać, pomaga, zamiast współzawodniczyć - jedni czekają na drugich. Nie mówiąc już o tym, jak szybko wykonywaliśmy zadania! Musieli nas czasami wstrzymywać, bo nie nadążali z przestawianiem ekipy. A my się już oczywiście wtedy wkurzaliśmy, myśleliśmy, że nam celowo przeszkadzają. I potem na ekranie wychodzi, że ze mnie niezły choleryk! (śmiech)

Miał pan swój znak rozpoznawczy...

- Espadryle! Kiedy pojawiłem się w nich na lotnisku, koleżanki i koledzy z programu patrzyli na mnie jak na debila. Wszyscy mieli trekkingowe buty - nówki, a ja w szmaciakach. Spytałem ich tylko, kto wygrał wojnę w Wietnamie. - Wietnamczycy. - A w jakich chodzili butach? - Amerykanie w wojskowych, a Wietkong w espadrylach lub sandałach. No właśnie! Dziękuję bardzo. Po wszystkim Pascal zwrócił mi honor.

Kadr z programu ''Azja Express'' (fot. materiały prasowe)Kadr z programu ''Azja Express'' (fot. materiały prasowe)

Trochę kilometrów w tych espadrylach przemierzyłem, są pozszywane, zakrwawione... Oprawiłem je w ramkę i dałem mojej agentce. Wiszą na ścianie w agencji, jako totem.

W espadrylach czy bez, na imprezy z kolegami z programu pan nie chodzi.

- Mam swoje życie. Znajomi z programu często piszą: ''Byliśmy tu a tu, szkoda, że ciebie nie było''. Ale nie dla mnie selfies i imprezowa promocja. Są ludzie, którzy się w tym dobrze odnajdują, i niech tak zostanie.

Chcąc nie chcąc stał się pan nie tylko ulubieńcem widzów, ale też medialnym tematem. Ostatnio ''karierę'' robił podany w programie ''Azja Express'' ''news'' o pana rzekomym alkoholizmie...

- Naprawdę nie będę tego komentować.

Nie warto czasami ugryźć się w język? Niektórzy koledzy z planu mogliby pana podszkolić z kształtowania własnego wizerunku w mediach.

- Media to jest ich życie. U mnie jest trochę inaczej. Ja jestem aktorem, zawsze się odwinę i spadnę na cztery łapy. Mam też pracę poza mediami, na którą ten program nie ma wpływu. Teraz jest fajnie, zarobiłem trochę kasy, jestem szczęśliwy, bo przez pół roku nie muszę się martwić o rachunki. A na to, co się dzieje dokoła, nie mam wpływu. Tylko raz podczas programu miałem taką sytuację - ze zmęczenia, w ferworze, padły słowa zbyt intymne. Nie wyobrażam sobie, żeby mogły pójść do emisji. Poprosiłem o wycięcie. Mam nadzieję, że moja prośba została uszanowana.

Kadr z programu ''Azja Express'' (fot. materiały prasowe)Kadr z programu ''Azja Express'' (fot. materiały prasowe)

Muszę dopytać o jeszcze jedną rzecz. Jak pana występ w najpopularniejszym chyba show telewizyjnym sezonu ma się do deklarowanej wcześniej ucieczki od popularności i fleszy?

- Dostawałem wiele propozycji udziału w rozmaitych show. Nie umiem tańczyć, nie jeżdżę na lodzie, nie skaczę do wody. Nie interesowały mnie te oferty. Ale rok 2015 był dla mnie bardzo ciężki, miałem dużo pracy, pojawiło się przemęczenie. Postanowiłem sobie zrobić miesiąc przerwy i wyjechać do Indii, pomedytować, zresetować się. Powiedziałem agentce, żeby mi bukowała bilet, że muszę odpocząć, połazić z plecakiem. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki za chwilę oddzwania i mówi: ''Olej Indie, bo masz opcję na Indochiny''. Wytłumaczyła mi, o co chodzi. Przekalkulowałem, że nawet jak szybko odpadnę - w sumie byłoby dobrze, zresztą byłem przekonany, że się tak stanie - i tak zrobię, co planowałem, a do tego pojadę w miejsca, gdzie z dziećmi pewnie nigdy bym nie dotarł - Kambodża, Laos. I jeszcze mi za to zapłacą! Na miejscu oczywiście czekało nas zderzenie z realiami i wiele zaskoczeń. Nie chcę i nie mogę za wiele zdradzać, ale nawet jeśli na ekranie nie zawsze to widać, wyjazd był naprawdę rewelacyjny.

Z wyjazdu wrócił pan dziesięć kilogramów lżejszy. Po ''Jestem mordercą'', jednym z tych filmów, które tak pana ''wymęczyły'', chyba się przydało schudnąć...

- Wchodziłem w tę rolę w świetnej formie, niemal z ''kaloryferem'' na brzuchu, zaraz po innej, bardzo fizycznie wymagającej. Żeby zagrać Marka, czerpałem z rodzinnych wzorców. Mam wujka, który mi pasował do budowania tej postaci, pamiętałem ze starych zdjęć jego ''stylówę'', stąd te baki Marka, ten brzuchal. Transformacja sprawiła mi dużą frajdę. Ja w ogóle lubię się przemieniać. A że wtedy przytyłem? Do tej pory jak przyjeżdżam do babci i jestem w formie, to słyszę, że ''jestem zapadnięty''. Kiedy przybiorę na wadze, to ''nareszcie wyglądam jak mężczyzna''. Każde pokolenie inaczej postrzega normy. A w latach 70., w których toczy się akcja filmu, ludzie po prostu inaczej wyglądali, bo ich dieta była odmienna od naszej.

Z Marka jest trochę śliska żmija.

- Z Marka??? Przecież to jedyny szlachetny bohater w filmie!!!

Ale szowinista!

- No zaraz. Lata siedemdziesiąte. Górny Śląsk. I milicjant ma być wyzwolonym, walczącym o równouprawnienie feministą? Jak ja sobie przypominam moją rodzinę, to błagam...

Miałem dużo wspólnego z milicją, bo mój ojciec prowadzi warsztat samochodowy i w tamtych czasach świadczył usługi mundurowym. Często u niego przesiadywali. To była prawdziwa kopalnia charakterów. To, co ''narysowałem'', grając Marka - a miałem sporą wolność w jego kreowaniu - jest maleńkim wycinkiem z postaci, które obserwowałem. Wcześniej, w ''Pitbullu'', liznąłem trochę policyjnego świata. To był taki rozpęd do tej roli.

Agata Kulesza i Michał Żurawski na planie filmu Agata Kulesza i Michał Żurawski na planie filmu ''Jestem mordercą'' (fot. materiały prasowe)

Pan urodził się w Zabrzu.

- Górny Śląsk dzieliła onegdaj rzeka Czarna Przemsza. Rozwidlała się na trzy części. Jeden brzeg to była carska Rosja, drugi - Prusy, trzeci - Austro-Węgry. To, co było na terenach germańskich, to jest Górny Śląsk, ludzie mieszkają tam od setek lat. Za to część imperium rosyjskiego to ta, gdzie sprowadzano ludzi z centralnej Polski. Napływowi przez Ślązaków są nazywani Gorolami. Podział utrzymuje się do dziś, choć oczywiście jest coraz słabszy. Ale nadal w Katowicach słyszy się śląsko godka, a po drugiej stronie miedzy - czystą polszczyznę. Ja jestem krojcokiem, czyli mieszańcem. Połowa rodziny ma kresowe korzenie, druga górnośląskie.

Do filmu musiał pan odkurzyć akcent?

-To nie problem, bo mówię gwarą. Choć nie było założenia, że Marek ma być Ślązakiem, dla mnie było to jasne od początku. Wparowałem na casting już z taką śpiewką. Maciek [Pieprzyca, reżyser - przyp. red.] jest z Katowic, więc wszystko rozumiał. Po castingu poprosił tylko, żeby to był jedynie akcent, a nie ślonsko godka, bo byłyby potrzebne napisy.

Robiąc film, mieliście w tyle głowy jego zaskakująco współczesny wydźwięk?

- Często jestem o to pytany, a mnie to ani ziębi, ani grzeje. Nie jestem psychologiem ani socjologiem, jestem zwykłym aktorem. Ale tak, ''Jestem mordercą'' to film o manipulacji. Tyle że ona jest ciągle obecna w naszej historii, a tę trochę znam, bo się nią fascynuję. To, co się dzieje teraz, jest powtórką sytuacji sprzed kilku dekad. Tylko inaczej się nazywa.

Widzowie bardzo entuzjastycznie przyjęli ''Jestem mordercą''. Weekend otwarcia mieliście bardzo udany, frekwencję - imponującą.

- To jest jeden z lepszych polskich filmów gatunkowych, jakie widziałem w ostatnich latach. Miałem wręcz poczucie, że oglądałem jakieś francuskie albo brytyjskie kino - a ja jestem zwykle bardzo krytyczny w stosunku do tego, w czym gram.



Ludzie lubią piosenki, które już słyszeli?

- Jasne, że ludzie lubią wracać do znanych historii z przeszłości. Ale chcą też oglądać obrazy, które filmowo działają na wszystkich poziomach, a ten taki jest. Cieszę się, że w Polsce powstaje coraz więcej takich filmów. Co nie zmienia faktu, że po ostatnich pobytach w Gdyni i tak docierały do mnie marudzenia, że jest źle. Jednak z moim samopoczuciem jest coraz lepiej. Pracuję w zawodzie i cieszy mnie, że powstaje coraz więcej kina gatunkowego, że biorę udział w fajnych projektach - a będę brał w jeszcze fajniejszych, wiem to. Przyszłość wygląda super.

Michał Żurawski - lat 37, zabrzanin, od lat mieszka w Warszawie. A*
ktor teatralny i filmowy, wystąpił w ponad trzydziestu produkcjach, zapadł
widzom w pamięć m.in jako Czarny z "Miasta 44" i Bortnik z "W ciemności".
Prywatnie mąż Romy Gąsiorowskiej i tata trójki. Nadchodzi "jego czas" - w
przyszłym roku zobaczymy go w aż trzech głównych kinowych rolach. Póki o
można podziwiać jego możliwości w przejmującym "Jestem Mordercą", gdzie
wciela się w milicjanta Marka, a także w show TV "Azja Express".

Michał Żurawski. Lat 37, zabrzanin, od lat mieszka w Warszawie. Aktor teatralny i filmowy, wystąpił w ponad trzydziestu produkcjach, m.in jako Czarny z ''Miasta 44'' i Bortnik z ''W ciemności''. Prywatnie mąż Romy Gąsiorowskiej i tata trójki.

Anna Tatarska. Dziennikarka pisząca dla polskich i amerykańskich mediów, recenzentka filmowa Co Jest Grane 24. Absolwentka filmoznawstwa i wiedzy o kulturze oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Ceni wolność w pracy i życiu. Za dużo mówi. Jej pasją są wywiady, wegetariańskie kulinaria i podróże, ale najbardziej lubi innych ludzi.

 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (18)
Zaloguj się
  • mgr.nauk

    Oceniono 33 razy 11

    mocne qrwa!

  • fakue

    Oceniono 12 razy 6

    W "Karbali", jak w życiu.:)

  • culebre

    Oceniono 28 razy 4

    Z tego pana jest też trochę śliska żmija....

  • atarixe

    Oceniono 3 razy 1

    O ile pamiętam wygrało dwóch a gdzie ten drugi ?

  • kate-bush

    Oceniono 110 razy 0

    Jego kresowe korzenie z kolei było widać w firmie Holland "W Ciemności". Super aktor, b. przystojny charyzmatyczny.

  • Ania

    Oceniono 15 razy -1

    Ego tego Pana jest większe od niego samego.

  • mlily

    Oceniono 53 razy -1

    Też pozwolę sobie na komentarz "aktoreczki, modeleczki" - bardzo lekceważące! Przykre!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX